Citatio.pl

Wpisy z tagiem "św ":

2020-11-27

Św. Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Chrystyna, z Zakonu Kamedułów, Męczenników

Żyli około roku Pańskiego 1005.

(Żywot ich wyjęty jest z Historyi polskiéj przez Długosza.)

Święci których na dzień dzisiejszy krótki żywot podajemy, a których Martyrologium Rzymskie 12-go bieżącego miesiąca pamiątkę obchodzi, byli zakonnikami Reguły świętego Romualda, tak zwani Kameduli. Ponieważ onito około roku Pańskiego 1000, założyli w Polsce pierwszy klasztor Zakonu bogomyślnego, i ten rodzaj anielskiego na ziemi życia pierwsi do nas przynieśli, więc czém są dla Kościoła tego rodzaju zakony parę słów tu powiemy.

Wszyscy obowiązani są do modlenia się, i to jest bardzo ścisłym każdego człowieka obowiązkiem, a jednak nie wszyscy spełniają tę powinność jak należy. Jedni opuszczają się w niéj przez niedbałość, drudzy przez mniéj więcéj wymawiającą ich w téj mierze niemożność, a tymczasem jest pewna miara modlitw, które do tronu Boga zanoszone być powinny od całéj masy żyjących w danych czasach ludzi na ziemi. Ztąd téż wynika, że w stosunku jak do téj oznaczonej przez Boga miary brakuje czegoś ze strony ludzi, umniejsza Pan Bóg łask jakie dla nich przeznaczył, i które byłby udzielił gdyby się modlili tyle ile do tego obowiązani byli. I znowu nawzajem: z tém większą hojnością zlewa Stwórca najwyższy na świat Swoje błogosławieństwa, im większa masa modlitw, przed majestat Jego dochodzi.

Toż samo ma miejsce i co się tyczy pokuty należnéj ludziom za grzechy, jakich się po Chrzcie świętym dopuszczają. Tych bowiem pewna miara, chociaż już odpuszczonych przez Sakrament spowiedzi godnie przyjęty, wymaga jednak przed sprawiedliwością Bożą pewnéj odpowiednéj miary pokuty, w któréj, podobnież jak w modlitwie, wielu się zaniedbuje. I ztego więc znowu powodu, nietylko wiele łask Bożych zostaje wstrzymanych, lecz nawet miłosierdzie Boskie dla dopełnienia téj miary pokuty którą oziębli nawróceni grzesznicy zaniedbują, zsyła cięższe powszechne na świat kięski, aby się w nich, i przez nie już jakby powiedzieć chcąc niechcąc, sprawiedliwi lepiéj oczyszczali i uświęcali.

Otóż, Zakony bogomyślne to jest modlitwie i pokutnemu życiu głównie oddane, a jedno i drugie spełniające w wyjątkowo wyższéj mierze jak to spełniać mogą wszyscy w ogólności ludzie, wynagradzają przed sprawiedliwością Bożą, brak tego w innych. Miłosierdzie bowiem Boże, jak to wiemy z nauki Kościoła, raczy nam zaliczać zasługi jednych za drugich, co właśnie stanowi onę świętą wspólność, świętych obcowanie, to jest współuczestniczenie każdego wiernego w zasługach i dobrych czynach wszystkich wiernych razem wziętych. Jak więc Zakony czynne apostolskim pracom albo miłosiernym uczynkom oddane przychodzą w pomoc wiernym, w ich potrzebach i duchownych i doczesnych, tak znowu Zakony bogomyślne podobnież wspomagają tychże wiernych: najprzód własnym przykładem najskuteczniéj ucząc ich potrzeby modlitwy i pokuty, a powtóre modlitwie i pokucie w wyjątkowy sposób poświęcone, wyjednywają u Boga te łaski dla całego świata, którychby ludzie nigdy nie dostąpili, gdyby pewna ich liczba nie poświęciła się wyłącznie na dopełnienie w ogólnym obowiązku modlenia się i pokutowania, tego czego w nim braknie w oczach Boga, z powodu zaniedbywania się w téj mierze ogółu całego społeczeństwa wiernych.

W dziejach téż świata chrześcijańskiego, czyli w dziejach Kościoła, łatwo dopatrzeć, że ile razy chciał Pan Bóg wielkie miłosierdzie swoje okazać nad światem, i z największych zboczeń sprowadzić ludzi na drogi właściwe, na drogi wiary, zawsze wtedy wskrzeszał ducha bogomyślnego i pokutnego, i zsyłał wielkich Świętych którzy zakładając i szerząc Zakony bogomyślne świat od zguby ratowali. A przeciwnie, kiedy tylko ten duch który ożywiać powinien takowe Zgromadzenia ostygał, wtedy chylił się cały świat ku złemu i jakby chwiał się Kościoł Boży na ziemi, według onego widzenia jakie razu pewnego miał Papież Inocenty III, kiedy święci Franciszek i Dominik okazali się mu jako podpierający chylący się Lateran.

Skoro téż Pan Jezus założył Swój Kościoł na ziemi, wnet ten duch Zakonów bogomyślnych w nim się pojawił: i dopiéro wtedy tenże Kościoł zaczął nabierać wzrostu w świecie pogańskim na Wschodzie, kiedy puszcze Egipskie pod przewodnictwem świętych Antoniego, Pachoniego, Makarego i innych, zapełniły się pustelnikami, tak że jak piszą ówczesni pisarze, miasta się wyludniały, a dzikie puszcze zamieniały się na ludne osady z samych Bogomodlców złożone. Na Zachodzie toż samo: walczył Kościoł z pogaństwem przez świętych Biskupów i święte duchowieństwo świeckie, z którego grona tak wielka liczba Męczenników padła aby w téj części świata zaszczepić i utrwalić wiarę świętą. Lecz nabrała ona wzrostu, i Kościoł wtedy dopiéro się tu osadził, kiedy wielki święty Benedykt, założyciel bogomyślnych Zakonów na Zachodzie, pokrył niemi cały świat chrześcijański.

W średnich wiekach, gdy duch ten przygasł i w tych nawet zakładach które go przechowywać były powinny, któż nie wie w jakim stanie było całe społeczeństwo chrześcijańskie, a które od ostatecznéj zaguby wyratował znowu duch życia bogomyślnego i pokuty, przez dwóch świętych jego odnowicieli wskrzeszony, a którymi byli święci Romuald i Benedykt.

Nakoniec cóż innego, jeśli nie powtórny upadek tego ducha w wieku XVI, dozwolił rozszerzyć się kacerstwu najzgubniejszemu jakie kiedy powstało było w Kościele, i cóż innego jeśli nie brak zesłanników Bożych którzyby go odnowili, jakto miało miejsce w wiekach średnich, jest powodem że kacerstwo to rozwijając swoje następstwa, doprowadziło społeczność chrześcijańską do téj strasznéj ostateczności, w jakiéj ją dziś widzi z przerażeniem każde katolickie serce.

Zakony więc bogomyślne, sąto albo raczéj byłyto instytucye święte, niezmiernie i jakby niezbędnie Kościołowi potrzebne, i takowe każdy naród skoro się do niego światło Ewangelii dostawało, widział powstające na swém łonie.

To właśnie i u nas miało miejsce za czasów Bolesława Chrobrego, za którego tylko co wiara święta na naszéj ziemi krzewić się zaczęła. Wtedy żył jeszcze we Włoszech święty Romueld, a który założył był nowy Zakon właśnie jak najściślejszemu odosobnieniu, wysokiéj bogomyślności i najostrzejszéj pokucie oddany. Klasztory jego Reguły szerzyły się tak szybko, że za jego życia jeszcze, stanęło ich było sto w różnych krajach. Do niego więc udał się król Bolesław, z żądaniem aby mu przysłał swoich zakonników, dla założenia podobnegoż klasztoru w Polsce. Ten przeznaczył na to kilku uczniów swoich, między którymi byli i Polacy. Ci towarzysząc świętemu Wojciechowi w jego apostołowaniu na Prusach, po jego męczeńskiéj śmierci i sami od pogan wiele wycierpiawszy, przybyli do Polski aby klasztor Kamedułów Reguły świętego Romualda, założyć. Bylito: Benedykt i Jan włosi; Mateusz Izaak, Chrystyn i Barnabasz polacy.

W Wielkiéj-Polsce, niedaleko miejsca gdzie późniéj stanęło miasteczko Kaźmierz, ciągnęły się podówczas długie i ciemne lasy, stanowiące jednę z najbardziéj odludnych puszcz w kraju naszym. Tam na górze i teraz zwanéj Bieniszew, Bolesław kazał powystawiać, jakto Reguła świętego Romualda wymagała, osobne ubogie pustelnicze drewniane chatki, i w nich tych świętych pustelników obsadził. Wiedli oni życie tak odosobnione, że nietylko z innymi ludźmi żadnych nie mieli stosunków, lecz i z sobą nie przestawali wcale: na wspólne tylko pacierze zbierali się w ubogiéj kapliczce i schodzili się na roboty około uprawy pola, z którego się żywili. Ciągłe bez żadnej przerwy zachowywali milczenie, dla tém większego skupienia ducha i zatopienia się w bogomyślności. Nietylko rok cały, prócz jednego dnia Wielkiéjnocy, pościli, jadając jarzyny na oleju i chléb razowy, ale nawet silniejsi raz na tydzień brali taki posiłek, a słabsi dwa razy. Za jedyne odzienie i latem i zimą, nosili ostre włosiennice, z szerści końskiéj splecione. Sypiali zaś na gołéj ziemi, kamień biorąc pod głowę.

Taki nadzwyczajny rodzaj życia, sławę ich świątobliwości wokoło roznosił, a przykład ich niezmiernie umartwionego życia, najzbawienpiéj wpływał na lud, świeżo z obyczajów pogańskich wychodzący. Odwiedzały ich niekiedy na puszczy różnego stanu osoby, przychodzące podziwiać ich pokutę i polecać się w różnych potrzebach ich modlitwom, których skutków cudownych wszyscy coraz więcéj doznawali.

Razu pewnego, przybył do nich z licznym dworem i sam król Bolesław, aby ich świętym modlitwom i siebie i cały naród swój polecić. Spędziwszy tam dni kilka na pobożnych ćwiczeniach, mając wracać do Gniezna, chciał obdarzyć tych sług Bożych wielką ilością złota, któréj oni, miłośnicy ubóstwa ewangelicznego, w żaden sposób przyjąć nie chcieli. Król wielce zbudowany taką cnotą zaparcia się, gdy wyruszał z pustyni, rzekł do dworzan otaczających go, którzy chcieli wziąść te pieniądze napowrót: „Złoto raz ofiarowane na cześć Bożą w sługach Jego, już nie powinno być na inne cele użyte”, i kazał je zostawić w chatce, w któréj go pustelnicy gościli.

Gdy odjechał, a święci zakonnicy obaczyli pieniądze i to w wielkiéj ilości pozostawione, zafrasowani tém jakby ich jaka krzywda spotkała, postanowili aby jeden z nich, a tym był ojciec Barnabasz, zabrał te skarby, i co prędzéj odniósł je królowi, przedstawiając mu najpokorniéj, że się im z hojności jego w żaden spogób korzystać nie godzi: gdyż dar królewski był tak wielki, że ich raz na zawsze z ubóstwa wyprowadzał. Barnabasz tedy udał się z pieniędzmi do Gniezna, a bracia jego, odetchnąwszy nareszcie po kłopocie jakiego ich one nabawiły i odzyskawszy ciszę swojéj pustelni przerwaną na dni kilka pobytem królewskim, wrócili do swych zwykłych zajęć opiewania chwały Bożéj.

Tymczasem, kilku z niższych sług królewskich, w których jeszcze pogańskie usposobienie tlało, a którzy widzieli że Bolesław odjeżdżając wielką ilość złota. zostawił w jednéj z chatek, oddzieliwszy się od orszaku królewskiego, tejże nocy napadli świętych pustelników aby ich zrabować. Przybyli tam, kiedy słudzy Boscy o północy śpiewali właśnie Jutrznię, a już dawno Barnabasza z pieniędzmi wysłali byli do Gniezna. Wywlokłszy zakonników z kaplicy, domagali się aby im pozostawione przez króla skarby oddali. Napróżno mówili ojcowie że je odesłali Bolesławowi: złoczyńcy sądząc że ich wydać żałują, zaczęli ich w różny sposób męczyć, aby ich do tego zmusić. Najprzód poprzywiązywali ich do słupów, i podłożywszy ogień wolnym płomieniem ich palili, domagając się ciągle owych pieniędzy. Gdy pomimo tego jednę od wszystkich odbierali odpowiedź że ich nie mają, uwiązali ich do kół przy wozach, i z nimi poganiając konie w tak barbarzyński sposób ich dręczyli. To znowu odwiązawszy, bili ich okrutnie kijami, wodząc od chatki do chatki, aby wskazali miejsce gdzie skarby ukryte. Nakoniec nad rankiem, pomordowali na śmierć błogosławionych tych zakonników, którzy z miłości ubóstwa świętego ponieśli takowe męczeństwo, a którego byliby uszli, gdyby z zamiłowania téj cnoty skarbów im ofiarowanych przez króla byli nie odsyłali.

Zbrodniarze chcąc zakryć ślad swojéj zbrodni, umyślili pokłaść ciała Męczenników w ich chatkach, i roznieciwszy ogień spalić je, aby pozór że zakonnicy zgorzeli z wypadku, nie dał poszlaki ich czynu. Wzięli się więc do podpalenia chatek, z chrustu prawie ulepionych; lecz moc Boża zamieniła ściany tych lepianek jakby na marmurowe, tak że pomimo wszelkiéj usilności, ani ich zatlić nie mogli; i tak odeszli.

Wiadomość o téj zbrodni doszła wkrótce do Bolesława, i winowajcy wykryci i ujęci zostali. Król chciał wyjątkowéj surowości karą, tak wyjątkowo bezbożny i okrutny czyn ukarać. Skazał więc winowajców na śmierć głodną, i wydał wyrok aby w kajdanach póty przy trumnach zamęczonych przez nich świętych zakonników stali przykuci, aż od głodu pomrą: chyba że jakim cudownym znakiem, ciż sami Męczennicy, objawią chęć aby ta kara na inną zmienioną została.

Wykonano tedy rozkaz królewski i przywiedziono zabójców do trumny, w któréj wszystkich pięciu sług Bożych złożone były ciała w kościele Gnieźnieńskim. Lecz zaledwie zbrodniarze stanęli przy zwłokach świętych, aż oto kajdany z nich w tejże chwili opadły. W skutek więc tego król ich ułaskawił, a oni cudem tym wzruszeni, gorzkiemi łzami zbrodnię swoję opłakali, i przez szczerą spowiedź pojednani z Bogiem, zadziwiali odtąd wszystkich nietylko przykładném życiem, lecz i najostrzejszą dobrowolną pokutą, w któréj do śmierci święcie wytrwali.

Barnabasz zaś, gdy w dni kilka po dokonanéj zbrodni wracał z Gdańska po odniesieniu tam pieniędzy królowi, już na drodze blizko swojéj puszczy będąc, dowiedział się, że od dnia tego w którym puścił się on był w drogę, nad miejscem gdzie były chatki pustelnicze w lesie, widziano podczas każdéj nocy, światłość niebieską i słyszano w górze śpiewy anielskie, a nikt jeszcze nie wiedział że święci pustelnicy już pomordowani byli, i że nad ichto błogosławionemi ciałami, ponawiającym się takowym cudem, raczył Pan Bóg uświetnić ich śmierć męczeńską. Przybywszy Barnabasz na miejsce, domyślił się wszystkiego zanim jeszcze wykryci zbrodniarze wyznali szczegóły śmierci jego braci, a upadłszy na kolana, zdjęty ciężką żałością nie tyle z ich straty jak że ich korony męczeńskiej nie dostąpił, zawołał: Panie! jako bez woli Twojéj nie się nie dzieje na świecie całym stworzonym, tak że listek z drzewa bez Twojego rozkazu nie spadnie, tak również mocno wierzę, że ten wypadek śmierci męczeńskiéj moich braci, a któréj mnie, jako jéj niegodnemu, dostąpić nie dozwoliłeś, stał się z Twojego dopuszczenia. Korném przeto sercem proszę Cię tylko Boże mój, abyś mnie od wiecznego społeczeństwa w Niebie tych kochanych braci nie odłączał. Pozostał więc sam w jednéj z tych chatek, ćwicząc się ciągle w pokucie i bogomyślności, a przez to utrwalając na naszéj ziemi najdłużéj ze swych świętych towarzyszy ten anielski żywot, do którego z biegiem czasu i wielu innych pociągnął. Po świętym jego zgonie, król Bolesław i zwłoki Barnabasza kazał umieścić w tejże trumnie w któréj były ciała pięciu świętych Męczenników jego braci, aby z tymi z którymi w Niebie się połączył i na ziemi w jednymże grobie spoczywał.

Na miejscu pięciu chatek pustelniczych tych pierwszych założycieli Zakonów bogomyślnych na ziemi naszéj, lud pobożny wzniósł późniéj pięć kapliczek, do których liczne odbywały się pielgrzymki, i wiele tam cudów zaszło. Ciała zaś wszystkich sześciu, we wspaniałym grobowcu przez Bolesława wzniesionym, w katedrze Gnieźnieńskiéj spoczywały tylko do roku Pańkiego 1039, w którym Brzetysław książe czeski, wtargnąwszy do Polski i dostawszy się aż do Gdańska, zabrał te święte Relikwie wraz z innemi, i uwiózł je do Pragi. Późniéj znownu, ciało świętego Chrystyna przeniesione zostało do Ołomuńca, i umieszczone tam w kościele, pod jego wezwaniem zbudowanym.

Pożytek duchowny

Krótkie uwagi poprzedzające żywot który przeczytałeś, powinny ci dać ocenić po katolicku potrzebę Zakonów bogomyślnych w Kościele Bożym. Proś więc Pana Boga, przez przyczynę tych Świętych którzy pierwsi na ziemię naszę ten rodzaj życia nadziemskiego przynieśli, aby raczył ducha bogomyślności i pokuty rozżywiać pomiędzy wiernymi; póki bowiem do tego nie przyjdzie, nie zatrzyma się świat na zgubnych drogach na których zostaje.

Modlitwa (Kościelna)

Prosimy Panie, niech nas Męczenników Twoich: Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Chrystyna, chwalebne dnia dzisiejszego tryumfy tak rozweselają, abyśmy za ich wstawieniem się do téj doszli niebieskiéj ojczyzny, w któréj oni szczęśliwie z Aniołami połączeni, bezustannie Majestatu Twego niewymowną światłością się cieszą. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1022–1026.

Tags: Pięciu Braci Męczenników św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik modlitwa pokuta św Benedykt św Romuald protestantyzm
2020-11-26

Św. Piotra Aleksandryjskiego, Biskupa i Męczennika i św. Leonarda, z Portu-Maurycyi

Żyli około roku Pańskiego 310 i 1751.

(Żywot Świętego Piotra wyjęty jest z Brewiarza Rzymskiego, Świętego Leonarda z procesu jego beatyfikacyi.)

Święty Piotr Biskup Aleksandryjski, zasiadał na téj stolicy w drugiéj połowie trzeciego wieku. Wysoką świątobliwością swoją i nauką wsławił się nietylko w Egipcie, którego miasto Aleksandrya była wtedy stolicą, lecz i w całym Kościele Bożym. Ciężkiego doznał, w obronie wiary świętéj od cesarza Maksymiana Gabra, prześladowania, a mężnie przy obronie praw Kościoła stojąc, przez to i wiernych swojéj pieczy powierzonych w wierze świętéj utwierdzał. Onto pierwszy wykrywszy bezbożne błędy kacerza Aryusza, który był Dyakonem w jego Dyecezyi, od społeczeństwa wiernych odłączyć go kazał. Po dwunastu latach biskupstwa, na którém ciągle musiał walczyć z błędami różnych powstających podówczas kacerstw i znosić coraz groźniejsze prześladowanie od cesarza, nareszcie uwięziony został i na śmierć Skazanym przez tegoż Maksymiana.

W wigilią śmierci, przyszli odwiedzić go w więzieniu Achyllas i Aleksander, kapłani, i wstawiali się za Aryuszem, prosząc aby go do jedności Kościoła przywrócił, i odwołał klątwę na niego rzuconą. Lecz Święty, któremu Pan Bóg objawił był że kacerz ten nie nawróci się i że błędami swojemi wielką zada Kościołowi klęskę, uczynić tego nie chciał i rzekł do nich. „Dzisiejszéj nocy, okazał mi się Pan Jezus, mający na Sobie białą szatę na wpół przedartą; a gdym Go pytał? coby to znaczyło, odrzekł mi: Tak oto Aryusz, Kościół święty, który jest szatą Moją, kacerstwem swojém rozedrze.” Ta smutna przepowiednia świętego Piotra sprawdziła się, równie jak i ta, przez którą dwom tym kapłanom przybyłym wtedy do niego, zapowiedział że jeden po drugim na Biskupstwo Aleksandryiskie wyniesieni zostaną. Poniósł śmierć męczeńską przez ścięcie mieczem, dnia 26 Listopada roku Pańskiego 310.

· · ·

Święty Leonard którego także w dniu dzisiejszym obchodzi się pamiątka, był rodem z miasta nadmorskiego Porto-Maurycio w północnych Włoszech położonego. Przyszedł na świat roku Pańskiego 1676. Ojciec jego Dominik Kazanowa, był właścicielem małego okręciku, a wielkiéj świątobliwości człowiekiem, który tak pobożnie dzieci swoje wychował, że z czterech jego synów, trzech wstąpiło do Zakonu Braci-mniejszych, a jedyna córka została Klaryską w Siennie. Lecz na świętym to Leonardzie szczególnie objawiały się owoce bogobojnego wychowania jakie w domu odebrał. Małym chłopaczkiem będąc, nietylko sam z największém upodobaniem różne ćwiczenia pobożne odprawiał, lecz i rówienników swoich do tego zachęcał. Zgromadzał ich w kaplicy Matki Boskiéj za miastem będącéj, i tam w przemowach jakie do nich miewał, zachęcał ich do czci przenajświętszéj Panny i Różaniec z niemi prawie codzień odmawiał.

Oddany do szkół, zadziwiający w naukach uczynił postęp, a coraz większy w cnotach. Gdy już przeszedł niższe klasy, stryj jego mieszkający w Rzymie, zawezwał go do tego miasta, i tam w najpierwszym zakładzie naukowym ukończył Leonard wyższe kursa, a taką zajaśniał obyczajów skromnością że go drugim Aloizym Gonzagą przezywano. Już podówczas powziął zwyczaj każdego wieczora tak się obrachowywać z sumieniem, jakby tejże nocy miał umrzeć, i skoro mu ono cośkolwiek wyrzucało, szedł do spowiedzi.

Miał lat dwadzieścia jeden, kiedy postanowił świat opuścić i wstąpić do Zakonu. Gdy wahał się któremu dać pierwszeństwo, zdarzyło się że wszedł wieczorem do kościoła świętego Bonawentury, przy którym był klasztór Braci Mniejszych Reformatów z całą ścisłością pierwotną Regułę świętego Franciszka Serafickiego zachowujących. Wtedy zakonnicy w chórze odmawiali Kompletę, a powaga i pobożność z jaką te pacierze odprawiali, skłoniły świętego Leonarda aby do tego klasztoru wstąpił. Przyjętym został, i od chwili w któréj przywdział habit świętego Patryarchy Assyzkiego, ciągle już tylko coraz wyżéj na drodze doskonałości postępował. Największa w zachowaniu wszystkich przepisów Reguły pilność, nadzwyczajny dar modlitwy, gorąca Jezusa i Maryi miłość, nieustanne umartwienie ciała, niezmordowana w usługach bliźniemu uczynność, zaparcie się i posłuszeństwo granie niemające, oto były cnoty które go uczyniły wzorem najwyższéj świątobliwości.

Takim był już święty Leonard,kiedy po ukończeniu nauk Teologicznych wyświęcony został na kapłana. Od téj pory szczególnie, rozbudziła się w sercu jego najwyższa o zbawienie bliźnich gorliwość. Takową powodowany, po kilkakroć najusilniéj domagał się u przełożonych aby go wysłano na Missyą pomiędzy pogany, gdzieby roznosząc światło Ewangelii, śmierć męczeńską mógł ponieść. Lecz że go Pan Bóg przeznaczał na Apostoła kraju własnego, przełożeni nie wysłali go do niewiernych, lecz przeznaczyli na Misyonarza we Włoszech.

Odbywał więc Missye przenosząc się z miasta do miasta, ze wsi do wioski, zawsze pieszo, boso i o żebranym chlebie, nigdzie żadnego za prace swoje nieprzyjmując wynagrodzenia. Obywał się zaś bez żadnego towarzysza: sam miewał kazania, dzieci do pierwszéj spowiedzi i Komunii sposobił, nabożeństwu przewodniczył, spowiadał, co mu często pół nocy zabierało. Ledwie jednę Missyą skończył wnet na drugą się udawał, gdyż widząc nadzwyczajne tego pożytki, każdy z Biskupów pragnął aby w tym celu ten wielki Apostoł przybył i do jego Dyecezyi. Gdy w jakiém miejscu dłużéj zabawił, przytrafiało się że około stu tysięcy miewał słuchaczów. Wtedy urządzano mu kazalnicę na polach, a Pan Bóg przytém taki cud czynił, że zarówno ci którzy obok niego stali, jak i ci którzy niezmiernie byli daleko (gdyż tłumy ludu przeszło wiorstę się ciągnęły) słyszeli go najdoskonaléj.

Po pięciu latach niezmordowanej na takowych Missyach pracy, ciężko zapadł na piersi. Krew z płuc wyrzucał, wychudł jak szkielet, a lekarze zawyrokowali iż jest w ostatnim stopniu suchot, i ledwie mu parę tygodni życia obiecywali. Wtedy objawiła się mu przenajświętsza Marya Panna, uzdrowiła go cudownie, i odtąd jeszcze lat czterdzieści tenże rodzaj życia prowadził.

Lecz gdy się tak dla dobra dusz bliźnich na świecie żyjących poświęcał i braciom swoim zakonnym starał się przychodzić w pomoc. Widząc pomiędzy niemi wielu powołanych do życia jak najbardziéj odosobnionego, a i sam do niego zawsze wzdychając, skorzystał ze szczególnych względów jakie miał u Kozmy III-go panującego w Toskanii, i założył w tém księstwie w miejscu bardzo odosobnioném gdzie sam corocznie odprawiał długie rekolekcye, klasztor. W nim umieścił kilkunastu zakonników, którzy tam według ustaw przez niego ułożonych, a przez Papieża Klemensa XI-o zatwierdzonych, jakby na puszczy, w pokucie i bogomyślności Pana Boga chwalili. Sam jednak, rzadko kiedy mógł tam mieszkać, ciągle bowiem z missyi na missye się udawał, a najwięcéj przebywał w Rzymie, gdzie najobfitsze apostolstwa jego, do ostatnich czasów przetrwały ślady. Pozakładał tam różne pobożne stowarzyszenia i Bractwa. Najserdeczniejsze do Matki Bożéj nabożeństwo, którém od dzieciństwa był przejęty, w każdego pragnął przelać. Nie było kazania w którémby o niém nie wspominał, a wszystkie łaski jakie i sam odbierał i które w tak wielkiéj obfitości przez swoje prace apostolskie sprowadzał na drugich, Maryi przypisywał. Często z kazalnicy słyszano go mówiącego: „Kiedy przebiegam pamięcią wszystkie łaski jakie przez przenajświętszą Maryą w życiu mojém odebrałem, myślę sobie, że tak jak pewne kościoły, w których są cudowne obrazy Maryi, mają ściany pokryte wotami świadczącemi o łaskach jakie ludzie za Jéj pośrednictwem od Boga otrzymali, tak ja cały obwieszony być powinienem, takiemiż wotami: bo żadnéj łaski nie otrzymałem inaczéj, jak przez ręce Maryi. I jeśli zbawienia dostąpię, jedną z największych moich radości w Niebie, będzie myśleć i powtarzać przez całą wieczność, że i to Maryi winienem.” Miał zwyczaj za każdém uderzeniem godziny pozdrawiać tę swoję Matkę niebieską, i wszystkim to zalecał. Usypiając brał w rękę Jéj medalik, i za każdém ocknięciem się, całował go pobożnie.

Przedmiotem jego pobożnych rozmyślań, była najczęściéj Męka Pańska, a w niéj głównie szczegóły zaszłe w bolesnéj drodze Pana Jezusa, kiedy Go na Kalwaryą wiedziono. Uważał że kazania jego o tém najzbawienniejsze na słuchaczach wywierały skutki. Ułożył więc nabożeństwo, dziś już bardzo pomiędzy pobożnemi duszami upowszechnione, i wielkiemi nadane przez Stolicę Apostolską, odpustami, tak nazwane nabożeństwem Drogi Krzyżowéj. Zaprowadził je najprzód w Rzymie, w ogromnéj wielkości gmachu zwanym Kolizeum, uświęconym krwią wielu tysięcy Męczenników, za czasów prześladowania chrześcijan, podczas igrzysk ludowych na tém miejscu zamordowanych. Tam zbierał święty Leonard wielką liczbę słuchaczów miewał do nich kazania w których brał za główny przedmiot szczegóły ostatnich chwil Pana Jezusa, i potém odprawiał z nimi Drogę Krzyżową. Benedykt XIV, podówczas na stolicy Apostolskiéj zasiadający, wielki tego męża Bożego wielbiciel, nabożeństwo to licznemi obdarzył odpustami. Tenże Papież, na żądanie świętego Leonarda, dla rozbudzenia nabożeństwa do pamiątki śmierci Pana Jezusa, nakazał aby po wszystkich kościołach, każdego piątku o trzeciéj godzinie po południu, w któréj Pan Jezus konał, dawano znak dzwonem, a za odmówienie wtedy trzech Ojcze nasz, i trzech zdrowaś Marya, na cześć krzyżowej śmierci Zbawiciela, odpust nadał.

Od świętego to Leonarda także, powstał zwyczaj najprzód w całych Włoszech upowszechniony, nieustającéj czci przenajświętszego Sakramentu, i on pierwszy w kilku większych miastach we Włoszech, Bractwa w tym celu pozakładał.

Odbywał według zwyczaju swego Missyą w Bononii, na którą wysłał go był Benedykt XIV, kiedy w lekką zapadłszy chorobę, pośpieszył z powrotem do Rzymu, gdyż przyrzekł dawno Papieżowi, że w tém mieście umrze. Jakoż skoro wrócił do swojego klasztoru świętego Bonawentury, zachorował śmiertelnie, a po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych i rzewnéj a budującej do braci przemowie, poszedł po nagrodę zgotowaną mu w Niebie dnia 26 Listopada, roku Pańskiego 1741. Papież Pius IX w poczet Świętych go zapisał.

Pożytek duchowny

Zdaniem jestto powszechném, przez mistrzów życia wewnętrznego i największych Świętych przyjętém, że najzbawienniejszém z ćwiczeń pobożnych, jest rozmyślanie Męki Pańskiéj. Do tegoto właśnie rodzaju, należy nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Staraj się z niém obeznać przez książeczki na to umyślnie sporządzone, i takowe przynajmniéj w Piątki wielkopostne odprawiaj.

Modlitwa (Kościelna)

Boże któryś dla skruszenia serc upartych grzeszników przez głoszenie Ewangelii, błogosławionego Leonarda Wyznawcę Twego przedziwną świątobliwością i wielką mocą wymowy obdarzył, spraw prosimy, gdy sami dla zatwardziałości serc naszych do doskonałéj skruchy pobudzić się nie możemy, abyśmy tego za jego prośbami i zasługami dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1019–1022.

Tags: św Piotr Aleksandryjski św Leonard z Porto Maurizio św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna biskup męczennik arianizm Maryja Droga Krzyżowa
2020-11-25

Św. Katarzyny, Dziewicy i Męczenniczki

Żyła około roku Pańskiego 310.

(Żywot jéj był napisany przez Metafrasta.)

Święta Katarzyna z rodu cesarskiego pochodząca, mieszkała w Aleksandryi, stolicy Egiptu, w połowie IV wieku. Tak wysokie w naukach odebrała wykształcenie, że będąc młodą dziewicą stała w nich na równi z najsławniejszymi uczonymi swojego czasu. Przytém jaśniała przedziwną urodą. Lecz co prawdziwe jéj szczęście stanowiło, była doskonałą chrześcijanką.

Panujący podówczas cesarz Maksencyusz, zawzięty prześladowca chrześcijan, przybywszy do Aleksandryi, wydał najsurowszy wyrok, aby nietylko wszyscy mieszkańcy tego miasta, ale i z najodleglejszych okolic, stawili się do Aleksandryi na dzień na to wyznaczony, w którym miała się obchodzić wielka uroczystość pogańska. Gdy w skutek tego, tłumy ludu zgromadziły się na te bezbożne obrządki pod przewodnictwem Maksencyusza odbywane, Katarzyna zdjęta litością nad tak wielką liczbą dusz uwiedzionych błędami pogańskiemi, wziąwszy z sobą liczny orszak sług swoich, udała się do świątyni w któréj był cesarz, i tak do niego przemówiła: „Czy przystoi tobie o! cesarzu, który tak wielkiém państwem rządzisz, abyś ludzi śmiertelnych za bogów poczytywał? Wszak własni wasi pisarze i filozofowie, nie tają tego iż ci których lud prosty za bogi uznaje, ludźmi tylko byli, którym za niektóre dobrodziejstwa jakie wyświadczyli społeczeństwu, dla zachowania ich pamiątki stawiono posągi, a które ciemnota tylko ludów za bogów uznała. Tak znakomici pisarze jak Diodorus, Plutarch i inni świadczą o tém wyraźnie; nie wątp więc o tém cesarzu, a przykładem twoim nie prowadź tak wielu ludzi na potępienia: bo inaczéj, Bóg prawdziwy wiekuistą męką cię ukarze po śmierci. Uznaj raczéj jednego prawdziwego Boga, który ci i życie dał i koroną cię obdarzył. Słowo Jego przedwieczne, Syn Bogu Ojcu równy, wybawił nas od zguby, w jaką nas wtrącili pierwsi rodzice nasi dopuściwszy się nieposłuszeństwa przeciw Bogu. Syn Boży krzyżową śmiercią Swoją, winę naszę zmazał, otworzył nam wrota do miłosierdzia Bożego, i pokutującym zbawienie wieczne daje. Korzystaj przeto z téj łaski.”

Zdumiał się Maksencyusz na mowę takową, lecz przez wzgląd na wysoki ród Katarzyny, nie chciał od razu karać jéj za to co w jego oczach było wielkiém zuchwalstwem. Przytém ujęty jéj nadzwyczajnéj piękności urodą, poślubienia jéj powziął zamiar. Łagodnemi więc słowy przemawiając do niéj, powiedział iż rozpoczętych obrzędów musi dokończyć, a po nich zawezwie ją do siebie dla dłuższéj rozprawy.

Gdy przybyła, wiedząc że z cesarskiéj krwi pochodzi, przyjął ją z wielkiém uszanowaniem, i w pierwszych słowach jakie do niéj wymówił, zaczął wychwalać jéj piękność. Na co rzekła mu święta dziewica: „Szatani których wy za bogów macie, tak was w swoich sidłach trzymają, iż wam tylko na znikome i niegodne uwagi rzeczy otwierają oczy. Jakąkolwiek jest moja powierzchowność, jestem tylko gliną nędzną, która w proch się obróci, a jeśli podziwiasz tę postać jaką mi dał Pan Bóg, z tego byś się powinien przekonać o potędze takiego Stwórcy, i tę uwielbiać, a nie stworzeniu nikczemnemu zalety przypisywać.” Zaczął po tych słowach cesarz swojéj religii bronić, a gdy spostrzegł z jak niepospolicie uczoną i bystrego rozumu kobietą ma do czynienia, powiedział jéj iż chce aby się o tém wszystkiém co mu mówiła o religii chrześcijańskiéj, rozprawiła z uczonymi filozofami, których w tym celu do siebie zawezwie. „Niech staną, odpowiedziała mu na to Katarzyna, a obaczysz jak Bóg mój usta im zamknie.” Posłał tedy cesarz po pięćdziesięciu najmędrszych w całym kraju filozofów, aby oni Katarzynę o prawdziwości religii pogańskiéj, a fałszu chrześcijańskiéj przekonali. Tymczasem, przed Świętą stanął Anioł, i oznajmił jéj że Pan Jezus w téj rozprawie wspomagać ją będzie, że filozofowie ci nawrócą się i za wiarę umrą, i że ona sama koronę męczeńską otrzyma.

Gdy tedy ci mędrcowie na dwór cesarski przybyli, przyzwano Katarzynę, i w obecności Maksencyuszą i wszystkich panów i pań jego dworu, kazano jéj rozprawiać się z nimi. „Więc ty bogi nasze bezcześcisz” odezwał się do niéj najprzód jeden z owych filozofów za najbieglejszego poczytywany. „Ja im czci nie oddaję jako bogom, odrzekła na to dziewica, bo ich nie za bogów lecz za ludzi tylko uznaję.” – „Dla czegoż, powiedział znowu na to filozof, ty która za mądrą i uczoną uchodzisz, nie podzielasz w téj mierze zdania naszych największych uczonych i najpierwszych wieszczów, którzy ich przecież za bogów poczytują?” — „Bo w tych rzeczach, odpowiedziała Katarzyna, które się tyczą czci należnéj prawdziwemu Bogu, ja słucham nie zdania chociażby najmędrszych ludzi, lecz głosu téj mądrości która jest darem Boga, będącego samą Mądrością, a która mnie oświeca.” I zapytała: „Którzyżto są ci wasi uczeni, uznający za bogów tych, którym wy cześć oddajecie?” A gdy filozof rozprawiajacy wyliczył jéj wielu uczonych pogańskich o ich bożkach piszących, a nic o Chrystusie niewspominających, Święta mu odpowiedziała: „Prawda iż ci których mi przytaczasz, piszą o tych których wy za bogów poczytujecie: ale czyż nie widzisz, że przypisują im oraz jużto chytrość i matactwo, już mściwość i zdradę; to znowu ohydną rozpustę i największe zbrodnie. A czyż mogą być bogami ci, którzy się dopuszczają czynów, na które każdy rozumny i cnotliwy człowiek się wzdryga? Fałszem zaś jest, mówiła daléj, jakoby nikt z waszych znakomitości nie wspominał o Chrystusie. Wszak tyle Sybill najsławniejszych, tylu wieszczów Apolina, wyraźnie przepowiedziało zstąpienie Boga na ziemię, cudowne narodzenie się Jego z Dziewicy, i umęczenie na krzyżu za grzechy rodu ludzkiego.” Poczém przytoczyła im z pamięci, wszystkie tego rodzaju najsławniejsze wyrocznie. Daléj wyłożyła im w krótkich słowach, całą naukę katolicką: o stworzeniu świata, o upadku pierwszych rodziców z którego wynikły wszelkie nędze ludzkie, o miłosierdziu Boga nad ludźmi w zesłaniu na ziemię Syna Swojego, który zadość czyniąc sprawiedliwości Bożéj, podzwignął nas z upadku; o życiu, cudach i śmierci Zbawiciela, i nakoniec o powinności wierzenia w Chrystusa i naśladowania Go w cnotach, a jeśli tego po nas wymaga, i w poniesieniu śmierci dla Niego, jak On ją za nas poniósł.

