Citatio.pl
2020-12-15

Św. Malcha, Pustelnika

Żył około roku Pańskiego 380.

(Żywot jego był napisany przez świętego Hieronima)

Święty Malch żyjący w wieku IV, był rodem z Nizybii prowincyi Syryjskiéj. Oto jak on sam opowiedział historyą życia swojego świętemu Hieronimowi, którą tenże spisał, a którą my tu dosłownie prawie podajemy.

„Rodzice moi, u których byłem Jedynakiem, chcąc się doczekać dalszych potomków, mieli zamiar ożenić mnie gdym do lat doszedł. Powiedziałem im, że postanowiłem zostać pustelnikiem. Ojciec używał najsurowszych środków aby mnie od tego odwieść, a matka najłagodniejszemi tego samego chciała dopiąć. Lecz ja, nieodstępując od mojego zamysłu, opuściłem dom rodzicielski.

Na Wschód udać się nie mogłem, z powodu wojny jaką prowadzili wtedy Rzymianie z Persami; poszedłem więc ku Zachodowi, i przybyłem na puszczę Kalcyjską. Zastawszy tam zgromadzenie pustelników, przyłączyłem się do nich. Wspólnie z nimi pracowałem na utrzymanie życia, a zapatrując się na ich przykłady, ścisłe zachowywałem posty i starałem się wszelkie w sobie namiętności ujarzmić. Przepędziwszy z nimi lat kilka, i dowiedziawszy się że ojciec mój umarł, umyśliłem udać się do matki, aby przy jéj owdowieniu być dla niéj pociechą, po jéj zaś śmierci jednę część majątku rozdać na ubogich, za drugą postawić klasztor, a trzecią zostawić na moje własne utrzymanie. Oznajmiłem to mojemu Opatowi, który mi wręcz powiedział, iż to jest pokusą szatańską, przytaczał wiele przykładów pustelników, którzy się zgubili ulegając takowéj, i nakoniec, gdy widział iż na wszystko głuchy jestem, padł mi do nóg, prosząc i zaklinając abym raz poświęciwszy się na służbę Bogu w pustelniczym zawodzie, już go nie odstępował. Niestety! upór mój i takiemi dowodami jego miłości, przezwyciężyć się nie dał. Pożegnałem się z braćmi, a święty Opat odprowadzając mnie aż za puszczę, ciągle mnie namawiał abym na niéj pozostał, mówiąc: „Owieczka która się oddziela od trzody, każdéj chwili wystawioną jest na pożarcie przez wilka.”

Pomimo tego, puściłem się w drogę, a doszedłszy do gościńca prowadzącego z Berei do Edessy, przyłączyłem się do podróżnych w liczbie siedemdziesięciu idących; gdyż zwykle zbierano się tłumami, aby łatwiéj obronić się od napadających Saracenów. Lecz to nam nie pomogło; wkrótce napadli na nas Izmaelici, i wszystkich zabrali do niewoli. Ja z jedną z kobiet która była z liczby podróżujących, dostałem się w posiadanie pewnego poganina.

Gdy po przebyciu wielkiej pustyni i szerokiéj rzeki, zaprowadził on nas do swego zwykłego mieszkania, przeznaczył mnie do paszenia owiec w polu. Bardzo rad byłem temu, gdyż mnie to uwalniało od stosunków z poganami, i mogłem tam wieść życie jakby na pustyni, zatapiając się w bogomyślności i w różny sposób trapiąc moje ciało. Niedługo wszakże téj pociechy używałem; pan mój zadowolony bardzo z wiernéj mojéj służby, dla wynagrodzenia mnie, jak mówił, chciał abym poślubił tę kobietę która ze mną dostała się do niewoli, a która miała męża, innemu Izmaelicie zaprzedanego. Odpowiedziałem, iż mi się nie godzi jako chrześcijaninowi, żenić się z kobietą która jest żoną innego człowieka. To właściciela mojego w taką złość wprawiło, że porwawszy miecz, byłby mnie nim przebił, gdyby nie to żem w téjże chwili podał rękę téj kobiecie.

Po tak dotkliwém dla mnie wydarzeniu poszedłem z nią do jaskini na wpół rozwalonéj, i tam przepełniony największym smutkiem, widząc jak mnie Bóg karze za opuszczenie pustelniczego życia, oświadczyłem mniemanéj żonie mojéj, że raczéj wolę śmierć męczeńską ponieść, aniżeli poczytywać ją za małżonkę. Do takiéj nawet dochodziłem rozpaczy, że już chciałem przebić się sztyletem, kiedy ona padając mi do nóg rzekła: „Dla czegoż chcesz śmierć sobie zadać byle nie być moim mężem, kiedy i ja wolałabym umrzeć, niż stać się twoją żoną. Niech sobie nasz pan myśli żeśmy małżonkami, a Pan Jezus niech widzi że tylko żyjemy z sobą jak brat z siostrą.” Poszedłem za jéj mądrą radą, a dziedzic nasz myśląc żeśmy się według jego woli zaślubili, przywrócił mi swoje łaski i trzodę powierzył. Znowu więc moje samotne życie na polu, prowadzić zacząłem.

