Citatio.pl

Wpisy z tagiem "miłość bliźniego":

2021-04-12

Mowa 48 na Wielki Post – św. Leon Wielki

Św. Leon Wielki, Mowy (Księgarnia św. Wojciecha), 1958, s. 214–219.

  1. Najmilsi! Chrześcijanie mają dużo świąt i obchodzą je z nabożeństwem w różny sposób. Ale ani jedno z nich nie dorównywa uroczystości paschalnej. Z niej zaś spływa godność i uświęcenie na wszystkie inne. Nawet Narodzenie Pańskie – z matki – jest wkładem do tej świętej tajemnicy, boć nie dla czego innego Syna Boga narodził się docześnie, jeno by mógł być ukrzyżowanym. Dlatego przyjął na siebie ciało w łonie dziewicy, bo tylko w śmiertelnym ciele mogła się dokonać postanowiona męka: ona zaś powzięta z niewysłowionej miłości Bożej, jest dla nas ofiarą odkupienia, gładzącą grzechy, i początkiem powstania do życia wiecznego. Kiedy znowu zważymy, co cały świat zawdzięcza Krzyżowi Chrystusa, rozumiemy słuszność przygotowania siebie do obchodu paschy postem 40-dniowym abyśmy mogli godnie uczestniczyć w boskich tajemnicach. Tak to być powinno, by nie tylko najwyżsi pasterze 1 niższego stopnia kapłani, by więc nie sami tylko posługujący w udzielaniu sakramentów, ale całe ciało Kościoła i wszyscy wierni z osobna byli czyści od wszelkiej zmazy. Świątynia Boga, wznosząc się na fundamencie samego Założyciela swojego, w każdym kamieniu winna być ozdobną i na wskroś przezroczą. Jeżeli bowiem nie bez celu zdobi się jak najwspanialej królewskie pałace i gmachy wysokich urzędów, uwydatniając okazałością domów większe znaczenie ich mieszkańców, to cóż powiedzieć o przybytku samego Boga? Jakim nakładem go budować? Jakim przepychem otoczyć?! Wprawdzie budowli tej ani rozpocząć ani wykonać nie można bez jej twórcy; ale on, sam budowniczy, udziela jej od siebie tego daru, by i ona dążyła do swej rozbudowy. Kamienie bowiem, brane do wznoszenia tej świątyni, są „żywe” i „rozumem obdarzone”, a łaska Ducha Św. pobudza je, by dobrowolnie w jedną stapiały się całość. Wyszukana to i umiłowana społeczność! Sama też z nieszukającej szukającą i z niemiłującej miłującą być winna, stosownie do wezwania św. Jana Apostoła: „My tedy miłujmy jedni drugich wzajemnie, ponieważ Bóg pierwej nas umiłował” (1 Jan 4, 19; 4, 11). Skoro więc i wszyscy społem i każdy z wiernych z osobna jesteśmy „świątynią Boga”, musi ona być doskonała tak w swoim zespole, jak w oddzielnych członkach. Chociaż nie wszyscy jej członkowie jednakową odznaczają się pięknością, i w rozmaitych jej częściach nie może być jednakowych zasług, ale związka miłości tworzy z nich gmach wspaniały i harmonijny. Uczestnicząc w świętym serc zespole, mimo, że nie te same dobrodziejstwa łaski przypadają każdemu z nich w udziale, cieszą się jednak z nich wszyscy, jak ze swoich własnych. Wszak to, co miłują wspólnie, nie może im być obce; boć sami rosną i wzbogacają się, gdy radzi są postępowi innych.
  2. W tym zjednoczeniu świętych, najmilsi, gdzie się to samo miłuje i ceni, i jednakowo i myśli, i czuje, nie ma miejsca dla pyszałków, zawistnych i chciwych. Wszystko, czym próżność się przechwala, co dyszy żądzą odwetu, lub co rozwięźle swawoli, nie ze sprzymierzonymi z Chrystusem, jeno z szatańskim wiąże się stronnictwem. Do środowisk, przejętych duchem miłości, nie ma to wszystko dostępu. Oto co powoduje ponurą złość w „przeciwniku niewinności” i „wrogu pokoju*. Ponieważ on „nie ostał się w prawdzie” (Jan 8, 44), a wynosząc się butnie, spadł sromotnie z wyżyn swego stanowiska, nie może strawić tego, że miłosierny Bóg odkupił człowieka i człowiekowi oddaje dobra, postradane przez niego. Nie dziwna zatem, że i prawość ludzi, żyjących uczciwie, dręczy niezmiernie „prasprawcę grzechu”, a już o istotną mękę przyprawia go niezłomność tych, których nie zdoła zepchnąć z zajętej przez nich postawy. Wszak wśród ludzi nie brakuje naśladowców jego sprawek. Wielu, niestety, po prostu schnie z zazdrości na widok czyjegoś postępu w dobrym. Wiedząc, że cnota jest wrogiem występku, biją oni nienawistnie w tych, na których nie chcą się wzorować. Natomiast słudzy Boga i uczniowie prawdy miłują nawet inaczej, niż oni, myślących; wojnę zaś wypowiadają nie tyle ludziom, co występkom, „nikomu złem za złe nie oddawając” (Rzym. 12, 17), jeno pragnąc zawsze sprowadzić błądzących na dobrą drogę. Boć w bliźnim nie przeoczać siebie samego, a nawet we wrogu swoim własną kochać naturę, szlachetna to rzecz! Z samą Bożą dobrocią można to porównać! Spotykamy się z tym nierzadko, że najgorsi ludzie zmieniają się w najlepszych: pijący w trzeźwych, okrutnicy w miłosiernych, chciwcy w szczodrych, niepowściągliwi w zachowujących czystość, zabijący w spokojnych.

    Ponieważ zaś sam Pan powiedział: „nie przyszedłem wzywać sprawiedliwych, ale grzesznych” (Mt. 9, 13; 12, 7; Oz. 6, 6; 1 Tym. 1, 15), nikomu z chrześcijan nie wolno nienawidzić kogokolwiek. Boć na przebaczeniu grzechów opiera się zbawienie. Nie wiemy zaś, jak wartościowymi jeszcze ludźmi może uczynić łaska Ducha Św. tych, z których mądrość przyziemna porobiła nicponiów.

  3. Świętość tedy i dobroć – to znamiona ludu Bożego! Świętym on być powinien, unikając tego, co zakazane, dobrym zaś, czyniąc, co nakazane! Wprawdzie wielka to już rzecz posiadać prawą wiarę i niesfałszowaną naukę; wprawdzie też największej pochwały będą godne takie przymioty, jak opanowanie podniebienia, łagodność w usposobieniu i czystość nieskazitelna. Ale bez miłości zawsze będzie czegoś brakowało wszystkim tym cnotom. Największe zalety charakteru będą bezowocne, jeśli ich miłość nie zrodzi. Dlatego mówi Pan w Ewangelii św. Jana: „Po tym poznają wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jedni ku drugim” (Jan 13, 35). A w liście tego samego Apostoła czytamy: „Najmilsi! miłujmy się wzajemnie, ponieważ Bóg ]est miłością, i wszelki, co miłuje, z Boga się rodzi i poznaje Boga. Kto zaś nie miłuje, nie zna Boga, ponieważ Bóg jest miłością (1 Jan 4, 7). Dlatego wierni powinni badać swoje sumienie i ścisłemu osądowi najskrytsze nawet swoich serc skłonności. Jeżeli odnajdą owocną miłość bliźniego na dnie duszy własnej, mogą nie wątpić, że Bóg w niej przebywa! By zaś tam z dnia na dzień przestronniej było tak wielkiemu Gościowi, niech ją rozszerzają wytrwale coraz to nowymi uczynkami miłosierdzia. Wszak Bóg jest miłością, a że boskości nie podobna zamknąć w jakichś granicach, więc też i miłości bliźniego nie należy zakładać kresu.
  4. Do szerzenia dobra, tej cnocie właściwego, dnie bieżące nawołują nas w szczególny sposób – chociaż i wszelki inny czas do tego się nadaje. Kto chce bowiem podjąć Paschę Pana, uświęcony na duszy i ciele, winien zabiegać przede wszystkim o ten dar łaski, który zawiera w sobie wszystkie cnoty i pokrywa mnóstwo grzechów (1 Piotr 4, 8). Mając więc obchodzić uroczyście tę tajemnicę Bożej Miłości, wyższą nad wszystko, przez którą Jezus Chrystus zmazał nasze winy, przygotowujmy się do tego już naprzód ofiarami miłosierdzia. Samiśmy go doznali od dobrego Boga, świadczmy je tym, co wobec nas zawinili! W niepamięć tedy puszczajmy krzywdy, nie karzmy za winy, uwalniajmy podwładnych od tego lęku, że czeka ich wciąż odwet za różne uchybienia. Niech opustoszeją więzienia karne i ustaną żałosne jęki przestępców po ciemnych lochach. Kto takich trzyma za jakieś winy, niechaj pamięta, że i sam nie jest bez grzechu! Szczęśliwy, że ma komu przebaczyć, aby w ten sposób i sobie zyskał przebaczenie – nie mając wątpliwości, że przy odmawianiu słów, jakich nas Pan nauczył: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” (Mat. 6, 12), tym rodzajem modlitwy jedna sobie Boskie zmiłowanie.
  5. Następnie w obecnym czasie trzeba się zdobywać na większą niż kiedy indziej wobec biednych i dotkniętych różnymi ułomnościami. Ona to sprawi, że z wielu ust popłyną dzięki do Boga; posilenie przez nas nędzarzy wesprze skuteczność naszych postów. Pan bowiem na dzieło spełnione przez wiernych dla jego ubogich, spogląda tak miłym okiem, jak na żadne inne; w świadczonym przez nas miłosierdziu widzi odbicie własnej miłości. A nie należy się obawiać, że datki na nie łożone, uszczuplą nasze mienie. Sama dobroczynność wielkim jest bogactwem. A tam, gdzie Chrystus i żywi innych i siebie karmić każe, nie może zbraknąć środków do szczodroty 1 (Mat. 25, 40). W całej tej bowiem sprawie działa owa ręka, co łamiąc chleb, zwiększa go i, rozdzielając, mnoży 2. Bez obaw zatem i z radością w sercu niechaj każdy wspomaga wiernych, bo właśnie wtedy największy zysk weźmie, kiedy dla siebie jak najmniej zatrzyma. Stwierdza to św. Paweł w słowach: „Ten co daje nasienie siejącemu, da też chleba na pokarm i rozmnoży nasienie wasze, i przysporzy owoców sprawiedliwości waszej” (2 Kor. 9, 10), w Chrystusie Jezusie, tym Panu naszym, co żyje i króluje z Ojcem i Duchem Św. na wieki wieków. Amen.

Footnotes:

1

Por. słowa Leona z Mowy 17, 2: „qui dat, ut habeas, mandat, ut tribuas”.

2

Aluzja do rozmnożenia 5 chlebów. (Jan 6, 5).

Tags: św Leon Wielki Wielki Post post miłość bliźniego
2020-12-27

Św. Jana, Ewangelisty i Apostoła

Żył około roku Pańskiego 104.

Żywot jego wyjęty jest z Ewangelii świętéj i z dzieł świętego Hieronima.)

Święty Jan, jeden ze czterech Ewangelistów, a zpomiędzy Apostołów Pana Jezusa najulubieńszy Jego uczeń, rodem z Galilei, był synem Zebedeusza i Salomei, a starszym bratem świętego Jakóba przezwanego młodszym także Apostoła. Pochodził z ubogiego stanu i wraz z ojcem trudnił się rybołówstwem. Miał zaledwie lat dwadzieścia pięć, kiedy razu pewnego podczas gdy na brzegach jeziora Genezareckiego naprawiał z bratem sieci, nadszedł tam Zbawiciel, i obydwóch ich za Sobą powołał. W téjże chwili opuścili wszystko: ojca, rodzinę, dom i sieci z których zarabiali na życie, i poszli za Boskim Mistrzem swoim.

Święty Jan, odznaczał się od najmłodszych lat wszystkiemi cnotami, ale najbardziéj nieskalaną czystością. Z tegoto głównie powodu Pan Jezus tak dalece go umiłował że i Ewangelia święta wspominając o nim, powiada: „Uczeń którego Jezus umiłował” 1. Zpomiędzy téż wszystkich Apostołów, on miał najszczególniejszy przystęp do Zbawiciela, i jego zwykle używali inni uczniowie, gdy chcieli aby Pan Jezus wyjaśnił im jakie rzeczy tyczące się Jego Boskiéj nauki. Nie odstępował nigdy Syna Bożego, był przy nim kiedy wskrzesił świekrę świętego Piotra, tożsamo gdy przywrócił życie córce wielkiego Kapłana Jairy, i przy innych cudach jakie czynił Jezus, był także obecnym.

Razu pewnego wraz z bratem posłany został do jednego z miasteczek Samarytańskich dla wyszukania mieszkania dla Zbawiciela; a gdy Samarytanie nie chcieli go przyjąć, tak to świętego Jana oburzyło, iż razem ze świętym Jakóbem powiedział do Pana Jezusa „Panie pozwól abyśmy sprowadzili z Nieba ogień na tych niewdzięczników, jak to niegdyś uczynił Eliasz.” Lecz za to Pan Jezus ich upomniał mówiąc: „W ten sposób odzywając się nie wiecie jakim duchem ożywieni jesteście: Syn Boży nie po to przyszedł aby zabijać, lecz aby ożywiać.” 2 Wtedyto Zbawiciel nazwał ich Boanerges: to jest dzieci gromu, co było razem i przepowiednią że ogłaszając późniéj Ewangelią, gromić oni będą błędy pogańskie.