Owóż, do mądrych słów tych Katarzyny raczył Pan Bóg i moc Swoję przywiązać. Wysłuchawszy ich ów filozof który z nią rozprawiać zaczął; zamilkł, a cesarz zwrócił się do drugich aby się oni odezwali. Lecz ci otwarcie ma odrzekli: „Próżno cesarzu wysilać się będziemy, gdyż przeciw prawdom, które z ust téj dziewicy wyszły, żaden z nas nie do zarzucenia wynaleźć nie może.” Spostrzegłszy tedy Maksencyusz że mowa Katarzyny mędrców tych do wiary katolickiéj nawróciła, uniesiony wściekłym gniewem, rozkazał w tejże chwili stos rozpalić, i wszystkich ich nań wrzucić. Oni zaś usłyszawszy ten wyrok padli do nóg Katarzyny, błagając jéj aby wstawieniem się swojem do Boga, wyjednała im łaskę wytrwania w wierze chrześcijańskiéj, którą chcą wyznawać. Z czego uradowana święta dziewica zawołała: „Przyjmuje was Bóg miłosierny, i wieczną chwałą krótkie wasze cierpienia nagrodzi. Wstępujcie śmiało w te płomienie, to chrzest ognisty, który w jednéj chwili oczyści dusze wasze za przeszłe wasze błędy.” A gdy już ich na spalenie wiedziono, przeżegnała ich krzyżem świętym i Bogu jeszcze poleciła. Stanęli tedy na stosie mężowie wybrani, a Bóg przyjął ich dusze do Nieba.

Lecz rzecz poniekąd dziwna, że w Maksencyuszu wszystko to rozbudziło jeszcze gwałtowniejsze pragnienie poślubienia Katarzyny: wręcz więc jéj oświadczył, że jeśli odstąpi wiary, pojmie ją w małżeństwo i na tronie cesarskim osadzi. Ale mu ona odrzekła: „Napróżno łudzisz mnie tak w oczach twoich świetnemi obietnicami; chrześcijanką jestem i za nic je sobie cenię.” — „A więc, powiedział jéj na to rozgniewany cesarz, chcesz mnie zmusić abym i to ciało twoje tak sławne z urody, dręczyć i katować kazał.” — „Ciało to, odrzekła mu Święta, prędzej lub późniéj, samo w proch się obróci, a przez męki jakie mi zadasz, zjednasz mi w Niebie tém większe nagrody. A przytém z powodu męczeństwa jakie ja poniosę, wielu z dworzan twoich uwierzy w Chrystusa, i razem ze mną pójdą do Niego.”

Widząc cesarz nieugiętą w Katarzynie stałość, z niegodziwéj chuci jaką ku niéj pałał, przeszedł w zajadłość barbarzyńską. Najprzód przez dwie godziny kazał ją żyłami wołowemi okrutnie smagać. Krew lała się strumieniem, całe ciało jakby jedną raną się stało, lud płakał, a Święta ani jęku niewydając, głośno Chrystusa wielbiła. Potém zaprowadzono ją do więzienia, gdzie ją głodem morzyli.

Dziesięć dni już tam przebywała, kiedy niespodzianie, Augusta żona cesarska, słysząc wszystkie szczegóły męczeństwa Katarzyny, przyszła do niéj potajemnie, gdyż od niejakiego czasu i sama pragnęła zostać chrześcijanką, lecz obawiała się męża. Po długiéj rozmowie jaką miała ze Świętą, postanowiła bądź co bądź nawrócenia swojego już nieodwlekać, Nie dość na tém: Porfiryusz, naczelny wódz wojsk cesarskich, który ułatwił to tajemne widzenie się cesarzowéj z Katarzyną, obecny ich rozmowie, także się nawrócił, a skłoniwszy do tegoż dwóchset innych wojskowych, niezwłocznie z nimi wszystkimi Chrzest święty przyjął.

Dwanaście dni trzymano Katarzynę w więzieniu i głodem dręczono, lecz głodu nie cierpiała, bo Pan Bóg przysyłał jéj gołębicę, która ją przez ten czas karmiła, i sam Pan Jezus jéj się okazał, pokrzepiając na duchu na nową mękę która ją czekała.

Jakoż, cesarz kazał przygotować straszną machinę, w któréj urządzone były cztery koła jedno na drugie zachodzące, i nasadzone długiemi ostremi i żelaznemi gwoździami, tak aby wsadzoną pomiędzy nich męczenniczkę, w drobne kawałki szarpały, a jednak długo męczyły. Gdy zawezwał po raz ostatni przed siebie Katarzynę, rozkazał aby machinę rozpuszczono dla przerażenia Świętéj, i wtedy znowu ją nakłaniał do odstępstwa wiary a oddania czci bożkom. Lecz kiedy nic na niéj nie wymógł, kazał ją porwać katom, i w tę okrutną torturę wrzucić; ale gdy chcieli koła jéj w ruch wprawić, zstąpił Anioł z Nieba i roztrzaskał machinę w kawałki, a Katarzyna zdrowa i bez żadnego szwanku stanęła na ziemi. Na widok cudu tak wielkiego, lud cały zawołał: „Wielkim jest Bóg chrześcijański,” a cesarz wydał rozkaz aby niezwłocznie Katarzynę ścięto. Zbliżył się tedy kat, a ona padłszy na kolana w te słowa się modliła: „Panie Jezu Chryste, dziękuję Ci za wszystkie Twoje łaski. Wejrzyj Boże mój na lud ten, aby Cię poznał i na wieki miłosierdzie Twoje wielbił.” I to mówiąc poddała głowę pod miecz i ściętą została, a w miejsce krwi mleko z żył jéj wytrysnęło, na widok czego większa część pogan nawróciła się. Męczeństwo jéj zaszło 25-go Listopada roku Pańskiego 310.

Przed samą śmiercią, z rozmowy katów jaką usłyszala, obawiała się ta miłośnica czystości, aby po jéj ścięciu nie znieważyli oni téj cnoty na jéj dziewiczém ciele, i prosiła Pana Jezusa aby ją od tego uchował. Kiedy bezbożni kaci zamyślali w istocie o tém, Aniołowie porwali jéj ciało, i na górę Synai unieśli.

Pożytek duchowny

Błogosławiona Katarzyna tak wysoko wykształcona, a z czego tak święty użytek zrobiła, jest szczególną Patronką osób głębszym naukom oddających się. Proś ją, aby dla takich wyjednywała u Ducha Świętego to światło, którém w rozprawie z nią oświeceni filozofowie pogańscy, do wiary się nawrócili.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś Mojżeszowi na szczycie góry Synai przykazania nadał, i w témże miejscu, przez świętych Aniołów Twoich, ciało błogosławionéj Katarzyny Dziewicy i Męczenniczki cudownie umieścił; spraw prosimy, abyśmy za jéj zasługami i pośrednictwem, do téj góry którą jest Chrystus, dostać się zasłużyli. Przez tegoż Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1015–1018.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 932–933

Chwalebna walka świętej Katarzyny za Chrystusa i naukę Jego jest widocznym stwierdzeniem słów świętego Pawła w liście do Rzymian w rozdz. 5, wierszu 5: „Milość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha świętego, który nam jest dany”.

Duch święty leczy siedmiorakie zło, które kazi i szpeci życie ludzkie. Pierwszym złem jest dziecinne postępowanie wielu ludzi, trawiących całe życie na zajmowaniu się rzeczami błahymi i marnościami. Zapobiega zaś temu Duch święty darem mądrości, zwracając uwagę naszą na rzeczy poważniejsze i większą mające wartość. Drugim złem jest zapatrywanie się wielu ludzi na zewnętrzny pozór rzeczy zmysłowych i uganianie się za nim. Przeciwko temu działa Duch Święty zaostrzając w nas dar wnikania w istotę rzeczy i poznawania cudów ukrytych w stworzeniach, w których Bóg przemieszkuje. Trzecim złem jest zuchwalstwo, z jakim ludzie narażają się na niebezpieczeństwa tego świata. Przeciwko temu uzbraja nas Duch święty darem mądrości i przezorności w wybieraniu tego, co służy ku zbawieniu duszy naszej. Czwartym złem jest ludzka słabość, brak odwagi i namyślanie się w szukaniu Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego. Na tę ułomność darzy nas Duch święty siłą pokonywania zawad i trudności. Piątym złem to złuda rozumu w rozróżnianiu złego i dobrego. Tutaj uposaża nas Duch święty darem wiedzy, która nam ułatwia poznanie prawdy i nauk Boskich i zastosowanie do nich czynów naszych. Szóstym złem jest wzgarda rzeczy świętych i niebieskich. Od tego złego chroni nas Duch święty darem pobożności, która w nas wytwarza miłość Boga i zaszczepia zamiłowanie modlitwy. Siódmym złem jest zarozumiałość, wskutek której ludzie mało troszcząc się o zbawienie, nawet w największych niebezpieczeństwach nad sobą nie czuwają. Od tego zabezpiecza nas Duch święty darem bojaźni, która wszczepia w nas wstręt do grzechu, obawę utraty łaski Bożej i szczerą pokorę. Starajmy się przeto, abyśmy byli za przykładem świętej Katarzyny przybytkiem Ducha świętego, nie przybytkiem diabła. Wyrzeczmy się złych popędów i skłonności, oddajmy się pod kierownictwo Ducha świętego, aby czyny nasze uczyniły nas godnymi nadprzyrodzonej i wiecznej nagrody.

Tags: św Katarzyna św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna dziewica męczennik wykształcenie Duch Święty
2020-11-24

Św. Jana od Krzyża, z Zakonu Karmelitów

Żył około roku Pańskiego 1591.

(Żywot jego wyjęty jest z Kronik Zakonu Karmelitańskiego.)

Święty Jan od-krzyża urodził się w Fontybierze w Hiszpanii, z ubogich a pobożnych rodziców, Za staraniem możnéj rodziny, która się nim opiekowała, wyższe szkoły ukończył i w naukach wielki uczynił postęp. Od dziecinnych lat serdeczne miał do Matki Bożéj nabożeństwo i wtedy już szczególnéj Jéj doznawał opieki. Miał lat pięć, kiedy wpadłszy w głęboką studnię, ręką saméj przenajświętszéj Panny został z niéj wyratowany. W dziewiątym roku już ostre zadawał sobie pokuty: ścisłe zachowywał posty, i bardzo krótko sypiając, kładł się na podesłanym chróście. Doszedłszy lat młodzieńczych poświęcił się dozieraniu ubogich w szpitalu w mieście Medynie. Doglądał ich z największą troskliwością najniższe oddając usługi, a przykład jego do wierniejszego obowiązków wypełniania i płatnych przy tym zakładzie ludzi, pobudził.

Lecz że go Pan Bóg do doskonalszego powoływał życia, Jan mając lat dwadzieścia jeden, wstąpił do zakonu ojców Karmelitów. Po wykonaniu ślubów uroczystych, zaczął spełniać umartwienia które wszystkich zakonników w podziwienie wprawiały. Uprosił sobie zamiast celi ciemny składzik, którego ściana dotykała kościoła, a tak nizki i ciasny, że w nim ani stać nie mógł, ani leżeć zupełnie wyciągnięty. Pościł codziennie bez nabiału, nosił włosiennicę uplecioną z ostréj trzciny, i codzień krwawe odprawiał biczowanie. Zostawszy kapłanem, a chcąc wieść życie jeszcze ostrzejsze i bardziéj odosobnione, zamierzał przejść do Kartuzów. Lecz wtedy właśnie poznał się ze świętą Teresą, którą Pan Bóg natchnął był myślą przywrócenia w całym zakonie Karmelitańskim pierwotnéj ścisłości Reguły. Święta ta mając na to od Stolicy Apostolskiéj wszelkie upoważnienia, skłoniła go aby nieprzechodząc do innego Zgromadzenia, w swojém starał się zaprowadzić reformę. Święty Jan, poznawszy w tém wolę Bożą, wziął się do tego wielkiego dzieła. Zaczął tę reformę z jednym tylko towarzyszem, założywszy, za pozwoleniem Jeneralnego Przełożonego Zakonu, nowy klasztor w mieście Derwel, w którym miał zaprowadzić całą surowość pierwotnych Ustaw. Po niejakim czasie, przyłączyło się do niego kilku innych zakonników, z którymi wiódł życie przypominające sposób życia dawnych pustelników na puszczach Egipskich. Lecz że byłato okolica, gdzie lud po górach mieszkający wielce był pod względem religii zaniedbany, musieli ci święci zakonnicy i apostolskim pracom się oddawać. Niekiedy, i to wśród zimy, aby wtedy łatwiéj mieszkańców w domach zastawać, cały dzień po śniegach brodzili bez obuwia i w jednym habicie; gdy zaś po tak ciężkich trudach w nocy zbierali się aby pacierze odmówić, ubogi ich chór był tak źle zaopatrzony, z powodu niedostatku w jakim zostawali, że i tam na nich śnieg padał.

Wkrótce potém i drugi klasztor takiéjże reformy, stanął w Mandzerze, i tam powołano Jana na Magistra nowicyuszów, coraz liczniéj się gromadzących, a którzy pod tak świętym mistrzem, wielkie na drodze doskonałości czynili postępy. W ich liczbie był jeden z najuczeńszych profesorów, ze sławnego uniwersytetu Salamanckiego, a który okazał się niezadowolony, że mało książek znalazł w bibliotece klasztornéj. Święty Jan, który dopatrzył w tém pokusę złego ducha zamierzającego przez zajęcia umysłowe, odwrócić tego nowicyusza od życia wewnętrznego, zabrał mu i te książki jakie miał w celi, a dał tylko mały katechizm dla dzieci, i uczyć się z niego nic innego nie kazał, tylko tego pierwszego pytania: „Czy jesteś chrześcijaninem?” Nowicyusz ten, który potém wyszedł na bardzo świątobliwego i znakomitego kapłana, mawiał, iż ten postępek świętego Jana, wyleczył go na zawsze z próżności do któréj miał wielką skłonność, a stał się dla niego źródłem największych oświeceń Ducha Świętego.

Z klasztoru w Mandzerze, Jan powołany został znowu na Magistra nowicyuszów do klasztoru w Pastrana, tejże reformy, a ztamtąd na Przełożonego do klasztoru w Awilla. Gdy tam przemieszkiwał, a według swego zwyczaju nigdzie z klasztoru nie wychodził, zrobiono mu uwagę, że wypada koniecznie aby oddał wizytę gubernatorowi tego miasta, bardzo zakonowi przychylnemu. Uczynił to Święty, a gdy przybywszy do gubernatora, przepraszał go że dotąd nie był u niego, ten mu odpowiedział: „Szanowny ojcze, bardzo szczęśliwi jesteśmy gdy nas zakonnicy nawiedzają; ale najwięcéj ich poważamy, gdy z klasztoru nie wychodzą.” Święty Jan, często tę odpowiedź przytaczał braciom, aby ich zachęcić do tém większego stronienia od świata.

Lecz zły duch nie mógł pozostawić w pokoju, tak wielkiego sługi Bożego. Wydał mu téż zawziętą wojnę: najprzód zaczął go trapić strasznemi widziadłami, w których niekiedy bił go dotkliwie; dręczył go pokusami nieczystemi, a gdy w tém wszystkiém zwyciężał go Jan święty, nasyłał na niego po kilka razy kobiety nierządne, którym nie tylko oparł się nasz Święty, lecz i one same nawrócił, i do najszczerszéj przywiódł skruchy.

Widząc szatan, że tym sposobem nic z nim wskórać nie może, do innego uciekł się środka, żeby go prześladować. Dotąd, na wielkie dzieło reformy, przez świętego Jana prowadzone, zakonnicy którzy jéj nie przyjęli, patrzyli obojętnie; lecz nagle powstali na niego, i do tego przyszło że go poczytano za apostatę, a nawet zarzucano mu kacerstwo. Uwięziony, trzymany był przez dziewięć miesięcy w ciemnéj piwnicy o chlebie i wodzie, nabawiwszy się przez to w skutek wilgoci, chorób dolegliwych, których już potém nigdy się nie pozbył. Tam, objawiła mu się przenajświętsza Marya Pannna oznajmując iż go z więzienia wyprowadzi. Święty Jan, zamiłowany w krzyżu, w upokorzeniach i cierpieniach, prosił Ją pokornie aby tego nie czyniła. Wszakże musiał przyjąć tę łaskę, i Matka Boża, wywiodła go z więzienia, wysyłając w tym celu Anioła, jak to było niegdyś ze świętym Piotrem, gdy go Herod uwięził. Cud takowy, utwierdził Jana tém bardziéj że dzieło reformy za które cierpiał, było z woli Bożéj. Wziął się więc do niego z tém większą gorliwością. W krótkim czasie wiele za jego staraniem stanęło klasztorów i w kilku z nich był on Przełożonym.

Pomimo wysokich cnót jakiemi jaśniał, pomimo nadzwyczajnych łask któremi go Pan Bóg obdarzał, pomimo nawet licznych cudów, jakie już był uczynił, dopuścił Pan Bóg aby popadł powtórnie prześladowaniu, i to od własnych swoich synów. Kilku zakonników z klasztorów przez niego samego założonych, powstało przeciw niemu, i niegodziwemi swojemi zabiegami i oszczerstwami dokazali tego, że gdy się zebrała jeneralna Kapituła Karmelitańska, na któréj zdawało się że Jan zostanie Jenerałem Zakonu, tak się zaślepiono i uprzedzono przeciw niemu, że mu odjęto wszelkie urzędy zakonne. Przeznaczono mu na mieszkanie mały klasztorek w górach, aby w nim pozostając, z nikim nie miał stosunków; a gdy tam kazania jakie miewał i cuda które czynił, wielu ludzi gromadziły, postanowiono wysłać go na missyą do Indyi, aby się go raz pozbyć.

Wszystko to, mąż Boży znosił nietylko z niezachwianym spokojem, lecz z najżywszém weselem ducha, i pragnął więcéj jeszcze cierpieć i więcéj być upokorzonym. Razu pewnego, gdy trwał na modlitwie, stanął przed nim Pan Jezus, i spytał: jakiéj pragnie nagrody za tyle trudów i cierpień, które dla chwały jego poniósł? „Panie! odrzekł święty Jan, cierpieć i być wzgardzonym dla Ciebie.” Wysłuchał go téż Pan Jezus, i coraz większe dopuszczał na niego prześladowanie.

Nieprzyjaźni mu zakonnicy, widząc iż dla słabości zdrowia nie można go było wysłać do Indyi, rozgłaszali o nim wieści najbardziéj mu uwłaczające. Oskarżono go o podejrzane stosunki z kobietami, nie pozwolono mu z nikim się widywać, zabierano jego listy i inne pisma i palono takowe jakoby w sobie heretyeckie zdania zawierały. W ciągu tego, prowincyał który chciał go jednak oszczędzać ile możności, dał mu do wyboru klasztor, w którym sam obrawszy sobie mieszkanie, byłby spokojniejszym i mniéj na obelgi narażonym. Święty obrał ten klasztor, w którym wiedział że Przeorem jest zakonnik jemu najnieprzychylniejszy. Trudno téż wypowiedzieć, co wycierpiał gdy do tego klasztoru przybył. Zapadł tam gorzéj na zdrowiu, całe ciało jego pokryły wrzody, najsroższe zadające mu boleści. Z sił zupełnie był opadł. Pomimo tego, niegodziwy Przeor obchodził się z nim bez litości, mszcząc się na nim za słuszną karę, jaką był niegdyś odebrał od świętego Jana gdy ten był jego Przełożonym. Umieścił go w najgorszéj celi, tak ciężką chorobą dotkniętego zostawiał bez najmniejszego dozoru; nie pozwolił nawet innym braciom aby go nawiedzali, a gdy sam to czynił, przychodził tylko po to, aby go obelgami okryć.

Jan zaś nigdy nie okazywał się szczęśliwym i weselszym jak wtedy, a po każdéj dolegliwszéj tego rodzaju próbie, z całego serca dziękował za nią Panu Jezusowi i z całéj duszy powtarzał: „Panie cierpieć i być wzgardzonym dla Ciebie.” Nigdy słowo skargi z ust jego na nikogo nie wyszło, a gdy razu pewnego, powiedziano mu że ma przybyć Prowincyał do tego klasztoru i przenieść go ztamtąd, lub zmienić przełożonego, zasmucił się tém wielce, i rzekł: „oby tak nie było” i powtórzył te słowa Pisma Bożego: „To miejsce odpoczywania mojego 1, aż do końca życia.”

Lecz nie dość na tém: tę wielką duszę spodobało się Panu Bogu oczyszczać i uświęcać i ogniem wewnętrznych utrapień i ucisków. Zapadł ten wielki sługa Boży w największe oschłości, niepokoje, opuszczenia i ciemności umysłu, tak że mógł poniekąd powtórzyć te słowa Boskiego Mistrza swojego: „smutną jest dusza moja aż do śmierci” 2. Stan taki trwał już w nim prawie aż do końca życia, a w ciągu tego święty Jan najobfitsze właśnie nagromadził sobie przed Bogiem zasługi.

Nareszcie, objawił mu Pan Bóg nie tylko dzień, lecz i godzinę w któréj miał go powołać do Siebie. Gdy się ta chwila zbliżała, zażądał ostatnich Sakramentów świętych, które przyjął z uczuciami najwyższéj pobożności i skruchy. Po nich już ciągle się modlił, trzymając w ręku krucyfiks, który już to do ust, już do serca przyciskał, i wymawiając te słowa: „Boże mój! w ręce Twoje oddaję duszę moję,” zasnął w Panu, 14 Grudnia roku 1591. W chwili gdy konał, ujrzano nad głową jego ognistą kulę tak świecącą, że na nią patrzeć nie można było, a z ciała jego wychodziła woń przecudna. Po śmierci objawił się wielu świętym duszom, a jednéj z nich przedstawiając się w szacie litéj złotem, i osypanéj brylantowemi gwiazdami i ze świetną koroną na skroni, rzekł: „O! jak wielkiéj ceny w Niebie, są cierpienia poniesione na ziemi.”

Wszystkich którzy go prześladowali za życia, najsmutniejszy spotkał koniec: wielu z nich wyszło z Zakonu, a inni pozostawszy w nim, pokazali się najgorszymi zakonnikami.

Święty Jan pozostawił kilka pism tyczących się życia wewnętrznego wysokiéj wartości, które go stawiają w rzędzie pierwszych Teologów Mistycznych. W poczet Świętych wpisał go uroczyście Benedykt XIII.

Pożytek duchowny

Otóż jak ciężka i ciernista droga prowadzi do Nieba, a całą tajemnicą aby się na niéj utrzymać jest, aby z miłości Jezusa, który nią Sam pierwszy poszedł, krzyże i cierpienia przez jakie chce Pan Bóg duszo nasze uświęcić, z poddaniem się woli Jego znosić. Chcesz-li w istocie prędko Świętym zostać? Zapragnij na wzór świętego Jana z całego serca cierpieć, i być wzgardzonym dla Chrystusa.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś świętego Jana Wyznawcę Twojego, doskonałego zaparcia się i krzyża przedziwnym miłośnikiem uczynił; spraw prosimy, abyśmy starając się go naśladować, chwały wiekuistéj dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1012–1015.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 930–931

Święty Jan od Krzyża mówi: „Nie postąpisz kroku naprzód, jeśli nie będziesz naśladować Chrystusa, który jest drogą, prawdą i bramą, którą wejść winieneś do Królestwa niebieskiego, gdyż duszy, która stroni od naśladowania Chrystusa, nie uważam za duszę dobrą. Staraj się, aby pierwszą twą myślą było pragnienie naśladowania Chrystusa. Wyrzeknij się wszelkich przyjemności, jakie się nastręczą twym zmysłom, jeśli nie będą zmierzały do chwały Boga. Chrystus w tym życiu ziemskim dążył jedynie do tego, aby pełnić wolę Ojca swego. Nie bierz sobie za przykład żadnego człowieka, choćby i najświątobliwszego, gdyż szatan wskaże ci jego ułomności; naśladuj Chrystusa, ten wzór doskonałości i świętości, a nie omylisz się. Żyj na wewnątrz i na zewnątrz na krzyżu wespół z Chrystusem, a osiągniesz spokój duszy. Chrystus ukrzyżowany niech ci wystarczy, z Nim cierp, z Nim spocznij, bez Niego nie cierp i nie spoczywaj. — Staraj się pozbyć miłości własnej; kto siebie ceni, nie zaprze się siebie samego i nie idzie za Chrystusem. Nade wszystko miłuj cierpienia i nie myśl, że znosząc je, zyskasz wielką zasługę wobec Tego, który nie wahał się za ciebie umrzeć. Jeśli chcesz posiąść Chrystusa, nie szukaj Go bez krzyża. Kto nie szuka krzyża, nie szuka chwały Boga. Każdy pragnie mieć udział w skarbach i rozkoszach wiekuistych Boga, ale niewielu jest, co chcą ponosić trudy i cierpienia z miłości do Syna Bożego.”

Footnotes:

1

Izaii XLVI. 1.

2

Mat. XXVI. 38.

Tags: św Jan od Krzyża św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pokuta prożność cierpienie Krzyż
2020-11-23

Św. Klemensa, Papieża i Męczennika

Żył około roku Pańskiego 102.

(Żywot jego był napisany przez świętego Damaza Papieźa.)

Święty Klemens w pierwszym wieku Kościoła żyjący, pochodził ze znakomitéj rodziny Rzymskiéj z cesarzami spokrewnionéj. Ojciec jego godność Senatora piastujący, miał imię Faustyn, matka Matrydia. Mieli wspaniały pałac na górze Celiusz, gdzie obecnie jest kościoł świętego Szczepana, i tam narodził się nasz Święty. Wychowany jak najstaranniéj, młodym jeszcze będąc odznaczał się wielką biegłością w językach, a szczególnie greckim, równie jak i w piśmiennictwie, a przytém nieposzlakowanych był obyczajów, chociaż był poganinem. Skoro téż święci Apostołowie Piotr i Paweł przybyli do Rzymu, przyjął wiarę chrześcijańską i stał się ich nieodstępnym uczniem i towarzyszem. Okazał się tak gorliwym w służbie Kościoła, taką zajaśniał nauką i świątobliwością, że go błogosławiony Paweł w jednym z listów swoich nazywa wspólnikiem jego prac Apostolskich i upewnia że „imię jego wpisane jest do księgi żywota” 1. Co większa: święty Piotr życzył sobie aby niezwłocznie po nim na Papiestwo wstąpił; lecz że pokora jego długo opierała się temu, więc dopiéro po świętym Linie i po świętym Klecie, to jest czwartym z rzędu został on Papieżem.

W pierwszym roku objęcia téj najwyższéj godności przez świętego Klemensa, wybuchły niesnaski pomiędzy wiernymi w Koryncie. Chrześcijanie tego ludnego miasta jaśniejący z początku cnotami i Ewangelicznemi, które zaszczepił pomiędzy nimi (?) święty Paweł pierwszy przynosząc im światło wiary, zasmuceni zostali odszczepieństwem wszczętém pomiędzy nimi przez niesforne umysły, Prawowierni Koryntyanie widząc że odszczepieństwo to szerzy się coraz bardziéj, udali się do Papieża, wzywając jego władzy i powagi. Wtedy święty Klemens wystosował do nich odezwę Papiezką w kształcie Listu, który po dziś dzień poczytany jest za jeden z najznakomitszych zabytków z pierwszych wieków Kościoła. Jestto pismo pełne świętego namaszczenia a oraz i głębokiéj nauki, w którém z całą mocą i najwyższą apostolską władzą swoją, powstaje ten święty Papież na wszczęte w Koryncie odszczepieństwo, a obok tego z wielką miłością, otwiera wrota do miłosierdzia Bożego przed tymi którzyby błędów swoich odstąpili. Święty Ireneusz powiada, że tą Odezwą swoją, święty Klemens przywrócił jedność między Koryntyanami, i utwierdził między nimi wiarę, którą im zaniósł był święty Paweł.

Podczas gdy Klemens z gorliwością odpowiedną jego najwyższemu Pasterstwu sprawował swój święty urząd, powstało w Rzymie srogie na wiernych prześladowanie, i wkrótce uderzyło na niego samego, jako na głowę Kościoła. Schwytany i uwięziony, stawiony został przed Wielkorządcą Mamertynem,który przypominając mu znakomitość jego urodzenia, i utrzymując iż wpływ jego i przykład najłatwiéj skłonić może innych chrześcijan aby się nie upierali przy swojém wyznaniu, domagał się od niego aby publicznie oddał cześć bożkom. Święty Klemens odpowiedział mu na to jak musi odpowiadać w takich razach ten, którego Pan Bóg najwyższym stróżem wiary świętéj postanowił: oświadczył mu iż gotów raczéj śmierć ponieść, aniżeli Boga się zaprzeć. Mamertyn odniósł się z tém do cesarza Trajana, a ten skazał świętego Klemensa na wygnanie. Wielkorządca zawiadamiając go o tém wyroku, jeszcze probował jego stałości; lecz mąż Boży nietylko takąż samę jak wprzódy dał mu odpowiedź, lecz nawet usiłował i Mamertyna wyrwać z pogaństwa a do wiary przywieść. Nie nastąpiło to wprawdzie, jednak od téj pory okazywał on niejakie względy dla chrześcijan, a dla samego Papieża z wielką czcią pozostał. Żegnając się z nim rzekł do niego rozpłakawszy się nawet: „Spełniam z żałością rozkaz cesarski, a spodziewam się że Bóg któremu cześć oddajesz, nie opuści cię w twoim wygnaniu; będzie ci pociechą i wsparciem bo to co ponosisz, ponosisz to na Jego chwałę.” Pomimo tego wykonał wyrok, skazujący świętego Klemensa na wygnanie do kopalni na półwyspie Chersońskim.

Zaprowadzony tam święty Papież, niezwłocznie ze zbrodniarzami różnego rodzaju do robót w kopalniach przeznaczony, użyty do takowych został, jakby był z ich liczby. Nie doznał żadnych względów, gdyż poganie którzy kopalniami zarządzali, nie prędko się dowiedzieli kim jest i za co tam został przysłany. Owszem obchodzili się z nim z tém większą surowością i pogardą, że widząc w nim starca okrytego siwizną, przypuszczali oraz i zbrodniarza tém większego, kiedy pomimo wieku podeszłego tak ciężkiéj karze popadł. Święty zaś znosił to powolne męczeństwo z niezachwianém męstwem, a znalazłszy przy kopalniach dwa tysiące chrześcijan, z których jedni byli także za wytrwałość w wierze zasłani, a inni przez przybyłych ponawracani z pogan miejscowych, zajął się nimi jak najtroskliwiéj, a jak przykładem własnym tak i słowy utwierdzał ich w wierze i do wszelkich cnót chrześcijańskich prowadził.

Przy robotach do których byli używani, zupełny brak wody do napoju, stanowił dla nich jednę z mąk najcięższych. Nigdzie w całéj okolicy w któréj wśród skwaru słonecznego dzień cały pracowali, nie było źródła, i wśród skał obfitujących w żyły złota i srebra, ani kropli wody dopatrzeć nie można było. Że więc zdaleka trzeba ją było sprowadzać, najczęściéj dla więźniów zupełnie jéj brakło. Razu pewnego, gdy więcéj jeszcze niż zwykle umęczeni i upałami i ciężką pracą, ci nieszczęśliwi katorżnicy usychali od pragnienia, święty Klemens razem z nimi pracujący, zdjęty nad nimi litością, upadł na kolana i zaczął gorąco modlić się do Boga, aby poratować raczył te biedne a wierne sługi Swoje. Wysłuchał go Pan Jezus, i w tejże chwili Sam okazał się mu na skale, w postaci baranka zpod którego nogi prawéj wytryskało źródło wody żywéj i ciągle już tam płynęło, wystarczając dla wszystkich pracujących. Cud ten, rozgłoszony pomiędzy poganami, z których wielu było naocznymi tego świadkami, znaczną ich liczbę nawrócił, i odtąd coraz więcéj dusz pozyskiwał święty Klemens Panu Jezusowi.

Lecz nareszcie doniesiono o tém Cesarzowi, który wysłał umyślnego urzędnika do Chersonu, nazwiskiem Aufidyusz, z rozkazem aby wszystkich nawróconych przez świętego Klemensa pogan zmusił do powrotu do pogaństwa, albo ich śmiercią pokarał. Przybył ten okrutnik, a nieszczędząc mąk i katowni wszelkiego rodzaju, dręczył tych nowych wyznawców Chrystusowych, lecz żaden z nich wiary nie odstąpił i wielu męczeńską śmierć poniosło. Co większa: spostrzegł on że niektórzy sami na męki i śmierć się wystawiali, i dowiedział się że to święty Klemens jak ich ponawracał, tak znowu teraz do takiego męstwa i wytrwałości usposabiał. Na niego więc samego uderzył; a chcąc tym sposobem prędzéj poradzić sobie i z innemi, kazał Świętego stawić przed sobą, i z początku prośbą, a następnie groźbą, skłaniał aby bożkom cześć oddał. Przekonawszy się że niczém go nie ustraszy ani ujmie, na mocy prawa jakie mu dał cesarz nad nowonawróconemi, skazał i Klemensa na śmierć, w nim widząc głównego sprawcę oporu jaki napotyka w tych, których głównie polecił mu Trajan zmusić do pogaństwa. Że zaś obawiał się aby przy zwłokach jego, już bardzo liczni tam chrześcijanie przez niego nawróceni, nie wszczęli jakich rozruchów, kazał go wrzucić w morze, zawiązawszy mu u szyi ciężką kotwicę żelazną, aby go zaraz woda pochłonęła i przed oczami ludzkiemi na zawsze ukryła. Wyrok ten spełniono; lecz cóż mogą wyroki ludzkie przeciw woli Boga, który jednym z największych cudów, chciał uświetnić męczeństwo tego świętego Papieża.

Po zatopieniu go, gdy wierni tłumnie zgromadzili się nad morzem i rzewnie opłakiwali stratę swojego drogiego Pasterza, dwóch jego najprzywiązańszych uczniów: Korneliusz i Probus, rzekli do zgromadzonych: „Bracia, uklęknijmy i prośmy Boga, aby raczył nam odkryć Relikwie tego wielkiego Swojego Męczennika.” I oto, kiedy wszyscy padli na kolana na modlitwę, morze cofnęło się od ziemi o całe trzy mile morskie, i gdy chrześcijanie zdziwieni tym cudem, puścili się po piaskach tym sposobem odkrytych, doszli do miejsca, na którém znaleźli cudowny grób, gdzie spoczywało ciało świętego Klemensa. Byłato świątynia ręką anielską z marmuru wykuta, a w niéj znajdowała się trumna także marmurowa, w któréj leżały zwłoki Świętego, a obok nich kotwica do któréj był uwiązany gdy go w morze wrzucono.

Chrześcijanie uszczęśliwieni takowém odkryciem, chcieli unieść z sobą ciało świętego Klemensa, lecz ostrzegł ich Anioł który się im okazał, aby tego nie czynili, i zapowiedział że odtąd cud ten co rok ma się powtarzać, gdyż morze na dni siedem odstępywać będzie jak tą razą, aby do grobu świętego Klemensa dawać ludziom przystęp. Owóż wszystko to ziściło się według tego zapowiedzenia, w skutek czego w lat kilka na całym tym półwyspie nie było już ani jednego poganina, ani żyda, ani kacerza, gdyż wszyscy wiarę świętą przyjęli, i w niéj mężnie trwali. Święty Klemens poniósł śmierć męczeńską około roku Pańskiego 102.

Pożytek duchowny

Podziwiaj moc Bożą w takich nadzwyczajnych cudach jakie czytasz o grobie świętego Klemensa; lecz oraz uważaj jakiemi trudami, cierpieniami, i nakoniec śmiercią męczeńską, pierwsi Papieże, utwierdzali Kościół którego rządy najwyższe zwierzał im Pan Bóg. Niech cię to więc pobudza i do tém większéj czci dla Stolicy Apostolskiéj krwią tylu świętych Męczenników Papieżów oblanéj, ido jak najściślejszéj z nią jedności.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który nas doroczną błogosławionego Klemensa Męczennika Twojego i Papieża uroczystością rozweselasz; spraw miłościwie, abyśmy obchodząc pamiątkę jego przejścia do Nieba, cnotę mężnéj jego wytrwałości w wierze naśladowali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1009–1011.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 927–928

Święty Klemens takich udziela Koryntianom nauk w liście do nich pisanym: „Miłosierny pod każdym względem i dobrotliwy Bóg szczery bierze udział w losie tych, którzy Go się boją, prędko i chętnie rozdziela swe łaski między tych, którzy z dziecięcą ufnością zbliżają się do Niego. Nie dzielmy przeto serca swego, nie wbijajmy się w pychę z powodu szczodrobliwych i obfitych Jego darów. Niechaj nie będzie do nas zastosowane słowo Pisma świętego: «Nieszczęśni są wahający się i wątpiący, którzy mówią: Słyszeliśmy to już od ojców, i otóż zestarzeliśmy się, a nic z tego się nie spełniło». O nierozsądni! porównajcie się do drzewa, bierzcie za przykład winorośl: najprzód traci liść, potem tworzy się pąkowie, z którego wyradzają się liście, kwiaty, nareszcie kwaśne, a w końcu dojrzałe grona. Widzicie, że owoc drzewa wkrótce dojrzewa. W ten sposób spełni się wkrótce i prędko Jego wola, jak poświadcza Pismo święte następującymi słowy: «Wkrótce przyjdzie On, a zwlekać nie będzie; przyjdzie nagle do swej świątyni, która nań czeka, Pan święty».”

„Rozważmy, mili bracia, jak nam Pan ustawicznie wskazuje przyszłe zmartwychwstanie, którego pierwowzorem uczynił Jezusa Chrystusa, Pana naszego, wskrzeszając Go z martwych. Weźmy nasamprzód zmartwychwstanie, najmilsi, wszakże ono się ciągle ponawia w oczach naszych. Zmiana dnia i nocy jest obrazem zmartwychwstania. «Noc idzie na spoczynek, dzień powstaje, dzień znika, noc nastaje». Patrzmy na płody ziemi. W jaki sposób odbywają się siewy? Siewca wychodzi, rzuca ziarno w ziemię; to ziarno, suche i wybladłe, padłszy w ziemię, przechodzi w zgniliznę. Wszechmocna Opatrzność Boska wzbudza je ze zgnilizny do życia; z jednego ziarna powstaje kłos, liczący wiele ziarn… Psalmista Pański śpiewa: «Wskrzesisz mnie z martwych, a chwalić Cię będę», a Job święty mówi: «I zbudzisz z martwych to ciało moje, które zniosło to wszystko». Z tą nadzieją winna dusza trzymać się Tego, który wiernie dotrzymuje swych obietnic i jest sprawiedliwy w swych wyrokach. On, który potępił kłamstwo, nie dopuści się sam tej wady, gdyż dla Boga jest wszystko możebnym, oprócz kłamstwa. Niech się przeto roznieci wiara nasza w Niego, zważmy, że nic dla Niego nie jest niepodobne. On wszystko uczynił jednym słowem swej wszechmocy. Któż poważy się zapytać Go: Czemu stworzyłeś? Któż zdoła się oprzeć wszechmocy siły Jego? Jak i kiedy chce, tworzy wszystko, a z tego, co utworzył, nic nie ginie, wszystko odkryte przed oczyma Jego, nic Mu nie jest tajne. Zbliżmy się przeto do Niego ze świątobliwością duszy, wznośmy ku Niemu dłonie czyste i niepokalane, miłujmy miłosiernego i dobrotliwego Ojca, który nas uczynił cząstką wybranych swoich”.

