Citatio.pl
2020-04-16

Bł. Benedykta Labra Żebraka

Żył około roku Pańskiego 1783.

(Żywot jego był napisany przez Księdza Markoniego, który przez długi czas był jego Ojcem duchownym.)

Błogosławiony Benedykt Józef Labr (Labre) urodził się dnia 26-go Marca 1748 roku we Francyi, w Dyecezyi Bulońskiéj, w małéj wiosce Amette, z pobożnych a niezamożnych rodziców stanu wieśniaczego. W dwunastym roku stryj jego ksiądz Labr, proboszcz parafii Eryńskiéj (Erin) wziął go do siebie, i przysposobił do pierwszéj Komunii świętéj. Od téj pory chłopaczek ten okazywał się bardzo pobożnym i już wtedy zamyślał wstąpić do zakonu. Unikał zwykłych dziecinnemu wiekowi rozrywek, szukał samotności, oddawał się modlitwie, i z największém upodobaniem pobożne książki czytywał. Przytém wielką miał litość nad ubogimi. Jak tylko mógł starał się przychodzić im w pomoc: codziennie ujmował sobie znaczną część pokarmów, aby nią jakiego biednego posilić.

Doszedłszy lat ośmnastu, a sądząc że go Pan Bóg powołuje do stanu zakonnego, powziął zamiar wstąpienia do Trapistów. Lecz że rodzice sprzeciwiali się temu, więc odłożył te zamiary na czas nieco późniejszy. W téj porze morowe powietrze wybuchło w parafii Eryńskiéj. Stryj Benedykta padł ofiarą swojego kapłańskiego poświęcenia dla chorych, a on sam dzień i noc służył im i doglądał ich, narażając się z miłości bliźniego, na wielkie niebezpieczeństwo. Gdy takowe przeszło, Benedykt wrócił do domu, i ponowiwszy swoje usiłowania, otrzymał od rodziców pozwolenie wstąpienia do Zakonu. Udał się przeto do Trapistów, lecz że ich Reguła tak młodych przyjmować nie dozwala, przyjętym nie został. Wtedy osiadł przy wuju swoim, także księdzu, i pobierał tam dalsze nauki.

Odbywająca się w tejże parafii, wkrótce potém misya, rozbudziła w Benedykcie żywsze niż kiedy pragnienie spełnienia koniecznie pobożnego zamiaru poświęcenia się wyłącznie Bogu: poszedł więc do Kartuzyi Montrelskiéj (Montreuil), z zamiarem zostania Kartuzem. Przeor nie chciał go przyjąć, póki nie ukończy szkół wyższych, i nie wyuczy się chóralnego śpiewu. Nie rad był takowéj odwłoce święty młodzieniec: dowiedziawszy się więc że w innym tejże Reguły zakonnéj klasztorze, nie robiono w przyjmowaniu zgłaszających się tyle trudności, tam się udał niezwłocznie. Jakoż, przyjęty został w Kartuzyi Longenewskiéj (Longuenesse), lecz po sześciu tygodniach nie wiadomo z jakiego powodu, wystąpił z nowicyatu. Znowu więc wrócił do domu i począł wieść życie nadzwyczaj umartwione. Ścisłe zachowywał i to codziennie posty, wiele czasu trawił na modlitwie, sypiał na ziemi, a przytém w pracy tak sobie nie folgował, że go matka często upominać musiała, aby więcéj szanował zdrowie. Lecz nie odstępując zamiaru zostania Kartuzem, wykształciwszy się przez ten czas w naukach i wyuczywszy się śpiewu chóralnego, zgłosił się powtórnie do klasztoru Montrelskiego, gdzie ponieważ wymagane przez Przeora warunki były z jego strony dopełnione, przyjętym został. Po sześciu wszakże tygodniach z nowicyatu go wydalono, uznając w nim brak powołania.