Przy Przemienieniu Swojém na górze Tabor, Syn Boży wziął był z sobą trzech tylko uczniów, a w ich liczbie był właśnie i Jan święty. Wkrótce potém gdy już Chrystus Pan miał ostatnią wieczerzę przed męką Swoją z Apostołami odbywać, posłał świętego Jana ze świętym Piotrem do Jerozolimy, aby w tym celu przygotowali tam mieszkanie. I wtedy to, na téj ostatniéj wieczerzy, na któréj postanowił przenajświętszy Sakrament, ten największy dowód Swojéj miłości ku ludziom, raczył także okazać w jak szczególny sposób miłował Jana. Umieścił go zaraz obok Siebie i dozwolił mu głowę położyć na piersiach Swoich, do których przytulił się Jan święty jak dziecię do Matki, i tak przez cały czas wieczerzy pozostawał. Święty Augustyn, pisze że w téjto błogosławionéj chwili, zaczerpnął ulubiony uczeń Pański, z samego Serca Zbawicielowego, to poznanie najświętszych i najszczytniejszych tajemnic, które go uczyniło niezrównanym Teologiem i największym z Proroków, tak że jak pisze znowu święty Jan Złotousty, późniéj sami Aniołowie wyuczyli się od świętego Jana wiele rzeczy, których wprzód nie znali, i do tego odnosi te słowa Pisma Bożego: „Aby wiadoma była księstwom i zwierzchnościom na niebiosach, przez Kościół rozliczna mądrość Boża”. 3 Gdy przy końcu wieczerzy Pan Jezus powiedział uczniom, że Go jeden z nich zdradzi, wszyscy przerażeni tém zostali. Wtedy święty Piotr, chociaż z nich najstarszy, nieśmiejąc jednak sam spytać Pana Jezusa, skinął na świętego Jana, aby on się dowiedział o kim mówił Zbawiciel. Ukochany uczeń spytał o to Pana Jezusa pocichu, a Pan Jezus podobnież odpowiedział mu, że tym nieszczęsnym jest ten któremu on poda kawałek chleba zmaczany. Jakoż, podał takowy Judaszowi Iskaryocie, który w istocie w ręce Go żydowskie wydał.

Gdy Pan Jezus udał się do Ogrójca, a tam odsunąwszy się od Apostołów, miał rozpocząć Swoję mękę w krwawéj modlitwie, biorąc wtedy z Sobą trzech tylko uczniów, wziął znowu między nimi świętego Jana. W kilka chwil potém napadli Żydzi na Chrystusa, związali Go i uprowadzili. Wszyscy Apostołowie przestraszeni rozbiegli się, jeden święty Jan nie odstąpił Zbawiciela, i krok w krok poszedł za Nim. Nazajutrz, gdy już Syna Bożego wiedziono na Kalwaryą, ze wszystkich Apostołów, jeden tylko święty Jan, nieodstępując Matki Bożéj towarzyszył Chrystusowi Panu, ciągle był obecny Jego ukrzyżowaniu i wtenczas odebrał od Zbawiciela ostatni a najwyższy dowód jego szczególnéj miłości i zadatek łask wszelkich. Wtenczas bowiem Pan Jezus oddał Janowi Matkę Swoję przenajświętszą Maryą za Matkę, a Maryi Jana za syna. Rozpięty i podniesiony na krzyżu, blizki już oddania ducha swojego w ręce Ojca Przedwiecznego, widząc te dwie istoty najdroższe Mu na ziemi przy Sobie, rzekł najprzód do Matki wskazując Jéj świętego Jana: „Niewiasto oto Syn twój”, a potém do Jana, podobnież wskazując mu przenajświętszą Pannę: „Oto Matka twoja” 4. A że słowa Pana Jezusa byłyto słowa Boże, te które gdy powiedziały o chlebie: „Oto ciało moje” 5, chleb w Ciało Jego przenajświętsze zmieniły, i tu całą moc swoję wywarły. Od téj chwili serce Maryi przetworzone zostało na serce macierzyńskie dla Jana, a serce Jana na serce synowskie względem przenajświętszéj Panny. I z tegoto powodu, powiada święty Piotr Damian, że nikt większy w chwale i zasługach nad świętego Jana być nie może, który tym sposobem stał się jakby drugim synem Maryi i bratem Jezusa 6. Odtąd téż święty Jan nie rozłączał się już z przenajświętszą Panną, wziął Ją do domu swego, i miał niewymowne szczęście opiekowania się Nią jako syn najprzywiązańszy, aż do chwili Jéj błogosławionego Uśnięcia i Wniebowzięcia. A gdy jedno pozdrowienie Maryi, kiedy przybyła do świętéj Elżbiety, na cały dom jéj sprowadziło najobfitsze błogosławieństwa Boże, któż wyobrazić sobie potrafi, ilu i jakich łask były źródłem dla Jana, już nietylko pozdrowienia któremi go nie raz przez ten czas witała Marya, lecz i Jéj błogosławieństwa któremi go obdarzała. Można więc zdaje się przypuszczać że po Niéj Saméj i po świętym Józefie, pierwsze on przy Jezusie zajmuje miejsce, i po Nich najskuteczniejszym jest naszym pośrednikiem.

Po Zmartwychwstaniu Pańskiém, gdy święta Magdalena nieznalazłszy Pana Jezusa w grobie, pośpieszyła zawiadomić o tém Piotra i Jana, pobiegli tam niezwłocznie obaj. Lecz święty Jan wyprzedził świętego Piotra, i pierwszy u grobu stanął. Gdy potém nad morzem Tyberyadzkiém okazał się Chrystus Apostołom, najpierwszy z nich poznał go Jan święty, i zawołał do Piotra: „Pan jest” 7. Podczas tego objawienia się uczniom, Pan Jezus przepowiedział Piotrowi jaką śmiercią umrze. Piotr widząc obok siebie świętego Jana, spytał jaki jego los czeka; na co odpowiedział mu Zbawiciel: „Jeśli jest wolą Moją aby tak pozostał aż przyjdę, poco ci dopytywać co się z nim stanie.” W skutek téj odpowiedzi, Apostołowie myśleli że Chrystus Pan, zapowiadał iż święty Jan nie ulegnie śmierci. Lecz sam on w swojéj Ewangelii pisze, że Syn Boży nie w tém znaczeniu słowa te był wyrzekł.

Zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego, Jan wraz z świętym Piotrem, wszedłszy do świątyni Jerozolimskiéj, cudownie uzdrowili chorego przy drzwiach siedzącego. Gdy się ten cud rozgłosił, obaj uwięzieni i badani zostali. Tak śmiało i mądrze odpowiadali, że już wtedy poznać można było, iż przez usta tych prostych i ubogich rybaków, sam Duch Święty przemawia. Podczas prześladowania chrześcijan, które się wszczęło ze śmiercią świętego Szczepana, święty Piotr wraz ze świętym Janem, udali się do miasta Samaryi, gdzie znalazłszy już wielu wiernych, przez włożenie na nich rąk udzielili im Sakrament Bierzmowania. Późniéj święty Jan znajdował się na pierwszym Soborze w Jerozolimie, na którym, jak się wyraża Pismo Boże, był on jako filar Kościoła.

Gdy Apostołowie rozchodzili się po świecie dla głoszenia Ewangelii, święty Jan ostatni opuścił Ziemię Żydowską. Udał się pomiędzy Partów, i zatrzymał się w Azyi mniejszéj, gdzie wraz z przenajświętszą Panną osiadł w mieście Efezie, wkrótce założywszy tam Kościół. Ztamtąd przebiegł wszystkie krainy téj części świata, roznosząc Słowo Boże i wielkie cuda czyniąc. Nawrócił całą prawie Azyą pisze święty Hieronim, wiele tam pozakładał dyecezyi i wielu wyświęcił Biskupów.

Po Wniebowzięciu przenajświętszéj Maryi Panny, święty Jan wyłączniéj jeszcze oddał się pracom Apostolskim. Zaniósł światło Ewangelii na krańce Wschodu, aż nareszcie podczas prześladowania chrześcijan za cesarza Domicyana, jeden z najpierwszych został uwięziony i posłany do Rzymu. Tam najprzód poniósł męczeństwo, zostawszy zanurzony we wrzącym oleju z którego cudem żywy wyszedł, a cośmy ze szczegółami pod dniem szóstym Maja opisali. Potém skazany został na wygnanie do wyspy Patmos na Archipelagu ku Azyi położonéj. Tam z rozkazu Pana Jezusa napisał Apokalipsę, to jest Objawienia, które stanowią ostatnią księgę Pisma Bożego, a w któréj według wyrażenia świętego Hieronima, co słowo to najgłębsza tajemnica.

Po śmierci cesarza Domicyana, następca jego Nerwa, dozwolił powrotu wszystkim wygnańcom, i święty Jan po ośiemnasto miesięcznym pobycie na wyspie Patmos wrócił do Efezu. Gdy z tego miasta wywozili go do Rzymu, pozostawił tam był jednego z uczniów swoich, który przez ten czas tak dalece zapomniał o jego naukach, że dopuszczając się różnych zdrożności, w końcu przyłączył się do szajki zbójców, i z nimi mieszkał w lesie. Dowiedziawszy się o tém święty Jan, udał się w góry gdzie się kryli ci rozbójnicy, niezważając na niebezpieczeństwo na jakie go to narażało, i wynalazł owego młodzieńca, który ujrzawszy świętego Jana zaczął uciekać. Mąż Boży niepomny nawet na starość swoję, popędził co prędzéj za nim wołając: „Nie uciekaj synu przed ojcem, ja grzechy twoje biorę na siebie, zatrzymaj się: Chrystus mnie do ciebie posłał.” I stanął młodzieniec, a gdy Święty nadszedł, upadł mu do nóg. Jan go uściskał, zaprowadził z sobą do Efezu, i do szczeréj pokuty przywiódł, w któréj on szczęśliwie życia swego dokonał.

Gdy rządził dyecezyą Efezką Jan święty, już wtedy różni kacerze rozszarpywali jedność Kościoła i wiarę chrześcijańską fałszowali. Ponieważ pod tę porę z Apostołów Pańskich już tylko święty Jan był jeszcze przy życiu, wszyscy Biskupi tak ze Wschodu jak i Zachodu udali się do niego, aby on przeciwko tym nieprzyjaciołom Chrystusa wystąpił. Wtedy Duch Święty użył go do napisania Ewangelii, przez niego ułożonéj. Jan zabierając się do tego nakazał publiczny post i modlitwy, na których i sam trwając wpadł był w zachwycenie, i jak pisze święty Hieronim, wychodząc z niego, wyrzekł te słowa od których zaczyna się jego Ewangelia: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo” 8. W całéj téż téj księdze swojéj, Jan wyświeca głównie Bóstwo Chrystusa Pana, i przez ojców Kościoła nazwany jest Orłem pomiędzy Ewangelistami. Prócz tego napisał trzy Listy Ewangeliczne, należące także do ksiąg Pisma Bożego, z których pierwszy szczególnie tyczy się miłości bliźniego, jako królowéj cnót chrześcijańskich. On téż ją szczególnie, we wszystkich przemowach i kazaniach swoich zalecał. Doszedłszy już późnéj starości, niemogąc chodzić, kazał się uczniom zanosić do kościoła i przez pewien czas nic innego nie mówił tylko te kilka słów powtarzał. „Dziateczki drogie, miłujcie jedni drugich.” Gdy go spytano nareszcie dla czego zawsze do jednego wraca, dał tę odpowiedź godną ulubionego ucznia Chrystusowego: „Dla tego, rzekł, zawsze to jedno wam powtarzam, bo przykazanie Pańskie to jest, i byle to jedno zachować, można zostać Świętym.”

Nakoniec zbliżyła się chwila, w któréj miał zabrać do Siebie Pan Jezus, tego najukochańszego ze swoich uczniów. Był wtedy Jan święty w Efezie i miał sto lat przeszło. Wziąwszy razu pewnego kilku duchownych z sobą, poszedł z niemi na jednę z gór okolicznych. Stanąwszy u jéj szczytu, kazał tam sobie grób wykopać. Skoro go ukończyli, wrzucił w niego płaszcz swój, a przeżegnawszy się wstąpił do niego mówiąc: „Bądźże ze mną Panie Jezu Chryste.” A do uczniów: „Pokój wam bracia,” i kazał im odejść. Co oni uezynili, a odszedłszy niedaleko gdy się obejrzeli, ujrzeli grób jego światłością niebieską otoczony. Nazajutrz gdy do grobu wrócili, nie zastali w nim ciała świętego Jana, tylko jego obuwie. Wszyscy Ojcowie święci nie wątpią że umarł, lecz niektórzy z nich utrzymują że potém z ciałem i duszą do Nieba był wzięty, tak jak ci którzy przy śmierci Pana Jezusa z grobów byli powstali. Zasnął w Panu dnia 27 Grudnia roku od Urodzenia Pana Jezusa 104-go.

Pożytek duchowny

Cnota nieposzlakowanego dziewictwa która jaśniał Jan święty, ściągnęła na niego dwie najwyższe jakie spotkać mogą człowieka łaski: jedna że był ulubionym uczniem Pana Jezusa, druga że stał się przysposobionym synem Maryi. Chcesz li miłym być Jezusowi, i dzieckiem Maryi, pokochaj cnotę czystości i strzeż jej najpilniéj.

Modlitwa (Kościelna)

Kościół Twój, Panie miłościwie łaską Ducha świętego rozjaśniaj; aby błogosławionego Jana Apostoła Twego i Ewangelisty naukami oświecony, dóbr wiekuistych dostąpił, Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1124–1127.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 1019

Gdy święty Jan był bardzo stary, tak że go uczniowie do kościoła na ręku nosić musieli, nie mógł już kazać i odzywał się tylko w te słowa: „Synaczkowie, miłujcie się wzajemnie!” Sprzykrzyły się one w końcu uczniom, zapytali go zatem: „Mistrzu, czemu zawsze jedno mówisz?” A on odpowiedział: „Jest to rozkazanie Pańskie. Kto je wypełnia, może mieć na tym dosyć”.

W dniu dzisiejszym podaje Kościół wiernym poświęcone wino, a kapłan mówi: „Pij miłość Jana w Imię Ojca, Syna i Ducha świętego. Amen”. Dzieje się to na pamiątkę gorliwości świętego apostoła, który dla nawrócenia pewnego bałwochwalcy wypił puhar napełniony zatrutym winem, przeżegnawszy je poprzednio.

Footnotes:

1

Jan, XIII. 23.

2

Mar. III. 17.

3

Efez. III. 10.

4

Jan XIX. 27.

5

Jan XXIV. 26.

6

S. Dami. Ser. de morte Christi.

7

Jan XXI. 7.

8

Jan I. 1.

Tags: św Jan „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna apostoł Ewangelia męczennik Maryja miłość bliźniego czystość
2020-12-22

Mowa 20 na post grudniowy – św. Leon Wielki

Św. Leon Wielki, Mowy (Księgarnia św. Wojciecha), 1958, s. 66–70.