Footnotes:

1

Fil. IV. 3.

Tags: św Klemens I św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna papież męczennik św Paweł św Piotr św Linus św Klet
2020-11-22

Św. Cecylii, Dziewicy i Męczenniczki

Żyła około roku Pańskiego 232.

(Żywot jéj był napisany przez Metafrasta.)

Święta Cecylia Rzymianka, ze znakomitego rodu Cycyliuszów którzy byli Konsulami, Dyktatorami i Najwyższemi Kapłanami rzeczypospolitéj, przyszła na świat za czasów Urbana I-go Papieża, na początku trzeciego wieku. Młodą będąc przyjęła wiarę chrześcijańską, a rozmiłowawszy się w cnocie świętéj czystości, postanowiła nigdy za mąż nie wychodzić i ślub dziewictwa uczyniła. Chcąc rozżywiać w sercu swojém prawdy Ewangelii świętéj, własną ręką spisała ją całą i tajemnie na piersiach ukrytą ciągle nosiła, nad wszystkie ziemskie przekładając ją skarby, a we dnie i w nocy żywot i naukę Jezusa, niebieskiego Oblubieńca swego, pobożnie rozpamiętywała. Nie wiedziała o tém że rodzice przyrzekli ją w małżeństwo Waleryanowi, podobnież jak ona wysokiego rodu i bardzo bogatemu młodzieńcowi.

Gdy nadszedł czas przeznaczony na zawarucie tego związku, a rodzice jej wolę swoję objawili, strapiona dziewica rzuciła się do Boga, w postach i modlitwie ratunku błagając. Dwa dni i dwie nocy niejedząc tak przetrwała, a gdy już na nią kosztowne szaty, jako na pannę młodą na gody weselne idącą, kładziono, Cecylia ostrą i grubą włosiennicę pod takowe włożyła, a usłyszawszy już pieśni weselne, usiadła do organów, przy których zwykle chwałę Bożą opiewywała, i śpiewała ten psalm Dawida. „Niech będzie serce moje niepokalane, abym się nie zawstydziła” 1. Przytém gorąco polecała się Matce przenajświętszéj i swojemu Aniołowi Stróżowi, błagając go i zaklinając, aby jéj dopomógł dochować wiary Boskiemu Oblubieńcowi.

Odprawiły się jednak gody weselne: lecz skoro po nich Cecylia z Waleryanem znalazła się samą, rzekła do niego: „Waleryanie, mam ci zwierzyć tajemnicę wielkiéj wagi, lecz wprzódy przyrzecz mi, że jéj nikomu nie wyjawisz.” Przyrzekł jéj to Waleryan, a wtedy ona do niego: „masz przeto wiedzieć, że mam przy sobie Anioła, który jest stróżem dziewictwa mojego; gdybyś się na nie targnął, ściągnąłbyś na siebie gniew Boży.” Słowa te którym Pan Bóg szczególną moc nadawał, obudziły w Waleryanie wielkie poszanowanie dla Cecylii, i zaczął ją prosić aby mu tego Anioła ukazała, gdyż inaczéj wierzyć w jego obecność nie będzie. „Ty prawego Boga nie uznajesz, odpowiedziała Cecylia, i dopóki przez chrzest święty nie oczyścisz się, Anioła nie obaczysz.” Wtedy spytał Waleryan jak tego może dostąpić, a Święta kazała mu udać się do Papieża Urbana mówiąc: „idź za miasto na drogę Apijską; spotkasz tam ubogich żebraków: powiedz im iż Cecylia cię do nich przysłała, aby cię oni do starca Urbana, ukrywającego się w téj stronie, doprowadzili, co oni uczynią.” Usłuchał Waleryan: poszedł na miejsce wskazane, znalazł tam ubogich których Cecylia żywiła, i ci go do Papieża Urbana, w podziemném mieszkaniu niedaleko ztamtąd ukrywającego się, zaprowadzili.

Papież usłyszawszy od Walerego o powodach jego przybycia, zaczął się modlić w te słowa: „Panie Jezu Chryste dobry Pasterzu, dawco świętych postanowień, przyjm owoc niebieskiego nasienia, któryś złożył w sercu Cecylii. Cecylia służebnica Twoja, jak przemyślna pszczółka, albo owieczka wymowna, pracuje około pomnożenia chwały Twojéj, i oto małżonka którego otrzymała jakby lwa dzikiego, przysyła ci zamienionego w cichego baranka.” A gdy się tak Papież modlił, stanął przed Waleryanem w białém jak śnieg odzieniu starzec, trzymający w ręku księgę złotem pisaną, i rzekł do niego: „czytaj te księgi, abyś został oczyszczony do widzenia anielskiego, które ci Cecylia przyrzekła.” A on rzuciwszy wzrok na księgę natrafił na te słowa: „Jeden Pan, jeden Bóg i Ojciec wszystkich, i który jest nad wszystko i po wszystkiém i we wszystkich nas” 2, i zawołał że w to wierzy; poczém Urban wyuczył go artykułów wiary i ochrzcił.

Wróciwszy do domu, znalazł Cecylią modlącą się, a obok niéj ujrzał Anioła dziwnéj piękności, który trzymając dwa wieńce z róż i lilii, jeden włożył na Cecylii głowę drugi na Waleryana, mówiąc: „te wieńce przez zachowanie czystości posiadajcie nietknięte: bom je wam z raju od Boga przyniósł.” Przytém na prośbę Waleryana, zapowiedział mu że i brat jego, którego bardzo kochał, Tyburcy, zostanie chrześcijaninem. Jakoż, po chwili nadszedł on do nich, a zdziwiony przecudną wonią róż i lilii którą, czuł w mieszkaniu, pytał zkąd ona pochodzi. Opowiedział mu Waleryan wszystko co zaszło, i przydał: „Do tego czasu pogrążeni byliśmy w ciemnościach, cześć oddając bożkom pogańskim, ale odkąd ochrzczony zostałem, prawdę poznałem i w łasce Bożéj jestem.” — „Któż cię do tego przywiódł?” spytał Tyburcy. „Anioł Boży, odpowiedział Waleryan, któremu straż nad Cecylią poruczona, którego i ty ujrzysz, jeśli w Boga prawdziwego uwierzysz.” Tyburcy oświadczył iżby to uczynił, gdyby mu kto fałszywość religii pogańskiéj wyświecił, a prawdziwości innéj dowiódł. Wtedy Cecylia pełna ducha Bożego, z taką świętą wymową poczęła mu wykładać prawdy chrześcijańskie a wyświecać błędy pogaństwa, że Tyburcy zawołał: „Wierzę że nie masz Boga prawdziwego prócz Boga chrześcijańskiego, i odtąd Jemu samemu służyć chcę.” Co usłyszawszy Święta, długo jeszcze mówiła co tak żywą i w nim i w jéj małżonku Waleryanie, rozbudziło wiarę i miłość Chrystusa, że zapragnęli oba męczeńską śmiercią umrzeć za Niego, co téż i późniéj nastąpiło. Tyburcy odesłany także przez Cecylią do Papieża, ochrzczony został, i wkrótce potém wraz z bratem, z rozkazu Wielkorządcy rzymskiego Almachusa zamordowany za wiarę, palmę męczeńską otrzymał.

Tenże tyran dowiedziawszy się że to Cecylia ich namówiła, i że po ich śmierci wszystkie dobra ich i swoje rozdała na biednych, kazał ją uwięzić i przed sobą stawić. Gdy po nią przyszli żołnierze, Święta tak się do nich odezwała: „Bracia moi najdrożsi, chociaż wiem że jesteście żołnierzami zależnemi od Wielkorządcy, sądzę jednak, iż jego okrucieństwa i bezbożności nie pochwalacie. Czyńcie jednak co wam rozkazano: ja bowiem poczytuję sobie za największą chlubę i szczęście cierpieć dla Chrystusa mojego i pragnę za Niego jak największe ponieść męki. Do krótkiego doczesnego życia przywiązania żadnego nie mam.” Gdy zaś spostrzegła iż żołnierze się wahają zdjęci litością nad niewiastą którą Wielkorządca miał zamiar albo mękami zmusić do odstępstwa wiary albo zamordować, przydała: „Nie wahajcie się spełniać danego wam rozkazu; chociaż mnie młodą widzicie, zamienicie młodość moję doczesną i przemijającą, na życie które wiecznie trwać będzie.” Co słysząc owi poganie zaczęli ją błagać ze łzami, aby jak się wyrażali, miała litość nad sobą samą. Przedstawiali jéj nadzwyczaj nadobną jéj urodę, wielkie dostatki które posiadała (gdyż nie wiedzieli iż je wszystkie rozdała na ubogich) a szczególnie prosili, aby na młodość swoję wzgląd miała. „Tak do mnie przemawiacie, bracia moi, odpowiedziała im Cecylia, bo zaślepieni błędami pogańskiemi, nie pojmujecie jakiém jest szczęście umierać za Jezusa Chrystusa; trudno wam jak widzę uwierzyć że niczego tak nie pragnę z całego serca, jak męczeńskiej śmierci. Żal wam mojéj młodości, mojéj urody i moich dostatków: ja zaś wam mówię że ponosząc śmierć dla Chrystusa, nie tracę ich wcale, lecz je zamieniam na dobra wiekuiste. Za kawał błota, nabywam złoto, opuszczam dom ręką ludzką zbudowany, aby zamieszkać na zawsze przepyszny pałac Króla Niebieskiego. Wzgardzam kosztownemi szatami i drogiemi, według świata tego mniemania, perłami, aby za to otrzymać w Niebie koronę splecioną z najdroższych dyamentów, a którą przez całą wieczność na skroniach moich nosić będę. Czyżbyście i wy sami takiéj zamiany uczynić nie byli gotowi, i czybyście każdego komu dobrze życzycie do takowéj nie nakłaniali? Dla czegoż więc mnie od niéj odwieść chcecie?”

A gdy tak przemawiała, i coraz więcéj około niéj gromadziło się pogan, wtedy święta Cecylia wstąpiwszy na kamień który był blizko niéj, zawołała do wszystkich: „Wierzycie temu co mówię?” I oto w téjże chwili łaska Boska na wszystkich wstąpiła, i wszyscy jakby jednym głosem odrzekli: „Wierzymy w Jezusa Chrystusa, że jest Synem Bożym i Bogiem prawdziwym, który ma tak wielką służebnicę jaką ty jesteś.” — „Idźcie przeto, rzekła Cecylia, do Wielkorządcy i powiedzcie że się przed nim stawić nie omieszkam: tylko że go proszę o jednę łaskę, aby niekwapiąc się ze śmiercią moją, dozwolił mi krótką chwilkę tu jeszcze w moim domu pozostać, a ja tymczasem zawezwę Ojca świętego Papieża, który was wodą Chrztu świętego omyje i uczyni uczestnikami téj wiecznéj szczęśliwości, o któréj wam mówiłam.” Udano się więc do Wielkorządcy, a święta Cecylia posłała do świętego Urbana który przybył niezwłocznie, i w domu świętéj Cecylii ochrzcił przeszło czterechset pogan płci obojéj, w liczbie których był i Gordyan, jeden z pierwszych panów rzymskich, który powagą swoją zachował dom Cecylii, zamienił go poźniéj tajemnie na kościół pod jéj wezwaniem, i w nim przez długi czas ukrywał się święty Urban Papież, odprawiając tam codziennie kościelne obrzędy.

Tymczasem Almachus Wielkorządca, spodziewając się że Cecylia prosząc o zwłokę, łatwo się da przywieść do oddania czci bożkom, zawezwawszy ją przed siebie, najprzód w sposób łagodny do niéj przemawiał. A chociaż dobrze wiedział kim była jako córka najznakomitszego rodu rzymskiego, zaczął od urzędowych zapytań i rzekł do niéj: „Jak się nazywasz i z jakiego stanu jesteś?” — „Nazywam się Cecylia, odpowiedziała Święta, i pochodzę z dostojnego i zamożnego rodu.” — „Nie o to mi chodzi, rzekł znowu Wielkorządca, lecz chcę wiedzieć jaką wyznajesz religią?” — „Więc źle się wyrażasz, odpowiedziała Cecylia, gdyż twoje pierwsze zapytanie nie odnosiło się wcale do tego.” — „Zaprawdę, zawołał sędzia, przemawiasz za śmiało.” Święta odrzekła: „Bo kto ma czyste sumienie i wyznaje prawdziwą wiarę, niczego się nie obawia.” — „Widzę z tego, powiada Almachus, że nie wiesz o tem iż mam nad każdym prawo życia i śmierci.” — „Wierz mi, odrzekła święta Dziewica, że co w tém to się mylisz i znowu się źle wyrażasz, mówiąc że masz nad każdym prawo życia i śmierci; bo ten przywiléj który sobie przypisujesz, ogranicza się na tém że śmierć zadać i niewinnym możesz, lecz przywrócić życia nie jesteś mocen. Nie przywłaszczaj więc sobie takiego prawa.” Wtedy Wielkorządca zmieszany i rozgniewany tak trafnemi odpowiedziami Cecylii, wręcz jéj powiedział że ma dwie rzeczy do wyboru: albo oddać cześć bożkom cesarskim (i to mówiąc wskazał jéj obok niéj stojącego bałwana), albo śmierci uledz. „Że bałwan ten nie jest tym Bogiem któremu się jedynie cześć należy, rzekła dziewica, sam się możesz przekonać: byleś go bowiem ręką dotknął, zobaczysz że jestto bryła kamienia. Co do mnie zaś, niczém nie zmusisz mnie do odstąpienia Jezusa Chrystusa.”

Widząc Almachus taką stałość Cecylii, kazał ją zaprowadzić do domu, i tam męczyć zawieszając nad gorącą łaźnią, któréjby para coraz silniéj podżegana przez podkładanie ognia, albo ją udusiła, albo do odstępstwa wiary przywiodła. Trzymano ją w takiéj katuszy przez całe dwadzieścia cztery godziny, ciągle ogień i parę podżegając, a ona cudem Bożym najmniejszéj ztąd szkody niedoznawszy, czuła jakby miłą ochłodę, i ciągle śpiewała: „Błogosławię Ci Ojcze Jezu Chryste Panie mój, że ognie otaczające ciało moje Syn Twój przygasza.”

O tym cudzie skoro dowiedział się Wielkorządca, wydał rozkaz aby ją w téjże łaźni ścięto. Gdy kat nadszedł, Cecylia z radością głowę mu poddała, lecz on trzykroć w szyję ugodziwszy, głowy odciąć jéj nie mógł, i tak ciężko ją poraniwszy odszedł. Lud wierny tłumnie zebrał się do jéj domu, krew sączącą się płachtami i gąbkami na relikwią zbierał, a Ceeylia powiedziała iż pragnie aby w ręce świętego Urbana duszę oddać mogła. Trzy dni go szukano, a ona te trzy dni przeżyła, utwierdzając przedziwnemi mowami w wierze świętéj coraz liczniéj zgromadzających się do niéj chrześcijan, aż nakoniec przybył do niéj Papież. Wtedy Cecylia rzekła do niego: „O trzy dni zwłoki błagałam Pana Boga abym w twoje ręce ducha mego oddała, i prosiła cię żebyś ten dom mój na kościół poświęcił.” Co wyrzekłszy zaczęła się modlić wraz ze świętym Urbanem, i poszła do Oblubieńca swojego niebieskiego 23 Listopada roku Pańskiego 232.

Pożytek duchowny

Święta Cecylia, z powodu iż zwykle przy śpiewaniu Psalmów towarzyszyła sobie instrumentem muzycznym, poczytaną jest za główną Patronkę muzycznéj sztuki. Proś ją aby oddającym się téjże sztuce wyjednywała potrzebne łaski do tego, aby oni naśladując w tonach ziemskich niebieską harmonią, nie używali jéj do roznamiętniania ziemskich uczuć w słuchających, lecz głównie do opiewania chwały Bożéj i do pobudzania przez to i drugich do nabożeństwa,

Modlitwa (Kościelna)

Boże który nas błogosławionej Cecylii Dziewicyi Męczenniczki Twojéj uroczystością rozweselasz, daj prosimy, abyśmy oddając jéj cześć należną, za jéj przykładem żyli świątobliwie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1005–1008.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 925–926

„Kto pomiędzy wami smutny, niechaj się modli; kto dobrej myśli, niechaj śpiewa”, mówi święty Jakub. Do tej rady apostoła stosowała się ściśle święta Cecylia. Modliła się często i rozważała prawdy Ewangelii świętej. W niej znalazła tyle pokrzepienia i siły, że prostaczków mogła nauczać, oprzeć się sędziemu pogańskiemu i położyć życie za wiarę. Z modlitwą i rozmyślaniem łączyła święte pienia i hymny, które intonowała na chwałę Boską przy głosie instrumentu muzycznego. Zamiłowanie muzyki wyniosło ją do godności patronki zwolenników tej sztuki. Ponieważ pierwsi chrześcijanie lubili śpiew, zachęcali ich nauczyciele do opiewania wszechmocy Boskiej. Śpiewali przeto wyznawcy Chrystusowi przy pracy, w kościołach, w celi więziennej, a nawet na rusztowaniu i na stosie. Pienia ich były świątobliwe; były to pieśni dziękczynne, sławiące dobroć i wszechmoc Boską. Nigdy nie skalała ich ust piosneczka lubieżna, hulaszcza, tchnąca bezbożnością. W sercu ich gorzała miłość Boga i nieskalana czystość; brzydzili się przeto wszetecznymi i lubieżnymi śpiewkami, którymi kalali usta poganie. Jak daleko odbiegli od nich teraźniejsi chrześcijanie! Nie raz słychać u nich piosenki, które okrywają słuchaczy rumieńcem wstydu, z których radują się nie aniołowie, lecz szatani. Serce ich pełne brudu, nie dziw przeto, że brudne i bezecne są ich piosenki. Nadto nie zna ich serce miłości niebiańskiej, lecz ziemską i nieczystą; jakże tedy można od nich żądać śpiewu na chwałę Boską? Śpiew jest pociechą serca ludzkiego. Kościół katolicki śpiewa po dziś dzień psalmy Dawidowe, jako też od czasów apostolskich brał pod skrzydła swej opieki śpiew mający na celu chwałę Boga, a potępiał pienia, które nie krzepią serca ludzkiego pociechą, lecz wabią je do grzechu. Kto przeto chce być szczerym synem Kościoła, niech nigdy nie kala ust śpiewem, który szerzy zgorszenie i odwodzi od Boga. Zarówno rolnik jak i rzemieślnik osładzają sobie pracę śpiewem, wszakże pobożni i uczciwi ludzie zatykają sobie uszy, gdy treść tych piosneczek tchnie lubieżnością i wabi do grzechu. Ptastwo wita Stwórcę swego wesołym świegotem, a chrześcijanin używa głosu swego na Jego obrazę. Cóż może być smutniejszego! Śpiewajmy zatem, ale posłuszni radzie św. Franciszka Salezego śpiewajmy tylko pieśni niewinne albo nabożne, tj. takie, w których by się śpiew łączył z korną modlitwą. Święta Cecylia czystym sercem i niepokalanymi ustami śpiewała chwałę Boga, póki bawiła na tej ziemi, a teraz sławi śpiewem wszechmoc Jego z całym zastępem aniołów i Świętych Pańskich. Idźmy więc za jej przykładem i zanućmy hymn pochwalny na cześć i chwałę Pana nad pany.

Footnotes:

1

Psal. CXVIII. 80.

2

Efez. IV. 5. 6.

Tags: św Cecylia św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna dziewica męczennik czystość anioł nawrócenie muzyka zgorszenie
2020-11-21

Ofiarowanie Przenajświętszéj Maryi Panny

Zaszło około roku 12-go przed Chrystusem Panem.

(Szczegóły te wyjęte są z dzieł świętych: Grzegorza Nyseńskiego, Jana Damascena, Hieronima i Bonawentury.)

Święto ofiarowania przenajświętszéj Panny, jest uroczystą pamiątką téj błogosławionéj chwili, w któréj Marya wybrana przed wiekami od Boga za Matkę Jego Syna jednorodzonego, opuściwszy dom rodzicielski zaofiarowała się Panu Bogu na wyłączną Jego służbę, osiadając przy świątyni Jerozolimskiéj.

Było w zwyczaju Izraelitów, poświęcać na wyłączną służbę Bożą siebie samych lub dzieci swoje. Z tego powodu znajdowały wokoło świątyni Jerozolimskiéj mieszkania, z których jedne przeznaczone były dla młodych chłopczyków, drugie dla dziewczątek zaofiarowanych Bogu. Zajęciem ich była obsługa przy świętych obrzędach, ćwiczenie się w naukach głównie religii tyczących się, i roboty około ozdób świątyni. Tak pomiędzy innemi czytamy w Piśmie Bożém, że Alkana zaofiarowała Panu Bogu syna którego miała porodzić, a którym był wielki Prorok Samuel. W drugiéj księdze Machabeuszów jest znowu wzmianka o dzieciach mieszkających i wychowujących się przy świątyni; a święty Łukasz w Ewangelii swojéj wspominając o prorokini córce Fanuela, powiada, że ani na chwilę nie wydalała się ze świątyni.

Święty Joachim i święta Anna, rodzice przenajświętszéj Panny, w podeszłym wieku nie mając potomstwa, uczynili ślub Panu Bogu, że jeśli ich obdarzy dziecięciem, zaofiarują je do świątyni na służbę Jego. Zaledwie więc Marya wychodziła z niemowlęctwa, spełnili to z obowiązanie się i zaprowadzili ją do świątyni, kiedy miała dopiéro lat trzy, lecz, już rozum najzupełniéj rozwinięty, gdyż tém obdarzoną była od najpierwszéj chwili życia.

Pisarze najdawniejszych wieków Kościoła powiadają, że to zaofiarowanie się Maryi na wyłączną służbę Bożą w świątyni Jerozolimskiéj, z nadzwyczajną odbyło się uroczystością, gdyż do tego pobudzeni zostali wszyscy najznakomitsi i najpobożniejsi mieszkańcy tego miasta, z tajemniczego natchnienia Bożego. Utrzymują także że kapłanem który miał szczęście przyjmować Ją wtedy w świątyni, był błogosławiony Zacharyasz. Słusznie zaś powiada święty Ambroży, że w chwili téj spełniała się ofiara Panu Bogu najmilsza jaką kiedy od początku świata odebrał, i że dzień poświęcenia świątyni Jerozolimskiéj w którym jak mówi Pismo, świątynia ta była napełniona chwałą Bożą, nie przyniósł Panu Bogu tyle chwały, ile dzień w którym Marya wstąpiła do tegoż przybytku świętego. Niebyło istoty żadnéj ani na ziemi ani w Niebie samém doskonalszéj i świętszéj jak Marya, która od pierwszéj chwili swojego Niepokalanego Poczęcia była świętszą od wszystkich Świętych, razem wziętych gdy oni już do najwyższéj doszli byli doskonałości, a nawet od wszystkich Cherubinów i Serafinów, więc czyż mogła jaka inna ofiara, milszą być Bogu, nad to zaofiarowanie się Maryi?

Nie masz wątpliwości piszą Ojcowie święci, że Marya od pierwszéj chwili życia, poświęciła Panu Bogu Swoje dziewictwo; lecz utrzymują oraz, że uroczystym ślubem zobowiązała się do tego dopiéro w chwili właśnie tego swojego ofiarowania się w świątyni, którego dziś pamiątkę obchodzimy.

Nadzwyczajna świątobliwość objawiająca się w téj przebłogosławionéj Dziecinie i najwyższe nadprzyrodzone dary któremi jaśniała sprawiły, że wszyscy patrzali na nią jak na największy cud łaski Bożej, i tak wzniosłe o Jéj wyjątkowéj świętości mieli wyobrażenie, że, jak pisze święty Grzegorz, święty Herman Biskup Carogrodu i wielu innych ojców Kościoła, dozwolono Maryi przebywać w świątyni w miejscu zwanym Święte nad świętymi (Sancta sanctorum). Byłato zaś ta część przybytku Pańskiego, w któréj niegdyś przechowywano Arkę Przymierza, z któréj Pan Bóg wydawał uroczyście Swoje wyroki, i do którego nikomu nie wolno było wchodzić prócz najwyższego kapłana, i to tylko raz na rok na krótką chwilę dla złożenia tam wonnych kadzideł, a wtedy przybierać się musiał z całą okazałością najwyższéj swojéj godności. W témto więc miejscu, bez wątpienia najświętsezém jakie podówczas było pod słońcem, spędzała młodziutka Marya większą część dnia każdego, a niekiedy i całe noce.

Święty Hieronim opisując szczegóły pobytu przenajświętszéj Panny w świątyni, powiada że w następujący sposób urządzone były Jéj codzienne zajęcia: „Od prymy do tercyi; to jest od świtu do godziny dziewiątéj rano, trwała, na modlitwie. Od tercyi do nony: to jest od drugiéj połowy poranku, do trzeciéj po południu, zatrudniała się robotami ręcznemi odpowiednemi Jej wiekowi i powołaniu. W téj porze brała skromny posiłek, który według tegoż świętego ojca sami Aniołowie Jéj przyrządzali i podawali, usługując jak swojéj pani i królowej. Potém uczono Ją Pisma świętego i wszystkiego co się odnosiło do głębszéj znajomości Prawa Bożego, ksiąg starego zakonu i wszystkich jego obrzędów. Wieczorem udawała się na modlitwę, i tę długo w noc przeciągała.” 1

Święty Bonawentura zaś, takie jeszcze podaje o tém wiadomości. „O szczegółach pobytu przenajświętszéj Panny w świątyni, gdzie Ją rodzice w trzecim roku Jéj życia oddali dowiadujemy się, pisze ten doktor Seraficki, z objawień jakie miała święta Elżbieta, a w których Sama Matka Boża tak do niéj mówiła: Gdy rodzice odprowadzili mnie do świątyni, postanowiłam w sercu mojém Boga poczytywać za Ojca mojego, i często pobożnie rozpamiętywałam czémbym mogła ściągnąć na siebie najobfitsze jego łaski. Starałam się aby mnie wyuczono praw Jego, i ze wszystkich przykazań Boskich te trzy szczególnie wzięłam do serca: «Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twojego, i ze wszystkiéj duszy i ze wszystkiéj myśli twojéj», i oto drugie: «Będziesz miłował bliźniego twojego jako siebie samego», 2 i nakoniec to trzecie: «Będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela twego» 3. Nie może bowiem dusza posiadać żadnéj cnoty, jeśli Boga nie miłuje z całéj siły swojéj a bliźniego jak siebie samego; i znowu, żadna cnota w duszy nie utrwali się, jeśli obok téj miłości, nie będzie ona miała w nienawiści nieprzyjaciół swoich, któremi są tylko grzechy nasze i najmniejsze wady. Kto więc pragnie nabyć i przechowywać w sobie łaskę Bożą, powinien serce swoje ugruntować w takiéj miłości i w takiéj nienawiści.”

„Często wstawałam wśród nocy, mówiła daléj Marya w témże objawieniu,i udawałam się przed sam ołtarz w świątyni, a tam z największą gorącością ducha, z najsilniejszém przyłożeniem woli, i z całą pobożnością na jaką tylko zdobyć się mogłam, prosiłam Pana Boga, abym te przykazania Jego i wszelkie inne prawa religii świętéj wiernie dopełniała. Prócz tego, trwając tym sposobem na modlitwie, prosiłam Pana Boga o pokorę, cierpliwość, dobrotliwość łagodność i wszystkie cnoty, któremi mogłabym stać się Mu miłą. Prosiłam także aby mi objawił czasy w których narodzi się Ta błogosławiona Dziewica, która miała być Matką Syna Bożego, i aby dochował mi wzrok do téj pory, abym na Nią patrzeć mogła; język abym nim chwałę Jéj głosiła; ręce abym niemi Jéj służyła, nogi abym za Nią chodzić mogła, kolana abym padając na nie, cześć oddawała Bogu w Jéj łonie zamkniętemu. Prosiłam także o łaskę doskonałego posłuszeństwa, rozkazom i poleceniom Najwyższego kapłana świątyni; nakoniec błagałam Boga, aby w wiernéj służbie swojéj, utrwalać raczył synagogę i swój wybrany naród.”

Usłyszawszy to wszystko, pisze święty Bonawentura, święta Elżbieta która miała to objawienie, rzekła: „O! Panno najłaskawsza! czyż już i bez tego, nie byłaś Ty pełną łaski i cnót wszelkich?” A na to Matka Boża jéj odpowiedziała: „Powiem ci, iż prócz łaski uświęcającéj mnie w chwili niepokalanego Poczęcia mojego w łonie matki mojéj, żadnego daru i żadnéj łaski od Boga nie otrzymałam inaczéj, jak prosząc o nie. Bo wiedz o tém jako o rzeczy niezawodnéj, że żadna łaska nie zstępuje na duszę inaczéj jak przez modlitwę i umartwienie ciała.” 4

To pisze święty Bonawentura, a święty Hieronim prócz szczegółów wyżéj przez niego podanych, takie jeszcze przydaje o pobycie Maryi, w świątyni: „Zawsze widziano Ją najpierwszą na wszystkich świętych obrzędach; najbieglejszą w nauce Pisma Bożego, najcudniéj śpiewającą Psalmy Dawidowe, najtroskliwszą w uczynkach miłosierdzia, najniepokalańszą w straży cnoty czystości, najdoskonalszą we wszystkich cnotach. Towarzyszki Swoje przestrzegała z największą miłością aby w niczém nie wykraczały, a pragnąc aby nawet w pozdrowieniach jakie sobie oddawały nawzajem przy każdém spotkaniu, nie przerywała się chwała Boża, gdy Ją kto pozdrawiał, odpowiadała: „Dzięki niech będą Bogu” (Deo gratias). Od Niéjto więc wyszedł zwyczaj podobnego pozdrowienia, którém witali się zwykle pierwotni chrześcijanie, a które nawet późniéj umieszczono i w pacierzach kościelnych gdzie te słowa często się powtarzają. Nakonieec podczas pobytu Maryi w świątyni, mówi daléj święty Hieronim, codziennie widywano Anioła który z Nią rozmawiał, przychodził po Jéj rozkazy, był Jéj uległy jakby dziecko matce, i usługiwał jéj z uszanowaniem jak brat siostrze starszéj.” 5

Marya pozostawała w świątyni lat jedenaście: to jest do chwili w któréj poślubioną została świętemu Józefowi, aby pod Jego opieką a za sprawą Ducha Świętego, stać się Matką Zbawiciela naszego.

Taką więc to wielką i świętą pamiątkę obchodzi dziś Kościół Boży, bo pamiątkę chwili w któréj Ta przez którą miało przyjść na świat cały zbawienie, zaofiarowała się Bogu, a zaofiarowała się na najwyższą jaka istotę stworzoną spotkać mogła służbę, i poświęciła się z takiém sercem i tak doskonale, że przyjmując Pan Bóg tę najmilszą ze wszystkich jakie mu przed tém składano ofiarę, tak dalece Ją względnie i łaskawie przyjąć raczył, że Sam późniéj zstąpił w Jej łono, aby przyoblekłszy się w niém w człowieczeństwo, zaofiarować się za nas Sobie Samemu. Słusznie więc utrzymują: święty Amedy, święty Epifaniusz, święty Grzegorz, święty Andrzej, święty Herman, święty Jan Damasceński i tylu innych ojców Kościoła, że ofiarowanie się przenajświętszéj Panny, było pierwszym czynem religijnym jakby już Nowego Przymierza, a najmilszym Bogu, i że uroczystość dzisiejsza, jest niejako wstępem do wszystkich innych uroczystości Kościoła Chrystusowego i ich początkiem.

Święto ofiarowania, od pierwszych wieków chrześcijaństwa obchodzone na Wschodzie, przyjęte i upowszechnione zostało w całém świecie katolickim znacznie późniéj. Dopiéro w roku Pańskim 1374, zatwierdził je Papież Grzegorz XI, a Sykstus V, rozciągnął do całego Kościoła.

Pożytek duchowny

W dniu dzisiejszym, obchodzi się pamiątka najmilszéj ofiary jaką kiedy ludzie mogli złożyć Panu Bogu, bo pamiątka zaofiarowania się Mu istoty po Nim najświętszéj i najdoskolszéj. Dziękuj więc Maryi z całego serca za to Jéj ofiarowanie się, bo przez nie już dawała Ona początek sprawie naszego odkupienia, w któréj zaofiarował się Sam Boski Jéj Syn Pan nasz Jezus Chrystus, za nasze zbawienie.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś przenajświętszą Maryą Pannę, żywy Przybytek Ducha świętego, w dniu dzisiejszym w świątyni Jerozolimskiéj, na służbę Twoję zaofiarowaną mieć chciał; spraw pokornie prosimy, abyśmy za Jéj wstawieniem się, godni okazali się być Ci zaofiarowanymi w świątyni wiecznéj chwały Twojéj. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1002–1005.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 922–923

Miłościwi bracia i siostry w Chrystusie Pa nu! W dniu dzisiejszym obchodzimy pamiątkę najmilszej ofiary, jaką ludzie Panu Bogu kiedykolwiek złożyć mogli, bo pamiątkę ofiarowania się Mu istoty po Nim najświętszej i najdoskonalszej. Czyż więc dzień dzisiejszy nie przywodzi wam na pamięć nic takiego, czym byście, naśladując przykład Przeczystej Dziewicy, mogli okazać tęsknotę do utajonego w Przenajśw. Hostii Pana i Zbawiciela waszego? Wszakżeśmy wszyscy cudem łaski Bożej ofiarowali się Bogu przy akcie chrztu świętego, wszakżeśmy się wszyscy wychowali pod skrzydłami opieki Kościoła świętego, ustanowionego przez Chrystusa. Wszakże wszyscy wierzymy, nie jak Najśw. Panna, w obiecanego i dopiero przyjść mającego, lecz w rzeczywistego i obecnego Pana i Zbawiciela naszego. Zastanówmy się przeto, czy serce nasze jest istotnie przejęte tęsknotą i ofiarnością dla Niego, czy jesteśmy gotowi wszystko Mu poświęcić, myśli, mowy i uczynki nasze, i czy szczerze pragniemy mieć w Najśw. Pannie Opiekunkę i Orędowniczkę naszą.

Footnotes:

1

Ś. Hier. List do Heliod.

2

Mat. XXII. 37. 39.

3

Mat. V. 43.

4

Ś. Bonaw. Życie P. J. Rozdział III.

5

Ś. Hieronim jak wyżéj.

Tags: Maryja św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna św Elżbieta św Bonawentura modlitwa
2020-11-20

Św. Feliksa Walezyusza, Wspólzałożyciela Zakonu oo. Trynitarzy

Żył około roku Pańskiego 1212.

(Żywot jego wyjęty jest z kronik Zakonu przez niego założonego.)

Święty Feliks z królewskiego rodu Walezyuszów pochodzący, przyszedł na świat roku Pańskiego 1127. Wigilią jego urodzenia, matka miała widzenie następujące. Ujrzała przenajświętszą Maryą Pannę, piastującą na ręku Pana Jezusa krzyż dźwigającego; przy boku zaś Jéj było drugie dziecię, trzymające w ręku koronę z lilii, którą na zamian za krzyż, podało maleńkiemu Jezusowi. A gdy zdziwiona rozumieć tego nie mogła, objawił się jéj święty Hugo, przed którego ołtarzem wtenczas się modliła i wytłómaczył, że dziecię to które widzi, jest synem którego w łonie nosiła, a który wzgardziwszy zaszczytami świata i oddawszy się życiu pustelniczemu, zamieni lilię, będącą herbem królów Francuzkich do których rodziny należał, na krzyż Chrystusowy. Nazajutrz porodziła syna, i dała mu imię Hugona, które on późniéj, udając się na puszczę, sam przemienił na imię Feliksa to jest Szczęsnego.

Gdy był jeszcze przy piersiach, wielka nastała w całym kraju susza, a w skutek tego głód powszechny. Gdy razu pewnego zeszli się ubodzy do pałacu jego rodziców, a z powodu wielkiéj ich liczby, chleba nie stawało, piastunka obecna temu trzymając Feliksa na ręku, ostatni bochenek rączką jego przeżegnała, i chléb cudownie rozmnożony, dla wszystkich ubogich wystarczył. Co widząc piastunka, wyniosła dziecinę ku polom, i one téż jego rączką trzykroć pobłogosławiła. W tejże chwili puścił się deszcz rzęsisty, i wielki potém był urodzaj.

Zaledwie z niemowlęctwa wyszedł święty Feliks, a już objawiał miłosierdzie swoje dla ubogich, którém poźniéj tak się odznaczył. Dwa lata miał wieku, kiedy widząc jak rozdawano jałmużnę pieniężną ubogim, wyrwał się z rąk piastunki, i co mógł dziecinną ręką zaczerpnąć w worku, brał i rozdawał to biednym, biegając pomiędzy niemi. Odtąd téż przez jego ręce czyniono wszelkie w domu jałmużny. Ta cnota rosła z nim, i gdy przyszedł do lat młodzieńczych, codziennie zanim sam zasiadł do stołu, kilkunastu karmił ubogich, a kiedy którego spotkał, obdarzał go hojnie, czasami nawet szaty swoje oddając, gdy już pieniądze rozdał.

Nauki pobierał w Klarawalli, pod okiem świętego Bernarda. Chciał tam zostać zakonnikiem, lecz mu to odradził święty Bernard, widząc duchem prorockim, że go Pan Bóg do założenia nowego Zgromadzenia powoła; pozwolił mu jednak wieść już wtedy życie zakonne, w którém święty Feliks najstarszych zakonników przewyższył.

Wyszedłszy razu pewnego na przechadzkę, spotkał biednego człowieka na wpół nagiego; zdjęty litością oddał mu swoję koszulę, a wróciwszy do domu znalazł ją w celi przedziwną wonność z siebie wydającą, i objawioném mu zostało, że ów ubogi był jego własnym Aniołem Stróżem. Doszła go była wiadomość o śmiertelnéj chorobie jego matki, a gdy z płaczem błagał Boga o jéj zdrowie przed krucyfiksem, usłyszał te słowa z niego wychodzące: „Synu, ani twojéj matce ani tobie, nie jest to pożyteczném o co prosisz.” Poddał się więc woli Bożéj, a śmierć matki, którą bardzo kochał, zniosłszy najspokojniéj, duszę jej polecał miłosierdziu Boga.