Razu pewnego, gdym był sam wśród pola, żywo stanęli mi na pamięci święci pustelnicy, których towarzystwa dobrowolnie się pozbyłem. Szczególnie przyszedł mi na myśl ten ukochany Opat, który był dla mnie najlepszym ojcem, który z taką troskliwością zajmował się moją duszą, i tak rzewnie ubolewał nad moją ucieczką. Gdym w myślach tych był zatopiony, ujrzałem na małéj ścieżce mnóstwo mrówek, krzątających się około zbierania zapasów żywności na zimę i podziwiałem ich pomysł. Przypomniało mi to, że Salomon przedstawia leniwcom pracowitość mrówki, upominając ich aby ze swojéj gnuśności powstali. Zaczęła mi téż więcéj niż kiedy ciążyć moja niewola, i gorąco zapragnąłem być uczestnikiem tych mrówek duchownych, które po klasztorach i puszczach pracują dla dobra wspólnego, a nic własnego nie mają. Myśli te bardzo mnie zasmuciły, a moja mniemana żona, gdy do niéj wieczorem wróciłem, spostrzegłszy to, spytała mnie o powód. Wyznałem jéj prawdę, a ona podała myśl abyśmy uciekali. Zgodziłem się na to, i poleciwszy jéj aby to w tajemnicy trzymała, ciągle przemyśliwaliśmy jakby ten zamiar do skutku doprowadzić, aż nakoniec wykonaliśmy takowy.

Miałem w trzodzie dwa wielkie kozły. Zabiłem je i odarłem ze skóry, a gdy noc nadeszła, puściliśmy się w drogę i niosąc te skóry doszliśmy do rzeki. Przebyliśmy ją na tychże skórach nadętych puszczając się z biegiem wody, aby przybijając jak najniżej do drugiego brzegu, nie pozostawić najmniejszego po sobie śladu naszemu panu, gdyby nas gonił. Wysiadłszy na brzeg, pędziliśmy co siły, więcéj idąc nocami niż dniem, z obawy aby nas inni poganie nie napadli, a ciągle oglądając się czy nas kto nie goni. Owoż, dnia trzeciego, ujrzeliśmy daleko za nami dwóch ludzi, pędzących na wielkich wielbłądach, a którzy, jak się zdawało, już nas zoczyli. Obawialiśmy się czy to nie jest nasz właściciel, i tak w istocie było. Struchleliśmy od przerażenia, i już nam śmierć stała przed oczyma, gdyż ślady naszych stóp po piasku, dawały mu możność dosięgnięcia nas za chwilę. Głęboka jaskinia, którąśmy ujrzeli przy sobie, posłużyła nam za ukrycie, lecz obawa abyśmy w głąb jéj wszedłszy nie wpadli na jakie dzikie zwierzę któreby nas pożarło, zmusiła nas ukryć się w zagłębieniu tejże jaskini na lewéj stronie będącém, i tam ze drżeniem oczekiwaliśmy losu jaki nas czeka. Mój Boże! jakiéż było nasze przerażenie, kiedy nagle usłyszeliśmy naszego pana zatrzymującego się z jednym ze swoich niewolników przed jaskinią, do któréj ślady nasze go doprowadziły, i gdy temuż niewolnikowi kazał aby nas ztamtąd wywlókł, gdy on sam przez ten czas pilnować będzie wielbłądów. Ten wszedł w jaskinię trzy albo cztery kroki dalej od miejsca w którym byliśmy schowani, lecz nie spostrzegł nas, gdyż przechodząc z dziennego światła do ciemności téj pieczary, znajdował się jakby wśród ciemnéj nocy, my zaś widzieliśmy go z naszéj kryjówki, albowiem na niego zewnątrz padało słońce. Skoro wszedł krzyknął: „Wychodźcie ztąd nędznicy, wychodźcie dzieci śmierci, pan wasz stoi przed jaskinią, i zada wam ją niezwłocznie; boście na nią zasłużyli.” Na hałas ten, lwica ukrywająca się w téj jaskini wyleciała, rzuciła się na niego, w mgnieniu oka udusiła i zawlekła w najciemniejsze miejsce pieczary. Gdy zaś on nie powracał, pan nasz sądząc iż ponieważ nas było dwoje więc mu opór stawiamy, wpadł do jaskini z mieczem w ręku ze wściekłym krzykiem, lecz w tejże chwili lwica i jego poszarpała w kawałki.

