Citatio.pl
2020-07-12

Św. Jana Gwalberta, Założyciela Zakonu Walumbrozyanów (Vallis Umbrosae)

Żył około roku Pańskiego 1078.

(Żywo jego napisany był przez Melancyusza, tegoż zakonu Generała.)

Święty Jan Gwalbert, syn bogatego pana z Florencji, urodził się przy końcu dziesiątego wieku. Wychowany był starannie, lecz bardzo światowo. Ojciec jego oddany wojaczce, w Gwalbercie kiedy jeszcze był młodym, rozbudził ducha zemsty przeciw zabójcy brata jego Hugona. Uczuciem niechrześcijańskiém powodowany, zlecił mu był aby starał się spotkać owego zabójcę, i śmiercią go ukarał za zadaną śmierć jego bratu. Gwalbert, w którego sercu podobnież przyćmione były uczucia miłości bliźniego, niepamiętny zakazu Bożego niedozwalającego mścić się nad największym wrogiem, z chęcią nawet podjął się tego katowskiego posłannictwa.

Wkrótce potém zdarzyło się, że gdy wracał z przejażdżki konnéj w polu, w sam dzień Wielko-piątkowy, spotkał zabójcę brata i natarł na niego w miejscu tak ciasném, iż tamten ani odporu dać nie mógł, ani uchodzić, Miał go już przeszyć mieczem, kiedy winowajca padając mu do nóg i złożywszy ręce na krzyż, zawołał: „Daruj mi życie, dla miłości Pana naszego ukrzyżowanego w dniu właśnie dzisiejszym.” Słowa te poruszyły do głębi serce Gwalberta: „Zakląłeś mnie, rzekł, na Imię tego u którego i ja żebrzę odpuszczenia grzechów: nie chcę przeto mścić się na tobie, owszem niech mi tak Bóg odpuści, jak ja ci wszystko odpuszczam.” I to powiedziawszy, uściskał go i w dalszą puścił się drogę.

Przejeżdżając około kościoła świętego Miniata, wszedł tam aby się pomodlić przed Panem Jezusem ukrzyżowanym, i podziękować że mu nie dopuścił dokonać zbrodni. Przytém szczerze skruszony, prosił Pana Boga aby niegodziwy zamiar pomszczenia się, jaki długo żywił w sercu, przebaczyć mu raczył. Wtedy ujrzał, że Pan Jezus z krzyża skłonił do niego głowę, jakby na znak i przebaczenia i szczególnéj Swojéj łaski. Jakoż, nią dotknięty w téj chwili postanowił opuścić świat, na którym przyklaskują takim czynom jakiego on tylko co nie stał się winnym, i poświęcić się wyłącznie Bogu. Odprawiwszy tedy do domu służbę którą miał przy sobie, niezwłocznie udał się do opata klasztoru przy tymże kościele, i prosił go o przyjęcie do zakonu. Opat który go znał dawniéj, dowiedziawszy się od niego o wszystkiém i poznając w tém szczególne działanie Ducha Świętego, przyjął go, lecz pozostawiając przez pewien czas na próbie, sukni mu zakonnéj jeszcze nie dawał.

Tymczasem ojciec Gwalberta, dowiedziawszy się że syn do zakonu wstępuje, przybył do klasztoru chcąc go ztamtąd bądź co bądź wyrwać. Jan ukrył się przed nim, a ojciec odjechał, zagroziwszy najsurowszą zemstą opatowi i zakonnikom, jeśli go w habit przyobleką. Obawiali się téż oni dać mu suknię zakonną, a gdy pomimo usilnych jego próśb uczynić tego nie chcieli, Jan pobiegłszy do kościoła i zerwawszy habit z jednego z zakonników, sam sobie ostrzygł głowę, i tenże habit na siebie z ołtarza wciągnął. Przybył ojciec powtórnie, i gniewem wielkim się uniósł, lecz w końcu ubłagany przez opata, i syna pobłogosławił i sam mu zalecił wytrwałość w świętém przedsięwzięciu.