Wkrótce potém, król Francuzki udawał się na wyprawę krzyżową, a jak wszyscy książęta krwi panującéj tak i Feliks przyłączył się do niego. Wróciwszy z wojny, postanowił świat opuścić i poświęcić się na wyłączną służbę Bogu. Udał się po radę do świętego Bernarda, i zwierzył się mu iż ma zamiar zostać pustelnikiem. Święty Bernard utwierdził go w tym pobożnym zamyśle, i wymógł na nim aby wprzód jeszcze został Kapłanem. Odebrawszy wyższe święcenia, najprzód zrzekł się prawa następstwa do książęcego tronu, który go czekał po ojcu, i opuszczając rodzinę tajemnie, uszedł w góry Prudelli, a znalazłszy tam kapliczkę Panny przenajświętszéj i chatkę przy niéj przez świętego Fiakra, Szwedzkiego królewicza a także pustelnika, niegdyś zamieszkałą, w niéj osiadł. W postach i wszelkiego rodzaju umartwieniach ciała ćwicząc się, święty Feliks trwał na modlitwie po dniach całych, a niekiedy i w nocy, oka niezamykając. Napadany od pokus i od szatanów, jako niegdyś pustelnicy Tebaidzcy, zwyciężał je jak oni, uciekając się do Boga, a Pan Bóg łaskami go Swojemi coraz wyższemi obdarzał. Nietylko bowiem Święci Pańscy, nietylko Aniołowie, ale Królowa Anielska i Sam Chrystus Pan, w objawieniach swoich często go nawiedzali. Opatrzność téż Boska cudownie czuwała nad nim, gdyż kiedy w zimie brakło mu korzonków leśnych któremi się żywił, zsyłał mu Pan Bóg w każdą niedzielę kruka, który mu bułkę chleba przynosił, a ta mu na cały tydzień starczyła. Niedługo jednak świątobliwość Feliksa przed ludźmi tajną była, gdyż ją Pan Bóg przez pastuszków trzodę pasących, którzy przypadkiem aż do jego chatki zabłąkali się, w całéj téj krainie rozgłosił. I zaczęli garnąć się do niego ludzie błagając go o modlitwy za nimi do Boga i o ratunek w różnych utrapieniach, a Pan Bóg zsyłał im przez niego i cudowne nawet pociechy. Między innemi, pewien wieśniak mający syna ślepego, prowadził go do świętego Feliksa, aby mu wzrok przywrócił. Lecz na przeprawie przez rzekę, wpadł mu ten syn do wody i utonął. Wydobywszy ciało, strapiony ojciec przyniósł je do świętego pustelnika, który wzruszony miłosierdziem, padł na kolana, pomodlił się, i zmarłego wskrzesił. Uradowany ojciec, wrócił z synem do domu, lecz spostrzegł że ślepym jest pomimo tego. Wrócił więc znowu do Feliksa, który przeżegnawszy jego oczy, i wzrok mu przywrócił.

Prowadził już to pustelnicze życie swoje więcéj niż lat dwadzieścia, kiedy razu pewnego gdy się modlił, stanął przed nim Anioł, i objawił mu przyjście przyszłego towarzysza na puszczy, imieniem Jan. Jakoż, wkrótce potém święty Jan z Maty, wielkiéj świątobliwości prałat Paryzki, zupełnie nieznany świętemu Feliksowi, a także mający zamiar wieść życie pustelnicze, zapukał do jego chatki. Feliks przywitał go po imieniu, i odtąd żyli razem na puszczy przez lat trzy, aż im objawił Pan Bóg przez Anioła i przez okazanie się jelenia krzyż błękitny i czerwony wśród rogu mającego, aby udali się do Rzymu, dla założenia nowego Zakonu, przeznaczonego głównie do wykupowania chrześcijan z niewoli pogańskiéj.

Porzuciwszy tedy z rozkazu Bożego wielce sobie ulubioną puszczę, udali się do Rzymu, gdzie od Papieża Inocentego III, który weśnie miał objawienie o ich przyjściu, najłaskawiéj przyjęci, po otrzymaniu od niego zatwierdzenia nowego Zakonu pod nazwą Trynitarzy, wrócili do Francyi. Jakiś czas zatrzymali się w Paryżu, gdzie Regułę swojego Zgromadzenia ostatecznie ułożyli, a przyjąwszy do niego wielu świątobliwych i uczonych mężów, poszli znowu w góry Prudelli, gdzie pierwszy swój klasztor na miejscu na którém przy źródle zimnéj wody objawił się im jeleń, pod nazwiskiem Jelenia zimnego (Cervi frigidi) założyli. Tam Feliks został pierwszym przełożonym, a święty Jan powtórnie udał się do Rzymu, dla założenia i w tém mieście klasztoru swojéj Reguły. Przy rozstaniu, Feliks powiedział mu że się już więcéj nie obaczą, i że pierwiéj od niego umrze, co się téż i stało.

Miał jednak jeszcze czas rządzić Zakonem lat kilka, a wzorem wysokich cnót swoich przewodnicząc braciom, wielu znakomitych ludzi przykładem własnym pobudził do wzgardzenia świata i wstąpienia do jego Zgromadzenia. Wkrótce téż go rozszerzył po całéj Francyi i Belgii, a tak gorliwie zajmował się wykupywaniem więźniów, że za staraniem swojém, przeszło cztery tysiące tych nieszczęśliwych wyrwał zpod jarzma pogańskiego.

Zdarzyło się, że, gdy przebywał w tym klasztorze na puszczy, w wigilią uroczystości Narodzenia Matki Bożéj, ze szczególnego rozporządzenia Boskiego, wszyscy zakonnicy niesłysząc znaku budzenia na Jutrznię o północy odmawianą, nie wstali. Sam tylko święty Feliks według zwyczaju swojego, wcześniéj przyszedłszy do chóru, znalazł w nim na miejscu przełożonego Samę Matkę Bożą w habit jego Zakonu przybraną, tudzież: wielu Aniołów podobnież przybranych, którzy razem z nim całą Jutrznię odśpiewali. Z téj przyczyny ojcowie Trynitarze, święto Narodzenie Matki przenajświętszéj ze szczególną obchodzą uroczystością. Feliks zaś zrozumiał z tego widzenia, iż już niedługo przejdzie do chóru niebieskiego, o czém go wkrótce i Anioł przysłany od Boga wyraźnie zawiadomił.

Pełen tedy już lat i zasług przed Bogiem, w ciężką zapadł chorobę, którą znosząc z największą cierpliwością, troszczył się tylko nieco o swój Zakon i jego przyszłość. Lecz mu się okazała przenajświętsza Panna, polecając aby się o to nie frasował i oświadczyła, iż synów jego w szczególną Swoję bierze opiekę i za Matkę się im daje. Wielce widzeniem tém uradowany Feliks i na ciele nawet cudownie pokrzepiony, zwoławszy wszystkich zakonników, kazał śpiewać Te Deum laudamus i poszedł z nimi do kościoła, gdzie Mszy świętéj wysłuchawszy i przenajświętszém Ciałem Pańskiém posiliwszy się na drogę do wieczności, pobłogosławił braci, najzbawienniejsze dając im nauki. Potém, wrócił do swojéj ubogiéj celki, przyjął ostatnie Olejem świętym namaszczenie, i całując nabożnie wizerunek Pana Jezusa ukrzyżowanego, ucieszony widzeniem Matki Bożéj i Aniołów którzy przyszli po duszę Jego, poszedł do Nieba na ich rękach, dnia 5-go Listopada, roku Pańskiego 1212, mając lat ośmdziesiąt i pięć. W chwili gdy skonał, same dzwony na wieży kościelnéj, bez poruszania ich ręką ludzką, błogosławiony zgon jego ogłosiły, i tejże godziny okazał się on świętemu Janowi, towarzyszowi swojemu w Rzymie podówczas przebywającemu.

Wielu cudami i po śmierci słynącego, Papież Urban IV wraz ze świętym Janem z Matty, w poczet Świętych wpisał.

Pożytek duchowny

Wielkiéj bez wątpienia doznał święty Feliks pociechy, gdy wspólnie z Matką Bożą i Aniołami, śpiewał w chórze swojego klasztoru Jutrznię. Cóż przeszkadza każdemu z nas, gdy się modlimy, łączyć oddawaną przez nas cześć Bogu z tą chwałą bezustanną jaką mu oddają w niebie Aniołowie i Królowa Anielska Panna przenajświętsza? Staraj się z tą intencyą odmawiać pacierze, a doznasz także niemałéj pociechy.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Feliksa Wyznawcę Twojego, z puszczy do założenia Zakonu na wykup więźniów, cudownie powołać raczył; spraw prosimy, abyśmy za łaską Twoją, z niewoli grzechów naszych, za jego wstawieniem się wyzwoleni, do niebieskiéj ojczyzny doprowadzeni zostali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 999–1001.

Tags: św Feliks Walezjusz św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna cuda jałmużna św Bernard niewola
2020-11-19

Św. Elżbiety, Królewnéj Węgierskiéj, Wdowy

Żyła około roku Pańskiego 1231.

(Żywot jéj był napisany przez ojca Konrada z Marburga, Zakonu Braci Mniejszych, jéj spowiednika.)

Święta Elżbieta córka Andrzeja króla Węgierskiego, i Gertrudy księżniczki Korynckiéj, przyszła na świat roku Pańskiego 1207. Miała lat trzy kiedy zaręczoną została z książęciem Ludwikiem, następcą tronu Turyngii, i w rok potém na dwór ten odwieziona, pod okiem księżnéj Zofii matki swojego przyszłego małżonka, wychowanie pobierała. Dziecinne serce jéj od rodziców oderwane, całkiem zwróciło się do Boga, jak jéj to pobożna matka przy rozstaniu polecała, i Bóg téż szczególnemi łaskami obdarzał ją od téj pory. Najmilszą dla niéj rozrywką, była modlitwa i dawanie jałmużny. Wspierała czém mogła ubogich, a każdego prosiła aby się za nią modlił. Gdy miała lat dziewięć, umarł książe panujący, a na tron wstąpił jéj narzeczony. Jako jego przyszła małżonka, prawo miała do tém wytworniejszych strojów i hołdów powszechnych. Lecz ona właśnie tém bardziéj zaczęła gardzić wszelkiemi próżnościami światowemi. Im świetniejszą uroczystość obchodzono, tém się skromniéj ubierała; a gdy do kościoła wchodziła, zdejmowała i te ozdoby książęce jakie miała na głowie. Gdy ją o to księżna matka strofowała pytając dla czego to czyni, odpowiedziała: „Nie mogę znieść żadnych kosztowności na głowie, patrząc na cierniową koronę Zbawiciela.”

Taki sposób życia obrócił przeciw niéj wszystkich prawie dworzan, tém bardziéj że i stara księżna niechętnie na to patrzała. Wyszydzano jéj nabożeństwo, upokarzano ją i bardzo dotkliwie w różny sposób, a nawet starano się odwieść księcia Ludwika od jéj zaślubienia. Święta Elżbieta znosiła to wszystko w największéj pokorze i cierpliwości, książe zaś dał odpraw szemrzącym na jéj świątobliwe życie, mówiąc że to właśnie ceni w niéj wyżéj nad wszelkie skarby i korony, jakieby w wianie przynieść mogła. Aby zaś przeciąć drogę wszelkim zabiegom jéj nieprzyjaciół, przyśpieszył zaślubiny, i gdy miała tylko lat trzynaście, zawarł z nią uroczyście śluby małżeńskie. Od téj pory Elżbieta przyczyniła sobie jeszcze więcéj ćwiczeń pobożnych i umartwień ciała, gdyż temu wcale nie sprzeciwiał się pobożny jéj małżonek.

Na dworze książęcym przebywał wtedy przysłany od Papieża w ważnych sprawach Kościoła w Niemczech, wielkiéj zacności i sławy przewodnik dusz do wyższéj doskonałości dążących, ojciec Konrad z Marburga, z zakonu Braci.mniejszych świętego Franciszka Serafickiego. Tego sam Papież doradził jéj za ojca duchownego, i jakkolwiek znalazła w nim przewodnika nadzwyczajnéj surowości, aż do śmierci jak najwierniéj go słuchała. Przedziwny téż postęp, a codziennie coraz wyższy, na drodze Bożéj czyniła. On jednak tak dalece probował jéj pokory i zaparcia, że razu pewnego zbił ją dotkliwie kijem, o czém jednak drudzy aż wtedy się o tém dowiedzieli, gdy wypadkiem jedna z pań jéj dworu ślady ciężkich razów na ciele jéj odkryła.

Dla ubogich wielkie miała miłosierdzie, i sama chorym ostatnie oddawała usługi; a gdy dworzanie robili jéj uwagę, jakoby to nie zgadzało się z jéj godnością małżonki panującego odpowiedziała: „Alboż nie wiecie, że ja w tych ubogich służę Samemu Królowi Królów, Panu świata i Nieba Jezusowi Chrystusowi.” Razu pewnego, spotkawszy biednego nędznie odzianego wśród zimy, płaszcz mu swój oddała. Podczas panującego w całych Niemczech w roku Pańskim 1225 ciężkiego głodu, gdy mąż jéj z cesarzem do Włoch był odjechał, a jéj rządy państwa poruczył, kazała z dóbr książęcych wszystkie zapasy zboża rozdać ubogim, a przy zamku książęcym, codzień około tysiąca biednych, sama im usługując, karmiła. Kiedy na to pieniędzy w skarbie zabrakło, wszystkie swoje kosztowne stroje i klejnoty na ten cel sprzedała. Gdy świątobliwy książe Ludwik powrócił, a na to dworzanie przed nim szemrali, rzekł im: „Wdzięczny za to jestem siostrze mojéj (tak ją bowiem nazywał zwykle), niech wspiera ubogich, bo to dzieci nasze.”

Prócz takiéj szczodroliwości, założyła obok zamku książęcego szpital, gdzie sama codziennie chorym usługiwała, a także dom przytułku dla sierot, które jak najbogobojniéj wychowywała. Kiedy zdarzało się że wróciwszy od biednych, znachodziła na odzieniu własném roje robactwa, cieszyła się z tego jakby ją perłami obsypano. Będąc u siebie, ani chwili nie próżnowała, a zawsze zajęta jakąś pożyteczną robotą, przyrządzała ozdoby do kościołów albo ubrania dla biednych.

Ubierała się jak najskromniéj, a gdy jéj to przyganiano, mówiła jakby duchem prorockim: „Trzeba mi do szat takich nawykać, bo w nich łatwiéj mi przyjdzie kiedyś chleba żebrać.” Raz gdy od jéj ojca króla Węgierskiego, znakomici posłowie przybyli, mąż jéj zafrasował się nieco, że kosztowniejszych sukień nie ma na ich przyjęcie. Elżbieta wyszła do nich w zwykłém ubraniu, a okazała się im okryta przepyszną i nadzwyczaj bogatą szatą, lśniącą od kosztownych kamieni.

Spełniła się téż i jéj przepowiednia że do ubóstwa przyjdzie. Miała lat dwadzieścia, kieł dy mąż jej udał się na wyprawę krzyżową, i w Sycylii umarł. Brat jego Henryk, przywłaszczywszy sobie tron Turyngii, który z prawa spadał na syna Elżbiety, wygnał ją z zamku książęcego wraz z dziećmi, i z wszelkiego majątku odarł, od razu do nędzy przywodząc. Wyszła Święta pieszo, bez żadnego opatrzenia, mając tylko przy sobie dwie najwierniejsze swoje sługi: Izyntradę i Gutę. Noc spędziła w opuszczonéj i na pół rozwalonéj chacie, a o świcie słysząc dzwonienie na jutrznię w klasztorze Braci-mniejszych, udała się tam i uprosiła zakonników, aby hymn Te Deum laudamus uroczyście odśpiewali, na podziękowanie Panu Bogu, że ją w poczet ubogich Swoich zamieścić raczył. Zima była, i z dziatkami długo tulić się musiała w ciasnéj i nieopatrzonéj izdebce, którą jéj z miłosierdzia dano. Doznawała przytém wiele zelżywości od motłochu, przez niegodziwego jéj szwagra na nią podbudzanego. Zdarzyło się nawet, że pewna niewiasta któréj ona, gdy na tronie była, wielkie dobrodziejstwa świadczyła, spotkawszy ją na ciasnéj ścieżce, umyślnie w błoto wtrąciła. Wszystko to Święta nietylko bez skargi, lecz z weselem znosiła, a za to, Pan Jezus zalewał jéj serce coraz wyższemi niebieskiemi pociechami. Okazał się jéj razu pewnego i rzekł do niéj: „Czy chcesz być ciągle ze mną zjednoczoną, tak jak Ja chcę tego?”, na co odpowiedziała: „Tak Panie mój, wielbię we wszystkiém wolę Twoję, i nigdy od Ciebie odłączoną być nie chcę.”

Tymczasem krewni jéj panujący i Biskupi, o krzywdę jéj upomnieli się, i w końcu przywiedli Henryka do upamiętania, który i na zamek książęcy przyjął Elżbietę napowrót, i na wynagrodzenie krzywd jéj poczynionych, oddawał jéj wiele bogatych zamków i włości. Lecz ona nic z tego przyjąć nie chciała, posag tylko swój sobie zastrzegła, i w jego wartości niektóre dobra wzięła.

Wielu książąt panujących ubiegało się o jéj rękę, lecz wszystkim odprawę dała, a sama zostawszy siostrą Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego, postanowiła poświęcić się Bogu na wyłączną służbę. Chciała nawet rozdać zaraz ubogim całą majętność swoję, lecz jéj na to Konrad jéj ojciec duchowny nie zezwolił, a za to wewnętrznych umartwień jéj nie szczędził. Między innemi, kazał jéj oddalić od siebie owe dwie wierne sługi, które jéj w wygnaniu towarzyszyły, a które bardzo kochała, a przydał jéj w ich miejsce nieznośną kobietę, która się z nią najgorzéj obchodziła. Święta Elżbieta poddała się temu najpokorniéj, i tę zuchwałą sługę, znosiła aż do śmierci. Konrad z polecenia nawet samego Papieża Grzegorza IX, radził Elżbiecie aby klasztor Sióstr Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego założyła. Chwyciła się tego z radością, i wkrótce w mieście Marburgu, który jej był dziedzictwem, klasztor zbudowała i w nim i sama zamieszkała, Obok niego, założyła ogromny szpital, w którym żywiąc wielką liczbę ubogich, sama dzień i noc chorym usługiwała. Obchodziła się z niemi z taką miłością, że gdy razu pewnego uczuła wstręt do trędowatego, umywszy jego obrzydliwe rany, wodę tę wypiła.

Dzieci swoje (z których syn osiadł późniéj na tronie Turyńskim, jedna córka została zakonnicą, a druga wyszła za panującego księcia Brabanckiego), powierzywszy świątobliwym krewnym, sama żyła tylko z pracy rąk własnych, a całe swoje wielkie dochody, obracała na ubogich. W ciągu tego, gdy z mocy zapisu męża wypłacono jéj wielkie pieniądze, Święta zwoławszy przez woźnych umyślnie na to wyprawionych, wszystkich ubogich z całéj Turyngii i Hessyi, całe te wielkie sumy w jednym dniu pomiędzy nich rozdała. Lecz, Konrad i w tém ją chciał umartwić, i odtąd już nie dozwolił żadnéj dawać jałmużny pieniężnej, tylko usługiwać ubogim, co znowu Elżbieta chętnie i tém gorliwiéj spełniała.

Dnia pewnego, będąc w zachwyceniu, miała sobie objawioném że ją ma już Pan Jezus powołać do Siebie, a pełną cnót i zasług chociaż wtedy lat dwudziestu czterech jeszcze nie skończyła. Oznajmiła to zaraz Konradowi i zasłabła. Siedząca przy niéj zakonnica, usłyszała ją przecudnym głosem śpiewającą, a gdy się temu dziwiła, rzekła jej Elżbieta: „Ptaszek z Nieba przybyły, śpiewa przede mną pieśń anielską, przeto ja mu wtóruję.” Nazajutrz uczyniła spowiedź z całego życia przed ojcem Konradem, sporządziwszy testament, przez który wszystko co posiadała zapisała ubogim. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych znowu onym przecudnym głosem śpiewać zaczęła, pytając drugich czy słyszą tych Aniołów którzy z nią razem śpiewają. Potém wiele jeszcze mówiła o nieprzebraném miłosierdziu Pana Jezusa, który dla zbawienia ludzi śmierć poniósł, i wśród takiéj mowy spuściwszy głowę, spokojnie Bogu ducha oddała dnia 19 Listopada roku Pańskiego 1231. W cztery lata potém, Grzegorz IX z wielką uroczystością kanonizacyą jéj ogłosił.

Pożytek duchowny

Masz oto i w żywocie dzisiejszym dowód, jak dalece inaczéj ocenia świat wypadki tego życia, a inaczéj zapatrują się na nie Święci. Błogosławiona Elżbieta z najświetniejszego stanu panującéj przyszedłszy nagle do ostatniéj nędzy, przez uroczyście odśpiewane Te Deum laudamus, dziękowała za to Panu Bogu. Pamiętaj, że jest tylko z imienia chrześcijaninem, kto we wszelkiego rodzaju zsyłanych na nas klęskach, nie widzi szczególnego nad duszą która ich doznaje dowodu miłosierdzia Bożego.

Modlitwa (Kościelna)

Serca wiernych Twoich Boże miłosierny oświeć, a za przykładem i wstawieniem się błogosławionéj Elżbiety, daj nam gardzić pomyślnością tego świata, a doznawać zawsze pociechy niebieskiéj. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 996–998.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 916–917

Przykład świętej Elżbiety uczy nas, że nawet wśród największego blasku, w pełni szczęścia ziemskiego na tronie, można się ćwiczyć w cnotach pokory i zaparcia się siebie, i łączyć z bogactwem i wielkością ziemską to ubóstwo ducha, które według słów Jezusa prowadzi do osiągnięcia królestwa niebieskiego. Dalej przykład jej pokazuje nam, jak mamy używać dóbr ziemskich, by zatraciły swe zgubne strony, a stały się dla nas środkiem do zbierania zasług na żywot wieczny. Mamy ich używać szczególnie na chwałę Boga i zbawienie ludzi, jako też na cele dobroczynne. Nigdy nie powinniśmy przywiązywać swego serca do dóbr ziemskich, ale raczej — jak mówi święty Paweł — mamy je posiadać w takim duchu jak gdybyśmy nic nie posiadali, i oddać je równie chętnie jak je odebraliśmy, jeśli taka jest wola Boża. Tak właśnie myślała i postępowała święta Elżbieta. Uważała się tylko za zarządczynię i szafarkę swoich dóbr, używała ich jedynie na cele dobroczynne i oddała je ze spokojem i uległością, gdy Bóg chciał ją doświadczyć cierpieniem. W najgłębszym poniżeniu i nędzy okazywała się zawsze gorliwą służebnicą Bożą i dowiodła przez to, że istotnie była ożywiona tym prawdziwie chrześcijańskim duchem, tą czystą miłością Bożą, która nie zważając na okoliczności, nie ma innego celu, jak podobać się Bogu, służyć Mu i przez to osiągnąć zbawienie. Dlatego Kościół słusznie oddaje Elżbiecie szczególną cześć między Świętymi i obchodzi jej święto z żywą radością, mówiąc we wstępie Mszy św.: „Radujmy się wszyscy w Panu, którzy obchodzimy tę uroczystość na cześć świętej wdowy Elżbiety, nad którą radują się aniołowie i jednogłośnie wielbią Syna Bożego”. Kościół stosuje też do niej w sposób pełen znaczenia Ewangelię, gdzie Zbawiciel mówi: „Podobne jest Królestwo niebieskie skarbowi ukrytemu w roli, który znalazłszy człowiek, skrył, a pełen radości z niego odchodzi i wszystko, co ma, sprzedaje, a ową rolę kupuje” (Mat. 13. 44). Nie dając się zaślepić skarbami ziemskimi, znalazła ten lepszy, jedynie prawdziwy skarb, tj. skarb niebieski. Przy nim wszystko inne wydało się jej próżne i bez wartości. Oby nas pobudziła do naśladowania swych cnót! Obyśmy i my naśladowali jej pokorę i zaparcie się siebie, jej gorliwość w służbie Bożej i miłosierdzie dla biednych i nieszczęśliwych, obyśmy za nic mieli dobra i uciechy ziemskie, i chętnie je oddawali, by za nie zyskać dobro wiekuiste!

Tags: św Elżbieta Węgierska św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna księżna wdowa pokora małżeństwo umartwienie jałmużna ubóstwo
2020-11-18

Św. Eligiego, Biskupa Nojońskiego (Noyon)

Żył około roku Pańskiego 665.

(Żywot jego był napisany przez współczesnego mu świętego Uwona, Arcybiskupa Ruenskiego).

Święty Eligi, syn uczciwego mieszczanina nazwiskiem Euszer, narodził się w południowéj Francyi w małéj wiosce Kadilak, roku Pańskiego 588. Matka jego Terigia, bardzo pobożna niewiasta, w czasie gdy go jeszcze w łonie nosiła, po trzykroć widziała wielkiego orła, który zpod obłoków wzlatując, spuszczał się na nią, lecz nietylko nie zadawał jéj żadnéj szkody lecz owszem okazywał jéj jakby znaki uszanowania. Pewien świątobliwy kapłan któremu o tém powiedziała, uznał w tém przepowiednię, że porodzi syna który będzie wielkim sługą Bożym. Gdy przyszedł na świat, na pamiątkę tego zdarzenia dali mu imię Eligiego, które w ówczesném narzeczu francuzkiém znaczyło orlisty. Przytém, uszczęśliwiona przepowiednią jaką jéj ów kapłan uczynił, Terigia tém pobożniéj synaczka swego chowała.

Eligi wzrastając okazywał się téż coraz bogobojniejszym, a że był obdarowany i bystrém pojęciem, rodzice jak najstaranniéj wykształcili go w naukach. Gdy podrósł, a majątku mu zostawić nie mogli, umieścili go w mieście Limożu u najpierwszego złotnika, aby się téj sztuki wyuczył. Oddając się temu rodzajowi pracy Eligi, nie zaniedbywał wcale ćwiczeń pobożnych, do których od najmłodszych lat był nawykł, i taką odznaczał się skromnością, że go wszyscy w wielkiém mieli poważaniu i nazywali świeckim zakonnikiem.

Gdy nadzwyczajny w złotnictwie uczynił postęp, tak że mu w téj sztuce równego w kraju całym nie było, przeniósł się do Paryża jako do większego miasta. Tam pozyskał zaraz wielki rozgłos, a że obok tego odznaczał się największą sumiennością w wykonywaniu robót z powierzonego mu złota, głównie zarządzający skarbami państwa, nazwiskiem Bobon, użył go do kilku bardzo kosztownych ze złota robót, z których nadzwyczaj był zadowolony.

Zdarzyło się że pod tę porę Klotaryusz II-gi król podówczas francuzki, powziął myśl wyrobienia ze złota wysadzanego dyamentami krzesła, którego sam ułożył był zarys. Kilku najbieglejszych złotników paryzkich wykonywało z kolei to arcydzieło wymyślone przez króla, lecz żaden mu nie dogodził. Klotaryusz dowiedziawszy się od Bobona o szczególnéj biegłości Eligiego w sztuce złotnickiéj, jemu powierzył tę pracę, i dał mu w tym celu tęż bryłę złota z któréj inni złotnicy napróżno kusili się wykonać jego pomysł. Święty Eligi wziął się do téj roboty, i wkrótce przedstawił ją królowi który był z niéj najzupełniéj zadowolony, a przytém jakże się zdziwił, kiedy mu Eligi przyniósł nie jeden; lecz dwa krzesła, z bryły złota mu powierzonéj wykończone.

Zdarzenie to rozgłosiło się po całym dworze i mieście Paryżu, objawiając i zdolność Eligiego jako złotnika, i sumienność jako doskonałego chrześcijanina. Król zapragnął bliżéj go poznać, a po kilku z nim rozmowach, przekonawszy się o jego wysokiéj pobożności i o jego niepospolitém wykształceniu, zatrzymał go na dworze, gdzie Eligi w krótkim czasie stał się najpierwszym ulubieńcem królewskim, którego on do porady w najważniejszych sprawach państwa, a nawet do ich załatwienia, używał.

Wysokie stanowisko na jakie się dostał nasz Święty, nietylko nie wbiło go w pychę, lecz tém bardziéj w pokorze gruntując, objawiło wszystkim wysokie jego cnoty i powszechny mu szacunek zjednało, a on obok tego, coraz więcéj w pobożności postępował. Swobodniéj niż w pracowitym zawodzie w jakim przedtém zostawał, mogąc czasem swoim rozporządzać, co mu pozostawało chwil wolnych od służby królewskiéj, obracał je na modlitwę, czytanie ksiąg świętych i spełnianie miłosiernych uczynków. W umartwieniach téż ciała ćwiczył się bardzo. Pod bogatemi szatami wysokiego dworzanina, nosił ostrą włosiennicę. Zasiadając często do stołu królewskiego, tak się umiał zachować, że nieściągając na siebie uwagi, codzień prawie bez nabiału pościł, a niekiedy przez całe dni trzy, żadnego nie brał posiłku. Sypiał na gołéj ziemi, a większą część nocy na bogomyślności spędzał.

Razu pewnego gdy się modlił w takiéj porze w pokoju w którym kilka wielkich Relikwiarzy zawieszonych miał na suficie, zły duch ogarnął go tak rozpaczliwemi myślami o zbawienie, że padłszy twarzą na ziemię, błagał on Pana Boga, aby przez zasługi Świętych których kości miał nad sobą, raczył mu jakim widocznym znakiem objawić, że jest w łasce Jego i że o zbawienie swoje może mieć nadzieję. Wtedy usłyszał głos z Nieba mówiący mu że otrzyma znak o który prosi, i w téjże chwili uczuł z Relikwiarzy spadający na głowę jego balsam cudowny, który cały pokój najmilszą wonią napełnił. Odtąd Święty już podobnéj pokusie rozpaczy nie podlegał, a tém gorliwiéj Panu Bogu służył.

Po śmierci Klotaryusza, nastąpił na tron francuzki syn jego Dagobert, u którego święty Eligi w większych jeszcze był łaskach. Sługa Boży skorzystał z tego, i króla który z początku pod względem obyczajów, miał sobie wiele do wyrzucenia, przywiódł do szczeréj poprawy życia, a nawet zrobił z niego przykładnego chrześcijanina.

Doszedłszy do wielkiego majątku, gdyż obydwaj królowie którym służył, hojnie go obdarzali, sam żyjąc nadzwyczaj skromnie, ą z ząmiłowania cnoty czystości w bezżeństwie, wszystkie swoje dochody obracał ns ubogich i na pobożne zakłady. Nawiedzał biednych po ich mieszkaniach kiedy chorobą byli złożeni; zaopatrywał wszystkie ich potrzeby; całe rodziny wyprowadzał z niedostatku, wykupywał więźniów, i w kilku miejscach wielkie szpitale założył. Wybudował także kilka klasztorów i te hojnie uposażył, a pałac który mu król darował w Paryżu, zamienił na kościół pod wezwaniem świętego Marcyalisa, i przy nim umieścił trzysta zakonnic, obdarzając je odpowiednym do utrzymania funduszem. Owóż przy tym kościele budując klasztor, potrzebował jeszcze małego placu należącego do króla: poprosił o niego Dagoberta, a ten mu go podarował według planu jaki był nakreślony. Po wykończeniu zabudowań klasztornych, dopatrzył się Eligi że o jednę stopę więcéj nadto co mu król wyznaczył, zajęto z tegoż placu, Tak go to zasmuciło i na sumieniu zakłopotało, że już chciał cały wielki budynek zwalić, byle nie mieć sobie do wyrzucenia tego co mu się wydawało przeniewierzeniem się królowi. Sumienność tak ścisła, wielce zbudowała wszystkich, a król go uspokoił i do zajęcia całego potrzebnego pod klasztor miejsca upoważnił.

Eligi, w wielkiém miał poważaniu stan zakonny, często wynurzał żal serdeczny że sam dotąd zakonnikiem nie został, zawsze cieszył się nadzieją że jednak z czasem da mu to Pan Bóg uczynić, i nakoniec po oddaniu wielu ważnych usług krajowi przez sumienne i gorliwe załatwianie najważniejszych spraw państwa powierzonych mu przez królów, postanowił ostatecznie świat opuścić i wstąpić do klasztoru. Lecz Pan Bóg, inne miał na niego widoki. Pod tę porę zmarł był święty Akary, Biskup Nojoński. Duchowieństwo i lud, jednogłośnie obrało na jego miejsce świętego Eligiego, i wysłano do niego poselstwo z prośbą aby przyjął tę godność. Mąż Boży długo opierał się temu, i byłby nie dał pozbawić się zasług życia ukrytego w zakonie do którego się właśnie zabierał, gdyby nie święty Uwo, wielki jego przyjaciel i przewodnik duchowny, który go do tego skłonił.

Wkrótce po objęciu stolicy Biskupiéj, na któréj zajaśniał jeszcze świetniéj wszystkiemi cnotami, które właśnie spowodowały były jego wybór na Biskupa, zamianowany został przez Papieża Legatem Apostolskim w całéj Francyi, Flandryi, Fryzyi i Szwabii gdzie wielu jeszcze było pogan. Z taką zaś gorliwością święty ten Pasterz, zajął się głoszeniem Ewangelii, że po kilku latach, wszystkich mieszkańców tych krain przywiódł do wiary świętéj. Zdarzało się iż takie tłumy pogan gromadziły się do przyjęcia Chrztu świętego, że Eligi od świtu do późnéj nocy, w towarzystwie przybranych sobie wielu kapłanów, udzielał im ten Sakrament. Przybywali wtedy i tak ciężko chorzy i zgrzybiali, że niektórzy zaraz po przyjęciu Chrztu świętego umierali. Sam kazywał codziennie, a niekiedy i kilka razy na dzień, a Pan Bóg wielkiemi i licznemi cudami szczególnéj mocy przydawał słowom jego. Święty Uwo pisze, jako świadek naoczny, że znakiem krzyża świętego wielu zmarłych wskrzesił, ślepym wzrok przywrócił, ciężkiemi chorobami złożonych uzdrawiał, a tkniętym paraliżem kazał wstawać i chodzić, co téż wnet czynili.

Posiadał cudowną moc nad złodziejami, a także i szczególny dar pobudzania ich do poprawy życia. Za jego modlitwą, złoczyńcy których nikt wykryć nie mógł, sami odnosili właścicielom szkody i prosili o przebaczenie. Ile razy na jego prośbę wypuszczono Z więzienia zbrodniarza, każdy żył potém najpoczciwiej. Jeśli którego na jego prośby uwolnić nie chciano, wtedy za znakiem krzyża przez świętego uczynionym, więzienia najwarowniejsze się otwierały, a wypuszczeni przez niego więźniowie nagradzali wszelkie krzywdy poczynione drugim, i budowali wszystkich pokutném życiem. Do Strazburga, gdzie nie mógł wyprosić uwolnienia pewnego więźnia, przyszedł gdy już go powie- sili; dotknął go tylko i wskrzesił. Nieprzyjaciele onego winowajcy domagali się od króla aby go kazał powtórnie powiesić. Lecz król odpowiedział, iż gdy raz karę wymierzył, reszta do niego nie należy.

Wśród takichto prac apostolskich, a prawie tak wielką łaską cudów obdarzony jak Apostołowie, przewidując blizki zgon swój, Eligi zwołał wielu kapłanów do siebie. Polecił im jedność, miłość wzajemną i gorliwość w służbie Kościoła, a potém już tylko modląc się, gdy wymawiał te słowa z hymnu wieczornych pacierzy kościelnych: „Teraz puszczasz sługę Twego Panie w pokoju” 1, poszedł zażywać go na wieki, dnia 1 Grudnia roku Pańskiego 665.

Pożytek duchowny

Budującym jest, jak wszystkie szczegóły życia świętego Eligiego, tak i ten przykład jego sumienności, gdy zakłopotany jedną piędzią ziemi wziętéj nad to co mu król darował, chciał wybudowany już na niéj klasztor zburzyć, byle tego nie mieć sobie do wyrzucenia. Wejrzyj we własne sumienie, czy co do nieprawnego posiadania jakiejkolwiek rzeczy, jest ono tak czystém jak być powinno jeśli kto chce być zbawionym.

Modlitwa

Boże któryś błogosławionego Eligiego, wyznawcę i Biskupa Twojego, przedziwną sumienia delikatnością obdarzył, za jego pośrednictwem od wszelkiego na sumieniu zaślepienia, racz nas uchować. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 989–991.

Footnotes:

1

Łuk. II. 29.

Tags: św Eligi św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna biskup matka wychowanie sprawiedliwość więzienie
2020-11-18

Poświęcenie Bazyliki św. Piotra i Pawła w Rzymie

Nastąpiło około roku Pańskiego 324.

(Szczegóły te wyjęte są z dziejów Kościoła.)

Święto dzisiejsze jest uroczystym obchodem pamiątki poświęcenia w Rzymie, po raz pierwszy w roku Pańskim 324 dnia 18 Listopada przez Papieża świętego Sylwestra, Bazylik czyli Kościołów błogosławionych Apostołów Piotra i Pawła.

Zpomiędzy miejsc świętych w ogólności, które od najdawniejszych czasów u chrześcijan w szczególném były poszanowaniu, najwięcej słynęły i przez największą liczbę pobożnych pielgrzymów odwiedzane bywały, miejsca na których spoczywały ciała świętych jakich Męczenników, lub w których znajdowały się jakie pamiątki albo Relikwie mężnych Wyznawców Chrystusowych. Lecz w największéj czci były te miejsca, na których złożone były zwłoki świętego Piotra i świętego Pawła Apostołów.

Zaledwie Piotr, ten pierwszy na ziemi Zastępca Chrystusa Pana, i Paweł Apostoł narodów, dokonali błogosławionego żywota otrzymując koronę męczeńską, a oto ze wszelkich stron i z najodleglejszych krajów, zaczęli się schodzić chrześcijanie by uczcić ich groby. Odtąd Rzym poczytywano bogatszym i świetniejszym przez posiadanie tego skarbu, aniżeli był wprzódy, przyozdobiony przepychem zbytku i sztuki pogańskiéj. Grób świętego Piotra na wzgórzu zwaném Watykan, który już wtedy nazywano Wyznaniem świętego Piotra (confessio sancti Petri), i grób świętego Pawła za miastem przy drodze Ostyeńskiéj nad rzeką Tybrem, stały się głównym celem wszystkich pielgrzymek pobożnych chrześcijan. „Zgromadzano się tam, pisze jeden z Ojców Kościoła, aby przy zwłokach świętych założycieli wiary, rozżywić w sercach swoich tego ducha Bożego, którego oni głosili, i ustalić się w jedności ze Stolicą Apostolską, oddając szczególną cześć temu, który z ustanowienia Pana Jezusa, pierwszy na niéj zasiadł.” 1 – „Groby tych dwóch najpierwszych Apostołów Jezusa Chrystusa, za wiarę w Niego umęczonych, powiada święty Jan Złotousty, w oczach chrześcijanina, wyższéj są zacności, nad najprzepyszniejsze pałace królów, i więcéj od tamtych do siebie ściągają przychodniów, nie dla powabu zewnętrznego budynku, lecz dla nieocenionych skarbów jakie w sobie zamykają. Ubogi wieśniak lub pracowity wyrobnik, poświęca cokolwiek mu zostaje wolnego a tak drogiego dla niego czasu, i z odległych okolic przychodzi uczcić te święte grobowce. A i sam panujący przywdziany w purpurę cesarską, pada przed niemi na kolana, ze czcią je całuje i pokornie wzywa pośrednictwa Świętych których ciała tam spoczywają. A tak, ci którzy w rękach swoich dzierżą najpotężniejsze berła tego świata, poczytują się za szczęśliwych, jeśli Piotr ubogi rybak i Paweł który pracą rąk swoich zarabiał na życie, raczą być jego obrońcami przed Bogiem.” 2 Święty Augustyn pisząc o czci w jakiéj były za jego czasów groby świętych Apostołów, podobnież się wyraża: „Teraz cesarskie kolana, mówi, padają przed prostym rybakiem, i widzieć możesz jak najwyższy majestat cesarstwa Rzymskiego korzy się przy grobie Piotrowym, i u nóg jego składa swoje korony.” 3

Z takąto czcią dla grobów świętych Apostołów byli wszyscy wierni, i to od samego początku założenia przez nich Kościoła. Lecz przez pierwsze trzy wieki chrześcijaństwa, srogie prześladowanie jakiemu bez przerwy podlegali wyznawcy wiary świętéj, nie dozwalało im jawnie i świetnie objawiać tej czci, jaką dla tych grobów przejętymi byli. Cześć ta wzmagała się codziennie, ale objaw jéj, przez wniesienie odpowiednego dla tych drogich Relikwii gmachu, był niemożliwym. Lecz skoro z nawróceniem się cesarza Konstantyna Wielkiego, Kościoł zpod jarzma pogańskiego wyswobodzonym został, pierwszém staraniem tego pobożnego monarchy jak i obowiązkiem, było wywieść niejako z ukrycia te skarby, tak drogie dla wszystkich wiernych i tak przez nich czczone. Wielki ten cesarz chciał dowieść czci jaką i sam był przejęty dla świętych Apostołów, czynem, który go bardziéj wywyższa i większą okrywa chwałą, niż wszystkie sławne zwycięstwa, które nad nieprzyjaciołmi swojego państwa poodnosił. Skoro z jego rozkazu zakreślono plan wspaniałego Kościoła na Watykanie, jaki tam po dziś dzień istnieje, Konstantyn, złożywszy koronę i purpurę cesarską u nóg świętego Piotra, po pokornéj modlitwie przy grobie jego, sam wziął rydel w rękę, zaczął kopać fundamenta, i na cześć dwunastu Apostołów, dwanaście koszów ziemi na własnych powynosił barkach, dając przez to całemu światu chrześcijańskiemu ten wzniosły przykład pobożności, który uwiecznił jego pamiątkę, zespalając ją z pamiątką pierwszéj chwili założenia tego najwspanialszego i największéj czci godnego Kościoła w całém chrześcijaństwie. Kościoł ten, dzięki tegoż cesarza nieograniczonéj hojności, w krótkim czasie wzniesiony został, równie jak i drugi, mało temu w przepychu ustępujący, który Konstantyn wybudował za miastem przy drodze Ostyańskiéj, nad grobem świętego Pawła. Po ukończeniu tych dwóch wspaniałych Bazylik, poświęcił je Papież Sylwester święty, a przy tym obrzędzie tak wielka była liczba nagromadzona wiernego ludu, że można powiedzieć iż byłto jeden z najokazalszych tryumfów Kościoła powszechnego, którego właśnie pamiątka, w całém chrześcijaństwie, dziś uroczyście się obchodzi.