  1. Najmilsi! Zbawiciel nasz, podejmując dzielo naprawy ludzi przydziałami miłosierdzia Bożego, taki nadał mu bieg, że Ewangelia łaski miała zdjąć łuskę formalną z Prawa, nie burząc istotnej treści jego ustaw. Dlatego mamy ściśle stosować się do owego orzeczenia Pana, że nie przyszedł rozwiązywać Zakonu, jeno go wypełnić (Mt. 5, 17). I my zatem, jak tylko za łaską Bożą potrafimy, winniśmy tej zasadzie służyć. Wiemy dobrze, że niczego z ustaw Starego Przymierza nie wolno nam uznawać za zbędne, starannie, oczywiście, odróżniając to, co było w nich przejściowe — aktualne tylko do czasu spełnienia się spowitych w nie symbolicznych zapowiedzi — od tego, co już w założeniu otrzymało cechę stałego nadal trwania. Doboru więc pokarmów i obiat ofiarnych, obrzezania ciała, rytualnych licznych oczyszczeń i obmyć, nie potrzeba dzisiaj zachowywać, nawet w ich figuralnym (symbolicznym) znaczeniu, ponieważ już dokonało się to, co one zapowiadały. Natomiast przykazania i przepisy moralne pozostają tak, jak były wydane, ponieważ poza swym znaczeniem dosłownym nie zawierają innych zapowiedzi. Duch pobożności chrześcijańskiej mnoży je i potęguje, nie zaś zmniejsza i usuwa 1. A więc jednakowo wysoko stawiamy tak na podstawie Starego Zakonu, jak Ewangelii, takie przykazania, jak „będziesz milował Boga i bliźniego, czcij ojca i matkę swoją, nie będziesz miał bogów cudzych przede mną…” i wszystko inne, co jest albo groźbą zakazane, albo pod obietnicą nakazane. Starego Zakonu sprawiedliwości wcale nie uszczuplamy, chociaż tyle mu przybyło z Nowego Prawa łaski. Stąd też słusznie Apostołowie ustalili w swych zarządzeniach, aby pozostawić w swej sile dawne tak pożyteczne posty i żeby Kościół przejął do swej praktyki wstrzemięźliwość, jako sposób uświęcenia, mimo że tyle ma swoich zwyczajnych środków pokutnych. Komu bowiem dano pełnić większe rzeczy, nie przystoi nie zachowywać mniejszych.
  2. Tak jasną przeto mając naukę, najmilsi, zaliczamy też do przykazań kościelnych post grudniowy. Ogłaszamy go wam, pobożni słuchacze, podług zwyczaju. Boć doskonała pobożność i doskonała sprawiedliwość domaga się, aby za ukończone żniwa Bogu podziękować i złożyć Mu razem z świętą ofiarą wstrzemięźliwości także i ofiarę miłości bliźniego. Wolno każdemu cieszyć się z urodzajów, wolno radować oczy widokiem pełnych gumien, niech jednak tę jego radość z obfitości mogą podzielać i ubodzy. Bujność łanów zbożowych, nabrzmiałość gron winnych, urodzajność drzew, plenność zwierząt, oto wzór dla dusz przynoszących owoc. Z tego, co ziemia name dała, niech dają serca nasze, abyśmy mogi powiedzieć o sobie z prorokiem: „ziemia (nasza) dała swoj owoc” (Ps. 66, 7). Bóg bowiem, prawdziwy i najwyższy siewca, darzy nie tylko ziemskie, ale i duchowe owoce i umie prowadzić sadzonki i szkółki jednych i drugich. On sprawia, że nasiona, rzucone w ziemię, plonują, On także sprawia, że ziarna cnót, rzucone w serca ludzkie, owocują. Jedne i drugie pochodzą z jednej opatrznościowej ręki, jedne i drugie też mają w nas zmierzać do jednego dzieła. Nic bowiem lepiej nie odpowiada szlachetności natury człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże, jak gdy naśladuje dobroć swego Stwórcy, miłościwego wprawdzie dobroczyńcy, ale i sprawiedliwego w wierzyciela, co domaga się swego. Pragnie On, żebyśmy z Nim współpracowali. Wprawdzie my nie możemy niczego stworzyć, ale możemy włodarzyć tym, co z łaski otrzymaliśmy Bożej. Wzięliśmy dobra ziemskie nie po to, żeby one tylko zaspokajały i nasycały przyjemności zmysłów. Inaczej wcale byśmy się nie różnili od bydląt i dzikich bestii. Nie baczą ci one na to, co innym potrzeba, jeno chodzić umieją koło siebie i swego potomstwa.
  3. Zwierzęta, nie mając rozumu, nie mają też światła przykazań. Nie wziąwszy rozumu, nie pojmują też prawa. Gdzie natomiast działa światło rozumu, tam może kwitnąć karność, i Bogu, i bliźniemu dłużna miłością. Jedynie bowiem w ten sposób człowiek może wykazać, że jest naprawdę sobie samemu życzliwy, gdy będzie ponad siebie miłował tego, komu zawdzięcza swą naturę, i jak siebie samego tych, co mu są równi co do natury swojej. Słusznie (powiedziane jest), że na tych dwóch przykazaniach cały zakon zawisł i prorocy (Mt. 22, 40), słusznie wszystkie tak obszerne nauki (Pisma świętego) całkowicie streszczone są w krótkości tych niewielu słów: będziesz miłował Boga, będziesz miłował bliźniego. Wzór miłości bliźniego mamy w miłości Boga względem nas. Bóg nawet dla złych ludzi jest dobry, darami swej łaskawości obsypuje nie tylko swych czcicieli, ale i tych, którzy Go zaprzeczają! Miłujmy tedy bliskich nam, miłujmy i obcych! Co przyjaciołom z wzajemnego obowiązku, nieprzyjaciołom świadczmy z szlachetnej hojności! A chociaż drapiestwa niejednego żadna ludzkość nie zdoła ułagodzić, to jednak dobre uczynki nie pozostaną bez owocu. Dobroczyńca nigdy nie traci, nawet gdy niewdzięcznemu daje. Od czynienia dobrze, najmilsi, nikomu nie wolno stronić, niech przeto nikt nie wymawia się swoją niezamożnością, twierdząc jakoby nie mógł wspomagać bliźniego, bo sobie ledwie wystarcza. Wielką rzecz uczyni, gdy z tego niewiela, jakie posiada, zdobędzie się na ofiarę. Na szali sprawiedliwości Bożej waży nie ilość podarków, jeno wielkość ducha. Ewangeliczna wdowa dwa pieniążki zaledwie włożyła do skarbonki, a jednak przewyższyła dary wszystkich bogaczów (Mar. 12, 42). U Boga najmniejsze dzieło miłości nie jest bez ceny i żaden uczynek miłosierdzia bez owocu. Nie jednakowo On wprawdzie ludzi uposażył, ale jednakowego od wszystkich żąda serca. Niechaj każdy sam ocenia stan swego posiadania; kto więcej otrzymał, więcej niechaj daje.

Wstrzemięźliwość wiernych niech staje się chlebem ubogich, a co sobie kto ujmie, niech obróci na korzyść biednego. Aczkolwiek bowiem wstrzemięźliwość wiele daje duszy i ciału, to jednak same posty mało przyniosą pożytku, jeśli ich nie uświęcą uczynki miłosierdzia. Wszak jałmużny posiadają jakby chrzcielną moc; jak woda gasi ogień, tak „jałmużna gasi grzechy”. Ten sam Chrystus żąda od nas: „omyjcie się, czystymi bądźcie” (Iz. 1, 16), który rzekł: „dajcie jałmużnę, a oto wszystkie rzeczy są wam czyste” (Łk. 11, 41), aby nikt nie obawiał się i nie wątpił, że może odzyskać otrzymaną w sakramencie odrodzenia jasność duszy, kto, nawet wiele grzechów mając na sumieniu, stara się oczyścić pojednawczą mocą jałmużny!

Footnotes:

1

Por. Mowy 17, 1 i 92, 1.

Tags: św Leon Wielki post suche dni Adwent miłość bliźniego jałmużna
2020-12-06

Św. Mikołaja, Biskupa Mireńskiego

Żył około roku Pańskiego 300

(Żywot jego był napisany przez Metafrasta.)

Święty Mikołaj urodził się w Patara, mieście w Azyi mniejszéj położoném, w połowie IIIgo wieku. Rodzice jego bardzo pobożni, jedyne to dziecię mając, i najstaranniéj je wychowali, i od dzieciństwa w cnoty chrześcijańskie wprawili. Był jeszcze niemowlęciem, kiedy się okazało że go Pan Bóg na wielkiego sługę Swojego przeznacza. Pierwiéj pościć niżeli jeść zaczął: bo gdy codziennie często ssał pierś matki, we środy i piątki raz tylko, i to w wieczór, przyjmował pokarm. Gdy podrósł, odznaczał się najskromniejszemi obyczajami, i jak mógł najdłużéj przebywał w kościele. Stronił od lekkomyślnych zabaw swoich rówienników, a na czytaniu ksiąg świętych, najwięcej czasu trawił. Miał stryja człowieka wielkiéj świątobliwości, który widząc w młodym synowcu swoim tak pobożne usposobienie, skłonił go do obrania stanu duchownego. Rodzice z radością zgodzili się na to, a on wkrótce kapłanem został, i zajaśniał wszystkiemi cnotami temu świętemu powołaniu właściwemi. Zajmując się gorliwie obsługą duchowną, wielkim był jałmużnikiem, u że posiadał znaczny majątek po rodzicach, hojnie wspierał ubogich, i starał się szczególnie aby o tém nikt nie wiedział.

Mieszkał w Patarze pewien znakomitego rodu szlachcie, który podupadł był zupełnie na majątku, i miał trzy córki dorosłe słynące z urody, a których już prawie nie miał czém wyżywić. Przyszła mu myśl niegodziwa, wydać te nieszczęsne dziewice na rozpustę, a tym sposobem i im i sobie sposób do życia zapewnić; z czego w najwyższéj rozpaczy były te poczciwe panienki, dotąd najprzykładniéj żyjące. Doszło to do wiadomości świętego Mikołaja. Ten niezwłocznie wziął znaczną ilość pieniędzy, i przyczepiwszy do nich kartkę z napisem: na posag twojéj najstarszéj córki i twoje utrzymanie, wrzucił taki worek z pieniędzmi w nocy przez otwór, do mieszkania tego niedobrego ojca. Ten szczerze obżałowawszy swój niepoczciwy zamiar, odstąpił od niego po takim dowodzie szczególnego nad nim miłosierdzia Bożego, i najstarszą córkę uczciwie za mąż wydał. Co widząc Mikołaj, tymże sposobem i dla drugiéj posag do mieszkania jéj ojca wrzucił, a gdy i ta wyszła za mąż, i trzecią tymże sposobem udarował, lecz już ze swoim dobrym czynem ukryć się nie mógł. Tak hojnie bowiem obdarzony przez niego ów szlachcic, słysząc upadający worek złota przez okno w nocy, wybiegł na ulicę, dogonił Mikołaja, a upadłszy mu do nóg, za jego dobrodziejstwa dziękował. Święty zaś nakazał mu aby o tém nikomu nie mówił, gdyż wszystkie dobre uczynki jak najskryciéj wypełniał.

Stryj jego dopatrzywszy w nim wielką skłonność do życia więcéj odosobnionego, wybudował umyślnie dla niego obszerny klasztor, umieścił w nim wielu zakonników, do których gdy przyłączył się i święty Mikołaj, wkrótce na przełożonego wybranym został. Zażywał tam przez czas pewien, większéj niż w zawodzie świeckiego kapłana ciszy, lecz zapragnąwszy życia pustelniczego, puścił się do Ziemi świętéj, z zamiarem osiedlenia się tam pomiędzy pustelnikami. Płynąc do Aleksandryi, przepowiedział żeglarzowi wielką burzę któréj on wcale się nie spodziewał, a gdy od niéj już prawie okręt miał zatonąć, za modlitwą Mikołaja morze się uciszyło. Podczas nawałności, spadł był majtek z wysokiego masztu 1 zabił się na miejscu. Święty pomodliwszy się nad nim, do życia go powrócił. W Aleksandryi, gdzie na wieść tych przez niego uczynionych cudów, wielką liczbę do niego opętanych i chorych zniesiono, wszystkich modlitwą swoją uzdrowił.

Zwiedziwszy miejsca święte, miał już iść na puszczę, kiedy podczas modlitwy, taki głos z Nieba usłyszał: „Mikołaju, wróć się do owiec któreś opuścił.” On wnosząc iż wolą Boga jest aby wrócił do swego klasztoru, przyszedł do niego, gdzie znowu wśród modlitwy powiedział mu głos z Nieba: „Nie to jest rola na któréj pożytek z ciebie mieć mam; idź do miasta Mirry między ludzi, aby Imię Moje przez ciebie uwielbione było.”

Niezwłocznie sługa Boży puścił się do tego miasta, w którém go nikt nie znał. Tam, podówczas, po śmierci Biskupa, zebrani byli okoliczni Biskupi, dla obrania nowego Pasterza; a gdy długo w tém do zgody przyjść nie mogli, udali się wszyscy wraz z ludem na gorącą modlitwę, prosząc aby im Pan Bóg wyraźnie wolę Swoję w tym okazał. Jakoż, objawił Pan Bóg jednemu z najstarszych, a wielkiéj świątobliwości Biskupowi, aby tego człowieka który nazajutrz najpierwszy do kościoła wejdzie, na Biskupa obrali. Tymczasem tejże nocy Mikołaj o niczém niewiedząc, przybywszy do Mirry udał się prosto do kościoła, a znalazłszy go zamkniętym, modlił się przy nim póki go nie otworzą. Skoro go otworzyli, pierwszy wszedł do niego, a Biskupi już tego pilnujący, pomimo oporu jaki stawił, na Biskupa Mirreńskiego go wyświęcili.

Objąwszy tę wysoką godność, rzekł sam do siebie: „Mikołaju urząd który cię spotkał, zmusza cię abyś już nie sobie żył, ale innym.” Odtąd téż zajaśniał cnotami najdoskonalszego Pasterza. Zastał w Dyecezyi swojéj, upowszechnione wielkie zbytki, których nawet dopuszczało się i duchowieństwo, nosząc bogate szaty. Zanim więc na to powstawać wyraźnie zaczął, sam się ubierał bardzo ubogo, i cały dwór swój Biskupi jak najskromniéj prowadził. Przytém codziennie jak najściśléj pościł, jednę tylko jadając potrawę, i to dopiéro późno wieczorem, aby tém więcéj miał przez dzień wolnego czasu do sprawowania obowiązków swojego pasterstwa, któremi ciągle był najgorliwiéj zajęty. Trudno téż wypowiedziéć, jak świętym był on Biskupem. O świcie już go było można widzieć w kościele, gdzie to pacierze kapłańskie wspólnie z innemi śpiewał, to święte Sakramenta sam udzielał, to słowo Boże głosił z kazalnicy, albo dziatki małe katechizmu uczył. Późniéj odwiedzał chorych i biednych po ich mieszkaniach, a tak na nich wszystko rozdawał, że nie raz naczynia domowe i najulubieńsze księgi swoje sprzedawał, byle miał za co jałmużnę czynić. Od południa do wieczora, załatwiał sprawy duchowne swojéj dyecezyi. Późniéj dawał posłuchanie wszystkim z jakiemibądź prośbami do niego zgłaszającym się. Ubodzy zaś, w każdéj porze dnia i nocy mieli do niego najwolniejszy przystęp. Co rok zbierał Sobór prowincyonalny, dla utrzymania karności w swojém duchowieństwie.