Uszczęśliwiony Gwalbert, iż postanowienie swoje do skutku doprowadził, całém sercem oddał się życiu zakonnemu. Postami i wszelkiemi umartwieniami ciało trudził; modlitwy pilnował i w niéj coraz wyższe otrzymywał dary; co mu zbywało czasu, wytrwale pracował, pokory, posłuszeństwa i ubóstwa zakonnego najdoskonalszy wzór w sobie przedstawiając.

Wkrótce téż potém gdy opat umarł, bracia jednomyślnie Jana na jego miejsce wybrali. Godności téj jednak w żaden sposób przyjąć nie chciał, z czego jeden z niesumiennych zakonników korzystając wdarł się nieprawnie na przełożeństwo. Z tego wszczęły się w klasztorze wielkie niesnaski, które spowodowały że Jan z drugim świątobliwym zakonnikiem opuścił to zgromadzenie i udał się na puszczę, szukając miejsca jak najbardziéj osamotnionego. Przybyli na pustynię Kamaldulską, już wtedy pokrytą chatkami pustelników Reguły świętego Romualda, którzy chętnie przyjąć ich chcieli. Lecz że Gwalbertowi i jego towarzyszowi, chodziło nie o pustelnicze życie, lecz wspólne zakonne, według Reguły świętego Benedykta, puścili się daléj i zaszli na dolinę ciemnistą zwaną Val umbrosa gdzie znalazłszy dwóch już zakonników służących Panu Bogu, zbudowali sobie przy nich chatkę i rozpoczęli wspólne życie zakonne.

Wkrótce potém, na rozgłos sławy świątobliwości Jana, wielu się z nimi połączyło, pragnąc tenże rodzaj życia prowadzić. Okazała się téż potrzeba założenia obszernego i stałego klasztoru. Ksieni klasztoru świętego Hilarego będącego w tych okolicach, na ten cel odstąpiła im znaczne grunta, i koszta na wybudowanie gmachu podjęła. W krótkim czasie stanął klasztor, a liczni już wtedy bracia, obrali przełożonym Gwalberta, który do Reguły świętego Benedykta przydał i swoje ustawy, zakładając wtedy nowe zakonne zgromadzenie, z czasem po wielu krajach katolickich upowszechnione, a od miejsca w którém powstało Walumbrozyanami zwane.

To grono duchownych synów swoich, prowadził święty Gwalbert drogą najwyższéj doskonałości zakonnéj, sam we wszystkich cnotach im przodując, tak iż pospolicie mawiano, że ktoby chciał poznać kto jest ich Opatem, niech patrzy kto zpomiędzy nich najostrzejszy i najpracowitszy żywot wiedzie, a najpokorniéj wygląda. Kiedy po niedługim czasie, liczba zakonników jego znacznie się pomnożyła, święty Jan założył z kolei kilka klasztorów w różnych miejscach, a prócz tego kilka dawnych poddało się jego zarządowi i jego Regułę przyjęło.

Wielkim był ubóstwa zakonnego miłośnikiem. Zdarzało się iż jeśli na założenie którego klasztoru otrzymywał więcéj niż to co sądził że koszta budynku wyniosą, pozostałość rozdawał ubogim. Budował klasztory jak najbiedniejsze. Razu pewnego przybywszy do swego klasztoru Musutańskiego, który tylko co był wybudowany, postrzegł że Rudolf którego tam zrobił Opatem, zanadto wspaniałe gmachy powznosił. Zasmucił się tém Święty i rzekł do Opata: „Ileżto tu zmarnowałeś grosza, którym wspomódz można było ubogich!” A obróciwszy się do małéj rzeczki która tam płynęła, podniósł ręce do nieba i zawołał: „Boże wszechmogący! któremu z małych rzeczy łatwo zrobić wielkie: spraw to z łaski Twojéj, aby ta mała rzeczułka, te wielkie a niepotrzebne budynki obaliła.” I to mówiąc zaraz odszedł, nie chcąc nawet dłużéj w tym klasztorze zabawić. Zaledwie się oddalił, a oto rzeczka zaczęła w najniespodziewańszy i najdziwniejszy sposób wzbierać, w gwałtowny potok się zamieniła, i w wylewie swoim ogarnąwszy i klasztor, podmyła go i obaliła. Opat Rudolf, nauczony tym cudownym wypadkiem, chciał na inném miejscu ubogi klasztor zakładać, lecz święty Gwalbert kazał mu go wznosić na tymże samym gruncie, upewniając, że byle był ubogi, rzeczki obawiać się nie trzeba. Przybywszy do innego klasztoru przedstawiono mu tam nowicyusza, który na świecie bardzo bogaty, całe swoje dobra na klasztor ten zapisał. Święty uściskał go, pobłogosławił, do wytrwałości zachęcił, a zapis w jego oczach podarł.