Święty Optat z Milewii za czasów świętego Damazego Papieża żyjący, wspominając o tych dwóch świątyniach, pisze że do nich tylko prawowiernym katolikom wstęp bywał dozwolony, a nie wpuszczano tam żadnych kacerzy, lub w jakikolwiek sposób od jedności Kościoła odłączonych: tak dalece, że samo wejście do tych bazylik i uczestniczenie w odprawianych w nich nabożeństwach, oznaczało że się jest w jedności z Kościołem. Ztąd téż, ktokolwiek przybywał do Rzymu, najprzód zwiedzał Kościoł świętego Piotra, a kto tego nie czynił, jak to pisze kardynał Boroniusz, ten uchodził za kacerza lub odszczepieńca. Kościoł ten i kościoł świętego Pawła za murami miasta, w tak szczególnéj były zawsze czci u wiernych, że kto tylko do nich wchodził, najprzód padał na kolana i pobożnie próg lub drzwi całował. Z tegoto powodu mawiano zwykle o pielgrzymujących do Rzymu, że się oni udają do drzwi albo progów Apostolskich (ad limina Apostolorum). „Wszak widzisz, powiada święty Jan Złotousty w jednéj ze swoich homilii, jak chrześcijanie w przedsionkach tych świątyń, ze czcią drzwi jego i progi całują.” 4 Święty Paulin, a po nim święty Grzegorz Turoneński, wspominają także o czci jaką przejętym był cały świat chrześcijański, dla tych dwóch Bazylik. Zaś historya Kościoła, przytacza nieskońezoną liczbę przykładów, dowodzących w jak wielkiém poszanowaniu były te dwa przybytki we wszystkich wiekach i u wszystkich ludów chrześcijańskich, a nawet i barbarzyńców. Dziki naród Gotów, pod dowództwem Alaryka spustoszywszy za czasów cesarza Honoryusza całe Włochy, i sam Rzym zdobył w roku 409. Mieczem i ogniem niszcząc ci barbarzyńcy całe miasto, tych dwóch jednak świątyń tknąć się nie śmieli.

Jakkolwiek wspaniałym był kościoł świętego Piotra na Watykanie przez Konstantyną wzniesiony, z upływem jednak czasu, okazał się niedość obszernym, ani nawet dość okazałym, do odbywania w nim obrzędów świętych, które w pewnych uroczystościach w roku, sami Papieże sprawowali, wobec coraz tłumniéj gromadzącego się ze wszech stron świata ludu wiernego. Kilku téż Papieżów, zamierzało powiększyć go i uczynić najwspanialszym w całém chrześcijaństwie Kościołem, lecz dopiéro w wieku XV, wzięto się do tego na dobre. Papież Mikołaj założył obszerniejsze fundamenta około roku Pańskiego 1456; Sykstus V ciągnął daléj roboty, a Papież Juliusz II, z wielu planów mu przedstawionych dając pierwszeństwo podanemu przez sławnego budowniczego Bramante Lazzari, rozpoczął ten gmach wspaniały, i sam z wielką uroczystością, pierwszy kamień położył. Lecz do wykończenia ostatecznego téj świątyni, przyczyniało się następnie wielu jeszcze Papieżów, używając kilku innych budowniczych, z których najsławniejsi byli: Rafał Urbino i Michał-Anioł Buonarotti, któremu ta Bazylika zawdzięcza swoję kopułę, tak zewnątrz jak wewnątrz będącą arcydziełem budownictwa, niezrównanéj piękności i sztuki. Wykończył to wszystko, i postawił ją w takim stanie, w jakim jest jeszcze obecnie (1873 r.) ta stołeczna świata chrześcijańskiego świątynia, Urban VIII w roku 1626, i w dniu 18 Listopada odbył, albo raczéj ponowił najuroczyściéj, jéj poświęcenie. Kościoł przeto świętego Piotra na Watykanie, bez wątpienia jako największy, bo może pomieścić w sobie pięćdziesiąt cztery tysięcy ludzi, tak i najwspanialszy w świecie całym, jest dziełem przy którém przez lat sto dwadzieścia pracowano pod przewodnictwem najsławniejszych w świecie mistrzów w budownictwie, a za panowania dwudziestu Papieżów, w których liczbie głównie do tego przyczynili się Juliusz II, Leon X, Paweł III, Sykstus V, Klemens VIII, Paweł V i Urban VIII.

Do tegoto Kościoła, wnoszą na tronie każdego Papieża, po jego obraniu na Papiestwo, i tam odbiera on pierwsze hołdy, jako następca Piotra świętego. Tam późniéj odbywają się wszystkie najuroczystsze obrzędy święte gdy im przewodniczy sam Papież, i dla tego przy głównym ołtarzu téj Bazyliki, a będącym na samym grobie świętego Piotra, tylko Papieżowi wolno odprawiać Mszę świętą. W jéj froncie jest wielki krużganek, z którego Papieże dają kilka razy do roku błogosławieństwo: Urbi et orbi: to jest miastu Rzymowi i całemu światu. Przed nim jest ogromnéj wielkości plac, mający trzysta kroków długości a dwieście szerokości, otoczony krytą galeryą z kolumnami, wśród któréj odbywa Papież procesyą z przenajświętszym Sakramentem, w uroczystość Bożego Ciała, niesiony na krześle Papieskiém, a trzymający w ręku Monstrancyą. Wokoło zaś Bazyliki téj, są wspaniałe gmachy, ogrody, muzea to jest sale, w których przechowują się Archiwa kościelne, biblioteki i różne zabytki sztuki chrześcijańskiéj, wreszcie komnaty, stanowiące główne mieszkanie Papieża, które jeszcze dotąd (1873 r.) pozostało w jego posiadaniu, chociaż mu już wszystkie inne posiadłości wydarto.

Bazylika świętego Pawła za murami miasta Rzymu, któréj pamiątka poświęcenia dziś także się obchodzi, podobnież drogie i ważne dla chrześcijanina zawiera w sobie zabytki. Jest ona wybudowaną na tém miejscu, na którém pobożna niewiasta Lucyna, na własnym gruncie w katakumbach przy drodze Ostyańskiéj pogrzebała ciało tego wielkiego Apostoła, tam i teraz znajdujące się.

Była ona wzniesioną przez tegoż cesarza Konstantyna Wielkiego, współcześnie z Bazyliką świętego Piotra na Watykanie, i także przez Papieża świętego Sylwestra pierwszy raz poświęconą została. Gdy z powodu wielkiego napływu pobożnych pielgrzymów z całego świata chrześcijańskiego, okazała się i ona za szczupłą, powiększyli ją i bogato przyozdobili: cesarz Walentyn młodszy a potém syn jego i następca Teodozyusz wielki. W roku 1823 od pożaru wypadkowego, prawie zupełnemu zniszczeniu podpadła: lecz ze składek zebranych po całym świecie od katolików i z hojności Papieżów, została odbudowaną, i w roku 1840 Grzegorz XVI poświęcił główną jéj nawę, cały zaś kościoł odnowiony i jeszcze wspanialszy niż był przedtém, poświęcił Pius IX, dnia 10 Grudnia 1854 roku, po zatwierdzeniu dogmatu o Niepokalaném Poczęciu przenajświętszéj Maryi Panny, na któréjto uroczystości obecni byli Biskupi z całego świata podówczas do Rzymu zgromadzeni.

Tychto więc dwóch świątyń na cześć dwóch książąt apostolskich Piotra i Pawła wzniesionych, dziś cały Kościoł obchodzi pamiątkę poświęcenia, aby w uroczystości Założycieli Stolicy Apostolskiéj, każdy z wiernych jednoczył się myślą i sercem z tąż Stolicą, będącą godłem, środkiem i utrwaleniem katolickiéj jedności.

Pożytek duchowny

Przenieś się i ty myślą i sercem do tych dwóch świątyń, i w nich oddaj cześć głęboką zwłokom dwóch głównych Założycieli Kościoła. A gdy widzisz tenże Kościoł naszę wspólną Matkę, na coraz cięższe, i to wszędzie, wystawiony ciosy i próby, tém goręcéj polecaj sprawę Świętéj Apostolskiéj Rzymskiéj Katolickiéj Religii opiece tych, którzy teraz są głównemi jéj Patrorami w Niebie.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Który nam corocznie pamiątkę poświęcenia Kościołów błogosławionych Piotra i Pawła Apostołów Twoich obchodzić dajesz i zawsze w nich święte tajemnice spełniać dozwalasz, wysłuchaj prośby ludu Twojego i spraw aby ktokolwiek do świątyń tych wejdzie dla uproszenia sobie dobrodziejstw Twoich wszystko o co błagać będzie otrzymał. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 992–995.

Footnotes:

1

S. Chrys. Hom. 50.

2

S. Joan. Chrysos. Ser. 56.

3

S. Aug. de Civit. Dei.

4

S. Joan. Chry. Homi. 56.

Tags: św Piotr św Paweł św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Rzym św Jan Chryzostom św Augustyn Kościół
2020-11-17

Św. Grzegorza Cudotwórcy, Biskupa Neocezaryjskiego

Żył około roku Pańskiego 270.

(Żywot jego był napisany przez świętego Grzegorza Niseńskiego.)

Święty Grzegorz rodem z miasta Neocezarei w Poncie, przyszedł na świat około roku Pańskiego 200, z rodziców pogańskich, i w błędach bałwochwalstwa był wychowany. Wszakże skoro do lat młodzieńczych doszedł, a wysoko w naukach wykształcony zaczął zastanawiać się nad religią pogańską, uznał jéj niedorzeczność i szczerze szukał prawdy. Spotkanie w Cezarei Palestyńskiéj Oryginesa jednego z najuczeńszych Kościoła świętego mężów, dopomogło mu do poznania jéj zupełnie. Oświecony łaską Bożą, został chrześcijaninem.

Nieporzucając jednak zawodu naukowego, w którym słynął jako jeden z pierwszych filozofów swojego czasu, przebywał w Aleksandryi, gdzie wówczas nauki wysoko kwitnęły i gdzie było siedlisko najuczeńszych ludzi. Kształcił się téż i w cnotach chrześcijańskich i jaśniał nieposzlakowanemi obyczajami, wśród młodzieży, która licznie tam ze wszech stron zgromadzała się dla nauk filozoficznych i lekarskich, a życie pogańskie i rozwiązłe wiodła. Najwięcéj zpomiędzy nich zepsuci, zawistném okiem patrzyli na Grzegorza którego pobożność ich rozpustę najsilniéj potępiała; chcąc go tedy okryć niesławą na jaką sami zasługiwali, nasłali na niego znaną w całém mieście nierządnicę, która publicznie domagała się zapłaty, jakoby jéj należnéj, za uczestniczenie jego w jéj wszeteczeństwie. Święty, wcale tém niezmieszany, nieodrywając się od słuchania wykładu profesora który wtedy mówił z katedry, prosił jednego ze swoich towarzyszy, aby tę kobietę niegodziwą uspokoił datkiem jakiego żądać będzie. Młodzież która ją nasłała, miała już swoje za wygrane, ciesząc się że wszyscy poczytają Grzegorza za podobnego im rozpustnika; kiedy oto w téjże chwili, szatan opętał owę nierządnicę, która miotając się po ziemi w strasznych konwulsyach, wyznała publicznie że była zapłaconą, aby oczernić Grzegorza. Ten zaś zdjęty litością nad jéj opłakanym stanem, wezwał nad nią Imienia Pańskiego i wnet ją uzdrowił, chociaż wtedy był tylko katechumenem to jest jeszcze nie ochrzczonym.

Wkrótce potém, przyjął Chrzest święty, i wraz z pobożnym towarzyszem Firmianem z Kapadocyi, udał się do Oryginesa który wtedy filozofią chrześcijańską z wielką sławą wykładał i w naukach świętych biegle młodzieży przewodniczył. Skorzystawszy przy tym wielkim świeczniku Kościoła Bożego niemało, powrócił do ojczyzny mając już sławę wielkiéj nauki męża, a kiedy wszyscy jego krewni i znajomi spodziewali się że wysoki urząd zajmie, który mu na wyścigi z powodu jego znakomitego wykształcenia ofiarowano i będzie starał się o świetny zawód w godnościach światowych, Grzegorz wzgardziwszy tém wszystkiém, udał się na pustynię, z zamiarem spędzenia na niéj całego swojego życia na pokucie i bogomyślności. Lecz inne miał Pan Bóg na niego widoki.

Fedyn Biskup Amazejski, znając jego świątobliwość i wysokie w naukach wykształcenie, postanowił zrobić go kapłanem, a potém co prędzéj wyświęcić na Biskupa. Święty dowiedziawszy się o tém, długo krył się przed nim, przechodząc z jednéj puszczy na drugą. W końcu jednak, ze zrządzenia Bożego Biskup go wynalazł, i chociaż długo Grzegorz wielki stawiał temu opór, wyświęcił go na kapłana, a późniéj postarał się że go zrobiono Biskupem Neocezarei, dyecezyi w któréj wśród licznie osiedlonych pogan, było tylko siedemnastu chrześcijan.

Zanim zasiadł na téj ubogiéj stolicy, uprosił sobie kilka tygodni czasu, do przygotowania się na ustroniu i wyjednania sobie u Pana Boga, przez modlitwę i ostrzejsze jeszcze niż zwykle posty, potrzebne do sprawowania wysokiego urzędu swojego łaski. Pan Bóg zaś, i w sposób cudowny raczył mu przyjść do tego w pomoc. Zesłał mu widzenie, w którém objawiła się mu przenajświętsza Panna otoczona niebieską światłością, a mając obok siebie świętego Jana Ewangelistę, poleciła aby On sam był mistrzem Grzegorza, w tém wszystkiém co do najdoskonalszego sprawowania swojéj Biskupiéj godności, wiedzieć potrzebuje. Ze światła to jakie odebrał ten mąż Boży podczas tego objawienia, ułożył on wyznanie wiary, które późniéj na Soborach powszechnych jako najdoskonalsze streszczenie głównych prawd katolickich przyjęte i odczytywane było. Przytém, powziął wielkie serce na opowiadanie Ewangelii, i udał się do Neocezarei, gdzie miał srogą walkę z pogaństwem rozpocząć i Kościół Boży wśród niego jakby nanowo zakładać.

Przybywszy do swojéj stolicy, zaczął niezwłocznie opowiadanie Słowa Bożego, a Pan Bóg obdarzył go nadzwyczajną łaską czynienią cudów, które widząc poganie, tłumnie się nawracali. Kiedy miał zakładać kościół, nie mógł na to mieć innego miejsca jak szczupły kawałek ziemi, pod samą wielką górą będący. Święty całą noc przetrwał na modlitwie, prosząc Pana Boga aby temu zaradził: a nad rankiem kazał górze ustąpić, i ustąpiła tyle ile potrzeba mu było obszernéj płaszczyzny na wzniesienie kościoła z wielkim cmentarzem i wielkim dokoła placem.

Dwaj bracia, mając dzielić się majętnością po rodzicach im pozostałą, nie mogli przyjść do zgody o jezioro które wśród ich dóbr było, i prosili Grzegorza żeby między nimi sprawę tę rozstrzygnął. Starał się ich pogodzić, lecz napróżno: obaj bracia przybrawszy sobie pewną liczbę ludzi mieli przyjść do krwawéj bójki, którą tylko z powodu nadchodzącéj nocy na dzień następny odłożyli. Grzegorz na całą tę noc pozostał przy jeziorze i pomodliwszy się, nad rankiem rozkazał wodom w imię Pańskie zniknąć a ziemię suchą zostawić, co wnet nastąpiło. Skoro dzień nadszedł, przypadły strony przeciwne z bronią w ręku gotowe do walki, lecz ujrzawszy cud tak wielki zdumieni, wszyscy zostali chrześcijanami, a dwaj bracia osuszoną ziemią bez sporu się podzielili.

Rzeka Likus, w jego dyecezyi płynąca, wylewami swojemi wielkie szkody w polach czyniła. Mieszkańcy tameczni, nie mieli żadnych środków żeby na niéj tamy porobić. Udali się przeto o pomoc do świętego Grzegorza, znając już jego cudotwórczość. Odpowiedział im sługa Boży, iż sam Stwórca zakreślił wodzie jéj granice i że Jego wszechmocności ulegać należy. Jednak ujęty litością nad wielką liczbą biednych rodzin do nędzy przez wylew téj rzeki przywiedzionych, udał się do modlitwy, i wzywając Imienia Chrystusowego poszedł nad brzeg rzeki, gdzie z ufnością w moc Bożą zatknąwszy swój kij pasterski to jest Pastorał Biskupi rzekł: „W Imię Chrystusa Pana, póty twoja granica wodo: wyżéj pod ten kres odtąd nie wylewaj.” Kij ten urosł w wielkie drzewo, i od owego czasu rzeka skoro do niego wzbierze, daléj się nigdy nie rozlewa.

Razu pewnego Żydzi, niewierząc w jego cuda i chcąc pogan o ich fałszu przekonać, kazali jednemu ze swoich położyć się przy drodze którą miał przechodzić Grzegorz, i udawać umarłego; a gdy on nadszedł, prosili go aby im dał czém pokryć trupa, bo nic takiego przy sobie nie mają czémby to uczynić mogli. Chcieli przez to okazać poganom wtedy tam umyślnie nagromadzonym, że Święty nie rozpozna nawet żywego od umarłego, a gdzież dopiéro cuda miałby czynić. Święty Grzegorz zdjął z siebie płaszcz, i oddawszy go im odszedł. A gdy oni uradowani iż go oszukali, kazali wstać temu który umarłego udawał, spostrzegli że w istocie umarł, co znowu wielu pogan nawróciło.

Rozkrzewił już był Grzegorz wiarę świętą w całéj dyecezyi swojéj, gdy wyszedł wyrok cesarza Dyoklecyana aby chrześcijan do ofiar bożkom zmuszano, a opierających się temu śmiercią karano. Radził tedy wiernym swojego biskupstwa, aby ci którzyby nie czuli w sobie dość odwagi do przetrwania męczeństwa, uchodzili w góry i tam ukrywali się póki prześladowanie trwać będzie. Sam téż z dyakonem swoim, ukrył się na górze w jaskini. Urzędnicy cesarscy kazali go pilnie śledzić, a jeden z pogan odkrywszy jego schronienie, przywiódł tam oddział żołnierzy który miał go uwięzić. Widząc ich nadchodzących, Święty kazał będącemu przy nim dyakonowi podnieść ręce na modlitwę i poświęcić się Bogu, co i sam uczynił, Żołnierze do jaskini weszli, lecz ich ujrzeć nie mogli, a wróciwszy powiedzieli że tylko tam dwa wielkie pnie drzewa z suchemi gałęziami widzieli. Uznając w tém cud, Boży ów poganin który świętego Grzegorza wydał skruszony, padł mu do nóg i o Chrzest święty prosił, co téż i otrzymał.

Gdy ucichło prześladowanie, powrócił do swego Biskupstwa Grzegorz. Pomordowanych za wiarę Męczenników ciała wyszukiwał i ze czcią należną grzebał, a imiona ich i szczegóły ich męczeństwa pospisywał, ustanawiając razem dni obchodu ich uroczystéj pamiątki. I rozszerzyła się jego pracą, trudem i gorliwością wiara święta w téj krainie gdzie był Biskupem, tak dalece, że gdy umierał i spytał wielu w dyecezyi jego było jeszcze pogan, a odpowiedziano mu że siedemnastu, rzekł: „Dzięki niech będą Bogu: tylu właśnie było w niéj chrześcijan, gdym na Biskupstwo wstępował.” Umarł roku Pańskiego 270 dnia 17 listopada, i pochowany został w kościele który sam wybudował, a który późniéj pod jego wezwaniem został poświęcony.

Pożytek duchowny

W cudzie dokonanym przez świętego Grzegorza, przez przeniesienie góry z jednego miejsca na drugie, sprawdziły się te słowa Pana Jezusa, w których upewnił nas że ktokolwiek z żywą wiarą górze ustąpić rozkaże, wnet ona ustąpi. Ojcowie święci stosują to i do złego ducha, który wyniesiony pychą, jest jakby górą ciągle nam zawadzającą na drodze zbawienia. Chceszli tę zaporę obalić? Czyń to z żywą wiarą i wzywaj na pomoc Maryi, a za każdą razą tego dokażesz.

Modlitwa (Kościelna)

Spraw prosimy wszechmogący Boże, aby błogosławionego Grzegorza, Wyznawcy Twojego i Biskupa czcigodna uroczystość, i w pobożności dała nam wzrostu nabierać i zbawienia dostąpić. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 986–988.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 910–911

Jakkolwiek święty Grzegorz był wielkim cudotwórcą, zawsze był pokorny i lękał się o swe zbawienie. Wiedział dobrze, że Bóg mu na to udzielił siły czynienia cudów, aby burzył królestwo szatana, a szerzył chwałę Boską. Kto dziwił się jego cudom i chwalił go za to, zasmucał go i zawstydzał. Jak dalekim był od uważania swej osoby za świętą, widać stąd, jak mocno się obawiał sądu Bożego. „Boga się lękajcie i sądu Jego” — wołał zawsze na wiernych. Wiedział dobrze, że Judasz apostoł nie osiągnął zbawienia, mimo, że szatanów wypędzał z opętanych. Miał to niewzruszone przekonanie, że świątobliwość nie polega na działaniu cudów, lecz na pokorze, bojaźni Bożej, stronieniu od świata, pogardzie dóbr ziemskich, miłości Boga i bliźniego. Dlatego prawił często swym owieczkom: „Najwyższym dobrem jest trzymać się Boga, żyć z Nim, unikać grzechu. Lękajcie się Boga, zachowujcie przykazania Jego; wierzcie, że staniecie kiedyś przed sądem Jego i że każdy z was odbierze zasłużoną nagrodę lub karę”. Czytając przeto cuda zdziałane przez Świętych Pańskich, sławmy wszechmoc Boga, w którego imieniu ci wybrańcy cuda czynili, ale zarazem zapatrujmy się na ich cnotliwe życie, ich dobre czyny i bierzmy je sobie za wzór. Jest niezawodnie w Niebie wielka ilość Świętych, którzy nie zasłynęli cudami, lecz byli przykładem pokory, bogobojności, ubóstwa ducha, czystości serca, zamiłowania samotności i miłości Boga. O takie cnoty się starajmy, a będziemy świątobliwymi i zbawionymi bez cudów. O to się też starał św. Grzegorz, a cuda swe tak mało cenił, że pragnął przy śmierci, aby pamięć jego zupełnie zginęła na ziemi, a natomiast imię jego zapisanym zo stało w księdze niebieskiej.

Tags: św Grzegorz Cudotwórca św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna biskup Orygenes cuda
2020-11-16

Św. Edmunda, Arcybiskupa Kantorberyjskiego

Żył około roku Pańskiego 1246.

(Żywot jego napisany przez współczesnego mu kapłana, znajduje się u Suryusza pod dniem dzisiejszym.)

Święty Edmund urodził się w miasteczku Abendon w Anglii, przy końcu dwunastego wieku z rodziców bardzo pobożnych. Ojciec jego Edward, za zgodą żony Mabilii wstąpił do klasztoru i żył w nim do śmierci w wielkiéj świątobliwości. Matka pozostawszy na świecie najbogobojniéj wychowywała dwóch swoich synów: Edmunda i Roberta. Wyprawiając ich do Paryża dla pobierania tam wyższych nauk, udzieliwszy im różnych zbawiennych upomnień, zaopatrzyła ich przytém w dwie ostre włosiennice, polecając aby je kilka razy na tydzień nosili, dla przyskramiania w sobie zmysłowych chuci. Edmund najgodniéj odpowiedział świątobliwemu wychowaniu jakie odebrał w domu. Był wzorem pobożnego młodzieńca, a chcąc się wyłączniéj poświęcić Bogu uczynił ślub dożywotnéj czystości przed obrazem Boga Rodzicielki, i jak późniéj mówił, Marya miała go od téj pory w Swojej szczególnéj opiece, a w najcięższych pokusach przybywała mu miłościwie na pomoc.

Matka jego widząc się blizką śmierci, przyzwała go do siebie, a pobłogosławiwszy i poleciwszy mu jako najstarszemu z rodzeństwa opiekę nad innemi dziećmi, zasnęła bogobojnie w Panu. Siostry świętego Edmunda były nadzwyczaj nadobnéj urody: to obudziło w nim obawę, aby polubiwszy świat, nie zgubiły duszy swojéj. Nakłonił więc je aby zostały zakonnicami, i umieściwszy w klasztorze, sam wrócił do Paryża dla ukończenia zawodu naukowego. Odznaczając się pomiędzy wszystkimi uczniami zdolnością i pracą, nie zaniedbywał wcale ćwiczeń pobożnych, i już wtedy jaśniał wysokiemi cnotami i nadzwyczaj pokutném życiem. Ukończywszy nauki akademickie, jako biegły matematyk, został w téjże Akademii profesorem tego przedmiotu i wielce w nim zasłynął.

Razu pewnego, śpiącemu objawiła się matka, i spytała co znaczą te wszystkie kreślenia geometryczne, któremi się zajmował. Edmund odpowiedział jéj na to, dowodząc swojéj biegłości w nauce matematyki; a matka nakreśliła przed nim trzy koła, nazywając jedno Bogiem Ojcem, drugie Synem Bożym, a trzecie Duchem Świętym, i rzekła do niego: „Porzuć synu mój te wszystkie kreślenia któremiś się dotąd zajmował, a myśl tylko o tych.” Święty zrozumiał co to znaczy, i odtąd wyłącznie oddał się nauce teologii.

Pracując, miał zawsze przed sobą wizerunek przenajświętszéj Panny, i od chwili do chwili wzywał pomocy téj Matki światła niebieskiego z taką gorącością ducha, iż niekiedy wpadał w zachwycenie. Ile razy brał pismo święte do czytania, najprzód całował je z największém uszanowaniem. Za jego czasów książki, ponieważ wówczas druk jeszcze nie był wynaleziony, bardzo były drogie i rzadkie. Oddany naukom, wielką do książek przywiązywał wagę, jednak zdarzało się że je sprzedawał, żeby za nie dać ubogim jałmużnę, tém bardziej, że im więcej ćwiczył się w modlitwie, tém mniej potrzebował książek, gdyż sam Duch Święty stawał się jego mistrzem. Tak zasłynął nauką teologii, że pomimo oporu jaki stawiła temu jego pokora, zaszczycono go stopniem doktora Akademii. W rozprawach dowodził wielkiéj przenikliwości umysłu, a przy każdym wykładzie teologii z katedry profesorskiéj, na które wielka liczba słuchaczów się zbierała, miewał jakby kazania, które najzbawienniéj na wiernych wpływały. Wielu téż z jego słuchaczów pobudzało się do pokuty, a niektórzy w skutek tego co w ciągu jego wykładów słyszeli, opuszczali świat i do klasztorów wstępowali.

Pewnéj nocy we śnie, ujrzał salę w któréj nauczał całą napełnioną ogniem, i z niéj wychodzących siedem pochodni. Nazajutrz, siedmiu z jego uczniów wstąpiło do zakonu Benedyktynów. Inną razą, kiedy miał wykładać tajemnicę o Trójcy przenajświętszéj, przyszedłszy do sali akademickiéj, gdy jeszcze nikogo nie było, znużony całonocną pracą zasnął na swojéj katedrze. We śnie, ujrzał gołębicę zlatującą z nieba i udzielającą mu Komunią świętą. Po takowéj łasce, mówił o wzniosłéj tajemnicy przenajświętszéj Trójcy z taką wymową i z tak głębokiemi poglądami, że wszyscy poznali iż go w tém nadprzyrodzone światło Boskie wspierało.

Gdy miewał kazania, słowa jego ożywione miłością Boga i pragnieniem zbawienia dusz wiernych, do najtwardszych serc trafiały. Papież zlecił mu ogłaszanie wojny krzyżowéj, upoważniając go przytém najwyższą władzą swoją, do pobierania z dochodów kościołów w których będzie miewał nauki, ile mu się spodoba. Nigdy z tego przywileju nie korzystał; żadnych nawet dobrowolnych ofiar nie przyjmował, a za to Pan Bóg obdarzył go mocą czynienia cudów. Razu pewnego miał kazanie przed kościołem w Wigonie, nagle nadeszła tak straszna chmura że wszyscy chcieli odejść, obawiając się nawałnicy. Święty uczynił znak krzyża w stronę z któréj szła burza, i z kazalnicy zawołał głośno: „Rozkazuję ci zły duchu, abyś się ztąd oddalił, a nie przeszkadzał ludowi słuchać słowa Bożego.” W téjże chwili chmura rozeszła się wokoło, ulewny deszcz zlał wprawdzie cała okolicę, lecz na miejsce na którém byli słuchacze świętego Edmunda, ani kropla nie padła.

Gdy biskupstwo Kantorberyjskie długo nie miało Pasterza, wysłano posłów do Papieża Inocentego IX, z prośbą aby on sam oznączył, kogo na tę godność wybrać mają. Ojciec święty przysłał swojego legata do Anglii aby przewodniczył temu wyborowi, w którym wszystkie głosy miał święty Edmund. Zawiądomiono o tém Papieża, który wybór takowy najchętniéj zatwierdził. Lecz nowo wybranego Biskupa nigdzie znaleźć nie mogli. Bowiem święty Edmund, skoro dowiedział się że gdy szło o wybór Biskupa na niego oczy zwracano uszedł potajemnie i skrył się w górach. Odkryto go przecież po pewnym czasie, lecz napotkano największy z jego strony opór w przyjęciu godności, któréj sądził się niegodnym. Wszakże przyjął ją w końcu, gdy mu przedstawiono ciężką potrzebę kościoła Kantorberyjskiego od tak dawna pozbawionego Pasterza a szczególnie gdy objawiono wyraźną w téj mierze wolę Papieża.

Wyświęcony na to Biskupstwo, jako Pasterz według serca Bożego, cały oddał się wysokim a mozolnym swojego apostolskiego urzędu obowiązkom. Z niezmordowaną gorliwością Słowo Boże głosił, roznosząc je po najuboższych wioskach swojéj dyecezyi, na któréj zwiedzaniu prawie cały czas trawił. Ojcem był biednych wdów i sierot, obrońcą wszystkich prześladowanych. Chorych ubogich, o ile mógł sam po ich mieszkaniach nawiedzał, pocieszał, krzepił na duszy, zachęcał do cierpliwości, a w ostatnich chwilach do szczególnéj ufności w opiekę Matki Bożéj pobudzając, usposabiał do dobréj śmierci. Groźnie powstając przeciw wszelkim zdrożnościom gdziebykolwiek się one pojawiły, z otwartém sercem przyjmował nawracających się grzeszników: gonił za nimi i wszelkich używał środków aby trafić do ich serca, i pozyskać ich Chrystusowi.

Takim był ten święty Biskup, zasiadając na stolicy pasterskiéj od któréj się tak szczerze bronił. Lecz że właśnie dla tego wielce był Bogu miłym, potrzeba było aby go wyprobowały, udoskonaliły i uświęciły cięższe utrapienia doczesne. Dopuścił je na niego Pan Bóg, w prześladowaniu do jakiego przeciw niemu pobudziło piekło złych ludzi. Z męstwem i stałością właściwemi świętemu Pasterzowi, był Edmund nieugięty w obronie praw i przywilejów Kościoła, bez względu na potęgę tych którzy się na nie targali. Wierne takowe przy swoim obowiązku obstawanie, ściągnęło w końcu na niego gniew króla i niektórych możniejszych w Anglii Panów. Co większa znalazło się i kilku Biskupów, którzy z pominieniem swoich obowiązków schlebiając nadużyciom władzy świeckiéj, wystąpili przeciw Edmundowi, co uczyniła nawet i jego własna a niegodna tak świętego Pasterza Kapituła. Sprowadziło to na niego rozliczne prześladowania, oszczerstwa i najdotkliwsze obelgi. Lecz mąż Boży znosił wszystko z największą cierpliwością, i z miłością wyrażając się zawsze o tych którzy mu najwięcéj złego uczynili, mówił tym którzy się dziwili niezachwianéj jego łagodności: „Obelgi jakie mi zadają sąto gorzkie lekarstwa, lecz bardzo dla mnie pożądane: dodają bowiem zdrowia duszy mojéj.”

Zmuszony uczynić silne przedstawienia królowi, z powodu nadużyć których się ten względem Kościoła dopuszczał, gdy w skutek tego rozporządzeniami królewskiemi ściśnięty, ujrzał się w niemożności spełniania swoich Biskupich obowiązków, skazał się sam na wygnanie z ojczyzny i udał się do Francyi. Kiedy wsiadał na okręt, okazał mu się święty Tomasz Biskup Kantorberyjski, który podobnież w obronie praw swojego kościoła, padł ofiarą: pochwalił jego postępowanie, i zapowiedział mu że wkrótce otrzyma w Niebie nagrodę za swoje trudy. Osiadł był najprzód w Opactwie Benedyktynów w Pantynii, gdzie z wielką serca pociechą, oddał się pokucie i najwyższéj bogomyślności. Wkrótce zapadłszy tam ciężko na zdrowiu, z polecenia lekarzy przeniósł się do klasztoru Soessieńskiego, gdzie czując się blizkim śmierci zażądał ostatnich Sakramentów świętych. Gdy przyniesiono mu Wiatyk. wyciągnąwszy do Niego ręce zawołał: „W ciebiem o! Panie mój zawsze wierzył, Ciebiem według Ewangelii Twojej ludowi mojemu opowiadał. Jak przez całe życie moje niczego na ziemi prócz Ciebie nie szukałem, i jedyném pragnieniem mojém było spełnianie przenajświętszéj woli Twojéj, tak i teraz Ciebie jednego pragnę nad wszystko, i proszę Cię czyń ze mną co Ci się spodoba.” Po przyjęciu ostatniego Olejem świętym namaszczenia, trzymał już prawie ciągle przy ustach krzyż święty, a całując ranę boku Jezusowego, powtarzał te słowa Pisma Bożego: „Będziecie czerpać wody z radością ze zdrojów Zbawicielowych” 1. I w takich niebieskich rozpływając się uczuciach, świętą śmiercią świątobliwe zakończył życie, 16 Listopada roku Pańskiego 1241. W cztery lata po śmierci, przez Papieża Inocentego IV kanonizowany został.

Pożytek duchowny

Święty Edmund, przez oddanie się w szczególną opiekę Matce Bożéj, przed któréj ołtarzem w młodości ślub czystości był uczynił, wsparty jéj szczególną opieką do wysokiéj doszedł świątobliwości. Tak bowiem zawsze ta przenajświętsza Matka wszelkiéj łaski Bożéj odpłaca się tym, którzy dobre czyny swoje pod jéj szczególną opieką wykonywać zwykli. Staraj się i ty wszystkie zbawienne chęci twoje polecać macierzyńskiemu miłosierdziu Maryi, a Ona ci wyjedna niezbędną do ich wiernego spełnienia łaskę Bożą.

Modlitwa (Kościelna)

Spraw prosimy Wszechmogący Boże! aby uroczystość błogosławionego Edmunda Wyznawcy i Biskupa Twojego, którego pamiątkę dziś obchodzimy, przydała nam wzrostu w pobożności i zbawienie nasze zapewniła. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 983–985.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 919

Widzę Cię, Jezu, zranionego od stóp do wierzchu głowy cierniem ukoronowanej, widzę Cię przybitego trzema gwoździami do drzewa krzyżowego, widzę Cię jak konasz w boleściach i cichy głos wydobywa się z Twych piersi i słyszę ten głos ostatniej Twojej woli: „Oto syn Twój. Oto Matka twoja” (Jan 19, 26—27). Ten głos utkwił głęboko w Sercu Najśw. Matki, ten głos: „Oto syn Twój” dostaje się mnie w udziale w każdym dniu życia mojego. Ileż to razy doznałem szczególniejszej opieki Serca macierzyńskiego Najświętszej Maryi! Słyszę ten głos: „Oto Matka twoja”, ale z zawstydzeniem wyznać muszę, że jestem niewdzięcznym synem tej Matki; ileż to razy sprzeciwiałem się natchnieniom, ileż to razy zraniłem Jej Serce przez nieposłuszeństwo Jej Synowi! O Matko, nie przestawaj na mnie wołać: „Dziecię zbłąkane, dziecię nieposłuszne, Jam Matka twoja, bądź synem, bądź córką moją!” Kościół święty odnosi te słowa mędrca Pańskiego do Najświętszej Maryi Panny: „Pójdźcie synowie, słuchajcie mię: bojaźni Pańskiej nauczę was” (Psalm 33, 12). Naucz mnie, Matko Boga mojego, bojaźni, abym raczej zgodził się na śmierć, aniżeli obraził Pana Boga choćby powszednim dobrowolnym grzechem. Święty Edmund, przez oddanie się w szczególną opiekę Matce Bożej, przed której ołtarzem z miłości ślub czystości był uczynił, wsparty Jej szczególną opieką, do wysokiej doszedł świątobliwości. Tak bowiem zawsze ta Najświętsza Matka wszelkiej łaski Bożej odpłaca się tym, którzy dobre czyny swoje pod Jej szczególną opieką wykonywać zwykli. Staraj się i ty wszystkie zbawienne chęci twoje polecać macierzyńskiemu miłosierdziu Maryi, a Ona ci wyjedna niezbędną do ich wiernego spełnienia łaskę Bożą.