Tak sprawując swój pasterski urząd, przejmował się nie raz straszną trwogą ciężkiego rachunku jaki zda za niego przed Bogiem. Razu pewnego silnie nią przejęty, błagał Pana Boga na modlitwie aby go od Biskupstwa uwolnił, lecz usłyszał głos mówiący do niego: „Nie bój się Mikołaju, nie opuszczę Ja tego który w służbie Mojéj trwa wiernie.” Wielce tem pokrzepiony na duchu, trwał daléj w świętéj gorliwości mąż Boży, i Pan mu coraz więcéj błogosławił, a on coraz większych pożytków z prac swoich pasterskich zażywał.

Lecz wszczęte zostało pod Dyoklecyanem i Maksymianem cesarzami, srogie chrześcijan prześladowanie. Ogłoszono i w Mirrze wyrok cesarski nakazujący wszystkim chrześcijanom oddawanie czci bożkom, a to pod karą śmierci. Jednym z pierwszych których wielkorządca tego miasta uwięził, był święty Biskup, który owczarni swojéj nieodstępując, chociaż wiedział dobrze co go czeka, wszystkich do wytrwałości zachęcał, a tych którzy przed nim schwytani i uwięzieni byli, po więzieniach odwiedzał i pocieszał. Długo w ciemnéj i wilgotnéj ciemnicy był trzymany, wiele w niéj zniewag doznał, i byłby W końcu śmierć męczeńską poniósł, gdyby nie to że w tychże czasach wstąpił na tron Konstantyn Wielki, który pierwszy z cesarzów Kościoł wyswobodził. Wnet téż święty Mikołaj z więzienia wypuszczony został, a tém łatwiéj urząd swój sprawując pod rządami chrześcijańskiego i świętego Cesarza, wytępił do szczętu w Dyecezyi swojéj resztki pogaństwa i prawie wszystkie bałwochwalcze świątynie na kościoły pozamieniał. W takich razach słyszano niekiedy głośne ryki szatanów, gdy je z bożnic pogańskich wyganiał.

Pod tę porę odbywał się walny Sobór w Nicei, z trzechset ośmnastu Biskupów katolickich złożony, a głównie na potępienie kacerstwa Aryusza, przeciw bóstwu Chrystusa Pana bluźniącego, zgromadzony. Obecny na nim święty Mikołaj, zajaśniał świątobliwością, nauką i gorliwością, w zbijaniu szerzących się błędów.

Gdy wrócił do Mirry, w roku tym ciężki głód kraj cały dotknął. Za żadne pieniądze, znikąd zboża sprowadzić nie można było. Zdjęty wielką nad biednym ludem litością, święty Biskup uciekł się do modlitwy: a oto gdy pewien kupiec z Sycylii do Hiszpanii kilka okrętów ze zbożem prowadził, ukazał mu się we śnie Mikołaj kupujący to zboże i dający mu zadatek, aby je do Mirry dostawił. Przebudziwszy się kupiec znalazł zadatek przy sobie, i widząc w tém wolę Boską cudownie sobie objawioną, dostawił do Mirry tak wielką ilość zboża, że to mieszkańców od głodu uratowało.

Zdarzyło się, że cesarz Konstantyn skazał był na śmierć trzech swoich wysokich urzędników, niewinnie o zdradę posądzonych. Mając oni już nadzieję tylko w Panu Bogu, przypomniawszy sobie świątobliwość i cuda przez świętego Mikołaja czynione, w więzieniu będąc, jego pośrednictwa zawezwali. W nocy po któréj mieli być traceni, okazał się we śnie Mikołaj cesarzowi i rzekł do niego: „Wstań cesarzu, a trzech niewinnych twoich urzędników od kary śmierci na którą nie zasłużyli, uwolnij, jeśli nie chcesz kary Boskiéj na siebie ściągnąć.” Konstantyn spytał: „Ktoś ty jest?” – a on rzekł: „Jestem Mikołaj biskup Mirreński” i zniknął. Cesarz niezwłocznie kazał sprawę skazanych na śmierć najściśléj nanowo przetrząsnąć, o niewinności oskarżonych się przekonał, do łaski ich swojéj przywrócił, i z bogatemi kościelnemi podarkami do Mikołaja wysłał.

Takiemi i wielu innemi słynący cudami, za jednego z najuczeńszych i najświątobliwszyCh Biskupów swojego czasu poczytywany, gdy nadchodził czas, w którym go Pan Bóg po zgotowaną dla niego nagrodę do Nieba miał powołać, przygotowywał się Mikołaj do tego już tylko ciągle się modląc i śpiewając hymny, wśród czego pocieszało go Niebo widzeniem Aniołów. Zacząwszy ten psalm: „W Tobiem Panie nadzieję miał” i wymawiając te słowa: „W ręce Twe polecam ducha mojego” 1, zmarł świątobliwie dnia 6 Grudnia roku Pańskiego 327. Ciało jego najprzód złożone w Mirrze, wielu zasłynęło cudami, równie jak i w mieście Barze we Włoszech, dokąd późniéj przeniesioném zostało.

Pożytek duchowny

Wielkiéj przymnaża Bobie zasługi, kto przez uczynioną jałmużnę, nietylko w niedostatku wspiera bliźniego lecz jeszcze przez to chroni go od szkody na duszy, o którą wielu ubóstwo przyprawia. Tak właśnie uczynił święty Mikołaj, obdarzając ojca trzech biednych córek. Jeśli ci na to starczy, staraj się szczególnie o czynienie tego rodzaju jałmużny

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Mikołaja Biskupa, niezliczonemi cudami uświetnił; daj prosimy, abyśmy za jego zasługami i wstawieniem się, od płomieni piekielnych uwolnieni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1053–1055.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 961–962

Święty Mikołaj już w wieku chłopięcym wstrzymywał się w środy i piątki aż do zachodu słońca od pokarmu (Kościół wschodni nakazywał posty co środę i co piątek, zachodni co piątek i sobotę). Wnoszono stąd słusznie, że Bóg sobie szczególnie upodobał to dziecię i że je przeznaczył do wielkich rzeczy. Doświadczenie potwierdziło te domysły, Mikołaj był bowiem wielkim wobec Boga i wobec ludzi. Posty maluczkiego Mikołaja były oznaką szczególnego umiłowania Boga. Nie ma się też czemu dziwić, że matka nasza, Kościół święty, posty tak gorąco poleca i nakazuje.

  1. Posty są Bogu miłe. Wszakże ukochany Syn Jego, Pan Jezus, pościł przez 40 dni i nocy i dał nam tym samym przykład, jak mamy wielbić Boga i starać się Mu przypodobać. U Tobiasza św. czytamy słowa: „Modlić się, pościć, dawać jałmużny, jest lepiej, niż gromadzić złoto i srebro”. U świętego Mateusza czytamy, że posty nadają nam moc nad najgorszymi szatanami. „Tego rodzaju diabłów nie można się inaczej pozbyć, jak postem i modłami”. Pobożna wdowa Judyta pościła trzy dni, a Pan Bóg dał jej świetne zwycięstwo nad Holofernesem i nieśmiertelną sławę u ludu izraelskiego. Historia Estery uczy nas, że Bogu podoba się post dlatego, że uświęca ciało. Bóg nałożył pewien rodzaj postu już na pierwszych naszych rodziców w raju, zakazując im kosztować owocu z pewnego drzewa, a uczynił to dlatego, aby uświęcili swoją wolę posłuszeństwem, a ciało powstrzymywaniem się od skosztowania zakazanego jabłka. Przez post upokarzamy się wobec Boga, naśladujemy Chrystusa i oddajemy cześć Jego Męce.
  2. Posty są zbawienne. Prawdę tę głosi sam Kościół Boży w Prefacji Mszy świętej w czasie czterdziestodniowego postu i to w następujących słowach: „Słuszna i sprawiedliwa jest abyśmy Ci zawsze i wszędzie, wszechmocny i wiekuisty Boże, dzięki czynili, ponieważ postem ciała gładzisz grzechy, podnosisz ducha, rozdzielasz cnoty i nagrody w Imię Chrystusa Pana naszego”. Jest to powszechnym prawem, mającym wartość na ziemi i w Niebie. Płać, coś komu winien; dopuściłeś się krzywdy, wynagrodź ją; jeśli zgrzeszyłeś, odpokutuj grzech. Jeśli obrazę wyrządzoną Bogu sam na sobie karzesz, jeśli postem i umartwieniem odpokutujesz ją na własnym ciele, w takim razie przyrzekł ci Pan Bóg, że nie wzgardzi twym skruszonym i upokorzonym sercem i że ci dla twego żalu i pokuty wybaczy winę. Jeśli tę pokutę dobrowolnie podejmiesz, jeżeli wyprzedzisz sprawiedliwość Bożą dobrowolnym nałożeniem na siebie kary, Ojciec niebieski ulituje się nad tobą i zadowoli się daleko mniejszym zadośćuczynieniem, aniżeli go wymaga wielkość twego grzechu. Mieszkańcy grzesznej Niniwy pokutowali czterdzieści dni, a Bóg ocalił ich i zwolnił od zagrożonej zagłady. Wszakże i Pan Jezus pościł przez czterdzieści dni, aby swemu powołaniu należycie odpowiedzieć, aby przeciw szatanowi skutecznie walczyć, aby mężnie znosić cierpienia i męki krzyżowe. Wszyscy Święci naśladowali ten przykład dany przez Zbawiciela z jak najzbawienniejszym dla siebie skutkiem; potępieńcy tylko nie poszli za tym przykładem z wielką szkodą duszy swojej.

Krzepmy się przeto wszyscy postem już to nakazanym, już też dobrowolnym do walki przeciw odwiecznemu wrogowi duszy naszej.

Footnotes:

1

Psal. XXX. 2 6.

Tags: św Mikołaj „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna biskup jałmużna miłość bliźniego arianizm post
2020-12-03

Św. Franciszka Ksawerego, Towarzystwa Jezusowego, Apostoła Indii

Żył około roku Pańskiego 1552.

(Żywot jego był napisany przez Turselina tegoż zgromadzenia kapłana.)

Święty Franciszek urodził się roku Pańskiego 1506, w Ksawierze, dziedzicznym zamku jego rodziny, w królestwie Nawarry. Ród jego pochodził od królów tego kraju. Wychowany poboźnie, od młodości wielką skromnością obyczajów się odznaczał. Gdy inni bracia jego wojskowy zawód obrali, on oddał się naukom, a mając bystre pojęcie, po ukończeniu szkół w ojczyznie, udał się do akademii Paryzkiéj, gdzie otrzymawszy stopień Magistra filozofii, słuchał wykładu Teologii. Ojciec chciał przerwać jego nauki, aby go posuwać do urzędów wyższych w kraju, do których miał łatwą drogę: lecz siostra Franciszka, będąca wówczas opatką w klasztorze w Gandyi, odradziła to ojcu, duchem proroczym przepowiadając, że go Pan Bóg na apostoła do Indyi przeznacza. Sam jednak Franciszek, wtedy nie myślał wcale poświęcać się takiemu zawodowi. Przeciwnie, marzył o godnościach światowych i w tym celu pilnie kształcił się w naukach.

W Paryżu spotkał się ze świętym Ignacym Lojolą, który wraz z nim uczęszczał na wykład Teologii. Ten, widząc w Ksawerym wielkie zdolności, zapragnął skłonić go do wyłącznéj służby Bogu. Z razu szło mu to trudno; lecz gdy razu pewnego przypomniał mu te słowa Pana Jezusa: „Cóż pomoże człowiekowi, chociażby świat cały pozyskał, a na duszy swojéj szkodę by poniósł” 1, takie one na Franciszka wywołały wrażenie, że odtąd połączył się z Ignacym, który wkrótce potém miał założyć swoje nowe Zgromadzenie, i we wszystkiém szedł za Jego radą. Odtąd téż, oddał się wyłącznie ćwiczeniom pobożnym, uczynkom miłosierdzia, i ostry żywot prowadził. Posty tak ścisłe zachowywał, że niekiedy cztery dni bez żadnego pokarmu zostawał. W modlitwie ustawiczny i przy innych zajęciach ducha od Boga nie oddzielał. Miał lat trzydzieści siedem, kiedy wspólnie z Ignacym i siedmiu jeszcze innymi towarzyszami, zobowiązał się ślubem, że świat opuszczając i w ubóstwie żyjąc, uda się pomiędzy Mahometany, dla opowiadania im Ewangelii. A jeśliby tego wykonać dla jakich przyczyn nie mógł, poświęci się gdzie indziéj temu zawodowi, gdziekolwiekby go w tym celu, władza duchowna wysłała.

Udawszy się do Wenecyi wraz z Ignacym i swoimi towarzyszami, czekając sposobnéj chwili na odpłynienie do Jerozolimy, rozdzielili między sobą szpitale miejskie, aby w nich służyć chorym i około dobra ich dusz pracować. A już wtedy, wszyscy święcenia Kapłańskie przyjęli byli. Święty Franciszek, z największą miłością doglądał chorych i najzbawienniéj na nich wpływał. Lecz doznawał niemałéj w tém trudności, gdyż w nim chorzy ranami okryci, nadzwyczajny wstręt obudzali. Razu pewnego, gdy z téj przyczyny już miał odstąpić od łóżka chorego okrytego smrodliwemi ranami, dla przezwyciężenia się, ucałował je i wszystkie jedna po drugiéj liżąc językiem, pooczyszczał. Od téj pory, nie tylko wszelkiego wstrętu od tego rodzaju nieszczęśliwych pozbył się, lecz szczególne miał upodobanie i zręczność w ich opatrywaniu.

Przeszło rok w tém mieście na tego rodzaju usługach spędził, a gdy wszczęta podówczas wojna z Turkami, postawiła ich w niemożności udania się między Mahometanów, święty Franciszek wraz ze świętym Ignacym udali się do Rzymu, aby wedle uczynionego przez nich ślubu, Papież wyznaczył im miejsce, gdzieby Misye apostolskie odbywać mieli. Franciszkowi dostała się Bolonia, gdzie on swoim zwyczajem w szpitalach obsługiwał chorych, a prócz tego, zbierał po ulicach dzieci i wykładał im katechizm, do ludu miewał kazania i mnóstwo dusz garnął do Boga; a także zachęcał wiernych do częstego przystępowania do Sakramentów świętych, i możniejszych pobudzał do uczynków miłosierdzia: przez co wszystko najzbawienniejszy tam wpływ wywarł. Wezwany od Ignacego do Rzymu, z równym pożytkiem dla bliźnich i tam głosił słowo Boże.