Wielkie okazywał zawsze miłosierdzie dla ubogich, których wspierał czém tylko mógł. Często się zdarzało, iż rozdawał pomiędzy nich cały zasób klasztorny, nie oglądając się nawet na dnia następnego potrzeby. Z razu, niektórzy bracia ośmielili się sarkać na to, lecz się przekonali, że za każdą razą, na modlitwę świętego Gwalberta, Pan Bóg cudownie zaopatrzenie im zsyłał. Pewnego roku głód wielki dotknął całą okolicę klasztoru, którego Gwalbert był Opatem. Tłumy zgłodniałego ludu otaczały codziennie furtę. Sługa Boży zaopatrywał ich długo, lecz nakoniec dnia pewnego cały spichrz klasztorny wypróżnił, i już nic nie miał im do dania, a wielka liczba ubogich z głodu prawie umierała. Wyszedł do nich Opat, i na wierzchu wysokiéj spadzistéj góry, ujrzał pasące się krów stado. Ukląkł, i tak zaczął się do Patrona swojego klasztoru modlić: „O święty Pawle! spuść jednę krowę tym ubogim.” I w téjże chwili krowa spadła na dół, zabiła się, a ubodzy mięsem się jéj posilili. Przez dziesięć dni następnych tak samo się modlił, i toż samo codzień się działo; aż nareszcie spostrzegłszy to pasterze, przybyli do niego domagając się aby wynagrodził szkody, których według ich mniemania był przyczyną. Lecz on ich zapewnił że żadnéj krzywdy nie mają: jakoż, gdy wróciwszy obliczyli trzodę, żadnéj krowy nie brakło.

Wiele innych cudownych darów udzielił mu był Pan Bóg. Gdy razu pewnego rozbójnicy napadli na klasztor, spalili go i zakonników ciężko poranili, Gwalbert wszystkich od razu znakiem Krzyża świętego uzdrowił. Nad złemi duchami wielką moc posiadał. Za jego czasów plaga świętokupstwa bardzo była rozszerzona. Święty uderzał na nią, z całą powagą jaką mu dawała sława jego świątobliwości. Dla dowiedzenia téj zbrodni pewnemu Prałatowi który się jéj zapierał, na jego rozkaz Piotr, jeden z jego zakonników, przeszedł przez stos rozpalony bez żadnéj szkody. Rozgłos tego wielkiego cudu, przyczynił się do wytępienia w całych Włoszech plagi świętokupstwa.

Późnéj doczekawszy starości, przepowiedział dzień swojego zgonu, zwołał Opatów ze swoich klasztorów, dał im najzbawienniejsze nauki i upomnienia, i polecił aby na grobie jego napisano: „Ja Jan wierzę i wyznaję to wszystko, co Apostołowie głosili, a w czterech Soborach ojcowie święci zatwierdzili.” Potém przez trzy dni jeszcze żyjąc, i ciesząc się ciągle obecnością Aniołów którzy się mu widocznie objawiali, przyjąwszy Sakramenta święte, mając lat siedemdziesiąt ośm zasnął w Panu, dnia 12 Lipca roku Pańskiego 1073. Kanonizowany został przez Papieża Celestyna III-go.

Pożytek duchowny

Że święty Gwalbert, przezwyciężając w sobie uczucie zemsty przez pamięć na Pana Jezusa, pozyskał za to tak wielkie łaski boskie iż Świętym został, niech to cię przekona, jak miłém jest Panu Bogu, wyrzucanie z serca naszego, wszelkich uczuć przeciwnych miłości bliźniego. Wejrzyj w głąb twojego, czy w niém nie tli jaka iskierka zemsty lub niechęci, dla któréj Pan Bóg wstrzymuje te łaski najobfitsze, którebyś otrzymał gdybyś tego nie miał sobie do wyrzucenia.