Footnotes:

1

Izaj. XII. 3.

Tags: św Edmund Rich św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna arcybiskup Maryja matematyk św Tomasz Becket
2020-11-15

Św. Gertrudy, Opatki klasztoru Rodardeńskiego

Żyła około roku Pańskiego 1292.

(Żywot jej był napisany przez Jana Lanspergiusza, Kartuza.)

Święta Gertruda hrabianka na Haubornie, urodziła się w Saksonii w mieście Eizleben około roku Pańskiego 1222, z zamożnych i znakomitych rodziców, blizkiém pokrewieństwem z cesarzem Fryderykiem II-gim połączonych. Miała lat pięć, kiedy na usilne jéj saméj żądanie, rodzice umieścili ją w Rodardeńskim klasztorze Benedyktynek, w którym już wtedy, a jeszcze tak małém będąc dziecięciem, zadziwiała wszystkich wysoką pobożnością, zamiłowaniem modlitwy, umartwieniami ciała, a obok tego nadzwyczajną w naukach zdolnością i pilnością. Szczególnie w rzeczach tyczących się religii i najgłębszych tajemnic wiary, okazywała pojęcie nie tylko wiek jéj przechodzące, lecz które byłoby nadzwyczajném nawet w osobach dorosłych a wyłącznie nauce Teologii oddanych. W krótkim téż czasie, taki uczyniła w naukach postęp, napotkawszy przytém bardzo biegłych mistrzów, a którzy jéj nadzwyczajną bystrość umysłu podziwiali, że stała się biegłą w Filozofii i Retoryce, i doskonale po łacinie mówiła i pisała. Następnie uczyła się Teologii scholastycznéj według wyższych akademickich wykładów, i Teologii mistycznéj, któréj przedmiotem są tajemne duszy z Bogiem stosunki, i w téjto ostatniéj nauce, stała się wielką i sławną w całym kościele mistrzynią, na równi ze świętą Teresą stawianą.

Oddając się tak głębokim badaniom, to jedynie miała na celu, aby genialnemi zdolnościami będąc obdarzoną, lepiéj poznając Boga, tém większą przejmowała się ku Niemu miłością, a z téj znowu miłości, najdoskonaléj Mu służyła. Wszakże, i z tego korzystał zły duch, wieczny zawistnik każdéj duszy gorliwiéj o doskonałość starającéj się, i zamierzał odwrócić Gertrudę od ściślejszego zjednoczenia się z Bogiem, a to właśnie tymże środkiem przez który ona chciała rączéj do Niego zdążać. W tym celu, rozbudził w jéj sercu ludzkie, a więc zbyt silne i jakby namiętne upodobanie w naukach, co mu tém łatwiéj było, że jej one z nadzwyczajną przychodziły łatwością. W skutek więc tego, Święta zaczęła stygnąć w nabożeństwie, jak to zwykle bywa, gdy kto, chociażby chwalebne zkąd inąd sprawy, z ludzkiém zbytecznie w jego sercu przemagającém upodobaniem, spełnia. Skoro bowiem takowemu dusza się poddaje i niém głównie się powoduje, odbiera już swoję doczesną za dobry czyn nagrodę, a nadprzyrodzonej albo całkiem, albo w wielkiéj mierze się pozbawia. Co zaś najzgubniejszém dla niéj jest wtedy, to że traci niejako z oczu Boga, i w miarę takowego poddawania się pobudkom ludzkiego tylko zamiłowania w spełnianiu swoich czynów, pozbawia się coraz bardziéj światła Ducha Świętego, bez którego postępując jakby wśród ciemności, może nieznacznie zejść zupełnie z właściwéj drogi.

Groziło to świętéj Gertrudzie: lecz że Pan Bóg miał na nią szczególniejsze Swojego miłosierdzia widoki, i w sercu jéj bądź co bądź panował przeważnie, więc zesłał jéj widzenie, w którém Sam Pan Jezus objawiwszy się téj Swojéj wybranéj oblubienicy, upomniał ją silnie i ostrzegł najmiłościwiéj o zasadzkach szatańskich. Święta najżywszą skruchą za takowe zapomnienie się przejęta, postanowiła najszczerzéj hamować odtąd zbytnią swoję w naukach gorliwość, a Pan Jezus aby jej to ułatwić a jeszcze więcéj przysporzyć zasługi, takie jéj zesłał usposobienie, że odtąd do ćwiczeń naukowych doznawała wielkiego wstrętu, i wśród nich goryczy i znudzenia przedtém dla niéj zupełnie nieznanych. Późniéj zaś przez całe życie wyrzucała sobie że były chwile w których w czém inném niż w Bogu mogła szukać pociechy, i gdy z czasem w coraz wyższe łaski i dary niebieskie obfitowała, jedno krótkie wspomnienie tego co się jéj zdawało przeniewierzeniem się Bogu, przywodziło ją do uczucia najgłębszéj pokory, i do gardzenia sobą jako istotą na żadne ani u Boga ani u ludzi niezasługującą względy. Takto bowiem według słów Pisma Bożego: „Tym którzy miłują Boga wszystko dopomaga ku dobremu” 1. Po łasce takowéj, któréj jak najwierniéj odpowiedziała Gertruda, zsyłał już na nią Pan Jezus, coraz obfitsze i nadzwyczajne dary. Miała lat dwadzieścia, a po ślubach zakonnych wysoki już była uczyniła postęp w doskonałości, kiedy objawił się jéj znowu Zbawiciel i oświadczył, iż odtąd Sam raczy być jéj mistrzem w życiu duchowném, i uczyć ją będzie prawd i tajemnic, o którychby się nigdy z żadnych ksiąg nie dowiedziała. Razu pewnego, w wigilią Oczyszczenia Matki Bożéj, kiedy wśród nocy trwała na modlitwie, przygotowując się do téj uroczystości, którą, jak wszystkie Święta przenajświętszéj Panny, z wielkiém nabożeństwem obchodziła, napełnił Duch Święty duszę jéj światłem nadprzyrodzoném w takiéj obfitości, że wszystkie tajemnice wiary i rzeczy tyczących się najściślejszego zjednoczenia duszy z Bogiem odkryte sobie miała w sposób nadzwyczajny, i obdarzona została pojęciem ich tak cudowném, jak tego dostąpił był święty Paweł, kiedy uniesiony został do siódmego Nieba i niektórzy inni wielcy słudzy Boscy, którzy przypuszczeni bywali do podobnych tajemnic. Od téj téż chwili, jak to sama pisze, w jedném z dzieł swoich o zjednoczeniu duszy z Bogiem, to jéj zjednoczenie się z niebieskim Oblubieńcem było tak ścisłém i ciągłém, że bezustannie cieszyła się najżywszém uczuciem obecności Bożéj, wyjąwszy dni jedenastu, podczas których dla wyprobowania jéj wierności, pozbawił ją był Pan Bóg tego uczucia bezustannego patrzenia na Niego oczami duszy i serca.

Przez lat czterdzieści swego zakonnego życia, była Przełożoną jużto w klasztorze Rodardeńskim, już w Elfeńskim; w obydwóch przewodziła siostrom nietylko władzą, lecz szczególnie cnotami. Odznaczała się w pożyciu wspólném głównie: wielką słodyczą i głęboką pokorą. Odbierając cudowne oświecenia o których wyżéj wspomnieliśmy, pomimo tego nic nie przedsiębrała bez porady drugich, szczególnie udawała się w tym celu do świętéj Matyldy, zakonnicy w tymże klasztorze mieszkającéj.

Ulubioném jéj ćwiczeniem duchowném było rozmyślanie Męki Pańskiéj, i wtedy rzewnemi zalewała się łzami. Kiedy rozmawiała o Panu Jezusie i tajemnicach Jego przenajświętszego życia, czyniła to z takiém namaszczeniem i z takiém uczuciem miłości, że wszystkich w zachwycenie wprawiała. Pewna zakonnica wielkiéj świątobliwości, miała objawienie, że podówczas nie było w świecie serca gdzieby z równém upodobaniem jak w sercu Gertrudy, przebywał Pan Jezus. A święta Matylda, w widzeniu które miała, ujrzała ją przy samym Tronie Syna Bożego klęczącą z oczyma w Jego Boskie oblicze tak wlepionemi, że ich ani na chwilę nie odwracała. Razu pewnego gdy w chórze słyszała, śpiewane te słowa Pisma świętego: „widziałem Pana twarzą w twarz” 2, Gertruda ujrzała w górze nad sobą oblicze przecudnéj piękności, z którego wychodzące promienie przeszyły jéj serce, napełniając je niebieską pociechą któréj jak sama pisze o tém, żaden ludzki język wysłowić niezdolny. Niekiedy ukazywał się jéj Pan Jezus ubogim, jakim był w stajence Betleemskiéj, co sprawiało na niéj takie wrażenie że według jéj własnego wyrażenia, zdawało się jéj, iż jakby tylko co sama w życiu duchowném urodziła się, i w skutek tego z nowym zapałem na téj drodze postępowała. Albo znowu w jéj rękach i w nogach wyciskał Zbawiciel Swoje rany, z których tak cierpiała jakby je odebrała w istocie, i tém żywiéj wtedy pojmowała co wycierpiał dla nas Pan Jezus. Niekiedy wkładał na jéj palec pierścień kosztowny, na znak iż ją chce mieć Swoją szczególną oblubienicą. Stawał przed nią z przenajświętszą Maryą Panną, upewniając iż Matka Boża i jéj najprzywiązańszą matką być raczy. Lecz co najcudowniejsze, to że w jedném z widzeń takowych, zamienił z nią własne serce swoje, i odtąd Święta nie czuła w sobie innéj woli, innych skłonności i innych upodobań jak Samego Jezusa, i miłowała Go uczuciem od wszelkich uczuć ziemskich najdoskonaléj oczyszczoném. Długi szereg innych tego rodzaju łask cudownych, jak i wyżéj wspomniane, opisuje święta Gertruda w jedném z dzieł swoich, przez najpoważniejszych w Kościele mężów wysoko cenioném. Zostawiła także zbiór różnych modlitw przez nią ułożonych, pełnych najgorętszych aktów miłości Pana Jezusa, a szczególnie w tajemnicy ołtarza utajonego.

Wszystkie te niebieskie dary rozbudzały w jéj sercu pragnienie stawania się podobną Jezusowi cierpiącemu i wzgardzonemu. Ztąd coraz większe zadawała ciału umartwienia i wszelkie zkądkolwiek spadłe na nią przykrości, upokorzenia, cierpienia, nietylko cierpliwie znosiła, lecz z największą pociechą i weselem duszy. Pobudzało to ją także do wielkiéj nad grzesznikami litości i pragnienia ich nawrócenia. Całe noce spędzała na modlitwie, za nich najcięższe zadawała sobie w tym celu pokuty, i wielką ich liczbę tym sposobem pozyskała Panu Bogu.

Mając lat siedemdziesiąt zapadła w ciężką i nader bolesną chorobę, trwającą blizko pół roku,a którą przeniosła z niezachwianą cierpliwością. Owszem im więcéj wzmagały się jéj cierpienia, tém ją weselszą widziano. W ciągu téj słabości straciła była mowę, z tego powodu zdarzało się że wprost przeciwne rzeczy jéj dawano niż te o które prosiła nigdy jednak tego poznać nie dała, jeśli która z sióstr sama się tego nie domyśliła. Wśród największych boleści, znakami objawiała siostrom że serce jéj zalewają niepojęte pociechy niebieskie. Zakonnice odprawiły nowennę do świętego Lebuina, dla uproszenia za pośrednictwem jego zdrowia dla swojéj ukochanéj Opatki. Lecz ten Święty objawił się im i rzekł: „Gdy król chce ukoronować obok siebie królowę, mnie prostemu Jego żołnierzowi nie godzi się powstrzymywać go od tego.” Nakoniec gdy dzień jéj śmierci nadszedł, ujrzała zstępującego do niéj z nieba swego Boskiego Oblubieńca, a przy nim Matkę Bożą, świętego Jana Ewangelistę i wielu innych duchów błogosławionych przychodzących po jéj duszę, aby ją wprowadzić do chwały przygotowanéj dla niéj w wieczności. A także ujrzała przy łóżku swojém wielu szatanów, lecz wszystkich w kajdany okutych dla większego tryumfu téj świętéj duszy która ich tyle razy zwyciężała za życia. W chwili gdy skonała, jedna z zakonnic widziała duszę jéj wchodzącą w serce Jezusowe, które było głównym celem całego jéj życia. Umarła 15 Listopada, roku Pańskiego 1292. Kilka osób wysokiéj świątobliwości miało objawienie że w chwili gdy skonała, kilka dusz z czysca wybawionych zostało za jéj zasługami i razem z nią do Nieba wstąpiły.

Pożytek duchowny

Dusza świętéj Gertrudy, według widzenia jakie miała zaraz po jéj śmierci pewna świątobliwa zakonnica, poszła prosto do serca Jezusowego, bo to przenajświętsze serce Jego, było przez całe jéj życie celem do którego zdążała. Staraj się i ty z miłości Boga, to jest dla najsłodszego Serca Jezusowego, wszystkie twoje spełniać sprawy, a przygarnie cię Ono do siebie, i tu na ziemi i na wieki w Niebie.

Modlitwa (Kościelna)

Boże któryś w sercu błogosławionéj Gertrudy Dziewicy, miły dla Siebie przybytek zgotował, za jéj zasługami i wstawieniem się, nasze serca ze wszelkich plam oczyść miłościwie i z nią w Niebie daj nam wspólnie cieszyć się na wieki. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 980–982.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 905

Święta Gertruda mawiała: „Dobroć Boga w tym się najwięcej pokazuje, że niedoskonałych dopóty wspiera, póki ich za ich zgodą nie zawiedzie na drogę doskonałości. Obym zdołała, Zbawicielu mój, zjednać Ci wszystkich ludzi! Wtedy chętnie aż do dnia Sądu ostatecznego chętnie chodziłabym po świecie i każdego, w którym by Ci się podobało zamieszkać, własnymi ramionami przed Tobą złożyła. Gdyby to było możliwe, podzieliłabym nawet swe serce na tyle części, ilu jest ludzi na świecie, byle bym w nich przez to wszczepiła skłonność i chęć do posłuszeństwa Twej świętej woli”. Święta Gertruda, umarłszy dla świata, stała się tym samym godną być oblubienicą Boskiego Zbawiciela. Była ona jedną z tych dusz oczyszczonych w świętym ogniu miłości Bożej, które, usunąwszy wszystkie przeszkody ziemskie, już tu na ziemi doznają w całej pełni łask i opieki Bożej. Gdyby ludzie chcieli i umieli się oderwać od znikomości tego świata, czuliby o wiele większy pociąg do Boga i spraw niebieskich. W tym cała bieda, że zajmujemy się w tym życiu o wiele więcej sprawami doczesnymi aniżeli Bogiem. Błogosławiony Tomasz a Kempis słusznie powiada: „Kto się nie zdoła oderwać od rzeczy ziemskich, ten nigdy nie wzniesie się duchem do rzeczy Boskich”. Mało tylko jest takich, którzy prowadzą życie odosobnione, bo nie umieją się oderwać od świata i stworzeń jego. Ileż to podejmujemy starań i zachodów w rzeczach znikomych i mających małą wartość, a o duszę, wewnętrzną istotę swoją, dbamy mało, albo wcale się nad nią nie zastanawiamy!

Footnotes:

1

Rzym. VIII. 28.

2

Genez. XXXII. 30.

Tags: św Gertruda z Helfty św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna dziewica nauka serce Jezusa
2020-11-14

Św. Stanisława Kostki

Żył około roku Pańskiego 1563,

(Żywot jego był napisany przez ojca Sakiniego, tegoż zgromadzenia kapłana.)

Święty Stanisław był synem Jana Kostki, kasztelana Zakroczymskiego, i Małgorzaty Kryski z Drobnia. Przyszedł na świat roku Pańskiego 1550, w dziedzicznéj wsi rodziców swoich Kostkowie, dziś Rostkowem przezwanéj. Najprzód pobożnie w domu wychowany, gdy miał lat piętnaście, z bratem swoim starszym Pawłem posłany został do szkół ojców Jezuitów w Wiedniu przez nich prowadzonych, i w konwikcie ich umieszczony został. Lecz niedługo tam przebywał gdyż zakład ten zniesiono, a uczniowie w mieście zmuszeni byli szukać sobie pomieszczenia. Młodzi Kostkowie zajęli mieszkanie w domu pewnego lutra.

O ile święty Stanisław był pobożnym, i głównie tém co się Boga i Jego służby tyczy zajętym, o tyle brat jego starszy Paweł, lubił świat i jego rozrywki, i temu się namiętnie oddawał. Z tego téż powodu, wiele miał do cierpienia z jego strony Stanisław, którego świątobliwe postępowanie, było ciągłą i żywą naganą płochości Pawła. Ten téż w rozmaity sposób dokuczał młodszemu bratu: wyszydzał jego pobożność, a nawet przychodziło do tego iż go bił bez miłosierdzia. Stanisław cierpliwie wszystko to znosił, i z wszelkiém uszanowaniem dla Pawła, jako dla starszego brata zachowywał się. Uczył się pilnie, a chociaż mu z początku nieco trudno przychodziły nauki, wezwawszy w tém pomocy Matki Bożéj, do któréj miał serdeczne nabożeństwo, w krótkim czasie wielkie postępy uczynił. Wywdzięczając się więc Jéj za to, i dogadzając własnemu sercu, wszystkie wypracowania szkolne, których przedmiot pozostawiono do woli uczniów, obracał na pisanie pochwał Panny przenajświętszéj. Wpisany do Bractwa świętéj Barbary, między współuczniami jego założonego, obrał ją za szczególną swoję patronkę, a do Komunii świętéj starał się jak najczęściéj przystępować. Nagrodził mu téż to wszystko Pan Bóg, łaską powołania do Zakonu. Chciał wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, lecz że od rodziców pozwolenia na to pozyskać nie mógł, i z tego powodu przełożeni tego Zgromadzenia robili mu trudności, odłożył to na późniéj, lecz zobowiązał się ślubem aby to w końcu dopełnić.

Pod tę porę nawiedził go Pan Bóg ciężką chorobą; a gdy mu się zdawało że umrze, zapragnął przyjęcia ostatnich Sakramentów świętych. Lecz napróżno o to prosił: brat lekkomyślny zająć się tą usługą nie chciał, a gospodarz domu luteranin, najprzeciwniejszy był temu. Strapiony tém Stanisław, zaczął serdecznie modlić się do świętéj Barbary, pomnąc iż czytał w jéj żywocie, że kto ma do niéj nabożeństwo, bez przenajświętszego Sakramentu nie umrze. Jakoż, cudownie doznał tego na sobie: gdyż objawiła mu się święta Barbara, a przy niéj dwaj Aniołowie niosący przenajświętszy Sakrament, który mu ze czcią podali. Tak posilony spokojnie czekał śmierci, i w istocie bardzo już był osłabł, kiedy oto znowu okazała mu się Matka Boska i w tejże chwili go uzdrowiła, polecając przytém, aby wstąpienia swego do zgromadzenia Jezuitów, już dłużéj nie odwlekał.

Wyszedłszy z choroby, święty Stanisław widząc iż Prowincyał Jezuitów Wiedeńskich, z powodu iż nie miał pozwolenia od rodziców, przyjąć go nie chciał, za poradą światłego i pobożnego spowiednika, postanowił udać się do innéj zakonnéj Jezuickiéj prowincyi, aby tam być przyjętym. W tym tedy celu, sprawił sobie prostą ubogą siermięgę, noc całą na modlitwie przetrwał, a rano bardzo, kiedy jeszcze wszyscy w domu spali, przybrawszy się w oną suknię, poszedł do kościoła, wysłuchał Mszy świętéj, posilił się Ciałem Pańskiém, i puścił się w drogę, z tym zamiarem, że póty od klasztoru do klasztoru chodzić będzie, aż przyjętym zostanie. Tymczasem brat jego Paweł widząc dnia tego, iż pomimo spóźnionéj pory, Stanisław do domu nie wraca, zdjęty żałością że swojém złém postępowaniem dać mu mógł powód do ucieczki, szukając go po mieście a nie znalazłszy, gdy powziął jakiś ślad którędy się udał, puścił się konno z kilku sługami aby go dogonić. Owoż, blizko już niego nadjeżdżali, gdy nagle konie ich jakby skamieniałe stanęły, i ani kroku naprzód ruszyć nie chciały. Zdumieni więc i przerażeni tym cudem, powrócili, a Święty w dalszą poszedł drogę.

W téj drodze, pewnego poranku, Stanisław ujrzał kościoł otwarty. Wszedł do niego chcąc Mszy świętéj wysłuchać, i Komunią świętą przyjąć. Lecz jakże boleśnie ujrzał się zawiedzionym, gdy poznał że przez pomyłkę, wszedł był do Zboru luterskiego. Rozpłakał się zasmucony i widokiem miejsca gdzie Bóg był znieważany kacerskiemi obrzędami, i myślą że Ciała Pańskiego nie będzie miał szczęścia przyjąć. Lecz go i tu Pan Bóg, jak dawniéj gdy w Wiedniu chorował. łaskawie pocieszyć raczył. Ujrzał liczne grono zbliżających się Aniołów, z których jeden przystąpiwszy do niego, dał mu Komunią świętą.

Przybywszy do Augsburga, gdzie przebywał Kanizyusz, Prowincyał Jezuicki, przedstawił się mu, prosząc o przyjęcie do Zakonu. Ojciec ten, który już wiele o nim był słyszał, a w pierwszém poznaniu ocenił jego świątobliwość, zadość uczynił jego prośbie: posłał go najprzód do konwiktu w Dolingen, dla wyprobowania przez pewien czas jego powołania, a następnie do Rzymu, do Jenerała Jezuitów, którym natenczas był święty Franciszek Borgiasz. Ten przyjął go z otwartém sercem, i na samym wstępie uściskawszy go, rzekł te pełne dla nięgo pociechy słowa: „Drogi Stanisławie, przyjmuję cię bez żadnéj trudności do Zgromadzenia naszego, bo mam wiele dowodów jak cię sam Pan Bóg do tego powołuje.” Umieszczony w nowicyacie, był oddany pod przewodnictwo duchowne Klaudyuszowi Akwawiwie, późniéj z wielkiéj świątobliwości i nauki słynącemu, który poznawszy go bliżéj mówił: „nie ja jego, lecz on moim, na drogach wewnętrznego życia, przewodnikiem być powinien.”

Ojciec Stanisława Kasztelan Kostka, dowiedziawszy się nakoniec co się z jego synem stąło, napisał do niego, silnie go od powziętych zamiarów odwodząc. Święty Stanisław odpowiedział mu na to z wielkiém uszanowaniem i z synowską czułością, lecz oświadczył przytém, że już się Panu Bogu nieodwołalnie poświęcił, że mu się nie godzi ofiary téj cofać, a prosi żeby się i ojciec cieszył, iż Pan Bóg syna jego pomiędzy sługi Swoje policzyć raczył.

Ojciec nie nalegał więcéj, a święty Stanisław budował Rzym cały cnotami jakiemi w nowicyacie zajaśniał. Przedziwna skromność i święty urok okazywał się w całéj jego postawie. Na obliczu jaśniał jakby jakiś niebieski powab. Takie ciągle zachowywał skupienie, że każda jego czynność była jakby modlitwą ustawiczną; a gdy trwał na pobożnych rozmyślaniach i bogomyślności, taki ogień miłości Bożéj wrzał w jego sercu, iż niekiedy musiano chusty zmaczane do piersi mu przykładać. Przenajświętszą Pannę, którą zwał zwykle swoją najmilszą jedyną Matką, w każdéj rozmowie tak mile i wdzięcznie wspominał, że każdego co go słuchał, do szczególnego do Niéj nabożeństwa pobudzał. Wynajdywał dla Niéj coraz nowe prześliczne tytuły, i rzewnie utyskiwał iż nie ma wyrazów na określenie stopnia Jéj chwały i wyrażenia uczuć, jakiemi jest dla Niéj przejęty. Gdy do Niéj się modlił, uważano iż to czynił z tak nadzwyczajną pociechą i z takiém namaszczeniem, że zdawało się iż wtedy widocznie mu się objawia. Przytém różne zadawał sobie umartwienia ciała. W najniższych posługach klasztornych, najbardziéj sobie podobał. W cnocie posłuszeństwa zakonnego celował szczególnie, wiernie wykonywając to co mu nakazywano, chociażby co innego lepszém mu się zdawało. Razu pewnego, gdy nosił drwa do kuchni z drugim współnowicyuszem, zdziwiono się dla czego brał mniéj niż tamten, gdyż zwykle każdego w pracy wyprzedzał. Odpowiedział: iż dla tego że brat kucharz tyle a niewięcéj za każdą razą brać im rozkazał. Gdy mu przełożony nowicyatu skracać kazał rozmyślania, w których największéj doznawał pociechy, najchętniéj to uczynił, najmniejszego nieokazując smutku. Wszystkich wielce poważał, o sobie najniżéj trzymając, dla tego cieszył się serdecznie, że go Pan Bóg do grona zakonnego powołać raczył, mianując się niegodnym tego anielskiego towarzystwa, i wszystkie upokorzenia których mu dla próby nie szczędzono, nietylko bez wzruszenia, lecz z wyraźnie objawiającém się weselem znosił. Tak rączo po drodze doskonałości postępując, w krótkim czasie do szczytu cnót doszedłszy, po zapłatę za nie do Nieba od Pana Boga powołanym został.

Według zwyczaju przyjętego dla młodzieży u ojców Jezuitów, na miesiąc Sierpień przypadł mu za Patrona święty Wawrzyniec. Wigilią uroczystości tegoż wielkiego Męczennika, przepędził Stanisław ze szczególném nabożeństwem, przydając sobie i wiele umartwień ciała. Zaś w sam dzień tegoż swojego na ten miesiąc Patrona, lekko zachorował. Kazano mu się położyć, a lubo wcale na nic groźnego nie zanosiło się, on kładąc się rzekł: „Zdaje mi się że się Panu Bogu podoba, żebym z tego łóżka już nie wstał: w czém niech się stanie wola Jego.” Nazajutrz zapadł w gorączkę, która potém przeszła w zwykłą febrę przemijającą, w której lekarze nic wcale niebezpiecznego nie widzieli; on jednak zapowiedział braciom, że w święto Wniebowzięcia Matki Bożéj, umrze.

Jakoż, w dniu tym po paroksyzmie febry, w mdłości zapadać zaczął, a gdy i to nie zwracało uwagi, on usilnie prosił aby go Sakramentami świętemi opatrzono, a na ziemi położono, dla przyjęcia Komunii świętéj. Gdy mu przyniesiono Ciało Pańskie, zauważano iż jak gdyby mu sił cudownie przybyło, zerwał się na nogi i klęcząc przyjął przenajświętszy Wijatyk z największą gorącością ducha, a obróciwszy się do Rektora, rzekł te słowa z Pisma świętego, z listów błogosławionego Pawła: „Czas jest krótki”, 1 gotujmy się. A potém żegnając i przepraszając braci iż im niedobry z siebie przykład dawał, wziął krzyż w rękę, i jakby rozmawiając z Panem Jezusem, dziękował Mu za wszystkie odebrane dobrodziejstwa, a szczególnie za łaskę powołania do Zakonu. W samém zaś już konaniu, powiedział: „gotowe serce moje Boże, gotowe serce moje”, 2 i powtarzając coraz ciszéj przenajświętsze imiona Jezusa i Maryi, oddał w Ich ręce duszę. Umarł roku Pańskiego 1563, mając lat ośmnaście. a w miesięcy dziewięć po przyjęciu do Zakonu. Papież Benedykt XIII kanonizacyą jego uroczyście odbył.

Pożytek duchowny

Święty Stanisław Kostka jest jednym z głównych Patronów kraju naszego, a oraz szczególnym Patronem cnoty świętéj czystości, którą tak jaśniał. Z tych obydwóch powodów, powinieneś mieć do niego wielkie nabożeństwo.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który pomiędzy różnemi mądrości Twojej cudami, także i młodocianemu wiekowi dojrzałéj świątobliwości łaskę udzielasz spraw prosimy, abyśmy za błogosławionego Stanisława przykładem, z każdéj chwili czasu zbawiennie korzystając, do wiecznego spokoju wejść pospieszali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 977–979.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 901

Zwróćmy uwagę na słowa świętego Stanisława w liście do ojca: „Już od dawna staraniem moim było służyć Bogu i wziąć na siebie krzyż Chrystusowy” itd. Słowa te dają nam jasny pogląd na tę czystą, dziewiczą duszę, pełną bogomyślności.

Jakaż jest istota bogomyślności?

  1. Jest nią silna i żywa radość, jaką Bóg zdobi i obdarza dusze przez łaskę uświęcająca. Za pomocą i przyczyną tej łaski wykonuje człowiek przykazania Boskie ochoczo i rączo, a nadto jeszcze pełni takie dobre uczynki, do których nie jest ściśle zobowiązany. Bogomvślność wiec polega na tym, że obdarzony nią chrześcijanin szybko i chętnie czyni to, co może się przyczynić do chwały Boga, gdv tvmczasem chrześcijanin zwykłej miarv, który nie doszedł jeszcze do tego stopnia doskonałości, ociężale czyni dla Boga to, czego nie może zaniechać bez ściągnięcia na siebie grzechu. Jak niegdyś Pan Jezus garnął do siebie dzieci i swe błogosławione dłonie kładł na ich głowach, tak czyni i dziś. Szczodrobliwość jego zdobi dusze dziecięce darem bogomyślności. Niechaj matki nie omieszkają starannie pielęgnować i rozwijać w swych dziatkach dar bogomyślności, aby się z nich doczekać pociechy na ziemi, i szczęścia w Królestwie niebieskim.
  2. Jakże słodkie jest życie bogomyślne! Człowiek zamiłowany w zmysłowych i ziemskich rozkoszach z politowaniem potrząsa głową, widząc bogomyślnego oddanego postom, modlitwie, samotności, wybaczającego urazy, hamującego gniew i żądze; nie mogąc zajrzeć w tajniki serca, nie pojmuje, jak bogomyślność to wszystko osładza i ułatwia. Święty Franciszek Salezy trafnie porównuje bogomyślnych z pszczółkami, które w tymianku znajdują sok obfity, ale surowy, a przez ssanie zamieniają go na wonny i słodki miód. Bogobojny i pobożny chrześcijanin spotyka w życiu wiele przeciwności i goryczy, ale przyjmując je ochoczo i z poddaniem się woli Bożej, zamienia je na słodycz. Palonym na stosach i wplatanym w koło Męczennikom wydawało się, że spoczywają na posłaniu z kwiatów; święci Młodzieńcy i Dziewice, krępując się dobrowolnie ślubami czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, chwalili Boga pobożnym pieniem i psalmami.

Footnotes:

1

1. Kor. VII. 29.

2

Psalm CVII. 2.

Tags: św Stanisław Kostka św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna wychowanie św Barbara śmierć pokora posłuszeństwo czystość
2020-11-13

Św. Dydaka Wyznawcy, z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1463.

(Żywot jego był napisany przez Marka Biskupa Lizbońskiego.)

Święty Dydak urodził się z ubogich a bogobojnych rodziców, w małém miasteczku zwanóm Sannikolo w Hiszpanii, na początku XV wieku. Zaledwie lat młodzieńczych dorósł, a czując w sobie powołanie do życia bogomyślnego i pokutnego, postanowił udać się na puszczę. Pod tę porę, w okolicach jego rodzinnego miasta, wśród lasu, na zupełnie osamotnioném miejscu, przy małym kościołku świętego Mikołaja, mieszkał pewien świątobliwy kapłan, wiodący życie pustelnicze. Święty Dydak osiadł przy nim, poddając się jego przewodnictwu duchownemu, i już od téj pory ćwiczył się w wielkich umartwieniach ciała, a Pan Bóg coraz go wyższemi darami bogomyślności wzbogacał. Dnie całe spędzał na modlitwie i pracy ręcznej. Uprawiał ogród przy ich pustelni będący, który aż nadto wystarczał na ich skromne utrzymanie, a nawet pracą około roli, Dydak i ubogich wspierał. Prócz tego, trudnił się wyrabianiem z drzewa łyżek, talerzy i innych podobnych sprzętów domowych, z których zarobek szedł znowu na utrzymanie kościołka.

Rozczytując się w Żywotach Swiętych Pańskich, szczególną czcią się przejął ku świętemu Franciszkowi Serafickiemu, w którym uwielbiał najwięcéj jego zamiłowanie najwyższego ubóstwa. Zdawało mu się bowiem, że kto naśladuje w téj Ewangelicznej cnocie Zbawiciela, łatwiéj Go naśladować będzie i we wszystkiém inném, a oraz daje Mu najwyższy dowód miłości, gdy przez wzgląd na Niego, gardzi tém właśnie, za czém ludzie najzapamiętaléj się ubiegają.

To téż święty Dydak w ubogim zrodzony stanie, nietylko nie utyskiwał na swoję położenie jak to wielu nawet chrześcijan czyni, lecz serdecznie ciesząc się ze swego ubóstwa, gorące składał Panu Bogu dzięki, że go od kolebki uchronił od dostatków, któreby sercę jego łatwo w sidła swoje uwikłać mogły. Chcąc zaś na zawsze zapewnić sobie posiadanie téj perły Ewangelicznéj powziął zamiar wstąpienia do zakonu Braci-Mniejszych, przez Serafickiego Patryarchę ubogich świętego Franciszka założonego. A że wiedział, iż godni jego synowie, brzydzić się powinni pieniędzmi jako najgłówniejszym środkiem do pozbawienia ich ubóstwa, już wtedy, będąc jeszcze na świecie dał dowód jak je za rzecz marną poczytuje.

Zdarzyło się, że wracając ze wsi do swojej pustelni, znalazł na drodze worek ze znaczną sumą pieniędzy. Byłato chwila kiedy on zajęty myślą o świętym Franciszku, właśnie zastanawiał się nad tém, że ten polecał braciom swoim, aby się nawet pieniędzy nie dotykali. To téż święty Dydak tknąć ich nie chciał; przywołał pewnego poczciwego rolnika niedaleko ztamtąd mieszkającego, i wskazawszy mu skarb znaleziony, polecił aby wyszukał właściciela i oddał mu takowy, a jeśli tego nie będzie mógł uczynić, rozdał wszystko na ubogich.

Takowe uczczenie z jego strony woli świętego Franciszka chociaż do tego nie był jeszcze wcale obowiązanym, uzyskało mu i łaskę wstąpienia do jego Zakonu. Wkrótce po tém zdarzeniu, sługa Boży opuścił pustelnię, a otrzymawszy od swego ojca duchownego, owego kapłana z którym przemieszkiwał, pozwolenie i błogosławieństwo na zostanie zakonnikiem udał się do rodziców, aby i od nich to samo uzyskać. Wszakże ci robili mu w téj mierze trudności. Póki przebywał na swojéj puszczy, mieli zawsze nadzieję że niezadługo wróci do nich, i dla tego tamtemu rodzajowi życia mniéj byli przeciwni. Lecz gdy szło o jego wstąpienie do zakonu, w którym przez uroczyste śluby jużby nieodwołalnie od świata i od rodziny się odłączył, nie mogli, a raczej nie chcieli zdobyć się na złożenie téj ofiary Panu Bogu. Bylito jednak ludzie bogobojni: lecz tak dalece to każda miłość ludzka, a nawet miłość rodzicielska, jeśli rodzice dzieci swoich nie miłują tylko w Bogu i dla Boga, lecz głównie dla swojéj dogodności lub pociechy, jest w gruncie samolubną i nie zdobywa się na ofiarę, chociaż takowéj sam Pan Bóg się domaga. W takich téż razach, dzieci nie rodziców lecz Boga słuchać powinne; głosem Boga, powołułującym ich do wyłącznéj służby Swojéj, powodować się są obowiązane, a nie głosem rodziców, powstrzymujących ich od tego. Gdyż do tegoto właśnie stosują się te słowa Pana Jezusa: „Kto ojca albo matkę swoję, więcéj miłuje niźli Mnie, nie jest mnie godzien”. 1

Święty téż Dydak, który był zawsze doskonałym synem, i bardzo miłował rodziców, nie miłował ich jednak więcéj nad Jezusa: Jego więc woli nad ich wolę, dał w tym razie pierwszeństwo. Niemogąc od nich otrzymać pozwolenia na wstąpienie do zakonu, tajemnie opuścił dom rodzicielski, i udał się do ubogiego klasztorka Braci-Mniejszych Obserwantów, u nas Bernardynami zwanych, w wiosce Arydzaffa, niedaleko miasteczka Korduby położonéj, i tam na laika czyli braciszka, do zakonu przyjętym został. Po roku próby podczas któréj zajaśniał wszystkiemi cnotami doskonałego Brata Mniejszego, wykonał śluby uroczyste, i w krótkim czasie tak się odznaczył zachowaniem jak najściślejszém ostréj Reguły świętego Franciszka, że go powszechnie nazywano żywą Regułą Braci-Mniejszych. Obok wysokich darów bogomyślności, której poświęcał co mu tylko zbywało czasu od koniecznych obowiązków i większą część nocy, jaśniała w nim przedziwna roztropność, miłość w obchodzeniu się z drugiemi, i taka trafność w rozwiązywaniu zadań Teologicznych, że wszyscy przypisywali to w nim darom nadprzyrodzonego światła Ducha Świętego.

Wyspy tak zwane Kanaryjskie, należące do Hiszpanii, zaludnione jeszcze podówczas były znaczną liczbą pogan. Przełożeni zakonu w którym był święty Dydak, wysyłając tam kilku swoich kapłanów na misyą, jego przydali im za towarzysza, wprawdzie jako prostego braciszka tylko, lecz z tym zamiarem i poleceniem, aby jeśli na tychże wyspach będą mogli założyć nowy klasztor, Dydaka zrobili przełożonym: co téż i nastąpiło. Na jednéj z wysp tych zastali misyonarze i chrześcijan tam już zamieszkałych, i wielu pogan nawrócili. Założyli więc w tém miejscu swój klasztorek, i święty Dydak został jego Gwardyanem czyli Przełożonym.

Na tym urzędzie, dowiódł sługa Boży, prosty braciszek, jak dalece dary Ducha Świętego zastępują wszelkie inne ludzkie wykształcenie, do obowiązku przełożonego potrzebne. Okazał się on nietylko doskonałym przełożonym, W którym znaleźli podwładni mu zakonnicy, najtrafniejszego przewodnika duchownego, lecz oraz zarządzając tą małą kolonią misyjną, odznaczył się Dydak apostolską gorliwością, jakiéj właśnie po nim wyżsi przełożeni jego się spodziewali. Nietylko kapłanów, którzy mieszkali w tym klasztorze używał do misyi, lecz i sam miewał na nich nauki, pełne ducha Bożego, i najobfitsze owoce przynoszące. Widząc jak Pan Bóg błogosławi jego pracom, umyślił i daléj udać się z niemi. Wyspa Wielka Kanarya była zamieszkała przez samych pogan, a najnieprzyjaźniejszych chrześcijanom, tak że pojawienie się pomiędzy nimi misyonarza, na największe narażało go niebezpieczeństwo. Dla tego święty Dydak sam się tam udał. Lecz gdy okręt przybił z nim do brzegów téj dzikiej krainy, żeglarze tak się ulękli okrucieństwa barbarzyńców tam mieszkających, którzy na ich spotkanie zbiegli się grożąc im śmiercią, że wylądować nie śmieli, pomimo że Dydak chciał aby jego przynajmniéj na ziemię wysadzili.