Jan III-ci, król Portugalski, mając już podówczas znaczne w Indyach posiadłości, pragnął między ludnością tameczną w pogaństwie pogrążoną, wiarę świętą zaszczepić. Słysząc o pracach apostolskich świętego Ignacego i jego towarzyszów, polecił swemu posłowi w Rzymie, aby prosił Papieża, żeby mu na ten cel kilku tych świętych mężów przeznaczył. Wybranym tedy został do tego i Franciszek, i niezwłocznie wziąwszy od Papieża błogosławieństwo, wraz z posłem królewskim udał się do Lizbony, nic z sobą niebiorąc prócz Brewiarza, krzyża i medalika Matki Boskiéj, do któréj od dzieciństwa miał szczególne nabożeństwo. W podróży téj, przejeżdzając blizko Zamku w którym mieszkała matka jego, pomimo nalegań posła z którym jechał, zwrócić z drogi nie chciał ani na chwilę, śpiesząc tam, gdzie go Pan Bóg powoływał.

Przybywszy do Lizbony, zastał przygotowane w pałacu królewskim dla siebie mieszkanie, lecz go nie przyjął, a osiadłszy przy głównym szpitalu, zajął się obsługą chorych, a prócz tego miewał i kazania po kościołach. Świątobliwość jego taki mu wkrótce zjednała w mieście tém szacunek, że domagano się aby król innego misyonarza do Indyi wysłał. Wszakże Franciszek oparł się temu, i otrzymawszy i od Papieża i od króla listy do władz tak duchownych jak i świeckich w Indyach, wsiadł na okręt, mając sobie przydanych dwóch innych kapłanów.

Ta jego żegluga więcéj roku trwała, bo musieli często do różnych portów przybywać, tak z powodu nawałności jakie na morzu panowały, jak i chorób któremi dotknięta bywała cała gromada okrętowa. Lecz Święty, przez tę porę czasu nie tracił. Na okręcie apostołował, w szpitalu chorych najtroskliwiéj doglądał, a tak sobie serca wszystkich zjednał, że do każdego z téj licznéj osady trafiając, każdego z nich i od wszelkiego grzechu odwiódł, i do pobożności wdrożył. Zdarzało się, że aby sobie ułatwić przystęp do najniższego stopnia majtków, między któremi wielkie panowało z początku zepsucie, widywano go zasiadającego w ich gronie gdy się zabierali do pijatyki, i potrącającego z nimi, jak to zwyczajem między pijącemi, kieliszek o kieliszek, a to wszystko w tym celu, aby ich sobie ująwszy, Bogu pozyskał, co téż zwykle następowało. Wtedy to także zdarzyło się, że pewien wielki i stary grzesznik z trudnością do spowiedzi nakłoniony z obawy ciężkiej pokuty, gdy nakoniec wyspowiadał się u świętego Franciszka, a ten mu za całą pokutę jedno Zdrowaś Marya naznaczył, tak tém skruszony został, że odtąd przez całe życie, podziwiającą i budującą wszystkich czynił pokutę.

Nakoniec przybył nasz Święty do miasta Goa, stolicy Indyi. Wierny swemu zwyczajowi, osiadł przy szpitalu, i ztamtąd swoje apostolstwo zaczynając, najprzód ponawracał wszystkich chorych pogan, a potém apostołując po całém mieście, a następnie po kraju, tysiącami niewiernych do Chrztu świętego przywodził, tak że w krótkim czasie już czterdzieści tysięcy nawróconych było.

W wielu miejscach pozakładawszy kościoły i kaplice, poobsadzał przy nich kapłanów; a gdzie dla braku ich uczynić tego nie mógł, wyznaczył w każdéj wiosce lub osadzie, jednego lub dwóch z najpoważniejszych mężczyzn, których wyuczywszy najstaranniéj katechizmu, poruczał im dozór duchowny, jakby plebanom, nad wszystkimi innymi mieszkańcami już przez niego nawróconymi. Przebiegł tym sposobem całą tę wielką krainę i wszędzie rozniósł światło Ewangelii świętéj. Prócz niezmiernych trudów, na jakie go to wystawiało, często na wielkie niebezpieczeństwo utraty życia był wystawionym. Kilka razy bowiem, Bonzowie to jest pogańscy kapłani Indyjscy, już mu mieli śmierć zadać, kiedy cudownie z rąk ich wyzwalał go Pan Bóg. Często całe noce przebyć musiał na wysokiém drzewie, aby się ukryć przed ich poszukiwaniem.

Wśród takich zaś prac i niebezpieczeństw, obdarzył go Pan Bóg i niewymownemi wewnętrznemi pociechami i szczególną łaską czynienia cudów. Niekiedy wśród modlitwy, któréj po całodziennych trudach poświęcał większą część nocy, słyszano go mówiącego w słodkiém zachwyceniu do Pana Boga: „Dosyć już Panie, dosyć już tych pociech, albo mi ich ujmij, albo weź mnie już tam gdzie będę miał dość siły aby ich zażywać.” Cuda które czynił wielce przyczyniały się do skuteczności jego apostolstwa, i postawiły go w rzędzie największych cudotwórców. Znajdując się razu pewnego na okręcie, na którym było pięciuset podróżnych, gdy wszystkim groziła śmierć z powodu braku wody do picia, gdyż morska woda jest zabójcza, znakiem krzyża zamienił ją na wodę źródlaną w takiéj ilości, w jakiéj potrzebną była do użycia tak licznéj osady okrętowéj, podczas bardzo długiéj żeglugi. Późniéj, reszta pozostałéj tejże wody wielu chorym zdrowie przywracała. Trzech umarłych i już pochowanych wskrzesił, rozkazując im wstać z grobów dwóch drugich leżących na marach, ująwszy za rękę podniósł i zdrowych oddał rodzinie, wiele przyszłych wypadków najdokładniéj przepowiedział. Posiadał także cudowny dar języków jak Apostołowie Pańscy. W jedném z miast Indyjskich, gdzie dłużéj przebywał, a według swego zwyczaju mieszkał w szpitalu, uzdrowił tam wszystkich chorych, odczytując nad ich głową Ewangelią świętą. Co większa, gdy już sam wystarczyć na to nie mógł, używał do tego młodych chłopczyków ze szkółki którą kierował, aby oni toż samo w jego imieniu czynili, a chorzy podobnież zdrowie odzyskiwali.

Rozniosłszy światło wiary świętéj, po wszystkiéj krainie Indyjskiéj, będąc w Kochinchinie z wielką pociechą zwiedził grób świętego Tomasza Apostoła, a modląc się tam kilka nocy przy jego Relikwiach, powziął myśl udania się do Chin i do Japonii. Puścił się więc do tych krajów, i odbył podróż dość szczęśliwie. Lecz przypłynąwszy do wyspy Sancyanu, a Chin już niedalekiéj, ciężko zachorował i zmuszony był na ziemię wysiąść. Tam na brzegu, gdzie nie było żadnych mieszkań ani szałasów, szukał kogo ktoby go do blizkiego miasta lub wioski w Chinach zawiózł. Lecz nikt tego uczynić nie chciał, wiedząc iż na śmierć się naraża, gdyby chrześcijanina i to jeszcze misyonarza, na ziemię Chińską wprowadził. Znalazł się nakoniec jeden Chińczyk, który za wielką zapłatą miał to uczynić, ale i ten rozmyśliwszy się, z powodu niebezpieczeństwa na jakie go to narażało, odmówił. Święty, przez dni kilka leżąc na polu odkrytém, wystawiony na zimne wichry i wilgoć, gorzéj zapadł na zdrowiu. Nakoniec z litości zaniesiono go dość daleko do nędznego pustego szałasu, gdzie przez dwa tygodnie leżał bez żadnego prawie posiłku. Oddał tam Bogu ducha, wymawiając te słowa: „W Tobiem Panie nadzieję złożył, niech nie będę zawstydzon na wieki” 2. Umarł dnia 2-go Grudnia, roku Pańskiego 1552 mając lat czterdzieści sześć, których dziesięć poświęcił na nawrócenie Indyi. Ciało jego przeniesione zostało do miasta Goa, gdzie dotąd pozostaje. Papież Grzegorz XV-ty w poczet Świętych go policzył.

Pożytek duchowny

Uważaj ze szczegółów życia świętego Franciszka Ksawerogo, że wielkato miłość jego dla cierpiących bliźnich, a szczególnie chorych, ułatwiała mu przystęp do serca pogan i największych grzeszników, których on w tak niezmiernéj liczbie Panu Bogu pozyskał. Niech cię to nauczy, że jeśli chcesz zbawiennie na kogo wpłynąć, zacznij od okazania mu twojéj miłości.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś narody Indyjskie, błogosławionego Franciszka kazaniami i cudami do Kościoła Twojego przyłączyć raczył; spraw miłościwie, abyśmy oddając cześć jego zasługom, cnót przykłady jakie pozostawił, naśladowali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1043–1046.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 953–954

Podajemy na tym miejscu zdarzenie z życia świętego Franciszka, które jeszcze lepiej da nam poznać ducha, jaki ożywiał tego świętego apostoła.

Będąc w Indiach zadał sobie Ksawery dużo pracy, aby nawrócić pewnego portugalskiego szlachcica, który chlubił się ze swego niedowiarstwa i bezbożności. Wesołą gawędką udało mu się pozyskać jego zaufanie i przychylność, po czym starał się przemówić mu do serca i wykazać konieczność pokuty i pojednania się z Bogiem. Szlachcic odpowiedział na napomnienia i przestrogi drwinkami i szyderczym uśmiechem. Nie zwątpił jednak Ksawery i nie poprzestał na tym, lecz przy każdej sposobności ponawiał prośby i przestrogi. Wszystkie usiłowania były nadaremne. Pewnego dnia wyszli razem na przechadzkę do pobliskiego zagajnika. Ksawery wznowił rozmowę o miłosierdziu i sprawiedliwości Bożej. Naraz ukląkł, obnażył plecy, wydobył spod habitu dyscyplinę i tak się nią osmagał, że krew zaczęła spływać mu po ciele, przy czym w te słowa odezwał się do szlachcica: „Czynię to dla twej duszy, a uczyniłbym daleko więcej, byle by ją uratować! Ale cóż by znaczyła ta drobnostka wobec tego, co Jezus Chrystus dla ciebie uczynił? Czyż by męka Jego i okrutna śmierć nie miały wzruszyć twego serca?" Po czym wzniósłszy oczy w Niebo westchnął: „O Jezu, nie patrz na to, czym ja biedny grzesznik chciałbym Cię przebłagać, lecz na własną Przenajświętszą Krew, i racz się nad nami zmiłować". — Szlachcic stanął jakby w ziemię wryty. Nie mogąc pojąć ogromu takiej miłości bliźniego, ukląkł obok Ksawerego, prosząc, aby przestał się katować, obiecał poprawę i wiernie dotrzymał słowa.

Footnotes:

1

Mat. XVI 26.

2

Psal. XXX. 2.

Tags: św Franciszek Ksawery „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna św Ignacy Loyola miłość bliźniego cuda nawrócenie
2020-11-11

Św. Marcina, Biskupa Tuoreńskiego (Tours)

Żył około roku Pańskiego 400.

(Żywot jego był napisany przez ucznia jego Sewera Sulpicyusza.)

Święty Marcin urodził się w mieście Sabaczu dawnéj Panonii a dzisiejszych Węgrach, około roku Pańskiego 320. Rodzice jego byli poganami, a ojciec dowódca w wojsku Rzymskiém i syna do tegoż stanu sposobił.

Marcin mając lat dziesięć, pomimo iż rodzice jego byli temu najprzeciwniejsi, został katechumenem, to jest postanowił zostać chrześcijaninem, i z Kościołem się już zewnętrznie połączył. Wkrótce potém zamyślał udać się na życie pustelnicze, lecz że wtedy właśnie wyszedł rozkaz cesarski, aby synowie wojskowych wstępowali w szeregi, musiał i Marcin to uczynić. Trzy lata przed przyjęciem Chrztu świętego na wojaczce strawił, lecz wśród zwykłego obozowemu życiu zepsucia, był i obyczajów najskromniejszych, i wielu już chrześcijańskiemi cnotami się odznaczał, a szczególnie miłosierdziem dla ubogich. Zdarzyło się, że podczas zimy wjeżdżając do miasta Ambis, ujrzał przy bramie żebraka prawie nagiego. Niemając przy sobie pieniędzy, rozciął mieczem swój płaszcz żołnierski, i połową okrył ubogiego. Następującej nocy, ujrzał przed sobą Pana Jezusa w tę połowę płaszcza którą oddał był ubogiemu przyodzianego, i mówiącego do Aniołów którzy go otaczali: „W suknię tę przyodział mnie Marcin, który wkrótce ma być ochrzczonym.”

Po przyjęciu Chrztu świętego, mając lat dwadzieścia, chciał niezwłocznie opuścić szeregi wojskowe. Lecz że wtedy właśnie spodziewano się wielkiéj bitwy z nieprzyjacielem, i sam cesarz posądzał go że to z braku męstwa czyni, więc pozostał jeszcze czekając na potyczkę, i oświadczył że pierwszy bez oręża uderzy na nieprzyjacielskie szeregi, i w Imię Pana Jezusa przebije się przez nie. Wszakże do bitwy nie przyszło, gdyż nieprzyjaciel poddał się naząjutrz bezwarunkowo.

Wyszedłszy święty Marcin z wojska, które podówczas w Galii przebywało, udał się do świętego Hilarego Biskupa Pitkawskiego, którego sława już wtedy wszędzie głośną była, i poddał się jego duchownemu przewodnictwu. Święty Hilary poznawszy w nim wielką świątobliwość, chciał go co prędzéj na kapłana wyświęcić, lecz Marcin wyprosił się od tego, a mając sobie nakazane przez Pana Boga w objawieniu, aby dla nawrócenia rodziców udał się do nich, puścił się do ojczyzny swojéj do Węgier. W drodze téj napadli go rozbójnicy, i związanego, aby potém domagać się za niego wykupu, wiedli w głąb lasu. Ten któremu powierzono straż nad nim, widząc go wśród takiego niebezpieczeństwa, (bo mu i śmiercią grozili), najspokojniéj modlącego się, spytał go kim jest, i dla czego niczego się nie lęka? „Jestem chrześcijaninem, odrzekł na to Marcin, a że wiem iż Bóg mój jest wszędzie obecny, więc się niczego nie obawiam.” Poczém wdawszy się z tymże strażnikiem swoim w rozmowę o religii, tak go sobie ujął, iż ten wraz z Marcinem uszedł, a zostawszy chrześcijaninem przykładne życie prowadził.