Miał już wtedy lat dwadzieścia jeden, więc wiek nie przeszkadzał mu do wstąpienia do Trapistów. Przyjęto go do klasztoru Setfondskiego (Sept-fonds) w roku 1769, gdzie przywdział suknię zakonną przybierając imię Urbana. Atoli i tu nie chciał go mieć Pan Bóg, bo mu inne do uświątobliwienia się przeznaczał drogi. Znalazł tam wprawdzie wszystko czego pragnął: nadzwyczajną ostrość Reguły, najściślejsze jéj zachowanie; ojcowie budowali się jego świątobliwością i byliby go chętnie zatrzymali, lecz długa choroba, w któréj już zdawał się blizkim śmierci, była powodem, że skoro z niéj wyszedł, wydalono go z klasztoru.

Zawiedziony tyle razy w swoich zamysłach lecz spokojny na duszy, bo już wtedy we wszystkiém doskonale poddawał się rozporządzeniom i dopuszczeniom woli Bożej, Benedykt nie wrócił do domu, lecz jeszcze trwając w zamiarze zostania zakonnikiem, udał się do Włoch, zawiadamiając o tém listownie rodziców, żegnając ich na zawsze, i prosząc o błogosławieństwo. Puścił się w tę podróż już bez żadnych zasobów, i o żebranym chlebie.

Najprzód zwiedził Loret, dokąd powiodło go jego serdeczne do Matki Bożej nabożeństwo, i tam w świętym domku w którym Marya mieszkała, i gdzie Syn Boży stał się człowiekiem modląc się długo i gorąco, postanowił już więcéj nie probować życia zakonnego, a prowadzić życie oddane bogomyślności i ostrej pokucie, pozostając na świecie, żyjąc z jałmużny, i zwiedzając z kolei jak najwięcéj miejsc świętych, pielgrzymując od jednego do drugiego jak najuboższy żebrak.

Jakoż z Loretu, dokąd już potém każdego roku stale powracał, udał się do Assyża, gdzie jako szczególny ubóstwa i stanu żebrackiego miłośnik, zatrzymał się dość długo, oddając cześć licznym w tém mieście pamiątkom po świętym Franciszku Serafickim założycielu Zakonu żebrzącego i najwyższym ubóstwa Ewangelicznego przedstawicielu. Tam wpisał się w bractwo Paska świętego Franciszka, i ten po jego śmierci znaleziono na nim. Z Assyża poszedł do Rzymu, gdzie go przyjęto do Domu przytułku świętego Ludwika, przeznaczonego dla ubogich pielgrzymów francuzkich.

Odtąd błogosławiony Benedykt resztę życia swojego spędził w dobrowolném najwyższém ubóstwie, a ciągle swoje pobożne pielgrzymki odbywając, jużto po Włoszech, już po części Niemiec południowych i po Hiszpanii. Każdego roku rozpoczynał je od zwiedzenia Loretu, a co do innych miejsc świętych najczęściéj bywał w Einsilden w Niemczech, i tam długo przy kościele Matki Bożéj, wielkiemi cudami słynącéj, zatrzymywał się, nie tylko dnie całe lecz i noce na modlitwie, przed Jéj ołtarzem przepędzając.

Wszakże w miarę jak się w nim rozwijał duch wysokiéj bogomyślności, uznał że pielgrzymki te, jakkolwiek zbawienne, przeszkadzały mu do wewnętrznego skupienia. W ostatnich więc siedmiu latach swojego życia, już stale zamieszkał w Rzymie, tylko co roku chodził na krótko do Loretu. Prowadził zaś następujący sposób życia:

