Citatio.pl
2021-02-15

Paul Peikert – Kronika Dni Oblężenia (Wrocław), 15 marca 1945

(Zakład narodowy im. Ossolińskich), 1964, s. 95–98.

O godz. 19 mam odprawić nabożeństwo w obozie dla cudzoziemców w żeńskiej szkole zawodowej przy Clausewitzstrasse 19. Umieszczono tam przeszło 3000 cudzoziemców — Polaków, Ukraińców, Czechów, Węgrów, Serbów, Bułgarów, Francuzów. Z wielkim trudem uzyskali zezwolenie na odprawienie w auli wieczorem o godz. 19 cichej mszy św. oraz na chrzty i śluby. O godz. 18:30 udaję się tam z dzwonnikiem i jeszcze drugim towarzyszem. Sprzęt liturgiczny potrzebny do mszy św. i do udzielania sakramentów św. bierzemy z sobą. Gdy wszedłem do tego domu, uderzył mnie widok trudny do opisania: coś jak mrowisko pełne ludzi. Ponieważ światło elektryczne nie funkcjonuje, korzystać trzeba ze świec. Wszystkie korytarze, wszystkie schody, wszystkie pomieszczenia są pełne. Razem młodzi i starzy, chłopcy i dziewczęta, mężczyźni i kobiety. Ponad wszystkim unosi się wilgotny zaduch centralnego ogrzewania. Powietrze takie w całym gmachu, że można się udusić. Ludzie ci bowiem mają zaledwie najprymitywniejsze warunki higieniczne i dlatego wyziewy ciał są wyjątkowo silne. Ciepło w szkole przypomina parny skwar wielkiej cieplarni. Przechodzę przez cały dom i wstępuję do góry o cztery piętra. W każdym kącie, na schodach, na korytarzach, w pomieszczeniach leżą bezdomni, odłączeni od swoich bliskich, znękani ludzie; muszą się obejść bez pociechy religijnej, a w większości są to Słowianie; których cechuje szczególna potrzeba religii. Dziś wreszcie po wielkich trudnościach uzyskano od kierownictwa obozu zezwolenie na odprawienie nabożeństwa. Ogromne rzesze z obozu czekają teraz na nie. Coś nieopisanego dokonywa się w ich duszach. Nabożeństwo odbędzie się w auli, na czwartym piętrze. Tam także nie ma światła elektrycznego, wszystko musi być oświetlone świecami. Gdy tam wchodzę, wielka ciżba ludzka wypełnia obszerne pomieszczenie. Zbudowano piękny ołtarz z obrazem Serca Jezusowego, pod którym znajduje się mniejszy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i krzyż. Ołtarz przybrany jest pięknie kwiatami i zielonymi gałązkami. Młody kleryk z Warszawy wziął w swe ręce organizację całości. Wzruszający jest zapał i ofiarność internowanych, gdy idzie o nabożeństwo. Przedtem urządzili zbiórkę, której plon przekazał mi ów kleryk. Po przeliczeniu dało to znaczną sumę około 4000 marek. I chociaż pieniądz posiada obecnie małą wartość, to jednak ta wielka suma świadczy o zapale i radości z uzyskanego w końcu nabożeństwa. Pieniądze rozdzieliłem zaraz między biednych.

Punktualnie o godz. 19 aula jest pełna ludzi, głowa przy głowie. Niesamowity zaduch wypełnia pomieszczenie. Obawiam się, czy przetrzymam trudy tej godziny. O godz. 19 udzielam generalnej absolucji, gdy już kleryk wraz z całą rzeszą odmówił spowiedź powszechną i wzbudził akt skruchy. Następnie rozpoczynam mszę św. Kierownictwo obozu zastrzegło wyraźnie, że nie wolno śpiewać. Jakby ujrzeli cząstkę kraju rodzinnego ci pozbawieni ojczyzny, gdy rozpoczyna się ofiara mszy św. Łkanie i płacz napełnia aulę. Zgłoszono przedtem, że około 3000 osób pragnie przyjąć komunię św. Biorąc pod uwagę tę ilość, podzieliliśmy komunikanty, a ponieważ wobec tak dużej liczby komunikowanych nie byłbym gotów we właściwym czasie — do godz. 22 bowiem nabożeństwo musiało się skończyć — poleciłem klerykowi, by mi pomógł rozdawać komunię. Pot spływał mi po twarzy i po całym ciele. Zaduch w auli gęstniał coraz bardziej. Gdy rozdawałem komunię św., widziałem, jak ludzie ci łaknęli chleba żywota. Przychodzili tedy mężczyźni i kobiety, młodzieńcy i panny o znękanych i wychudłych obliczach. Człowiekowi cisną się na myśl słowa boskiego Zbawiciela: „Żal mi tego ludu”. Panie i Boże, kiedyż zlitujesz się nad tymi biednymi, a wywiódłszy ich z tej masowej wegetacji, urągającej wszelkiej ludzkiej godności, zaprowadzisz ich do domu, na łono rodziny? Cóż za udręki muszą znosić ci ludzie! Może utracili wszystko, miłych sercu, krewnych, mienie i dom. Przyszłość ich wydaje się beznadziejna. Jedyne światło nadziei, które im jeszcze przyświeca, to ich święta wiara. Jak trudno w takiej masie ludzkiej, przy wszystkich niebezpieczeństwach czyhających na godność osobistą, jak trudno zachować wiarę i czystość duszy! Wielka musi być wrażliwość moralna tych ludzi, jeśli taki dom nie stanie się wielkim bagnem.