Przybywszy mąż Boży do rodziców, matkę tylko miał szczęście przywieść do Chrztu świętego, ojca nie mógł nawrócić; wszelako wielką liczbę innych pogan w kraju swoim, pozyskał Panu Jezusowi. Zastał tam także szerzące się bezbożne kacerstwa Aryanów. Gorliwie powstając przeciw niemu, nasz Święty na wielkie był wystawiony niebezpieczeństwa, a razu pewnego napadnięty przez kacerzy, publicznie a okrutnie został zbity.

Wróciwszy do Piktawy, gdzie chciał się znowu połączyć ze świętym Hilarym, już go tam nie zastał, gdyż go Aryanie siłą wygnali. Schronił się przeto przed nimi, bo i na niego powstawali, w jednym z klasztorów w Medyolanie, lecz i ztamtąd wypędził go Biskup heretycki. Wtedy przybrawszy sobie za towarzysza pewnego pobożnego kapłana, nasz Święty schronił się na dziką i bezludną wyspę Galinaryą, i tam przez czas pewien, wiodąc życie pustelnicze, samemi korzonkami polnemi żywił się.

Święty Hilary wróciwszy z wygnania do Piktawy, zawezwał go do siebie i umieścił w jednym z klasztorów blizko tego miasta będących. Tam powierzono mu do nauki młodego poganina, do Chrztu świętego gotującego się. Ten gdy Marcin na dni kilka wydalił się był z klasztoru, zachorował nagle i umarł. Święty wróciwszy, zastał go już na katafalku. Zdjęty wielką żałością że bez Chrztu zeszedł z tego świata ów młodzieniec, padł na kolana i gorąco modlił się, prosząc Pana Boga aby mu życie przywrócił, i dał dostąpić łaski Chrztu świętego. Trwał na takiéj modlitwie dwie godziny, rzewnemi zalewając się łzami, aż go Pan Bóg wysłuchał: umarły wstał i niezwłocznie ochrzczonym został. Cud ten nawrócił wielu pogan, i rozgłosił jeszcze bardziéj imię Marcina, już i wprzódy z wysokich cnót słynącego.

Pod tę porę właśnie, umarł był biskup Turoneński, a duchowieństwo i lud wybrało Marcina na jego zastępcę. Święty przyjąć téj godności w żaden sposób nie chciał, i pomimo wszelkich usiłowań, wywieść się z klasztoru nie dał, zamknąwszy się w celce. Nareszcie wyprowadzony ztamtąd pod innym pozorem, siłą stawiony przed wielu Biskupami okolicznymi zgromadzonymi w Turonie, uległ ich usilnym naleganiom, i na Pasterza téj Dyecezyi wyświęconym został,

Na Biskupstwie nie zmienił ubogiego i pokutnego życia jakie wiódł przedtém, a tylko cnotami doskonałego Pasterza okraszał godność swoję. Wybudował sobie przy kościele małą chatkę, i w niéj co mu zbywało czasu od służby w kościele i załatwienia spraw dyecezyi, zamykał się na modlitwie i czytaniu ksiąg świętych. Ale że i tam nie dość się widział od napływu świeckich osób wolnym, założył daleko za miastem na ustroniu klasztor nad rzeką Ligerą, i tam jakby na pustyni, z wielką liczbą uczniów i kapłanów na bogomyślności czas wolny od pasterskich obowiązków spędzał. Wiódł z tymi braćmi swoimi, których liczba dochodziła ośmdziesięciu, życie bardzo umartwione, a tak ich doskonalił, że wielu z nich późniéj na Biskupów powołanych zostało, gdyż każde miasto życzyło sobie mieć u siebie którego z uczniów świętego Marcina.

Wszelako nasz Święty nie ciągle w tym klasztorze przebywał: owszem częste odbywał z niego wycieczki apostolskie, tak dla obsługi ludu wiernego, jako téż i nawracania pogan, których jeszcze wielu było. Razu pewnego, znajdując się między nimi, nakłaniał ich aby dąb ogromnéj wielkości bałwochwalczéj czci poświęcony, zrąbali. Zgodzili się na to, lecz pod warunkiem, aby święty Biskup stanął po téj stronie na którą drzewo walić się będzie, gdyż jak mówili: „jeśli Bóg którego nam głosisz jest prawdziwym, to cię od śmierci uchowa.” Zgodził się na to Święty, a poganie nie dowierzając mu czy ustoi na miejscu, przywiązali go tam sznurami. Drzewo olbrzymie podrąbali, na Marcina zwalili, lecz gdy je on przeżegnał znakiem Krzyża świętego, na drugą stronę, jakby pchnięte siłą niewidzialną, padło, W inném miejscu, gdy chciał zburzyć świątynię pogańską, zbiegli się poganie tłumem, aby tego nie dopuścić. Sługa Boży przywołał kilku tylko chrześcijan, a słowem swojém tak ubezwładnił wszystkich niewiernych, że żaden z miejsca ani kroku ruszyć się nie mógł, patrząc jak Święty burzył świątynię i bałwany ich kruszył. Cud zaś tak widoczny wszystkich obecnych do wiary nawrócił.

Do leczenia chorych, taką mu Pan Bóg moc udzielać raczył, iż prawie każdy uzdrowiony od niego odchodził, i wszędzie Słowo Boże przez niego głoszone, takiemi cudami poparte, obfite przynosiło owoce. Pewnego razu, obchodząc swoję Dyecezyą, ujrzał wielki tłum pogan, którzy znając go ze sławy jako wielkiego cudotwórcę, zaszli mu drogę aby go tylko widzieć. Zatrzymał się przy nich i miał kazanie, ale nikt się nie nawrócił: aż oto nadbiega spłakana niewiasta niosąc umarłego syneczka, i padłszy do nóg Biskupa, błaga aby jéj dziecię wskrzesił. Święty wziął je na ręce, pomodlił się i oddał matce żywe. Wszyscy poganie zawołali iż Chrystus prawdziwym jest Bogiem, i po naukach świętego Marcina, nazajutrz Chrzest święty przyjęli.

Miał ważną sprawę do przedstawienia Walentyanowi, lecz cesarz ten, z poduszczenia żony która była Aryanką, nie chciał mu dać posłuchania, i dworzanom nie kazał go wpuszczać do siebie. Marcin po kilku dniach postu i modlitwy, udał się do pałacu cesarskiego, gdzie Anioł wśród straży i pokojowców wolno go przeprowadził aż do komnaty Walentynianina. Ten, obrażony jego śmiałością, miał zamiar nie wstawać z krzesła na jego przyjęcie, lecz ogień pod jego siedzeniem cudownie wszczęty, zmusił go do tego, co takie na nim zrobiło wrażenie, że ze czcią wielką przyjął Biskupa, jego żądaniu zadość uczynił, i do stołu go swojego zaprosił.

Lecz nietylko ludzkim szacunkiem, chciał Pan Bóg mieć uczczonym tego wielkiego sługę Swojego: i duchy niebieskie raczył posyłać do niego. Z Aniołami często obcował, którzy wykonywali jego zlecenia wszystkie, i prośby jego zanosili przed tron Boga. Święci Apostołowie Piotr i Paweł, okazując mu się w widzeniach, rady mu swoje co do sprawowania urzędu Biskupiego udzielali. Stanął téż w rzędzie najdzielniejszych obrońców wiary świętéj przeciw Aryanom, i innym kacerzom.

Mając lat ośmdziesiąt, przepowiedział dzień swojéj blizkiéj śmierci, a pomimo tego, puściwszy się jeszcze na zwiedzanie Dyecezyj, w wiosce Kanda, ciężko zachorował. Uczniowie jego będący przy nim, słysząc jak prosił Boga aby go już uwolnił z więzów téj ziemi, rzekli mu: „Ojcze! czemu nas opuszczasz? komuż powierzysz dzieci twoje zasmucone? Wilki drapieżne napadną twoję owczarnię. Wiemy jak pragniesz być już z Chrystusem: lecz nagrodą twoja w Niebie cię nie minie; zlituj się więc nad tymi których chcesz opuścić.” A Święty poruszony takiemi ich prośbami, w te słowa się modlił: „Panie! jeślim jeszcze ludowi Twojemu potrzebny, nie wymawiam się od pracy. Niech się wola Twoja spełni.” Widząc uczniowie iż ciągle w znak leży, chcieli dla ulgi, zmienić mu postawę, lecz rzekł do nich: „Pozostawcie mnie w tém położeniu, niech raczéj w Niebo a nie na ziemię patrzę, aby dusza moja zdążała do Pana, z którym ma się połączyć." W chwili gdy już konał, ujrzał obok siebie stojącego szatana: „Co tu robisz, zawołał na niego, poczwaro okrutna! sprawco wszelkiego złego, nie znajdziesz we mnie nic coby twoje było.” I to wymawiając oddał Bogu ducha. Wiele osób, a między niemi i święty Seweryn biskup Koloński, słyszało śpiewy Aniołów, duszę jego do Nieba unoszących.

POŻYTEK DUCHOWNY.

Masz oto i w szczegółach śmierci świętego Marcina dowód, z jakim zuchwalstwem zły duch czyha na duszę ludzkie, a najbardziéj w godzinie ich wyjścia z tego świata. Przez całe więc życie ucz się walczyć mężnie z tym piekielnym wrogiem, abyś przy śmierci odniósł nad nim stanowcze na całą wieczność zwycięstwo; ale przedewszystkiém tę godzinę straszną, polecaj częste opiece Matki Bożéj.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który widzisz że nie naszą mocą istniejemy; spraw miłościwie, abyśmy za wstawieniem się błogosławionego Marcina Wyznawcy Twojego i Biskupa, przeciw wszelkiemu złemu ubezpieczeni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 968–970.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 896

Święty Marcin nie był uczniem gimnazjów ani uniwersytetów, ale nauki jego były skuteczne, bo był na wskroś przejęty wiarą. Nauczał zwykle porównaniami, gdyż wszystko, na co patrzył i co słyszał, pojmował w świetle prawdy Bożej i sercem wznosił się ku Bogu.

Widząc pewnego razu świeżo ostrzyżoną owcę, rzekł do mnichów: „Otóż widzicie owieczkę, która spełniła przykazanie Ewangelii świętej. Miała ona dwie sukienki, z których jedną podarowała temu, co nie miał żadnej. Tak i wy czyńcie!“

Innym razem przechodził przez łąkę, której jedna część była spasiona, druga zryta, a trzecia pokryta licznymi kwiatami. Przystanąwszy, rzekł: „Korzystajmy z nauki, jaką daje nam ta łąka. Spasiona część nasuwa obraz małżeństwa; widzimy tam świeżą zieleń, ale nieurozmaiconą kwiatami. Zryta ziemia przypomina nam szpetność życia wszetecznego, a reszta łąki przedstawia niejako chwałę i zasługę dziewictwa“.

Gdy pewnego razu stanął przed nim szatan, łając go następującymi słowy: „Zuchwale sobie poczynasz, rozgrzeszając tych, którzy przez ciężkie grzechy utracili łaskę chrztu świętego, bo kto raz upadł, temu Pan Bóg odmówi miłosierdzia” — Marcin odpowiedział: „Nieszczęsny kusicielu! Jeśli przestaniesz dręczyć ludzi pokusą, i teraz, gdy nadchodzi pora sądu, żałować będziesz swego odstępstwa od Boga, wtedy nie wątp, że w zaufaniu w miłosierdzie Boże i tobie nawet udzielę rozgrzeszenia!”

Tags: św Marcin św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna miłość bliźniego nawrócenie św Hilary arianizm śmierć
2020-09-02

Bł. Bronisławy, Norbertanki

Żyła około roku Pańskiego 1259.

(Żywot jéj wyjęty jest z kronik klasztoru Zwierzynieckiego w Krakowie, gdzie była zakonnicą.)

Błogosławiona Bronisława córka Stanisława Prandoty Odrowąża i Anny z książąt Jaksów Gryfów, urodziła się we wsi Kamień, dziedzictwie jéj rodziców, w księstwie Opolskiém około roku Pańskiego 1208. Pochodziła ze znakomitéj rodziny, która kilku Świętych, wydała, gdyż święty Czesław i święty Jacek, byli jéj braćmi stryjecznymi.

Od lat najmłodszych i Bronisława dowodziła że nieodrodną jest ich siostrą, a bogobojnie wychowana, w dzieciństwie jeszcze nieokazując żadnéj do zwykłéj temu wiekowi zabaw i rozrywek skłonności, najchętniéj odbywała różne ćwiczenia pobożne. Matkę Bożą czciła z wielką serdecznością, i nieczém nie można było ją więcéj ucieszyć, jak gdy z nią o Maryi mówiono, ucząc ją czém jest ta Pani Nieba i Ziemi, a Boga prawdziwa Rodzicielka. W kościele zachowywała się jak istny Aniołek, tak że sam jéj widok gdy słuchała Mszy świętéj lub modliła się przed przenajświętszym Sakramentem, najobojętniejszych do nabożeństwa pobudzał. Żyjąc wśród wielkiéj zamożności rodzicielskiego domu, prowadziła życie bardzo umartwione: w sposobie zaś ubierania się, nietylko najsurowszéj przestrzegała skromności, lecz nie ludziom tylko Bogu pragnąc się przypodobać, nosiła się ubogo, o ile tylko stan jéj, jako córki bogatéj szlachty i rodzice na to pozwalali. Ze sługami i domownikami obchodziła się jakby z osobami najbliższéj rodziny, rada w każdém zdarzeniu dawać im dowody swojéj miłości i troskliwości. Ją téż zwykle używali oni za pośredniczkę, gdy co u jéj rodziców uprosić chcieli: ona ich zawsze przed nimi broniła, i za nimi się wstawiała gdy w czém niezadowolenie starszych państwa na siebie ściągnęli, a w chorobach z największą troskliwością, jakby braci rodzonych lub siostry, wszystkich doglądała. Dla ubogich także wielkie okazywała miłosierdzie, i rodzice zwykle przez jéj ręce jałmużny swoje rozdawali.

Duszę tak wybraną, nie chciał Pan Bóg pozostawić wśród niebezpieczeństw życia światowego, i odkąd doszła Bronisława do lat dziewiczych, rozbudził w jéj sercu pragnienie poświęcenia się Mu na wyłączną służbę. Miała lat szesnaście, kiedy błogosławiony Jacek jéj brat stryjeczny, wstąpiwszy w Rzymie do Zakonu świeżo założonego przez świętego Dominika, wrócił do Polski. Przykład na jaki patrzała we własnéj rodzinie, zwierzenie się bratu z pragnienia jakie i sama miała żeby zostać zakonnicą, a w skutek tego utwierdzenie jéj w tych świętych zamiarach przez tego sługę Bożego, przywiodły ją do stanowczego kroku. Otrzymawszy na to i zezwolenie i błogosławieństwo rodziców, wstąpiła do klasztoru Panien Norbertanek na Zwierzyńcu pod samym Krakowem, a którego fundatorem był książe Jaksa Gryf, jeden z jéj przodków po matce.