Prócz swego spowiednika księdza Markoniego i pewnego kupca nazwiskiem Zakarelli, bardzo pobożnego człowieka, nikogo w Rzymie nie znał. Z nikim nie rozmawiał, a w koniecznéj potrzebie na kilku słowach ograniczał się. Nosił odzienie najuboższego żebraka, pokryte łatami i obdarte, przepasując się prostym powrozem. Zimą i latem chodził boso i z gołą głową. W pierwszych trzech latach pobytu swojego w Rzymie, całe dnie przepędzał w kościele, o południu szedł do jednéj z furt klasztornych, przy któréj dostawał małą miseczkę zupy z kawałkiem chleba, co stanowiło całodzienny jego posiłek. Noc przepędzał po zwaliskach starych gmachów, modląc się przez długie godziny, co czynił i w czasach największéj niepogody i przez całą zimę. W skutek tego rodzaju umartwień i prawie ciągłego klęczenia, dostał na obu kolanach wielkich narości, a w całém ciele puchliny. W takim stanie przygarnął go do swego Zakładu ksiądz Moncini, który na każdą noc dawał przytułek dwunastu ubogim. Tam polepszyło mu się zdrowie, chociaż od swojego sposobu życia wcale nie odstępował. W nocy gdy inni spoczywali, on wstawał, i długo się modlił: po rannych pacierzach które wspólnie odprawiano, udawał się do kościoła przenajświętszéj Panny dei snonti, i tam przed wielkim ołtarzem, zawsze na jedném miejscu w którém po śmierci i pochowany został, klęczał do południa, słuchając Mszy świętych i odmawiając swoje pacierze. O południu szedł po posiłek do jakiéj furty klasztornéj, potém chodził do kościoła gdzie bywało Wystawienie, i tam modląc się i czytając pobożne książki, pozostawał do wieczora, a po błogosławieństwie Przenajświętszego Sakramentu, wracał do Zakładu.

Był pokory najgłębszéj: Razu pewnego otrzymał był dość znaczną jałmużnę od przechodzącego, lecz według swego zwyczaju, spotkawszy ubogiego, oddał mu takową. Widząc to ten który mu to wsparcie uczynił, tak się uniósł gniewem iż zbił go bez litości. Benedykt przeniósł tę zniewagę i jednego słowa skargi nie wyrzekłszy. Inną razą, stróż umiatający ulicę, rozgniewany że Benedykt nie chcący zawadził o śmiecisko, tak go silnie uderzył, iż go rozkrwawił. Sługa Boży nie obejrzał się nawet, kto go tak skrzywdził. Widząc w Kolizeum gdzie się znajdują najświętsze pamiątki, uliczników znieważających to święte miejsce, upomniał ich z wielką łagodnością. Ci pogonili za nim i kamieniami na niego ciskać zaczęli. Jeden z przechodzących chciał go bronić od tych napastników, lecz Benedykt rzekł do niego: „daj im pokój; gdybyś mnie znał, i sam podobniebyś jak oni ze mną postąpił.”

W wielką środę roku 1783, błogosławiony ten żebrak, według swego zwyczaju przyjąwszy Komunią świętą, cały ranek spędził w kościele przenajświętszéj Panny dei monti. W południe wychodząc ztamtąd, zemdlał i upadł na schodach. Zaniesiono go do domu Zakarellego, owego kupca który był bardzo dla niego łaskawym. Tam przywołano Proboszcza który mu udzielił ostatnie Sakramenta święte, a pod wieczór kiedy odmawiano przy nim Litanią do Matki Bożéj, i gdy przyszło do tego wiersza: Święta Maryo! módl się za nami, wierny ten sługa Maryi, zasnął spokojnie w Panu. Umarł 16-go Kwietnia roku Pańskiego 1783 mając lat trzydzieści i pięć.

Wielkie i liczne cuda jakie zaraz po jego śmierci objawiły się przy jego grobie, skłoniły Stolicę Apostolską do zarządzenia procesu kanonicznego o jego świątobliwości, w skutek którego wpisany został w poczet Błogosławionych przez ojca świętego Piusa IX w roku 1859.

Pożytek duchowny

Z dwóch powodów raczył Pan Bóg, w czasach nie bardzo od nas odległych, wskrzesić tego świętego żebraka: a to abyśmy więdzieli że w każdym stanie można się uświątobliwić, i żebyśmy ubogimi zmuszonymi żebrać nie pogardzali, bo i między nimi mogą się znaleźć dusze bardzo miłe Bogu.

Modlitwa (kościelna)

Bożel Któryś błogosławionego Józefa Benedykta wyznawcę Twojego, przez ćwiczenie się w pokorze i zamiłowanie ubóstwa, z Sobą najściśléj zjednoczył; daj nam za jego zasługami, abyśmy tém co ziemskie gardzili, a zawsze to co niebieskie miłowali. Przez Pana naszego i t.d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 296–298.

Tags: bł Benedykt Labre „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna powołanie ubóstwo
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.