Mimo zakazu śpiewu było rzeczą niemożliwą zatrzymać uczucia w sercach. Pod koniec runął przez aulę głos niby z jednej piersi; była to swojska pieśń polska, przerywana głośnym szlochem i płaczem ludzi, którzy mogli teraz w tym śpiewie przed boskim Zbawicielem i Jego Najświętszą Matką otworzyć duszę przepełnioną bólem. Tymczasem przyszła godz. 20:30 i po bardzo długem komunikowaniu odbył się ślub 12 par. Byli to Francuzi, Czesi, Węgrzy i Polacy. Ślub odbywał się zgodnie z rytuałem. Wszystkie pary nowożeńców miały obrączki, które poświęciłem i włożyłem im na palce. Po ślubie pobłogosławiłem panny młode. Po ceremonii ślubnej owych 12 par nowożeńców ochrzciłem dwoje dzieci. Jedno z nich było już starsze. Po ochrzczeniu dzieci odwiedziłem chorych na dole w schronie przeciwlotniczym. Udzieliłem chorym 35 do 40 komunii św. Jakiemuś nieprzytomnemu, który w ciężkim wypadku otrzymał ranę w głowę, udzieliłem ostatniego namaszczenia. Szedłem z Najświętszym Sakramentem przez wszystkie pomieszczenia i błogosławiłem chorych. Ze łzami w oczach patrzyli na mnie ci młodzi i starzy mężczyźni. Leżeli tu w wilgotnej, niezdrowej piwnicy, ledwo oświetlonej światłem świec. Nie przenika tu żaden promyk słońca — przerażający obraz nędzy. Chętnie chodziłbym co tydzień do tych chorych, ale nie wolno. Węgierscy, bułgarscy i polscy lekarze podchodzą na koniec do mnie, wyrażając podziękowanie za odwiedziny. Przy pożegnaniu podaję im rękę, mówiąc, że teraz wiem, co to jest lager dla cudzoziemców. Oni zaś odpowiadają przerywanym głosem: „A jak długo już to znosimy!”. Tak, ci ludzie, ci cudzoziemcy nie zapomną o Niemczech. Opowiedzą w kraju, jak to ich ulokowano, drwiąc z wszelkiej ludzkiej godności osobistej. Każde zwierzę domowe traktuje się uczciwiej niż tych ludzi, których przemocą wyrwano z własnego domu i roli i którzy teraz muszą ze łzami spożywać gorzki chleb wygnania. Oto do czego dochodzi światopogląd, który wraz z negacją wszelkiej człowieczej godności zlikwidował pojęcie ludzkości, a człowieka, istotę żywą, traktuje jak zbędny balast.

Pozostałe cząstki komunii zaniosłem w cyborium z powrotem do kościoła. Była już godz. 22 w nocy. Przedtem obszedłem jeszcze sale z błogosławieństwem. Zmęczony, wyczerpany powróciłem z tego długiego nabożeństwa, i tak przepocony, że nawet wierzchnia suknia była mokra. I choć cieszyłem się, że duszom tych ludzi w niedoli wygnania przyniosłem światło pociechy i radości, to jednak nie opuszcza mnie straszmy obraz tego życia. Bo i mojej uwagi nie uszły przejawy obyczajowego zwyrodnienia i ogromne niebezpieczeństwo, na które narażona jest niewinność młodzieży w obozie. A wszystko przytłaczała atmosfera odrętwienia, które groziło też stłumieniem wszelkiego światła w duszy. „Żal mi ludu”. „Kto da łez moim oczom i strumienie wód mojej głowie, abym dzień i noc opłakiwał synów mojego narodu”.

Była godz. 22:30, kiedy wszedłem do mojego pokoju, by zjeść coś na kolację i następnie udać się na spoczynek.

Tags: historia Paul Peikert Eucharystia Wrocław
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.