Przywdziawszy suknię zakonną, błogosławiona Bronisława od pierwszego dnia nowicyatu stała się zbudowaniem wszystkich zakonnic, wyprzedzając na drodze doskonałości nietylko swoje współrówienniczki, lecz i najstarsze matki, już w świętym swoim zawodzie długie lata Panu Jezusowi służące. Po wykonaniu ślubów uroczystych, jeszcze rączejszym krokiem szła po tejże drodze. Pokorę, która jak jest wszystkich cnót podstawą, tak w życiu zakonném kamieniem probierczym wiernego odpowiadania powołaniu Bożemu, obrała sobie za główną cnotę, i w niéj się ciągle ćwiczyła. Ztąd téż posłuszna była przełożonym nietylko na ich skinienie, lecz starała się odgadywać ich wolę, i skoro jéj co zlecili, spełniała to z taką ochotą i pilnością, jakby to jéj sam Pan Jezus nakazywał. W pożyciu z siostrami, niezachwianéj była słodyczy. Tąż pokorą ożywiona, widziała w każdéj z nich wybraną Oblubienicę Chrystusową; każdą wyżéj od siebie ceniąc, obchodziła się z niemi z największą miłością i uszanowaniem, a dla siebie saméj od żadnéj szczególnych względów nie wymagała. To sprawiło, że wszystkie zakonnice od najstarszéj do najmłodszéj, kochały ją serdecznie i w wysokiém miały poważaniu. Niepoprzestając na najściślejszém zachowaniu najdrobniejszych ustaw zakonnych, co już samo przez się jest wielkiém i trudném umartwieniem, w różny sposób trapiła ciało: jużto długiemi i ścisłemi postami, otrzymawszy na to od przełożonéj i spowiednika pozwolenie, jużto sypianiem na gołéj ziemi, to znów krwawemi dyscyplinami i ostrą włosiennicą, którą prawie ciągle pod habitem nosiła.

Zachęcał téż ją do tego, i utwierdzał na téj drodze Pan Bóg i szczególnemi łaskami. Kiedy razu pewnego Bronisława modląc się, wpadła była w zachwycenie, stanął przed nią Pan Jezus, i te pocieszające słowa do niéj przemówić raczył: „Bronisławo, krzyż twój jest krzyżem Moim, ale za to będziesz uczestniczką chwały Mojéj.” Pokrzepiona i podniesiona na duchu, po takiém objawieniu sługa Boża przymnażała sobie jeszcze więcéj umartwień ciała, a nadewszystko ćwiczyła się w umartwieniach wewnętrznych. Że zaś jedném z najpożyteczniejszych dla duszy tego rodzaju umartwień, jest zachowanie milczenia które jest strażniczką skupienia wewnętrznego, więc Bronisława od téj pory nietylko najściślej, jak to zawsze czyniła, przestrzegała go z osobami świeckiemi, z któremi jak najrzadsze miewała stosunki, lecz i z siostrami zakonnemi. Wynagradzał téż jéj to Pan Bóg, coraz wyższym darem modlitwy i częstemi zachwyceniami, w których widywano ją nawet w powietrze uniesioną.

Jaśniejąc tym sposobem coraz bardziéj świątobliwością wśród swego Zgromadzenia, nie zamierzając sobie tego nigdy, i nie roszcząc prawa, tak zbawiennie wpłynęła na wszystkie siostry, że patrząc na nią i inne pobudzały się do tém ściślejszego zachowania Reguły zakonnéj, i do tém wierniejszego odpowiadania wielkiéj łasce powołania do Zakonu. Wkrótce téż małe pod tym względem uchybienia, jakich się niektóre dopuszczały, znikły zupełnie, i pod ożywczym duchem siostry Bronisławy, całe Zgromadzenie do którego należała, odznaczało się jeszcze ściślejszą, niż to było przed jéj wstąpieniem, karnością zakonną.

Przyczynił się do tego po części i święty Jacek, który często krewnę swoję nawiedzał w klasztorze, i światłych rad swoich, jako biegły i świątobliwy dusz przewodnik, udzielał i Bronisławie i jéj zakonnym siostrom. Piszą że on to pierwszy wyuczył Bronisławę i jéj siostry, odmawiać Różaniec do Matki Bożéj, którego sposób odprawiania przyniósł był z Rzymu, wkrótce po jego ustanowieniu przez świętego Dominika, któremu to nabożeństwo Sama Matka Boża była objawiła. Iwo Odrowąż, podówczas biskup krakowski, blizki także krewny błogosławionéj Bronisławy, podobnież często ją nawiedzał w mównicy klasztornéj, i naukami swojemi i pasterskiém błogosławieństwem, na świętéj drodze i oświecał i utwierdzał.

Lecz na większą zasługę i tej Swojéj sługi i jéj towarzyszek, dopuścił był Pan Bóg ciężką dla nich klęskę. W roku 1241, Tatarzy wtargnąwszy do Polski, dotarli aż do Krakowa, a nie zastawszy mieszkańców, którzy w górach okolicznych się ukryli, wiele domów i kościołów spalili. Los ten spotkał i klasztor Zwierzyniecki, a zakonnice po obcych domach, przez pewien czas, szukać musiały schronienia.

Bronisława, aby ile możności nie oddalać się od dawnego miejsca swojego pobytu, schroniła się w jednéj z ubogich chatek, przy kościele świętego Salwatora na Zwierzyńcu. Tam mieszkając, miała zwyczaj, dla większego odosobnienia, udawać się na blizkie wzgórze zwane Sikornik, gdzie zwykle długie swoje odprawiała modlitwy. Niektórzy nawet jéj życiopisarze utrzymują, że na témże miejscu oddała Bogu ducha, lecz szczegółów ostatnich jéj chwil nie podają wcale. Umarła dnia 20-go Sierpnia roku Pańskiego 1250, mając lat pięćdziesiąt sześć, z których czterdzieści w Zakonie spędziła.

Na górze Sikornik, którą od czasu śmierci błogosławionéj Bronisławy, w dniu 29 Sierpnia lud pobożny tłumnie co roku nawiedzał, wzniesiono jeszcze w roku 1702 kapliczkę która istniała tam aż do roku 1858, w którym ją zniszczono, a w zamian, wystawiono inną na cześć téj Błogosławionéj, przy mogile Kościuszki,

Kiedy w roku 1836, podczas strasznéj cholery panującej w Zwierzyńcu, mieszkańcy udawszy się na wzgórze Sikornik, wezwali pośrednictwa błogosławionéj Bronisławy, i od razu od téj klęski uwolnieni zostali, porobiono starania w Rzymie, o beatyfikacyą téj cudownéj Patronki. W skutek tego, Papież Grzegorz XVI, po ścisłém rozpoznaniu i innych potrzebnych do tego dowodów, w roku 1889 w poczet Błogosławionych ją wpisał.

Pożytek duchowny

Pokora, słodycz w obcowaniu z drugimi i miłość bliźniego, któremi jaśniała błogosławiona Bronisława, są cnotami, które możesz z jéj życia wziąść dla siebie do naśladowania, chociaż nie w zamknięciu klasztorném, lecz na świecie żyjesz. Teto bowiem cnoty, stanowią prawdziwą zaletę każdego i w każdym stanie będącego, i one są jedyną osłodą, wszelkiego wspólnego pomiędzy ludźmi pożycia.

Modlitwa (Kościelna)

Panie Jezu Chryste któryś w pokorném krzyża Twego naśladowaniu, środki wznoszenia się ku Tobie serc naszych zgotował, spraw prosimy Cię, abyśmy za przykładem błogosławionéj Bronisławy, któréj uroczystą obchodzimy pamiątkę, po cierpieniach doczesnego życia tego, zasłużyli sobie stać się uczestnikami chwały Twojéj. Który żyjesz i królujesz i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 744–746.

Tags: bł Bronisława „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna bł Czesław Odrowąż św Jacek pokora miłość bliźniego słodycz obcowania z drugimi
2020-08-31

Św. Rajmunda Nonnata (nienarodzonego), Wyznawcy i Kardynała

Żył około roku Pańskiego 1240.

(Żywot jego był napisany przez Ciakoniusza, jemu współczesnego, i znajduje się u Bolandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święty Rajmund przezwany Nonnatus, co po łacinie znaczy nienarodzony, z powodu że przyszedł na świat po śmierci matki z któréj już nieżyjącéj go wydobyto, narodził się roku Pańskiego 1204, w małém miasteczku Portel, w Katalonii w Hiszpanii położoném.

Skoro dojrzał na rozumie, widząc się pozbawionym matki ziemskiéj, obrał sobie za Matkę Niebieską przenajświętszą Pannę, i do Niéj od najmłodszych lat szczególne miał nabożeństwo. Najulubieńszą jego rozrywką było modlić się w jakiéj kaplicy Jéj poświęconej, lub przed Jéj wizerunkiem. Nazywano go téż dziecięciem Maryi. Wychowany bardzo starannie, wielki w naukach postęp uczynił.

Ojciec obawiając się aby nie wstąpił do zakonu, widząc w nim wielką do tego skłonność ażeby go rozerwać dał mu do zarządu jednę ze swoich majętności wiejskich. Rajmund spełnił wolę ojcowską i zajął się gospodarstwem, lecz tak czas swój urządził, że więcéj jeszcze niż gdy był w domu rodzicielskim, mógł się pobożności oddawać. Miał bardzo liczną i wyborową trzodę: przy niéj w polu spędzał dnie całe, biorąc z sobą książki pobożne do czytania. Tęsknił tylko za kościołem Matki Bożéj, którego blizko nigdzie nie miał, gdy razu pewnego przechodząc z trzodą po różnych górach, znalazł na jednéj z nich małą opuszczoną kapliczkę, z obrazem przenajświętszéj Panny. Tam przepędzał najwięcéj czasu, pustelnicze wiodąc życie, a do ćwiczeń bogomyślności, przydawał wielkie umartwienia ciała.

Zły duch, który zawistnie patrzał na tę duszę błogosławioną coraz wyżéj na drodze doskonałości idącą, dnia pewnego przybrawszy postać pasterza, stanął przed nim i zaczął mu przedstawiać niewłaściwość tego rodzaju życia jakie prowadził, będąc synem jednego z najmożniejszych mieszkańców tego kraju. Następnie przypominając mu uciechy jakieby go na świecie spotkać mogły, pozwolił sobie nawet wyrażeń nieskromnych. Wtedy Rajmund przerażony, wezwał przenajświętszéj Panny, a na to Imię, szatan zawstydzony zniknął nagle, pozostawiając po sobie dym najsmrodliwszy.

Nietrafiwszy tym sposobem do Świętego, piekielny wysłannik do innego znowu uciekł, się środka. Pobudził złych ludzi, którzy oskarżyli Rajmunda przed ojcem, że zaniedbuje dozoru całego gospodarstwa, przyjąwszy na siebie pilnowanie trzody, a i téj nie dogląda, całe dnie w kaplicy na modlitwie spędzając. Przybył ojciec na miejsce aby się sam o tém przekonać, a zbliżywszy się do trzody, ujrzał jakiegoś pasterza przecudnéj piękności, który z największą pilnością doglądał bydła. Poszedł więc do kaplicy, gdzie się znajdował Rajmund, a domyślając się że to był Anioł, który w jego miejscu doglądał owiec, nietylko mu żadnych wyrzutów nie robił, lecz uściskawszy, zachęcił aby na pobożnéj drodze na któréj się znajdował, szedł coraz daléj.

Wkrótce potém, objawiła się świętemu Rajmundowi Matka Boża, oznajmując iż w istocie Anioł to go zastępował w dozorze gospodarstwa gdy on pozostawał na modlitwie, lecz oraz przydała, że wolą Jéj jest aby opuścił tę samotność a wszedł do zakonu świeżo wtedy założonego przenajświętszéj Maryi Panny od wykupienia więźniów. Rajmund nie zawahał się ani chwilę: udał się do Barcelony, gdzie był klasztor tego zgromadzenia, i tam przez świętego Piotra Nolasko, do Nowicyatu przyjęty został. Po uczynionych ślubach, na drodze doskonałości wyprzedził nietylko swoich towarzyszów ale i najstarszych zakonników.

Wkrótce téż powierzono mu jedno z najważniejszych dla zgromadzenia zleceń: posłano go do Afryki dla wykupienia więźniów. Przybywszy do Algieru, znalazł tam tak wielu chrześcijan jęczących w niewoli u Muzułmanów, że lubo wydał wszystkie pieniądze jakie miał z sobą na ich wyzwolenia, wielu jeszcze w niewoli pozostało. Wtedy, sam oddał się za nich w zamian, wysyłając zakonników z nim będących do Europy, aby znaczne pieniądze jakie Muzułmanie za niego wyznaczyli, przywieźli. Tymczasem, ci w których ręce się dostał, obchodzili się z nim tak barbarzyńsko, że Basza miejscowy, obawiając się wrazie gdyby umarł, stracenia wielkiéj sumy którą za niego spodziewano się dostać, nakazał aby go więcéj oszczędzano.

Święty, korzystał z jakiéj takiéj swobody, i przebywając z innymi niewolnikami chrześcijańskimi pocieszał ich w strapieniu, zachwianych utwierdzał w wierze, i jakim mógł sposobem wspierał. I nie dość na tém: apostołował Muzułmanów, i wielu z nich do wiary świętéj nawrócił. Dowiedziawszy się o tém Basza skazał go na śmierć przez wbicie na pal, i wyrok ten byłby wykonany, gdyby ci którym chodziło o otrzymanie znacznych pieniędzy za jego wykupienie, nie byli mu uratowali życia. Kara więc przeniesioną została na okrutne bicie pałkami. Święty zaledwie wyleczony z ran po tém męczeństwie poniesionych, znowu jak wprzódy nawracał Muzułmanów. Wtedy Basza kazał go powtórnie katować pałkami na publicznym placu, usta zaś przebić rozpaloném żelazem i zamknąć na kłódkę, któréj klucz u siebie zachował, i którą tylko gdy go karmić trzeba było otwierać pozwalał. Prócz tego wtrącił go do ciemnego więzienia, gdzie w takich mękach przebył ośm miesięcy, aż nadeszły pieniądze za które wykupiony został.