Modlitwa (Kościelna)

Niech nas, prosimy Cię Panie, wstawienie się błogosławionego Gwalberta Opata, poleci miłosierdziu Twemu, abyśmy to, czego własnemi zasługami otrzymać nie jesteśmy godni, za jego pośrednictwem dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 578–580.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 556–557

Miłość nieprzyjaciół jest przykazaniem Bożym. Już w Starym Zakonie przykazał Bóg odpuszczać urazy i w potrzebie ratować nieprzyjaciela. „Nie szukaj pomsty, ani pamiętać będziesz krzywdy sąsiadów twoich. Gdy upadnie nieprzyjaciel twój, nie wesel się, a z upadku jego niech się nie raduje serce twoje. Jeżeli łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeżeli pragnie, daj mu się wody napić”.

Toż samo nakazuje Ewangelia. Pan Jezus nauczał: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, co was przeklinają, a módlcie się za tych, którzy was potwarzają”.

Tak nauczają i apostołowie Pańscy.

Jest to wielkie przykazanie. Bóg nie przyjmie żadnej ofiary od tego, kto się z nieprzyjacielem nie chce pojednać. Obrazi nas kto, to nie jesteśmy obowiązani iść i prosić o przebaczenie, ale mamy obowiązek przebaczyć.

Bez miłości nieprzyjaciół Pan Bóg nie odpuści grzechów. Raz na zawsze jest wyrok Jezusowy: „Jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz niebieski nie odpuści wam”. Kto nie chce darować nie przyjacielowi, choć ten stara się pojednać, temu i Bóg nie odpuści, choćby zresztą za grzechy swoje rzewne łzy wylewał, choćby się spowiadał, choćby surowo pościł, choćby się do krwi dyscyplinował, choćby głowę swoją posypał popiołem. Takiego człowieka Bóg nie może uznać i przyjąć za syna.

Powie kto: „To przykazanie nad moje siły”

Niewątpliwie to przykazanie sprzeciwia się bardzo naszej naturze, naszym skłonnościom; ale od czego łaska Boża?

Już u pogan znajdujemy wzniosłe przykłady tej miłości. Niejaki Focjon, słynny wódz, skazany przez ziomków na śmierć, zaklinał swego syna, żeby im tego nie pamiętał.

Chrześcijanie odbierają osobną łaskę do łatwiejszego wypełnienia tego przykazania. Odkąd Pan Jezus rozpięty na krzyżu odpuszczając modlił się za nieprzyjaciół swoich, odtąd miliony szły za Jego przykładem.

Ktokolwiek mówisz, że nie możesz odpuścić, spojrzyj na Jezusa, spojrzyj na Świętych!

W nagrodę za tę miłość nieprzyjaciół wiara obiecuje najpierw odpuszczenie grzechów. Nie podobna to rzecz, by Bóg odmówił nam odpuszczenia grzechów, jeżeli my miłościwie obchodzimy się z nieprzyjaciółmi, bo nie może do puścić, byśmy go niejako przewyższyli w miłosierdziu. Pan Bóg odpuszcza za to grzechy powszednie, uchybienia codzienne. Kto pogrążony w grzechach ciężkich, temu daje łaskę żalu, szczerej pokuty.

Potem obiecuje za tę miłość osobną chwałę w Niebie. Ojcowie święci nauczają, że kto miłuje nieprzyjaciół, jest już doskonałym. Święty Bernard nazywa tę cnotę cnotą Boską.

Gdy rozważymy obietnicę Boga, że chce wszystko odpuścić, że chce dać w Niebie najświetniejszą koronę, nie podobna, byśmy nie mieli podać ręki nieprzyjacielowi, choćby nas ten nieprzyjaciel nie wiedzieć jak ciężko obraził. Z najsłodszego Serca Jezusowego czerpmy tę miłość, która nawet na krzyżu rozpięta prosiła Ojca o odpuszczenie tym, którzy ją ukrzyżowali.

Tags: św Jan Gwalbert „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna zemsta ubóstwo miłość nieprzyjaciół
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.