Obronił nas więc Pan Bóg od dwóch naszych najstraszniejszych nieprzyjaciół, lecz jeszcze bezpiecznymi nie byliśmy, obawiając się drapieżności lwicy, która nas mogła pożreć jak ich obydwóch pożarła. Nie śmieliśmy się tedy ruszyć, i cała nadzieja nasza wśród tak wielkiego niebezpieczeństwa, była w czystości którąśmy zachowali, i któréj przypisywaliśmy wielkie miłosierdzie Boskie nad nami, gdyż nas od najwyraźniéj grożącej śmierci wybawić już raczył. Jakoż, to miłosierdzie i ostatecznie nas wyratowało; lwica snać sądząc że odkryto jéj legowisko, a obawiając się jakiéj zasadzki, nad rankiem wzięła w paszczę lwiątko i poszła sobie z jaskini, pozostawiając nam w niéj wolne i bezpieczne już miejsce. Czekaliśmy jednak dzień jeszcze cały, obawiając się abyśmy jéj gdzie blizko jéj zwykłéj kryjówki nie spotkali, a wieczorem wyszedłszy, znaleźliśmy wielbłądy, spokojnie dojadające swój obrok. Wsiedliśmy na nie, posiliwszy się trochę z zapasów które na nich były, i po dziesięciu dniach podróży, przybyliśmy do obozu Rzymian, gdzie dowódcy wojska, któremu nas przedstawiono, opowiedzieliśmy wszystko co się nam wydarzyło. Ztamtąd, odesłano nas do Sabijana, Wielkorządcy Mezopotamii. Dostawszy się do tego kraju przedaliśmy wielbłądy, kobietę która ze mną była umieściłem w klasztorze gdzie mieszkały bardzo świątobliwe dziewice, a sam, chociaż dowiedziałem się że mój ukochany Opat już umarł, powróciłem do pustelników, nad którymi on był przełożonym.”

Tak tedy opowiedział swoję historyą święty Malch świętemu Hieronimowi, który przy téj sposobności, następującą zbawienną naukę ten żywot jego zakończa: „Malch będąc już bardzo starym, opowiedział mi to wszystko gdy byłem młodym, a toż samo powtarzam teraz, w podeszłéj będąc i sam starości. Przedstawiam tu duszom miłującym czystość, uderzający przykład téj świętéj cnoty: niech on zachęci i pobudzi wszystkich do jak najwierniejszego jéj zachowania. Powtarzajcie tę historyą waszym potomkom którzy po was przyjdą, aby widzieli że święta cnota czystości, dochowaną być może wśród największych niebezpieczeństw, a za najpewniejszy puklerz służy, jak przeciw okrucieństwu ludzi, tak i przeciw dzikich zwierząt drapieżności, i że prawdziwy sługa Jezusa Chrystusa może być zabitym, lecz nigdy zwyciężonym.”

Święty Hieronim powtarzając dosłownie opowiadanie świętego Malcha, nie przydaje szczegółów jego życia po wyjściu z niewoli. Zdaje się jednak, z tego co pisze ten święty Doktor, że gdy on sam przebywał w Maronii około roku Pańskiego 375, zastał tam błogosławionego Malcha mieszkającego razem ze świątobliwą towarzyszką przygód jego życia. Podeszły już wtedy wiek ich obojga i znane w całym kraju ich dzieje, odwracały wszelkie z tego powodu zgorszenia. Jakoż, znani byli powszechnie z tak wielkiéj świątobliwości, że, jak się wyraża święty Hieronim, wszyscy ich mieli w szczególnéj czci, jakby nowych świętych Zacharyasza i Elżbietę, i w każdéj ciężkiéj potrzebie uciekano się do ich modlitwy. Zdaje się nawet, że święty Malch, umarł w mieście Maronii, gdyż Martyrologium Rzymskie pod dniem 21 Października ogłaszając jego święto, toż miasto wspomina.

Pożytek duchowny

Masz w życiu świętego Malcha, uderzający dowód na jakie niebezpieczeństwa naraża się dusza, gdy powołania swojego odstępując, przeniewierza się Panu Bogu. Wprawdzie, Święty którego żywot czytałeś, wyszedł z takowych zwycięsko, wspierany cudowną łaską Boską Wszakże nie godzi się nikomu narażać się na nie, bo mało kto z nich wychodzi obronną ręką.

Modlitwa.

Boże! któryś błogosławionego Malcha Wyznawcę Twojego, wśród niebezpieczeństw na które naraziła go niestateczność w powołaniu, obronną ręką przeprowadzić raczył; za jego wstawieniem się, spraw miłościwie, abyśmy i w powołaniu naszém byli wytrwali, i od wszelkich niebezpieczeństw duszy i Ciała, zostali uchronieni. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1083–1086.

Tags: św Malch „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik czystość starość powołanie obowiązki stanu
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.