Po powrocie do klasztoru, zawezwany został od przełożonych do Hiszpanii. Ztamtąd w roku Pańskim 1450 udał się z kilku kapłanami swojego zakonu do Rzymu, gdzie odprawiał się wielki Jubileusz, a oraz odbyć się miała kanonizacya świętego Bernardyna Seneńskiego, tegoż zakonu Reformatora. Zastał tam prócz innych zakonników z całego świata licznie zgromadzonych, Braci-Mniejszych świętego Franciszka Serafickiego około czterech tysięcy. Natłok nadzwyczajny braci w Araczeli, głównym klasztorze Rzymskim ojców Bernardynów, spowodował tam był wtedy chorobę, na którą wielu z nich ciężko zapadło. Święty Dydak, którego znana była szczególna miłość i troskliwość o chorych, chociaż cudzoziemiec i z obcego klasztoru przybyły, wyznaczony został na głównego Infirmiarza, to jest usługującego chorym. Doglądał ich dzień i noc, ostatnie oddawał im usługi, a przynosząc ulgę w cierpieniach ciała, głównie pamiętał o ich duszach. Pocieszał cierpiących braci, pobudzał do cierpliwości, przygotowywał do jak najpobożniejszego przyjmowania Sakramentów świętych, i na ostatnią godzinę przedziwnie usposabiał. Tak go téż wszyscy kochali, szanowali i wysoko poważali, że dla każdego chorego, już sama obecność tego świętego braciszka była najpożądańszą ulgą i największą pociechą. Bo téż w obchodzeniu się z nimi nie kładł granic w miłości. Zdarzyło się, że jeden z chorych miał całe ciało pokryte wrzodami, których wyciskanie nakazane przez lekarza, wielkie zadawało mu cierpienia. Święty Dydak, aby to bez bolu chorego czynić, wysysał ustami ropę z wrzodów. Gdy zaś obecny wtedy zakonnik dziwił się temu, Święty odrzekł mu z prostotą: „Mój ojcze, to jest najwłaściwszy lekarski środek, w cierpieniach tego rodzaju.”

Taką téż miłość jego dla chorych, nagradzał mu Pan Bóg i darem czynienia nad nimi cudów. Przez namaszczania ich olejem z lampy palącéj się przed obrazem Matki Bożéj, do któréj całe życie miał szczególne nabożeństwo, wielką liczbę śmiertelnie chorych uzdrowił, Miało to miejsce szczególnie, kiedy podczas jego pobytu w Rzymie, morowe powietrze grasowało w tém mieście, gdzie wielu niém dotkniętym, Dydak cudownie zdrowie przywrócił.

Podeszły już wiekiem, gdy mieszkał w klasztorze w Alkala w Hiszpanii, lekko zachorowawszy, zapowiedział braciom iż śmierć się jego zbliża. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych z najżywszą skruchą, odziany w habit pokryty łatami, który mu od wielu lat już służył, trzymając krzyż w ręku i wymawiając z rzewną pobożnością te słowa hymnu kościelnego: „Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, słodkie dźwigające brzemię, któreś godne było unosić na sobie Króla Niebieskiego,” oddał Bogu ducha dnia 12 Listopada roku Pańskiego 1463. Papież Sykstus V w poczet go Świętych zapisał.

Pożytek duchowny

Jak każdy Święty Pański, tak i święty Dydak którego żywot czytałeś, odznaczał się szczególną miłością i litością dla chorych. Czy w téj cnocie ćwiczysz się bo nie bez tego żebyś do niéi nie miał sposobności w jakimkolwiek zostajesz stanie? Pamiętaj: że kto chorym nie okazuje litości szczególnéj, ten dowodzi wielkiego w sobie braku miłości bliźniego.

Modlitwa (Kościelna)

Wszechmogący i wielki Boże, który przedziwném rozporządzeniem Twojém, to co słabém jest według świata, używasz na zawstydzenie tego co wzniosłém; spraw miłościwie za wstawieniem się błogosławionego Dydaka Wyznawcy Twojego, abyśmy w pokorze utwierdzeni, do wiecznéj chwały w Niebie być wyniesionymi zasłużyli sobie. Przez Pana naszego i t, d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 974–976.

Footnotes:

1

Mar. X. 12.

Tags: św Dydak z Alkali św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Papież monoteletyzm Kościół ubóstwo posłuszeństwo Duch Święty św Bernardyn ze Sieny choroba
2020-11-12

Św. Marcina I, Papieża i Męczennika

Żył około roku Pańskiego 654.

(Żywot jego był napisany przez Platynę.)

Święty Marcin pierwszy Papież tego imienia, a siedemdziesiąty szósty z rzędu po świętym Piotrze, był rodem z miasta Tudertu (Todi) w Toskanii. Przyszedł na świat w drugiéj połowie VI wieku. Ze znakomitego pochodził rodu, uświetnionego jednak najbardziéj tém iż obdarzył Kościoł Boży tak świętym Papieżem. Wychowany był bardzo starannie, i wysoko w naukach świeckich wykształcony, a Sam Duch Święty zlewając na niego obfite łaski niebieskie, kształcił jego serce. Zasłynąwszy jako jeden z najuczeńszych Teologów swojego czasu, nie wbił się wcale w pychę, gdyż obok tego posiadał i mądrość niebieską. W młodym wieku, wstąpił do stanu duchownego, z całą gorliwością służył Kościołowi serdecznie wzdychając za koroną męczeńską, którą niedawnemi przed nim czasami, tylu wiernych tak mężnie pozdobywało. Lecz Opatrzność, która miała mu powierzyć zarząd całego Kościoła, odłożyła mu tę największą nagrodę, aż ją sobie na téj najwyższéj godności wysłuży.

Po śmierci Papieża Teodora, święty Marcin jednogłośnie na stolicę Apostolską wyniesiony został. Wybór tak pomyślny, napełnił radością Cesarza, Senat i lud cały: wszyscy bowiem przewidywali szczególne dla całego społeczeństwa chrześcijańskiego błogosławieństwa niebieskie, pod tak świętym Papieżem. Nie zawiedziono się téż wcale. Święty Marcin okazał się Pasterzem wedle serca Bożego, ogarniającym miłością wszystkie owieczki powierzone mu przez Jezusa Chrystusa. Hojności dla ubogich niekładąc granic, prawie wszystkie swoje dochody, obracał jedynie na ich wsparcie. Nad Zakonami tak męzkiemi jak i żeńskiemi najtroskliwszą rozciągał opiekę, z podobnąż ojcowską pieczą rządząc świeckiém duchowieństwem, i w nim utrwalając karność kościelną, a przestrzegając najsurowszych obyczajów. Błądzących właściwie lecz z największą miłością upominał, wszelkich dokładał starań dla przyprowadzenia ich do poprawy, a gdy widział skruszonych, przygarniał do siebie łaskawie, upewniając o nieprzebraném miłosierdziu Ojca niebieskiego, który nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył. Władzy swojéj w karaniu niepoprawnych przestępców, w ostateczności tylko i wedle najściślejszéj sprawiedliwości używał; słowem, byłto jeden z najgodniejszych zastępców Samego Jezusa Chrystusa na ziemi.

Stolica Apostolska, zażywała wtedy zupełnego pokoju, i wierni żyli swobodnie pod opieką tak miłościwego ojca. Lecz piekło nie mogąc patrzeć na to obojętnie, wzbudziło kacerzy, którzy gdyby nie ciągła i czujna pieczołowitość Papieża, byliby wiernych pozbawili wiary.

Tak nazwani Monoteliści, utrzymywali że w Panu Jezusie jedna tylko jest wola, nieuznając że Pan Jezus jako Bóg miał wolę Boską, a jako człowiek, miał odrębną wolę ludzką. Kacerze ci, wciągnęli w swoje błędy i cesarza Konstansa, przebywającego w Carogrodzie, który wydał na piśmie postanowienie nazwane Typem, w którém pod pozorem położenia końca sprzeczkom powstałym z tego powodu w Kościele, zabraniał utrzymywać i to że dwie wole były w Jezusie Chrystusie, i to że jedna tylko, co stawiało katolików w niemożności bronienia prawdy. Skoro święty Marcin został Papieżem, Cesarz przysłał do niego ten swój edykt, domagając się groźnie aby go zatwierdził i zaopatrzył swoją najwyższą władzą Apostolską, jako postanowienie niezbędne dla położenia końca niesnaskom religijnym, wszczętym w cesarstwie. Lecz święty Papież, widząc, iż edykt ten, był tylko zręcznie a zdradziecko wynalezionym środkiem, ułatwiającym szerzenie się błędów Monotelistów, odpowiedział stanowczo, że chociażby mu to życiem przyszło przypłacić, postanowienia tego nie zatwierdzi, poczytując je najzgubniejszém dla Kościoła. Przydał oraz, że gdyby nawet największa liczba chrześcijan, uwiedzionych błędami Monotelistów, odłączyła się od nauki Ojców świętych, którzy zawsze w Jezusie Chrystusie widzieli połączone dwie odrębne natury w jednéj Osobie, a przez to i dwie odrębne wole, on się od téj nauki nie oddzieli nigdy, gdyż ani groźby, ani najstraszniejsze męki, ani śmierć sama, nie mogą przywieść Papieża, do wydania postanowienia przeciwnego czystości wiary świętéj.

Tak stanowczą przesławszy cesarzowi odpowiedź, święty Marcin, aby w samym jego zarodzie przeciąć złe grożąco społeczności chrześcijańskiéj, co prędzéj zgromadził Sobór ze stu pięćdziesięciu Biskupów w kościele świętego Jana na Lateranie, i na takowym, bez względu nato co go spotkać mogło od cesarza, potępił jego reskrypt, jako téż i kacerstwo Herakliusza jego dziada, i za dotkniętych klątwą kościelną ogłosił wszystkich którzyby te błędy podzielali. Następnie, wydał List okólny do wszystkich Biskupów całego świata, przyłączając do niego akta odbytego Soboru. Niezwłocznie zaś, do Carogrodu, gdzie mieszkał cesarz, wysłał swoich posłów, dla wytłómaczenia się przed nim z powodów swojego postępku. Lecz Cesarz, pobudzany głównie przez Patryarchę Carogrodzkiego Pawła, w kacerstwo Monotelistów uwikłanego, posłów papiezkich wygnał, a w taką wściekłą złość wpadł na świętego Marcina, że dla pomszczenia się nad nim, wysłał do Włoch na wielkorządcę Olimpiusza, zagorzałego Monotelistę, z rozkazem aby kacerstwo to wszędzie szerzył, a gdyby Papież opierał się temu, żeby go uwięził, a nawet gdyby potrzeba było, zamordował.

Olimpiusz przybywszy do Rawenny, miasta Włoskiego w którém zwykle przebywali Wielkorządcy Cesarscy, nagromadziwszy jak największą liczbę podobnych sobie kacerzy, udał się z nimi do Rzymu, i zaczął wszelkiemi środkami, tak duchownych jak i świeckich, a szczególnie Prałatów i znakomitszych panów, nakłaniać aby w toczącym się sporze o naukę Kościoła, nie z Papieżem lecz z Cesarzem trzymali. Wszakże, zawiódł się wielce; świeccy i duchowni odpowiedzieli mu że czują się na sumieniu obowiązanemi to wierzyć i wyznawać co przez Papieża ze stu pięćdziesięciu Biskupami na Soborze Lateraneńskim, orzeczone zostało. Przekonawszy się tedy Olimpiusz, jak dalece poważanym jest święty Marcin od ludu i duchowieństwa, i że póki on Papieżem będzie, kacerstwo popierane przez Cesarza ostać się nie będzie mogło, uznał że najlepiéj dogodzi cesarzowi, gdy go życia pozbawi, i postanowił go zamordować. Wszakże, umyślił to jak najskryciéj uczynić, aby nikt nie domyślał się, że on jest téj zbrodni sprawcą. Obawiał się bowiem aby lud przywiązany do Ojca świętego, oburzony za to zabójstwo, jego samego nie zamordował, W tym tedy celu jął się środka wszelką złość przechodzącego. Najął zabójcę który miał zamordować Świętego Marcina w tejże właśnie chwili, kiedy on podczas Mszy świętéj, w kościele przenajświętszéj Maryi Panny Śnieżnej, na prośbę Olimpiusza, będzie mu dawał Kommunią. Wszystko nastąpiło według tego, jak sobie życzył Wielkorządca. Papież udał się do kościoła Panny Maryi Śnieżnéj, i tam uroczyście Mszę świętą odprawiając, miał dawać Kommunią Olimpiuszowi, kiedy zbliżył się do niego najęty morderca, i wyciągnął sztylet aby go nim przeszyć. Lecz w téjże chwili, olśniony i o ślepotę przyprawiony został nadzwyczajną światłością wytryskującą z osoby Ojca świętego, którego przy Ołtarzu nietylko Aniołowie otaczali, ale i Sam Pan Jezus rękami własnemi zasłaniał. Odszedł więc zbójca bez wykonania swojéj zbrodni, a cudem tym uderzony Olimpiusz, upadł do nóg Papieża, i wyznawszy mu swoję winę, szczerze ją obżałował.

Rzecz wytoczyła się do samego Cesarza, którego i to wcale nie upamiętało. W miejsce Olimpiusza, wysłał on na Wielkorządcę do Włoch Teodora Kaliopę, na którego jeszcze więcéj mógł liczyć, i wydał mu tajemny rozkaz, aby Papieża uwięził, i pod ścisłą strażą przysłał do Carogrodu. Przytém przydał mu Pawła Pelagiusza, swego domownika, aby ten jeszcze dokładniéj spełnienia jego rozkazów pilnował. Teodor, przybywszy do Rzymu, z początku udawał prawowiernego katolika, i nie wyjawiał się ze swojemi zasadami Monotelisty. Lecz dnia pewnego, kiedy Papież chory leżał w swoim pałacu na Lateranie, wszedł do niego z uzbrojonymi żołnierzami, okuł go w kajdany i odesłał pod strażą dowodzoną przez Pawła Pelagiusza, do Carogrodu. Gdy rozeszła się wieść o uwięzieniu świętego Marcina, wielu duchownych chciało mu towarzyszyć, aby mu w téj niewoli służyć; lecz nikomu tego nie dozwolono. Przywiedzionego do Carogrodu, Konstans kazał najprzód uwięzić w ciemnéj piwnicy, w któréj około trzech miesięcy przebył, z nikim się niewidząc; późniéj kazał mu się stawić przed rozmaitych sędziów, którzy mu tysiączne obelgi zadawali. Po czém okutego w kajdany znowu wtrącił do więzienia, wpośród zbrodniarzy, gdzie wiele wycierpiał od zimna, robactwa, zepsutego powietrza i głodu którym go morzyli. Nakoniec, widząc cesarz, iż wszelkie te okrutne środki, nie mogą przywieść świętego Papieża do przychylenia się ku kacerstwu, w które chciał go koniecznie wciągnąć, skazał go na wygnanie do Chersonu, prowincyi podówczas bezludnéj, dotkniętéj klęską głodu, a w któréj przedtém święty Klemens Papież, męczeńską śmierć był poniósł.

Święty Marcin, wiele tam ucierpiał, i oto co ztamtąd w jednym z listów tajemnie do Rzymu przesłanych sam pisał: „Składam dzięki Bogu, za utrapienia jakie mnie zsyła, widząc je dla mnie potrzebnemi; lecz donoszę wam, iż zostaję tu w takim niedostatku że po dni kilka nie widzę chleba. Jeśli zkąd nie otrzymam jakiego wsparcia, niedługo pożyję, bo «duch ci wprawdzie jest ochotnym, ale ciało mdłe.»” 1 I znowu w innym liście powiada: „Widzę iż przyjście Pańskie już się dla mnie zbliża; nie mam się więc o co troszczyć; mam nadzieję w miłosierdziu Boga, że się na mnie spełni Jego wola.”

Jakoż wkrótce potém, znękany tylu cierpieniami, umarł jako Męczennik za wiarę, w któréj obronie tak ciężkie poniósł prześladowanie. Powołał go Pan Bóg do Siebie 12 Listopada roku 654. Przy grobie jego zaszło wiele cudów. Obecny temu świadek pisze: że wielu chorych odzyskało zdrowie, ślepi wzrok, głusi słuch, niemi mowę, a opętani wyzwoleni zostali od złego ducha. A i za życia jeszcze będąc trzymany w więzieniu w Carogrodzie, ślepemu wzrok był przywrócił. Późniéj ciało jego przeniesione zostało z Chersonu do Rzymu, i tam umieszczone w kościele pod jego wezwaniem zbudowanym.

Pożytek duchowny

Męstwo i wytrwałość, z jaką święty Marcin Papież bronił nieskazitelności wiary, uczyć cię powinny jakiéj jest ona ceny, i jak ją nieskazitelną w sercu twojém chować powinieneś. Strzeż się przeto dwóch rzeczy, które ją wielce narażają: czytania złych książek, i przestawania z osobami słabéj albo żadnéj wiary.

Moditwa (Kościelna)

Boże! który nas błogosławionego Marcina Męczennika Twojego i Papieża, doroczną uroczystością rozweselasz, spraw miłościwie, abyśmy obchodząc pamiątkę jogo przejścia do Nieba, jegoż pośrednictwem się cieszyli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 971–973.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 899

Jednym z dowodów Boskości katolickiego Koscioła jest jego swoboda.

Swoboda ta jest mu koniecznie potrzebna, Jezus Chrystus bowiem, dzierżący wszelką władzę na ziemi i w Niebie, ustanowił w dobroci i mądrości swojej Kościół powszechny dla wszystkich ludzi, jako powszechną instytucję zbawienia i powołał do niego wszystkie narody, aby jedną wiarą, jedną nadzieją, i jedną miłością wielbiły Boga. Nikt nie ma ani tyle rozumu ani upoważnienia, aby mógł rządzić tym, co ustanowił Jezus Chrystus, oprócz tych, do których rzeczono, że mają klucze Królestwa niebieskiego i cokolwiek zwiążą na ziemi, będzie związane i w Niebie, a cokolwiek rozwiążą na ziemi, będzie rozwiązane i w Niebie. Ich rzeczą jest zarządzać, ustanawiać i czuwać nad wszystkim, co się odnosi do wiary, i bronić tego nie orężem, ale mieczem słowa Bożego, bronić cierpieniem, ofiarą, a nawet życiem swoim. Jest to zadaniem i obowiązkiem naszego Kościoła, który jak dom zbudowany na skale opiera się wszelkim burzom i nawałnościom, — który jak wojsko uszykowane ma za wodza najwyższą głowę na ziemi i najwyższego niewidzialnego i niepokalanego hetmana w Niebie, Jezusa Chrystusa, niewidzialną głowę Kościoła powszechnego, do którego wszyscy mogą i mają przystąpić i trwać w nim, jeśli zbawienie wieczne nie jest im obojętne.

Footnotes:

1

Mat. XXVI. 41.

Tags: św Marcin I św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Papież monoteletyzm Kościół
2020-11-11

Św. Marcina, Biskupa Tuoreńskiego (Tours)

Żył około roku Pańskiego 400.

(Żywot jego był napisany przez ucznia jego Sewera Sulpicyusza.)

Święty Marcin urodził się w mieście Sabaczu dawnéj Panonii a dzisiejszych Węgrach, około roku Pańskiego 320. Rodzice jego byli poganami, a ojciec dowódca w wojsku Rzymskiém i syna do tegoż stanu sposobił.

Marcin mając lat dziesięć, pomimo iż rodzice jego byli temu najprzeciwniejsi, został katechumenem, to jest postanowił zostać chrześcijaninem, i z Kościołem się już zewnętrznie połączył. Wkrótce potém zamyślał udać się na życie pustelnicze, lecz że wtedy właśnie wyszedł rozkaz cesarski, aby synowie wojskowych wstępowali w szeregi, musiał i Marcin to uczynić. Trzy lata przed przyjęciem Chrztu świętego na wojaczce strawił, lecz wśród zwykłego obozowemu życiu zepsucia, był i obyczajów najskromniejszych, i wielu już chrześcijańskiemi cnotami się odznaczał, a szczególnie miłosierdziem dla ubogich. Zdarzyło się, że podczas zimy wjeżdżając do miasta Ambis, ujrzał przy bramie żebraka prawie nagiego. Niemając przy sobie pieniędzy, rozciął mieczem swój płaszcz żołnierski, i połową okrył ubogiego. Następującej nocy, ujrzał przed sobą Pana Jezusa w tę połowę płaszcza którą oddał był ubogiemu przyodzianego, i mówiącego do Aniołów którzy go otaczali: „W suknię tę przyodział mnie Marcin, który wkrótce ma być ochrzczonym.”

Po przyjęciu Chrztu świętego, mając lat dwadzieścia, chciał niezwłocznie opuścić szeregi wojskowe. Lecz że wtedy właśnie spodziewano się wielkiéj bitwy z nieprzyjacielem, i sam cesarz posądzał go że to z braku męstwa czyni, więc pozostał jeszcze czekając na potyczkę, i oświadczył że pierwszy bez oręża uderzy na nieprzyjacielskie szeregi, i w Imię Pana Jezusa przebije się przez nie. Wszakże do bitwy nie przyszło, gdyż nieprzyjaciel poddał się naząjutrz bezwarunkowo.

Wyszedłszy święty Marcin z wojska, które podówczas w Galii przebywało, udał się do świętego Hilarego Biskupa Pitkawskiego, którego sława już wtedy wszędzie głośną była, i poddał się jego duchownemu przewodnictwu. Święty Hilary poznawszy w nim wielką świątobliwość, chciał go co prędzéj na kapłana wyświęcić, lecz Marcin wyprosił się od tego, a mając sobie nakazane przez Pana Boga w objawieniu, aby dla nawrócenia rodziców udał się do nich, puścił się do ojczyzny swojéj do Węgier. W drodze téj napadli go rozbójnicy, i związanego, aby potém domagać się za niego wykupu, wiedli w głąb lasu. Ten któremu powierzono straż nad nim, widząc go wśród takiego niebezpieczeństwa, (bo mu i śmiercią grozili), najspokojniéj modlącego się, spytał go kim jest, i dla czego niczego się nie lęka? „Jestem chrześcijaninem, odrzekł na to Marcin, a że wiem iż Bóg mój jest wszędzie obecny, więc się niczego nie obawiam.” Poczém wdawszy się z tymże strażnikiem swoim w rozmowę o religii, tak go sobie ujął, iż ten wraz z Marcinem uszedł, a zostawszy chrześcijaninem przykładne życie prowadził.

Przybywszy mąż Boży do rodziców, matkę tylko miał szczęście przywieść do Chrztu świętego, ojca nie mógł nawrócić; wszelako wielką liczbę innych pogan w kraju swoim, pozyskał Panu Jezusowi. Zastał tam także szerzące się bezbożne kacerstwa Aryanów. Gorliwie powstając przeciw niemu, nasz Święty na wielkie był wystawiony niebezpieczeństwa, a razu pewnego napadnięty przez kacerzy, publicznie a okrutnie został zbity.

Wróciwszy do Piktawy, gdzie chciał się znowu połączyć ze świętym Hilarym, już go tam nie zastał, gdyż go Aryanie siłą wygnali. Schronił się przeto przed nimi, bo i na niego powstawali, w jednym z klasztorów w Medyolanie, lecz i ztamtąd wypędził go Biskup heretycki. Wtedy przybrawszy sobie za towarzysza pewnego pobożnego kapłana, nasz Święty schronił się na dziką i bezludną wyspę Galinaryą, i tam przez czas pewien, wiodąc życie pustelnicze, samemi korzonkami polnemi żywił się.

Święty Hilary wróciwszy z wygnania do Piktawy, zawezwał go do siebie i umieścił w jednym z klasztorów blizko tego miasta będących. Tam powierzono mu do nauki młodego poganina, do Chrztu świętego gotującego się. Ten gdy Marcin na dni kilka wydalił się był z klasztoru, zachorował nagle i umarł. Święty wróciwszy, zastał go już na katafalku. Zdjęty wielką żałością że bez Chrztu zeszedł z tego świata ów młodzieniec, padł na kolana i gorąco modlił się, prosząc Pana Boga aby mu życie przywrócił, i dał dostąpić łaski Chrztu świętego. Trwał na takiéj modlitwie dwie godziny, rzewnemi zalewając się łzami, aż go Pan Bóg wysłuchał: umarły wstał i niezwłocznie ochrzczonym został. Cud ten nawrócił wielu pogan, i rozgłosił jeszcze bardziéj imię Marcina, już i wprzódy z wysokich cnót słynącego.

Pod tę porę właśnie, umarł był biskup Turoneński, a duchowieństwo i lud wybrało Marcina na jego zastępcę. Święty przyjąć téj godności w żaden sposób nie chciał, i pomimo wszelkich usiłowań, wywieść się z klasztoru nie dał, zamknąwszy się w celce. Nareszcie wyprowadzony ztamtąd pod innym pozorem, siłą stawiony przed wielu Biskupami okolicznymi zgromadzonymi w Turonie, uległ ich usilnym naleganiom, i na Pasterza téj Dyecezyi wyświęconym został,

Na Biskupstwie nie zmienił ubogiego i pokutnego życia jakie wiódł przedtém, a tylko cnotami doskonałego Pasterza okraszał godność swoję. Wybudował sobie przy kościele małą chatkę, i w niéj co mu zbywało czasu od służby w kościele i załatwienia spraw dyecezyi, zamykał się na modlitwie i czytaniu ksiąg świętych. Ale że i tam nie dość się widział od napływu świeckich osób wolnym, założył daleko za miastem na ustroniu klasztor nad rzeką Ligerą, i tam jakby na pustyni, z wielką liczbą uczniów i kapłanów na bogomyślności czas wolny od pasterskich obowiązków spędzał. Wiódł z tymi braćmi swoimi, których liczba dochodziła ośmdziesięciu, życie bardzo umartwione, a tak ich doskonalił, że wielu z nich późniéj na Biskupów powołanych zostało, gdyż każde miasto życzyło sobie mieć u siebie którego z uczniów świętego Marcina.

Wszelako nasz Święty nie ciągle w tym klasztorze przebywał: owszem częste odbywał z niego wycieczki apostolskie, tak dla obsługi ludu wiernego, jako téż i nawracania pogan, których jeszcze wielu było. Razu pewnego, znajdując się między nimi, nakłaniał ich aby dąb ogromnéj wielkości bałwochwalczéj czci poświęcony, zrąbali. Zgodzili się na to, lecz pod warunkiem, aby święty Biskup stanął po téj stronie na którą drzewo walić się będzie, gdyż jak mówili: „jeśli Bóg którego nam głosisz jest prawdziwym, to cię od śmierci uchowa.” Zgodził się na to Święty, a poganie nie dowierzając mu czy ustoi na miejscu, przywiązali go tam sznurami. Drzewo olbrzymie podrąbali, na Marcina zwalili, lecz gdy je on przeżegnał znakiem Krzyża świętego, na drugą stronę, jakby pchnięte siłą niewidzialną, padło, W inném miejscu, gdy chciał zburzyć świątynię pogańską, zbiegli się poganie tłumem, aby tego nie dopuścić. Sługa Boży przywołał kilku tylko chrześcijan, a słowem swojém tak ubezwładnił wszystkich niewiernych, że żaden z miejsca ani kroku ruszyć się nie mógł, patrząc jak Święty burzył świątynię i bałwany ich kruszył. Cud zaś tak widoczny wszystkich obecnych do wiary nawrócił.

Do leczenia chorych, taką mu Pan Bóg moc udzielać raczył, iż prawie każdy uzdrowiony od niego odchodził, i wszędzie Słowo Boże przez niego głoszone, takiemi cudami poparte, obfite przynosiło owoce. Pewnego razu, obchodząc swoję Dyecezyą, ujrzał wielki tłum pogan, którzy znając go ze sławy jako wielkiego cudotwórcę, zaszli mu drogę aby go tylko widzieć. Zatrzymał się przy nich i miał kazanie, ale nikt się nie nawrócił: aż oto nadbiega spłakana niewiasta niosąc umarłego syneczka, i padłszy do nóg Biskupa, błaga aby jéj dziecię wskrzesił. Święty wziął je na ręce, pomodlił się i oddał matce żywe. Wszyscy poganie zawołali iż Chrystus prawdziwym jest Bogiem, i po naukach świętego Marcina, nazajutrz Chrzest święty przyjęli.

Miał ważną sprawę do przedstawienia Walentyanowi, lecz cesarz ten, z poduszczenia żony która była Aryanką, nie chciał mu dać posłuchania, i dworzanom nie kazał go wpuszczać do siebie. Marcin po kilku dniach postu i modlitwy, udał się do pałacu cesarskiego, gdzie Anioł wśród straży i pokojowców wolno go przeprowadził aż do komnaty Walentynianina. Ten, obrażony jego śmiałością, miał zamiar nie wstawać z krzesła na jego przyjęcie, lecz ogień pod jego siedzeniem cudownie wszczęty, zmusił go do tego, co takie na nim zrobiło wrażenie, że ze czcią wielką przyjął Biskupa, jego żądaniu zadość uczynił, i do stołu go swojego zaprosił.

Lecz nietylko ludzkim szacunkiem, chciał Pan Bóg mieć uczczonym tego wielkiego sługę Swojego: i duchy niebieskie raczył posyłać do niego. Z Aniołami często obcował, którzy wykonywali jego zlecenia wszystkie, i prośby jego zanosili przed tron Boga. Święci Apostołowie Piotr i Paweł, okazując mu się w widzeniach, rady mu swoje co do sprawowania urzędu Biskupiego udzielali. Stanął téż w rzędzie najdzielniejszych obrońców wiary świętéj przeciw Aryanom, i innym kacerzom.

Mając lat ośmdziesiąt, przepowiedział dzień swojéj blizkiéj śmierci, a pomimo tego, puściwszy się jeszcze na zwiedzanie Dyecezyj, w wiosce Kanda, ciężko zachorował. Uczniowie jego będący przy nim, słysząc jak prosił Boga aby go już uwolnił z więzów téj ziemi, rzekli mu: „Ojcze! czemu nas opuszczasz? komuż powierzysz dzieci twoje zasmucone? Wilki drapieżne napadną twoję owczarnię. Wiemy jak pragniesz być już z Chrystusem: lecz nagrodą twoja w Niebie cię nie minie; zlituj się więc nad tymi których chcesz opuścić.” A Święty poruszony takiemi ich prośbami, w te słowa się modlił: „Panie! jeślim jeszcze ludowi Twojemu potrzebny, nie wymawiam się od pracy. Niech się wola Twoja spełni.” Widząc uczniowie iż ciągle w znak leży, chcieli dla ulgi, zmienić mu postawę, lecz rzekł do nich: „Pozostawcie mnie w tém położeniu, niech raczéj w Niebo a nie na ziemię patrzę, aby dusza moja zdążała do Pana, z którym ma się połączyć." W chwili gdy już konał, ujrzał obok siebie stojącego szatana: „Co tu robisz, zawołał na niego, poczwaro okrutna! sprawco wszelkiego złego, nie znajdziesz we mnie nic coby twoje było.” I to wymawiając oddał Bogu ducha. Wiele osób, a między niemi i święty Seweryn biskup Koloński, słyszało śpiewy Aniołów, duszę jego do Nieba unoszących.

POŻYTEK DUCHOWNY.

Masz oto i w szczegółach śmierci świętego Marcina dowód, z jakim zuchwalstwem zły duch czyha na duszę ludzkie, a najbardziéj w godzinie ich wyjścia z tego świata. Przez całe więc życie ucz się walczyć mężnie z tym piekielnym wrogiem, abyś przy śmierci odniósł nad nim stanowcze na całą wieczność zwycięstwo; ale przedewszystkiém tę godzinę straszną, polecaj częste opiece Matki Bożéj.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który widzisz że nie naszą mocą istniejemy; spraw miłościwie, abyśmy za wstawieniem się błogosławionego Marcina Wyznawcy Twojego i Biskupa, przeciw wszelkiemu złemu ubezpieczeni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 968–970.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 896

Święty Marcin nie był uczniem gimnazjów ani uniwersytetów, ale nauki jego były skuteczne, bo był na wskroś przejęty wiarą. Nauczał zwykle porównaniami, gdyż wszystko, na co patrzył i co słyszał, pojmował w świetle prawdy Bożej i sercem wznosił się ku Bogu.

Widząc pewnego razu świeżo ostrzyżoną owcę, rzekł do mnichów: „Otóż widzicie owieczkę, która spełniła przykazanie Ewangelii świętej. Miała ona dwie sukienki, z których jedną podarowała temu, co nie miał żadnej. Tak i wy czyńcie!“

Innym razem przechodził przez łąkę, której jedna część była spasiona, druga zryta, a trzecia pokryta licznymi kwiatami. Przystanąwszy, rzekł: „Korzystajmy z nauki, jaką daje nam ta łąka. Spasiona część nasuwa obraz małżeństwa; widzimy tam świeżą zieleń, ale nieurozmaiconą kwiatami. Zryta ziemia przypomina nam szpetność życia wszetecznego, a reszta łąki przedstawia niejako chwałę i zasługę dziewictwa“.

Gdy pewnego razu stanął przed nim szatan, łając go następującymi słowy: „Zuchwale sobie poczynasz, rozgrzeszając tych, którzy przez ciężkie grzechy utracili łaskę chrztu świętego, bo kto raz upadł, temu Pan Bóg odmówi miłosierdzia” — Marcin odpowiedział: „Nieszczęsny kusicielu! Jeśli przestaniesz dręczyć ludzi pokusą, i teraz, gdy nadchodzi pora sądu, żałować będziesz swego odstępstwa od Boga, wtedy nie wątp, że w zaufaniu w miłosierdzie Boże i tobie nawet udzielę rozgrzeszenia!”

Tags: św Marcin św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna miłość bliźniego nawrócenie św Hilary arianizm śmierć
2020-11-10

Św. Andrzeja Awelini ze Zgromadzenia Kleryków Regularnych

Żył około roku Pańskiego 1608.

(Żywot jego był napisany przez Jana Kastadta, tegoż Zgromadzenia kapłana za jego czasów żyjącego.)

Święty Andrzéj syn Jana Awelini przyszedł na świat w małém miasteczku Kastro-Nuowo (Castro-nuovo), w królestwie neapolitańskiém, roku Pańskiego 1521. Szczególnemu nabożeństwu jakie miał od lat najmłodszych do Matki Bożéj, zawdzięczał nieposzlakowaną cnotę czystości, któréj całe życie dochował. Zaledwie nauczył się mówić, a już codziennie odmawiał na cześć przenajświętszéj Panny Różaniec, i tego nigdy aż do śmierci nie zaniedbał. Miała go téż Królowa niebieska w szczególnéj swojéj opiece, i pomimo ciężkich pokus, na jakie będąc młodzieńcem był wystawiony przez zepsutych obyczajów niewiasty usiłujące przywieść go do grzechu, zwycięzko ze wszystkich prób tego rodzaju wyszedł. Spotkało go było razu jednego podobno niebezpieczeństwo w pewnym zamożnym domu, w którym często bywał. Odpędził od siebie rozpustną kobietę chcącą go uwieść, i odtąd już tam nogą nie postał, chociaż z tego powodu poniósł znaczną stratę na majątku.

Ukończywszy wyższe nauki w Wenecji, wstąpił do stanu duchownego, i wysłany przez swojego Biskupa dla słuchania Teologii i Prawa kanonicznego do Neapolu, otrzymał tam w akademii stopień Doktora, i wyświęcony został na kapłana. Biegły w nauce prawa, i zamianowany Obrońcą spraw w Konsystorzu Archidyecezyi neapolitańskiéj, odznaczał się znakomitą wymową i pilnością w spełnianiu swojego urzędu, który mu otwierał łatwą drogę do wyższych godności kościelnych. Przy wywodzie sprawy któréj bronił, wydarzyło mu się dnia jednego popełnić małe kłamstwo. Delikatne sumienie jego wyrzucało mu to silnie, kiedy wypadkiem, otworzywszy Księgę Pisma Bożego, napotkał te słowa: „Usta które kłamią zabijają duszę” 1. Zrobiło to tak silne na nim wrażenie, że postanowił zrzec się niezwłocznie swojego urzędu Obrońcy, wyłącznie zająć się duchowną obsługą dusz wiernych i własném uświątobliwieniem.

Tak wysoko zajaśniał cnotami doskonałego kapłana i biegłością w przewodniczeniu duszom do wyższéj doskonałości powołanym, że mu Arcybiskup neapolitański: powierzył główny duchowny zarząd wszystkich klasztorów żeońskich w téj stolicy. Nie w każdém zastał on ścisłe zachowanie Ustaw i karności zakonnéj, lecz ją wszędzie w krótkim czasie przywrócił, naraziwszy się przez to nietylko na wiele trudów, lecz na największe ze strony złych ludzi prześladowania, oszczerstwa i obelgi. Raz nawet, życie jego było wystawione na niebezpieczeństwo. Dwóch, najętych przez pewnego niegodziwego młodzieńca zbójców, natarło na niego, chcąc go przeszyć sztyletami. Andrzéj według swego zwyczaju wezwał na pomoc Matki Bożéj, i zbrodniarze ci, zadawszy mu tylko dwie rany w twarz, uciekli, odepchnięci jakąś siłą niewidzialną. Święty Andrzéj był oblicza bardzo nadobnego: rany te zeszpeciły go zupełnie, z czego gdy się inni smucili, on się serdecznie radował, i zaniedbując umyślnie leczenie blizn pozostałych, jeszcze je widoczniejszemi uczynił na zawsze. I drugą razą, prawie cudownie uszedł ręki zbrodniarza, którego nienawiść ściągnął na siebie spełniając wiernie i śmiało, swój obowiązek kapłanski.

Lecz od wstąpienia do stanu duchownego święty Andrzéj pragnął wieść życie ile możności od świata oderwane, i wstąpić do jakiego zgromadzenia zakonnego, w którém mógłby wolę swoję ślubem posłuszeństwa związać. W tyn celu wszedł do zgromadzenia Kleryków Regularnych świętego Kajetana Teatyńskiego, od niego Teatynami nazwanych. Od chwili przyjęcia zakonnéj sukni, jeszcze szybszym krokiem postępował po drodze najwyższéj doskonałości Ewangelicznéj, ćwicząc się w ostréj pokucie, i o ile mu tylko zbywało czasu od obowiązkowych zajęć, poświęcając go na modlitwę. Pałający żądzą coraz wyższego na téj drodze postępu, a przekonany iż głównym i najnieodstępniejszym nieprzyjacielem duszy naszej jest własna wola nasza, uczynił ślub nadzwyczaj trudny i heroicznéj wymagający cnoty zaparcia, a tym był ślub ciągłego przezwyciężania własnéj woli. Do tego przydał i drugi jeszcze chociaż on w poprzedzającym niejako się zawierał: bezustannego, coraz wyższego postępu na drodze doskonałości chrześcijańskiéj. Wszakże zobowiązania się tak nadzwyczajne, widać iż były mu natchnione przez samego Ducha Świętego, gdyż nie stały się wcale dla niego powodem jakich niepokojów sumienia, nie potrzebował zwalniać się z nich nigdy, i przez to doszedł on do szczytu doskonałości, w skutek któréj w poczet Świętych został wpisany.

Jakoż, Andrzéj był wysokim wzorem świętego kapłana i doskonałego zakonnika, Wkrótce po wykonanych ślubach zakonnych, został Magistrem nowicyuszów w klasztorze Neapolitańskim, następnie przełożonym tegoż domu, a wkrótce potém Generał Zakonu wysyłał go w różne miasta włoskie, dla zakładania tam nowych. Na wszystkich tych urzędach, odznaczył się jak największą ścisłością w zachowaniu Ustaw swojego zgromadzenia, wielką miłością dla podwładnych ma braci i roztropnością w ich zarządzie, a oraz najgorliwszą pracą w konfesyonale i na ambonie, Kazaniami swojemi w miastach Medyolanie i Placencyi, gdzie pozakładał nowe klasztory Teatynów, odwrócił mieszkańców od wielkich zbytków, które się tam szczególnie w strojach niewiast upowszechniły, i wielką liczbę kobiet złego życia do skruchy i szczeréj poprawy przywiódł. To ściągnęło na niego nienawiść złych ludzi, z których wielu wysoko postawionych, dokładało wszelkich starań u księcia panującego, aby go wygnał ze swojego kraju. Lecz oszczercy okryci zostali wstydem, książe uwieść się nie dał, a sława świątobliwości tego wielkiego sługi Bożego doszedłszy i do Grzegorza X, skłoniła tego Papieża do zamianowania go Biskupem. Andrzéj tak usilnie prosił Ojca świętego aby go tą godnością nie obarczał, i tylu to poparł staraniami, że go ona z wielkiém jego zadowoleniem ominęła. Tak bowiem ten Święty miłował zależność i nigdy nie chciał pozostawać bez niéj, że ile razy był przełożonym jakiego klasztoru, obierał sobie jednego z zakonników za swojego znowu przełożonego, i temu we wszystkiém doskonale był posłusznym. Mawial zaś iż to czyni w tym celu żeby nigdy nie pozostawać bez zasługi cnoty posłuszeństwa, i tém łatwiéj śluby przezwyciężania własnéj woli dążenia ciągłego do doskonałości zachować.

Przytém Pan Bóg i różnemi cudami raczył uświetniać jego gorliwość około duchownéj obsługi wiernych, i jego miłość bliźniego. Pewnego razu, gdy wracał wśród nocy od chorego, któremu ostatnie Sakramenta Święte udzielał, a deszcz wielki lał potokiem, ani na niego ani na człowieka który mu towarzyszył, żadna kropla nie padła. A gdy wiatr silny zagasił latarnię, tak ciemno się zrobiło że kroku postąpić nie mogli, światłość nadzwyczajna któréj promienie wychodziły cudownie z ciała świętego Andrzeja, rozjaśniała im drogę jakby wśród dnia najpogodniejszego. Zdarzyło się także że wracając konno z odległéj od Neapolu wioski w któréj odbywał misyą, gdy spadł z konia, a miał nogę w strzemieniu utkwioną, wlókł go po skalistéj drodze rumak rozhukany. Wtedy widząc się w wielkim niebezpieczeństwie, mąż Boży wezwał pomocy świętych Dominika i Tomasza z Akwinu, których czcił zawsze jako swoich Patronów, i ci obydwaj objawili się mu widocznie: wstrzymali konia, nogę jego ze strzemienia wyjęli, otarli mu twarz całą skrwawioną, i od innych ran poniesionych w tejże chwili zleczywszy, zdrowego na konia wsadzili. Ciż Święci, inną razą gdy ogarnięty był Andrzéj pokusą rozpaczy o swoje zbawienie, okazali się mu, upewniając iż jest w łasce Bożéj.

Na dwa lata przed śmiercią, miał sobie objawionym dzień, w którym ona nastąpi. Kiedy zapadł w ostatnią chorobę, przepowiedział iż za tydzień umrze, co téż i nastąpiło. Przy końcu jednak tygodnia, dobył sił ostatnich aby jeszcze Mszę Świętą odprawić. Stojąc tuż przy Ołtarzu, i wymawiając te słowa rozpoczynające Mszę Świętą Introibo ad altare Dei, tknięty apopleksyą, odniesiony został do celi. I rzecz dziwna! z ciężkiemi pokusami przyszło mu wtedy walczyć, lubo się do téj chwili oddawna a pilnie był przygotował. Szatani bowiem okazali się mu w strasznych postaciach, i wszelkich dokładali usiłowań, aby go przywieść do rozpaczy o zbawienie. Jeden szczególnie, cały palący się smołą, wołał na niego iż przy po jego duszę jako po swoję własność. Lecz Święty uciekł się do opieki Maryi, a ta Matka miłosierdzia, któréj całe życie wiernie służył, rozkazała jego Aniołowi Stróżowi odegnać tego złego ducha. Jakoż Anioł zarzucił mu kolczastą obręcz na szyję i wywlókł go z celi Andrzeja.

Uwolniony od téj strasznéj pokusy, sługa Boży odzyskał wszelką swobodę duszy, zachował całą przytomność umysłu, i po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych, ze znakami najżywszéj wiary i pobożności, zwracając ciągle oczy na wizerunek Matki Bożéj, spokojnie Bogu oddał ducha dnia 10 Listopada roku Pańskiego 1608, mając lat ośmdziesiąt ośm. Uroczyście kanonizowany został przez Papieża Klemensa XI.

Pożytek duchowny

Święty Andrzéj którego dziś pamiątkę obchodzi Kościoł Boży, jest Patronem od nagłéj i niespodziewanéj śmierci, dla tego że sam nagłą i gwałtowną chorobą dotknięty, miał jednak czas ostatnie Sakramenta z wszelką przytomnością umysłu przyjąć. Uważaj, że więcéj jest śmierci nagłych niż powolnych, a szczególnie najwięcéj niespodziewanych dla tych którzy umierają, co jest najzgubniejszém dla duszy. Proś więc gorąco Pana Boga, przez zasługi dzisiejszego Świętego, aby cię od takiéj śmierci zachował, i dał łaskę być na tę stanowczą chwilę zawsze gotowym, a tym sposobem niespodziewaną nie będzie ona nigdy dla ciebie.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś serce błogosławionego Andrzeja Wyznawcy Twojego, przez trudny ślub codziennego w cnotach postępu, przedziwnie do Siebie prowadził; spraw prosimy, za jego zasługami i pośrednictwem, abyśmy podobnéjże łaski stając się uczestnikami, co doskonalszém jest zawsze spełniając, do szczytu chwały Twojej szczęśliwie doprowadzeni zostali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 965–967.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 893

Święty Andrzej tak się przeraził lekkomyślnie wyrzeczonym kłamstwem, że złożył zaszczytny urząd. Nie tłumaczył się, że to uczynił dla przyjaciela, lecz natychmiast porzucił drogę, która go mogła skłonić do ponownego popełnienia grzechu, który w jego oczach był wstrętny. Dlaczego kłamstwo jest tak szpetne?

Duch święty nazywa kłamstwo rzeczą haniebną: „Zelżywość bardzo zła w człowiecze, kłamstwo”. Dla czego? Bo kłamstwo pochodzi od największego nieprzyjaciela Pana Boga: szatana. Do żydów powiedział Pan Jezus: „Wy z ojca diabła jesteście, ojca kłamstwa!” Kłamstwo należy do natury czarta, wszystko, co mówi i czyni, jest kłamstwem, toteż święci Doktorowie nazywają kłamców dziećmi czartowskimi. Jak istotą szatana kłamstwo, tak istotą Pana Boga jest prawda, więc kłamstwo najbardziej sprzeciwia się naturze Boskiej.

Dar nowy na to jest nam dany, abyśmy mówili prawdę, stali się Bogu podobnymi. A nie tylko Bóg brzydzi się kłamstwem, o czym szeroko mówi Pismo, ale i ludzie. Człowiek z natury swojej pragnie prawdy, więc nie może chcieć, by go okłamywano. Kłamcą brzydzą się wszyscy, bo okazuje złe serce. Nawet poganie brzydzili się kłamcą. Cesarz rzymski Marek Aurelian kłamcę zwał bezecnikiem. Mędrzec Arystoteles przyrównuje kłamstwo do jadu żmii, i mówi, że od kłamcy trzeba uciekać jak od węża. Rzymianie wypalali kłamcom znamię na czole. Cóż mają sądzić o kłamstwie chrześcijanie, którzy wyrzekli się na chrzcie ojca kłamstwa, szatana!

Duch święty przepowiada kłamcy rozmaite nieszczęścia i kary. Kłamca traci dobre imię i wiarę u ludzi, bo kto mu zawierzy? Przerażający jest los Ananiasza i jego żony Safiry, którzy dla małego na pozór kłamstwa zostali ukarani śmiercią przez świętego Piotra.

Nie wolno kłamać, choćby nawet w najlepszym celu, bo każde kłamstwo jest grzechem, choć nie zawsze grzechem śmiertelnym. Jest kłamstwo dla żartu, jest kłamstwo dla przysłużenia się komuś, wreszcie kłamstwo złośliwe. — Gdyby ludzie nie kłamali, nie byłoby trzeba zarzekań się i przysięgania. Niestety, kłamstwo bardzo się szerzy, a zwłaszcza wśród prostego ludu wiele jest skłonności do przeinaczania i kłamania. Rodzice powinni dziatki swe oduczać kłamstwa i surowo za nie karać.

Footnotes:

1

Mądr. I. 11.

Tags: św Andrzej z Awelinu św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna kłamstwo czystość posłuszeństwo wola św Dominik św Tomasz z Akwinu śmierć
2020-11-09

Święto poświęcenia Kościoła Laterańskiego w Rzymie i św. Teodora, Męczennika

Poświęcenie tego Kościoła nastąpiło około 330, a święty Teodor żył około 304 roku Pańskiego.

(Szczegóły te wyjęte są z dziejów kościelnych i pism świętego Grzegorza Nisieńskiego.)

W święcie dzisiejszém Kościoł Boży obchodzi pamiątkę pierwszego uroczystego poświęcenia kościoła chrześcijańskiego na ziemi, a tym był wspaniały kościoł wybudowany w Rzymie przez cesarza Konstantego Wielkiego, na początku IV wieku, w miejscu gdzie był pałac bogatego pana Rzymskiego, nazwiskiem Laterana. Najprzód wzniesiony on został pod wezwaniem Zbawiciela; lecz gdy późniéj, wybudowane przy nim zostały dwie przepyszne kaplice: jedna pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela, druga pod wezwaniem Świętego Jana Ewangelisty, więc kościoł ten dziś powszechnie znanym jest pod nazwiskiem świętego Jana Laterańskiego w Rzymie.

Od początku świata, ludzie wznosili Ołtarze dla składania na nich ofiar Bogu najwyższemu. Adam, Noe, Abraham i inni Patryarchowie Starego Zakonu, zgromadzali się ze swojemi rodzinami i pokoleniami na miejsca takowe, by tam Stwórcy wszech rzeczy, oddać cześć wspólną, publiczną i uroczystą. Abraham wkoło ołtarza który urządził w Bersabei, zasadził las gęsty, aby to miejsce było więcéj osamotnione i bardziéj pobudzało do skupienia ducha, z jakiém przy obrzędach religijnych znajdować się każdy powinien. Jakób wybudował ołtarz kamienny w Bethel, namaścił go pobłogosławionemi olejami, poświęcając Panu, i miejsce to nazwał Domem Bożym. Wiadomo z jaką nadzwyczajną wspaniałością odbył Salomon, poświęcenie Bogu ojców swoich wspaniałéj świątyni, którą wybudował był w Jerozolimie. Obrzędy te trwały tydzień cały. Złożono wtedy Panu Bogu w ofierze dwadzieścia dwa tysiące wołów, i sto dwadzieścia tysięcy baranów. Wreszcie sami poganie wszędzie wznosili świątynie dla swoich fałszywych bożyszcz, i słusznie jeden z ich wielkich mędrców pisał: „Podróżując po różnych krajach, napotkasz miasta bez murów któreby je otaczały, bez ludzi uczonych, bez królów, bez szkół i teatrów, lecz ani jednego nie napotkasz bez świątyni”. 1

Owóż, przez lat przeszło trzysta po przyjściu Chrystusa Pana i założeniu Jego Boskiéj religii na ziemi chrześcijanie pozbawieni byli kościołów, właściwie tak nazwanych. Wznosić ich w żaden sposób nie mogli, gdyż wyroki cesarskie zakazywały tego najsurowiéj, i gdyby byli ośmieli się to uczynić, wnet zawziętość pogańska byłaby te święte budynki porozwalała. Przez cały więc ten czas, a tak długi, wierni chcąc uczestniczyć w świętych tajemmnicach i obrzędach, musieli zapuszczać się w głębokie, ciemne i ciasne pieczary, zwane katakumbami, albo w największéj tajemnicy, zgromadzać się do domów prywatnych na modlitwę, co wszystko, z ciągłém i wielkiém, połączone było niebezpieczeństwem. Dopiéro około roku Pańskiego 304, doczekali się wyznawcy Chrystusowi możności wznoszenia kościołów jawnie i publicznie, a to wtedy gdy cesarz Konstantyn Wielki, zostawszy chrześcijaninem, wydał rozkaz aby wszędzie budowano świątynie Bogu prawdziwemu.

Lecz aby to do tego tém skuteczniéj wszystkich zachęcić i dogodzić własnéj pobożności, sam ten święty Cesarz dał pierwszy przykład. W tym celu, w miejscu gdzie stał wówczas najprzepyszniejszy pałac, będący dawniéj własnością patrycyusza Laterana, a wtedy należał do Fausty żony Konstantyna, wybudował on wspaniały kościoł, któregoto właśnie pamiątka poświęcenia, dziś się obchodzi. Odbył ją z wielką uroczystością Papież święty Sylwester, i wtedy wydał postanowienie, że odtąd Ofiara Mszy świętéj sprawować się powinna, na ołtarzach kamiennych. Umieścił w tymże kościele, ołtarz przechowywany w Rzymie, na którym jeszcze święci Apostołowie Piotr i Paweł odprawiali Mszę świętą, w czasie prześladowania. Dla tego téż ołtarz ten był i pozostał drewnianym, a tenże święty Sylwester obwarował że na nim sami tylko Papieże mogą odprawiać Mszę święta; co się po dziś dzień zachowuje.

Postanowiono zaś uroczystą pamiątkę tego poświęcenia obchodzić w całym Kościele Bożym, gdyż Bazylika świętego Jana Lateraneńskiego, nie uważa się jako kościoł tylko miasta Rzymu, lecz jako Kościół Matka wszystkich kościołów jakie są na świecie, jako główny kościoł wszystkich zostających w jedności ze stolicą Apostolską. I dla tego nad drzwiami głównego wchodu do téj Katedry całego Chrześcijaństwa jest napis: „Matka i głowa wszystkich kościołów”. 2 Jest więc ta Bazylika dla każdego chrześcijanina, jeszcze bardziéj jego kościołem niż jego kościoł parafialny, lub katedra Dyecezalna: bo chrześcijanin może zmienić swoję parafią i swoję dyecezyą, a nie może chcąc pozostać katolikiem, odłączyć się od Stolicy Papiezkiéj, którą ten kościoł przedstawia. Słusznie téż święty Piotr Damian Doktor kościoła powiada: „Kościoł świętego Jana Lateraneńskiego, jak był wzniesiony pod wezwaniem Zbawiciela który jest Głową wszystkich wybranych, tak jest głową, matką i koroną kościołów świata całego. Jest on jakby szczytem całéj religii katoliciéj, i, że tak powiem, kościołem wszystkich kościołów, miejscem najświętszém ze wszystkich miejsc świętych”. 3

Gdy więc w każdej Dyecezyi, w każdéj Parafii, dzień poświęcenia kościoła parafialnego lub katedry Dyecezyalnéj, obchodzi się uroczyście jakże tém słuszniéj, w całém chrześcijaństwie, wspólnie a z wielką pobożnością, obchodzić powinniśmy pamiątkę poświęcenia téj Papiezkiéj Katedry, w któréj jednoczą się w sobie kościoły świata całego, i która przez to, jedność katolicką w sobie przedstawia i utrwala.

Bazylika ta, kilkakrotnie wielkiemu popadała zniszczeniu, jużto w skutek pożarów, już napadów ludów barbarzyńskich, albo trzęsień ziemi, lecz Papieże odbudowywali ją zawsze jak najstaranniéj i najwspanialéj. W roku Pańskim 1726 Bonifacy VIII, uroczyście poświęcił ją nanowo, a dzień dzisiejszy, na obchodzenie téj pamiątki w całym Kościele, wyznaczył.

· · ·

Dziś także przypada doroczna pamiątka śmierci męczeńskiéj świętego Teodora. Był on rodem ze wschodnich prowincyi państwa Rzymskiego, a żył przy końcu III w. Służąc w wojsku cesarskiém, gdy przybył ze swoim oddziałem do miasta Nissy, trafił na tę porę, kiedy ogłaszano wyrok żeby nikt pod karą śmierci nie miał Chrystusa wyznawać. Mężny ten żołnierz, wiernie cesarzowi, lecz jeszcze wierniéj Chrystusowi służący, nie taił wcale iż jest chrześcijaninem; a gdy z tego powodu uwięziono go i przed trybunał Wielkorządcy stawiono, zmuszając aby bożkom cześć oddał, śmiało odpowiedział: „Jestem sługą Boga prawdziwego, a więc niemym i fałszywym bożkom waszym kłaniać się nie będę.” Zdziwieni taką odwagą sędziowie, a chcąc go przez wzgląd na jego w wojsku położone zasługi ocalić, poczytali go za pozbawionego zdrowych zmysłów, i jako takiego wypuścili na wolność.

Święty Teodor który już spodziewał się męczeńskiéj korony, widząc z boleścią iż go ominęła, postanowił pozyskać ją koniecznie, i w tym celu umyślił dokonać pewnego czynu, do którego miał szczególne od Boga natchnienia. Przybywszy tedy do miasta Amaryi, gdy ujrzał tam bałwochwalską świątynię zbudowaną daleko od miasta nad rzeką i z żadnemi budynkami mieszkańców niestykającą się, w chwili gdy silny wiatr wiał od miasta, podpalił ten przybytek bałwanów. Zbiegły się wkrótco całe tłumy pogan, a znalazłszy Teodora przy ogniu, pytali go zkąd się wszczął pożar. On wręcz im odpowiedział, iż sam jest jego sprawcą. Porwali go tedy, i przed sędziów stawili, gdzie on nieczekając aż go badać zaczną, powiedział: „Ja gniazdo bałwanów niemych zapaliłem, dla przekonania się czyli bogowie wasi są w stanie się obronić.” Gdy sędziowie to usłyszeli i z tego poznali iż jest chrześcijaninem, już im nie tyle szło o to aby go ukarać za spalenie świątyni, ile o to aby zmusić do oddania czci bożkom. Obiecali i przeto przebaczenie, jeśli Chrystusa odstąpi, na co on im odrzekł: „Przecież sami pomiarkować powinniście że nie tego szukałem, kiedym dobrowolnie spalił bałwany wasze, a potém, chociaż to mogłem uczynić, nie skryłem się przed wami.” Probowali więc sędziowie, inaczéj zachwiać stałość jego; przyrzekli mu znaczne pieniądze i wysoki stopień w wojsku, jeśli wiary świętéj odstąpi, na co im Teodor odpowiedział: „Zachowajcie to dla tych, których ostatnim celem życia są doczesne uciechy i zaszczyty, ja Nieba tylko pragnę.”

Widząc w nim tak mężną stałość sędziowie, uciekli się do zwykłych im okrutnych środków. Zawiesili go przeto na palach, i szali szarpać żelaznemi grzebieniami. Płynęły ze krwi jego szerokie smugi, ciało odpadało od kości, a on na głos śpiewał te słowa psalmu: „Będę błogosławił Pana na każdy czas, a zawżdy chwała Jego na ustach moich”. 1 Po téj katuszy, tyrani kazali go odprowadzić do więzienia. Tam najprzód około północy objawił mu się Pon Jezus, mówiąc: „Teodorze trwaj mężnie, gdyż Ja z tobą jestem; nie przyjmuj od ludzi żadnego pokarmu ani napoju, a otrzymasz w Niebie życie ze mną na wieki.” Ucieszony tém widzeniem i temi słowy żołnierz Chrystusowy, zaczął opiewać chwałę Bożą, i oto wielka liczba Aniołów otoczyła go wraz z nim śpiewając. Słysząc to straż więzienna nadbiegła, i ujrzała więzienie Teodora światłością niebieską napełnione, a jego otoczonego wielką liczbą młodzieńców w bieli przybranych, wraz z nim przecudnie śpiewających. Zawiadomili o tém sędziego, który i sam świądek tego cudu, przypisując go czarom, a spodziewając się zawsze przywieść świętego Teodora do oddania czci bożkom, kazał go umięścić w wygodniejszém mieszkaniu i dawać lepsze pokarmy. Lecz Święty nic nie przyjął, mówiąc: Iż jego Bóg jego i Pan, Jezus Chrystus, wyżywi go bez tego.

Po pewnym czasie, sędziowie kazali go znowu stawić przed sobą: nie mogąc ani groźbą ani pochlebnemi słowy wymódz aby oddał cześć bożkom, skazali go na spalenie. Wrzucony tedy w ogień, wielbiąc Chrystusa, i dziękując Mu za łaskę męczeńskiéj śmierci, upragnioną koronę niebieską otrzymał. Poniósł śmierć za wiarę, roku Pańskiego 304.

Pożytek duchowny

Obchodząc dziś pamiątkę pierwszego uroczystego poświęcenia kościoła katolickiego na świecie, dziękuj z całego serca Panu Bogu, że żyjesz w czasach i miejscach, gdzie masz szczęście widzieć wzniesione domy Boże. Przytém postanów nawiedzać je jak najczęściéj, a zachowywać się w nich z tém najgłębszém uszanowaniem, z jakiém być powinieneś w tych niebieskich przybytkach.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który nam corocznie ponawiasz pamiąkę poświęcania téj najpierwszéj w świecie wniesionéj na cześć Twoję świątyni, i dałeś nam doczekać dnia dzisiejszego dla jej obchodzenia; wysłuchaj prośby ludu Twojego i spraw, aby ktokolwiek wejdzie do kościoła Twojego dla błagania Cię o Twoje dobrodziejstwa, miał pociechę otrzymania wszystkiego o co Cię prosi. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 962–965.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 892

„Nie obawiam się mąk, choćby i najsroższych, jeśli Bóg zażąda ode mnie tej ofiary”, powiedział św. Teodor. Obyśmy jako chrześcijanie poszczycić się mogli podobnym poświęceniem! Nie ma wątpliwości, że chcąc rzeczywiście być chrześcijanami i uczniami Pana Jezusa, powinniśmy być gotowymi do wszelkich ofiar dla wiary. Łaska Boża uzbroi nas w siłę zniesienia najsroższych mąk i katuszy, gdyby Bóg miał od nas zażądać ofiary z życia naszego. Nie znajdziemy się zapewne w tym położeniu, abyśmy mieli krwią własną stwierdzić siłę wiary, w jakiej się urodziliśmy i wychowani zostaliśmy, okażmy przeto Bogu w inny, a daleko łatwiejszy sposób, gotowość do poświęcenia. Ofiarujmy mu każdego ranka myśli, słowa i uczynki, trudy i prace, cierpienia, smutki i utrapienia nasze. Ofiarujmy Mu pobożne modły, bez których żadnego dnia nie godzi się ani rozpoczynać, ani kończyć. Ofiarujmy Mu walki i zwycięstwa nasze nad namiętnościami i żądzami, jak np. gniewem, niecierpliwością, zazdrością, nienawiścią itd. Ofiarujmy Mu wspaniałomyślne przebaczenie win i krzywd, które nam wyrządzono. Ofiarujmy Mu powstrzymanie się od grzesznych, złośliwych, potwarczych rozmów, od gier, obżarstwa i opilstwa, słowem od wszystkiego, co Bogu jest wstrętne i obmierzłe. Ofiarujmy Mu wszystkie przykrości i przeciwności, jakie tylko nas w życiu spotkać mogą i jakimi spodoba się Bogu wypróbować ofiarność naszą. Ofiarujmy Mu — jak mówi psalmista — serce żalem i skruchą przejęte, gotowe Mu służyć zawsze i gorliwie.

Footnotes:

1

Plato de Rep.

2

Mater et Caput omnium Ecclesiarum.

3

S. Petr. Dam. Ser. de Dedic.

Tags: św Teodor św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Kościół męczennik żołnierz
2020-11-08

Św. Koronatów i innych Męczenników oraz św. Gotfryda, Wyznawcy i Biskupa

Żyli około roku Pańskiego 300 i 1118.

(Żywot ich wyjęty z Brewiarza rzymskiego i dzieł ojca Suryusza.)

Święci czteréj Koronaci to jest ukoronowani, pod tém imieniem czczeni byli w Kościele Bożym, zanim znane były ich właściwe imiona. Bylito zaś czteréj rodzeni bracia: Sewer, Sewerynue, Karpoforiusz i Wiktorynus. Żyli w wieku, kiedy cesarz Dyoklecyan srodze Kościół prześladował. Z jego rozkazu, uwięzieni, pomimo wszelkich groźb, wiary chrześcijańskiéj wyrzec się nie chcieli. Poganie zaprowadzili ich przed ołtarz jednego ze swych bożyszcz, domagając się koniecznie aby mu cześć oddali. Gdy odpowiedzieli że tego w żaden sposób uczynić im się nie godzi, skazani zostali na biczowanie knutami ołowianemi. Katowano ich z takiém okrucieństwem, że wśród téj męki ducha Panu Bogu oddali. Ciała ich wyrzucono psom na pożarcie, lecz Pan Bóg, nie dopuścił aby się ich te zwierzęta tknęły. Chrześcijanie unieśli je potajemnie, i pochowali przy drodze Lawikańskiéj. Ponieważ imiona ich nie były znane, Papież święty Melchiades, kazał im oddawać cześć pod wezwaniem czterech ukoronowanych. Późniéj gdy Pan Bóg objawił mu imiona tych świętych Męczenników, wybudował na ich cześć wspaniały kościół, i ciała ich w nim umieścił.

· · ·

Dziś także obchodzi Kościół Boży pamiątkę świętego Gotfryda Wyznawcy i Biskupa. Ten przyszedł na świat we Francyi w mieście Sessonie (Soisson), przy końcu XI wieku z zamożnych, ze znakomitego rodu i bogobojnych rodziców.

Kiedy miał pięć lat, oddali go na wychowanie do Gotfryda Opata klasztoru Świętego Kwintyniana, który już wtedy ubrał go w suknię zakonną, i zajął się nim najtroskliwiéj. Nasz Święty od samego dzieciństwa oddzielony od zepsutego świata, wielki uczynił postęp jak w naukach, tak i w cnotach chrześcijańskich. Dnie całe poświęcał nauce, ćwicząc się szczególnie w znajomości Pisma świętego i ojców Kościoła, a większą część nocy spędzał ma modlitwie. Przytém wiódł życie bardzo umartwione, kilka dni w każdym tygodniu, poszcząc o chlebie i wodzie. Młodym był jeszcze, gdy go bracia zakonni wybrali na Prokuratora klasztornego, to jest zarządzającego klasztorném gospodarstwem. Miał lat dwadzieścia pięć kiedy został księdzem, pomimo iż się od tego usilnie wymawiał, a wkrótce potém Opatem klasztoru przenajświęlszéj Maryi Panny Nowideńskiéj (Nauyent). W przyjęciu téj goności sprzeciwiał się znowu całą siłą Gotfryd, aż nakoniec uledz musiał wyraźnéj woli Arcybiskupa Rejmskiego, kilku innych okolicznych Biskupów, samego króla Filipa, i nareszcie Opata Gotfryda, przy którym się wychowywał i którego zawsze słuchał jak ojca.

Znalazł Opactwo swoje, pod każdym względem bardzo zaniedane: kościoł rozwalający się, cele zakonne w gruzach, ogród i wewnętrzny dziedziniec chwastem zarośnięte, a pola do klasztoru należące albo odłogiem leżały, albo pozostawały w ręku nieprawych posiadaczy. W samym zaś na wpół rozwalającym się klasztorze zastał kilku tylko zakonników, którzy, z zaniedbaniem obowiązków zakonnych, dla utrzymania życia prowadzili szkółkę. Święty Gotfryd objąwszy w tak niepomyślnym stanie swoje Opactwo, w krótkim czasie zmienił pod każdym względem jego postać. W lat kilka kościół, klasztor i wszystko jego części odbudował, a rozgłosem świętobliwości ściągając zewsząd coraz większą liczbę zakonników, miał kilkudziesięciu pod swoim zarządem, a w ich liczbie kilka Opatów i kilku Prałatów, którzy złożywszy swoje godności zostali jego uczniami, przez co on w klasztorze tym najściślejszą karność wprowadził i ustalił.

Podczas gdy tak święcie rządził swojém Opactwem, dyecezyą Sesońską, do któréj ono należało, dotknął Pan Bóg straszną suszą. W źródłach zabrakło wody; nietylko zboża lecz wszelkie rośliny poniszczone były. Przytém panowało straszne morowe powietrze, tak ludzi jak i zwierzęta zabijające. Hugo Biskup Sesoński, widząc w téj klęsce wyraźną karę Bożą, zawezwał świętego Gotfryda aby przybył do Sessonu z kazaniami, i pobudził lud do pokuty, a modlitwami swemi uprosił zmiłowanie się Boże nad nim. Sługa Boży przybył do Sessonu, a gdy pierwsze miał kazanie i przy końcu niego modlił się prosząc Boga o odwrócenie klęsk nad tym krajem ciążących, jeszcze nie zszedł był z kazalnicy kiedy puścił się deszcz rzęsisty, i odtąd i susza ustała i morowe powietrze.

Ta okoliczność rozniosła jeszcze daléj sławę świętego Gotfryda. Arcybiskup Remiński, przewodniczący Soborowi prowincyonalnemu, wraz z innymi Biskupami wysłał do niego z usilną prośbą, aby zrzekł się swojego Opactwa, został Opatem klasztoru świętego Remigiego, który był jednym z najbogatszych we Francyi klasztorów, i pod każdym względem od Opactwa którém zawiadował święty Gotfryd, świetniejszém. „Niech mnie Bóg od tego uchowa, odpowiedział Gotfryd, abym dla bogatéj oblubienicy, miał porzucać ubogą”, i pomimo najusilniejszych nalegań, ubogiego Opactwa swego opuścić nie chciał.

Wkrócte potém, gdy umarł Biskup w Amiens, duchowieństwo i lud cały zwrócili oczy swoje na Gotfryda; lecz przewidując trudności jakie czynić będzie, poradzili sobie w ten sposób. Pod tę porę Ryszard, Legat Stolicy Apostolskiéj, przewodniczył Soborowi w Trewirze odbywającemu się. Udano się więc do niego, aby on świętemu Gotfrydowi Biskupstwo to przyjąć rozkazał. Cały Sobór zgodził to i zawiadomił o tém świętego Gotfryda, który jako Opat sam na nim zasiadał. Lecz gdy się o tém sługa Boży dowiedział uszedł potajemnie, i skrył się w górach okolicznych. Wysłani jednak za nim w pogoń księża znaleźli go, stawili przed Sobór, który zawyrokował iż on jest Biskupem Amieńskim, i Święty rzewne łzy wylewając musiał woli Bożéj tak wyraźnie mu objawionéj, poddać się.

Zasiadłszy na swojéj stolicy Biskupiéj, im więcéj się od tego wysokiego urzędu wymawiał tém się godniejszym go okazał. W sposobie umartwionego życia jakie wiódł zawsze, nic zgoła nie zmienił, przydając tylko do cnót zakonnych któremi tak wysoko jaśniał, niezmordowaną o dobro dusz mu powierzonych gorliwość i jak największą dla biednych hojność. Codzienie trzynastu ubogich żywił u własnego stołu, sam im usługując. Chorych biednych odwiedzał po szpitalach i po ich mieszkaniach, oddając im podobnież ostatnie usługi, a szczególnie trędowatym, lub innemi jakiemi wstręt obudzającemi chorobami dotkniętym. Opiekunem był wdów i sierot pocieszycielem wszystkich strapionych. Niezmordowanie pracował nad wykorzenieniem złych nałogów jakie w ludzie powierzonym jego opiece mógł dopatrzyć, i nad poprawą obyczajów tak wiernych jak i duchowieństwa.

Lecz cheąc leczyć bardzo zadawnione rany, rozbudził wielkie na siebie krzyki i narzekania, a od możniejszych ściągnął na siebie prześladowanie. Wierność w spełnieniu obowiązków jego pasterskiéj godności, narobiła mu wielu nieprzyjaciół. Czynili na niego różnego rodzaju zasadzki: kilka razy był w wielkiém niebezpieczeństwie, z którego Pon Bóg miłościwie a często i cudownie zawsze go wyswobadzał. Razu pewnego do wina które podano mu do stołu wmieszano truciznę. Święty przeżegnawszy napój, miał sobie objawioném iż jest zatraty i chociaż się o tém nawet przekonano, nie dozwolił dochodzić sprawcy téj zbrodni.

Wracając z miasta Arras, w towarzystwie wielkorządcy téj prowincyi nazwiskiem Adama, a niemając przy sobie żadnego oddziału wojska, z jakim zwykle wyżsi dostojnicy podówczas podróżowali, napadnięty został przez Germanda, możnego w téj okolicy pana, a zawziętego nieprzyjaciela Adama. Pomimo próśb i przedstawień, a nawet wyraźnego rozkazu świętego Gotfryda, którego obaj oni byli lennikami, Germund okuł Adama w kajdany i poprowadził do więzienia. Gotfryd rzucił na niego klątwę, równie jak i na tych, którzy w tym gwałcie uczestniczyli. Lecz nietylko nie opamiętało to Germunda, ale jeszcze go uzuchwaliło. Mieczem i ogniem niszczył kraj pod wielkorządztwem Adama zostający, wioski popalił, kościoły poznieważał, wszystkie pola poniszczył. Święty Biskup zdjęty litością nad tylu nieszczęściami, uciekł się do innego środka, który mu jego wielka miłość i pokora nastręczyły. Boso, okryty worem pokutnym, z kapturem zakonnym na głowie, pieszo wśród zimy, udał się do Germunda, upadł mu do nóg i błagał na miłość Jezusa Chrystusa, aby oddał mu uwięzionego, zaprzestał okrucieństw jakich się dopuszczał, i dał wsparcie, a raczéj wynagrodzenie dla tylu wdów i sierot, z jego przyczyny w ostatniéj nędzy będących. Postępek ten Gotftyda, wszystkich do głębi serca poruszył, sam Germund tylko okazał się i na to nieczułym, i nietylko odrzucił dumnie prośbę Biskupa, który był i jego książęciem udzielnym i jego Pasterzem, lecz mu nawet zagroził swoim gniewem jeśli wnet nie ustąpi.

Wtedy mąż Boży wyczerpawszy wszystkie środki łagodne, zmienił swoje postępowanie. Całą noc spędził na modlitwie, a nazajutrz zgromadziwszy lud do kościoła, wszedł na kazalnicę i ogłosił klątwę na Germunda, którego wkrótce kara Boża dotknęła. Wszedłszy w zatargi z Wilhelmem, jednym z Panów okolicznych, wzięty do niewoli, wtrącony został do więzienia. Lecz porażka takowa wyleczyła go z zuchwalstwa. Posłał do Gotfryda z prośbą aby zapomniał przeszłości i wyratował go z nieszczęścia w jakie popadł, przyrzekając mu wynagrodzenie wszystkiego złego jakiego się dopuścił. I nie zawiódł się rachując na litościwe serce świętego Biskupa. Ten wstawił się za nim, otrzymał jego oswobodzenie i sam go do dziedzicznego zamku odwiózł. Germund zaś zdjęty taką wspaniałomyślnością, wszystkie krzywdy przez siebie wyrządzone sowicie powynagradzał.

Tymczasem świętemu Gotfrydowi coraz bardziéj ciążyła jego godność pasterska. Mieszkańcy podzielili się na kilka stronnictw, które często porywając się do broni, krwią zalewały miasta i wioski. Dopuszczano się tam i innych zdrożności: grabieży, pijaństwa, wszeteczności, które się również szerzyły, pomimo nieustającéj i gorliwéj pracy około dobra dusz tego świętego Biskupa, który w głębokiéj pokorze nie złości ludu swojego, lecz własnym grzechom wszystko to przypisywał. Powstawał na te zdrożności z wszelką gorliwością, w osobie własnéj przedstawiał wzór wielkiego Świętego, modlił się, płakał, jęczał przed Bogiem, ciężkie zadawał ciału swemu umartwienia, a pomimo tego, zło nie ustępowało. Wtedy upadając pod ciężarem ciężkiego strapienia jakiego ztąd doznawał, postanowił oddalić się od niewdziecznéj trzody swojéj i zagrzebać się w samotności. Udał się do Kartuzyi Gracyanopolitańskiéj (Grenoble) i w niéj całe dwa lata spędził, modląc się tam za tych którzy go pasterzem mieć nie chcieli. Mieszkańcy dyecezyi Amioneńskiéj (Amiens) widząc iż Biskup ich długo nie powraca, wysłali posłów od siebie do miasta Bowe (Beauvais), gdzie Konon Legat Stolicy Apostolskiéj przewodniczył zgromadzonemu tam Soborowi, ze skargą iż Biskup ich opuścił, i z prośbą aby mogli drugiego w jego miejsce obrać. Lecz Arcybiskup Rejmski, najstarszy z zasiadających na Soborze Biskupów, w imieniu ich wszystkich posłów Amieńskich groźnie napomniał oświadczając im że dopóki Gotftyd żyje, innego Biskupa mieć nie będą.

Współcześnie z przybyciem tych posłów Sobór odebrał listy od samego Gotfryda, w których błagał on aby ma pozwolono złożyć biskupstwo i wyznaczono na jego miejsce lepszego następcę, utrzymywał bowiem iż sam niegodny jest tego urzędu. Wszyscy ojcowie Soboru czytając list ten z rozrzewnieniem, postanowili nie uwzględnić żądania Gotfryda, a zniósłszy się i z królem, wysłali do niego polecenie aby powrócił na swoję stolicę. Musiał się więc Gotfryd rozstać z ukochaną pustynią i powrócił do dyecezyi, w któréj żył już bardzo niedługo. Udając się do Biskupa Rejmiego w ważnéj sprawie kościelnéj, zachorował w drodze, i w Opactwie świętego Kryspina pod Sessonem, poszedł po nagrodę za trudy i cnoty swoje do Nieba, 8 Listopada roku Pańskiego 1118. Kościół pamiątkę jego w tymże dniu obchodzi.

Pożytek duchowny

Widziałeś, jak święty Gotfryd postąpił sobie z Germundem, kiedy ten dostawszy są do niewoli wzywał jego pomocy, chociaż przedtém ciężko go znieważył. Każdego bowiem chrześcijanina jest obowiązkiem, w ten sposób oddawać nieprzyjaciołom dobro za zło od nich doznane. Czy tak postępujesz z tymi którzy ci w czémkolwiek krzywdę wyrządzili?

Modlitwa

Boże któryś w sercu błogosławionego Gotfryda Biskupa i Wyznawcy Twojego, obok innych cnót któremi jaśniał, i wielką miłość nieprzyjaciół zaszczepił; spraw za jego pośrednictwem i przez jego zasługi, abyśmy tym wszystkim którzy nam w czémkolwiek przykrość lub krzywdę zadali, dobrem za zło odpłacali się zawsze. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 958–961.

Tags: św Czterej Ukoronowani św Gotrfyd św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik biskup zaraza
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.