Powróciwszy Święty Rajmund do swoich, spragniony męczeńskiéj za wiarę śmierci, która go ominęła, prosił przełożonych aby go powtórnie pomiędzy Muzułmanów posłano, lecz na to pozwolić nie chcieli. W téj porze Papież Grzegorz IX, chcąc uczcić w tym słudze Bożym, już tak wielkie dowody jego miłości chrześcijańskiéj, zrobił go Kardynałem, pomimo oporu jaki pokora jego stawiła. Godność takowa, nie zmieniła wcale rodzaju życia jakie prowadził będąc zakonnikiem. Po usilnych prośbach uzyskawszy od Papieża pozwolenie, udał się do Barcelony, i tam w klasztorze w którym odbywał nowicyat, zamieszkał. Przygotowano mu odpowiednie do wysokiego jego urzędu w Kościele mieszkanie, a hrabia Kardon, blizki jego krewny, sporządził dla niego paradny powóz, i konie z bogatym zaprzęgiem. Święty, wszystkiego tego przyjąć nie chciał; zamieszkał celkę zakonną, i nieuwalniając się od żadnych obowiązków klasztornych, dla wszystkich był najwyższym wzorem pokory, umartwienia i miłości bliźniego.

Razu pewnego idąc ulicą wśród zimy, spotkał ubogiego niemającego żadnego nakrycia na głowę. Zdjął czapkę i oddał biednemu. Nocy następnéj, w czasie modlitwy, miał widzenie. Objawiła się mu przenajświętsza Marya Panna, i włożyła na głowę koronę z kwiatów przecudnych. Jakkolwiek wielkiéj sługa Boży doznał na duszy pociechy z takiego daru i z takich rąk pochodzącego, ośmielił się jednak powiedzieć, iż dla miłości Chrystusa cierpiącego, wolałby koronę cierniową. Podobało się to Matce Bożéj, i w téjże chwili Sam Pan Jezus stanął przed nim, włożył mu na głowę koronę cierniową podobną do téj jaką Sam był ukoronowany, i przyciskając mu ją do czaszki, uczynił go uczestnikiem téj Swojéj męki.

Niedługo jednak święty Rajmund w klasztorze Barcelońskim mógł zażywać cichego i ukrytego życia, którym się tak serdecznie cieszył. Ojciec święty Grzegorz IX, dla niektórych ważnych spraw Kościoła do których chciał go użyć, przywołał go do Rzymu. Święty udał się tam niezwłocznie, lecz przybywszy do miasta Kordony o parę mil za Barceloną, zapadł w gwałtowną gorączkę, i w dni kilka lekarze oświadczyli iż jest bez nadziei. Zdarzyło się iż po spowiedzi i po przyjęciu Olejów świętych, kapłan który miał mu udzielić Wiatyk, opóźniał się, a Święty zbliżał się szybko do śmierci. Spragniony niebieskiego zasiłku, poprosił Pana Jezusa aby go takowego nie pozbawiał. Jakoż, wobec kilku świadków naocznych, sam Pan Jezus przybył i dał mu Kommunią świętą. Po jéj przyjęciu, wśród modlitwy, pełen cnót i zasług, poszedł po nagrodę do Nieba dnia 31 Sierpnia roku Pańskiego 1240, mając lat trzydzieści sześć. Gdy po śmierci jego, zaszła sprzeczka gdzie ciało ma być pochowane, zgodzono się aby je włożyć na muła ślepego, i tam je pochować gdzie on je zaniesie. Rzecz dziwna: muł zaniósł je do téj kapliczki Matki Boskiéj, w któréj w młodości swojéj zwykł się był modlić Rajmund. Tam téż zwłoki jego złożono, a późniéj stanął tam wspaniały kościół i klasztor jego zakonu.

Pożytek duchowny

Święty Rajmund, jak to z żywota jego widziałeś, z miłości, bliźniego zaprzedał się w niewolę do Muzułmanów, dla wydobycia z niéj chrześcijan. Wielbiąc w Świętych Pańskich, tak bohaterskiego miłosierdzia dowody, porównaj je z tém, co ty z miłości bliźniego czynisz.

Modlitwa (Kościelna)

Boże który w wyzwalaniu wiernych z niewoli u bezbożników, błogosławionego Rajmunda wyznawcę Twojego, przedziwnym uczyniłeś; za jego pośrednictwem spraw prosimy, abyśmy z więzów grzechów naszych wyzwoleni, co Tobie jest miłém swobodnie zawsze spełniali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 735–737.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 688

W życiu świętego Rajmunda uderzają każdego dwie rzeczy:

a) Opłakany stan niewolników jęczących w niewoli Saracenów. Biedni jeńcy musieli dźwigać ciężkie łańcuchy, pracować ciężko i bez wytchnienia, znosić szyderstwa i urągania bez nadziei oswobodzenia, gdyż nie mogli się wykupić. b) Miłosierdzie świętego Rajmunda, który sam się oddał w niewolę, aby nieszczęsnym wrócić wolność.

Te dwa punkty są w pewnej mierze wyobrażeniem tego, co Kościół święty codziennie i co godzinę w ofierze Mszy świętej dla nas czyni. W dowód tego zważmy:

  1. Największym nieszczęściem, jakie gnębi chrześcijanina, jest grzech pierworodny. W tym stanie jest jakby wygnańcem, na którym spoczywa klątwa niewdzięczności i nieposłuszeństwa. Jest on niejako więźniem, okutym kajdanami przez szatana. Nie jest on zdolny wykupić się z tej niewoli, wypłacić się z długu obrazy sprawiedliwości Bożej i pozyskać wstępu do Królestwa niebieskiego. Na uznanie tego niepodobieństwa godzi się rozum i objawienie. I rozum i objawienie uczy nas, że tylko sam Chrystus jako prawdziwy Bóg-Człowiek może usunąć to niepodobieństwo.
  2. Pan Jezus jest prawdziwym Barankiem ofiarnym za grzechy nasze. Pan Jezus odzywa się do nas przy Mszy świętej podczas Pod niesienia ustami kapłana: „Oto kielich krwi Mojej, nowego i wieczyste go Zakonu, krwi, która wylaną będzie za nas i za wielu na wybaczenie grzechów”. Chrześcijanin widzi w tym świętym akcie obok siebie Hostię Przenajświętszą i Kielich święty, a wiara widzi w tym odosobnieniu ciała i krwi tajemniczą śmierć Zbawiciela, ponawianą dla odpuszczenia grzechów naszych; śmierć bowiem jest koniecznym następstwem rozdziału ciała i krwi. Ta święta i drogocenna krew woła do Ojca niebieskiego o miłosierdzie i wybaczenie wyrządzonej Mu obrazy, a tego wołania zawsze wysłucha łaskawie Bóg wszechmogący. Podziwiajmy poświęcenie, jakie okazał święty Rajmund w wykupywaniu jeńców, ale podziwiajmy stokroć więcej Jezusa w ołtarzu, który nas ofiarą życia wyswobodził z niewoli grzechu.
Tags: św Rajmund Nonnat „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna kardynał Maryja ojciec św Piotr Nolaska miłość bliźniego
2020-08-16

Św. Rocha, Wyznawcy, głównego Patrona od morowego powietrza

Żył około roku Pańskiego 1327.

(Żywot jego znajduje się u Bolandystów, pod dniem dzisiejszym.)

Święty Roch przyszedł na świat w Mąpelie (Montpellier) we Francyi, przy końcu trzynastego wieku. Ojciec jego jeden z najznakomitszych mieszkańców tego miasta, wzorowym był chrześcijaninem, również jak i matka która wielkie do przenajświętszéj Panny miała nabożeństwo. Do późnéj starości nie mieli dzieci, aż po wytrwałych i gorących modlitwach do Maryi, pocieszył ich Pan Bóg synkiem, który się urodził ze znamieniem czerwonego krzyża na piersiach.

Jeszcze go matka karmiła, kiedy zaczął pościć, we środy bowiem i w piątki, raz tylko na dzień ssał pokarm. W piątym roku życia już zadawał sobie różne umartwienia ciała. Kiedy miał lat dwanaście, poświęcił się całkiem Bogu i uczynkom miłosierdzia. Hojne ubogim rozdawał jałmużny, a chorym po ich mieszkaniach, sam z największą miłością usługiwał.

W dwudziestym roku życia, stracił rodziców, i stał się dziedzicem ogromnego majątku. Wtedy przypomniał sobie ostatnie polecenia swego ojca, który umierając tak do niego przemówił: „Synu mój, wedle możności twojéj wspieraj ubogich, i bądź przekonany, że jeśli wielkich dostatków jakie ci zostawiam, użyjesz na uczynki miłosierdzia, ściągniesz na siebie łaski Boskie i błogosławieństwo ludzkie.” Gdy prócz tego rozmyślał pewnego razu nad temi słowami Pana Jezusa: „Przedaj co masz i daj ubogim” 1, spieniężył większą część swoich majętności, małą ich cząstkę pozostawił do zarządu wujowi, wszystkie pieniądze rozdał ubogim, a sam pieszo, w odzieniu pielgrzyma, o żebranym chlebie, poszedł do Rzymu.

Przybywszy w Państwie kościelném do miasta Akwapendente, dowiedział się że tam morowe powietrze wybuchło. Udał się prosto do szpitala głównego, prosząc aby mu dozwolono dozierać chorych. Przez wzgląd na młody wiek jego, nie chciano go wystawiać na śmierć niechybną, lecz tak usilnie domagał się tego, że go nareszcie wpuszczono. Zbliżył się do wszystkich chorych, każdego ręką dotknął i przeżegnał, i bez wyjątku wszystkich jacy tylko byli powietrzem dotknięci, uzdrowił. W skutek tego, ludność otoczyła go czcią największą, jakby Anioła na ich ratunek z Nieba zesłanego. Lecz święty Roch dowiedziawszy się że morowe powietrze przeniosło się do Kazeny w Lombardyi, pospieszył tam, i podobnież od klęski téj mieszkańców wyratował. Gdy usłyszał że w Rzymie wybuchła zaraza, pobiegł znowu co prędzéj do tego miasta: najpierw uzdrowił Kardynała Brytanikusa, kładąc mu na czole znak krzyża, który już na zawsze widocznym cudownie pozostał,

W Rzymie przez lat trzy u tegoż Kardynała przemieszkiwał. Przez ten czas i to miasto i niektóre pobliższe uwolnił od zarazy, używając podobnież tylko znaku krzyża świętego. Po śmierci Kardynała opuścił Rzym, a niosąc za sobą wszędzie błogosławieństwo Boże i cudownie uzdrawiając dotkniętych morowém powietrzem, uwolnił od téj klęski wiele miast włoskich, a mianowicie Medyolan, Montferat, księstwa Mantuy, Modeny i Parmy.

Gdy miasto Plezancya, nadzwyczajnie silną zarazą dotkniętém zostało, udał się tam sługa Boży, zamknął się w szpitalu, wyleczył chorych według swego zwyczaju, a znużony trudem usnął. Wtedy usłyszał głos z Nieba w te słowa do niego przemawiający: „Rochu, dotąd z miłości ku mnie wieleś się natrudził, lecz teraz trzeba abyś poniósł wiele ciężkich cierpień, przez wzgląd na te które Ja poniosłem dla ciebie.” Po przebudzeniu się, dostał silnéj gorączki, i uczuł w lewéj pachwinie ból gwałtowny, prawie do niezniesienia. Była to właśnie choroba morowa, a że już wtedy nikt na nią nie zapadał, bo wszystkich Roch uzdrowił, więc go wygnano nie tylko ze szpitala, lecz i z miasta nawet. Dopełzał się tedy jak mógł do lasu sąsiedniego, i prosił Pana Jezusa, aby się nad nim zlitował. W tejże chwili otoczył go cudowny obłok, a tuż przy nim wytrysnęło źródło wody, dotąd płynące. Napił się z niego, obmył wrzód morowy, gdyż to była dżuma, i trochę ulgi doznał. Lecz nie miał siły wrócić do miasta, i tam przez długi bardzo czas leżał.

Tymczasem pewien pan mieszkający w téj okolicy, nazwiskiem Gotard, zauważał że jeden z jego psów myśliwskich, brał codziennie ze stołu bochenek chleba, i daleko go gdzieś zanosił. Poszedł w ślad za nim, i ujrzał że pies przychodził do Rocha leżącego w lesie, i składał u nóg jego bochenek, za co go Święty błogosławił. Pan ten, widokiem takim poruszony do litości, zamieszkał w chatce obok Rocha i dozierał go jak najtroskliwiéj. Pies już odtąd się nie okazywał, a święty Roch nakazał Gotardowi, aby wziąwszy jego ubranie pielgrzymskie, poszedł do miasta żebrać dla niego posiłku. Gotard poddał się téj ciężkiéj próbie, lecz w mieście doznał wiele obelg i zaledwie parę bochenków chleba mógł dostać. Roch zachęcił go do cierpliwego zniesienia tego upokorzenia, a sam powrócił do Plezancyi, i oddając mieszkańcom dobre za złe, znakiem krzyża uzdrawiał wszystkich dotkniętych powietrzem, które nanowo było wybuchło, i to nie tylko w szpitalu, lecz i po różnych domach.

Gdy dnia pewnego wracał do swojéj chatki w lesie, usłyszał taki rozkaz z Nieba: „Rochu uzdrowiłem cię: powracaj teraz do twojéj ojczyzny, i czyń pokutę, abyś był przypuszczony do społeczeństwa błogosławionych.” Święty z wielkiém weselem odebrał to zlecenie, gdyż i bez tego pilno mu było Włochy opuścić, ponieważ już tam sława jego świętości i darów cudownych, powszechną mu cześć zjednała. Pozostał jednak czas jeszcze pewien z Gotardem w chatce, aby go wyćwiczyć w życiu pustelniczém do którego go namówił. Potém pożegnawszy go serdecznie, wrócił do Francyi.

Duch Boży zaprowadził go do Mąpelie jego miasta rodzinnego, gdzie postanowił nie dać się poznać kim jest, gdyż już i tam sława jego doszła. Pod tę porę kraj cały dotknięty był klęską trwającéj od niejakiego czasu wojny, i miasto Mąpelie właśnie spodziewało się napadu nieprzyjacielskiego. Święty Roch przybywszy do pewnéj wioski która dawniéj była jego dziedzictwem, wszedł do kościoła w ubogiém i podartém odzieniu, gdzie go wzięli za szpiega nieprzyjacielskiego. Schwytano go więc i odprowadzono do Mąpelie, a własny stryj jego będąc Wielkorządcą tego miasta, nie poznawszy synowca, kazał go wtrącić do więzienia.

Trudno wypowiedzieć, ile tam wycierpiał, przebywając w piwnicy ciemnéj, wilgotnéj i napełnionéj dokuczliwém robactwem. Pomimo tego jednak, jeszcze i wielkie zadawał sobie umartwienia ciała, a po pewnym czasie objawił mu Pan Bóg że z tego więzienia weźmie go już do Nieba. Wtedy Roch poprosił strażnika aby mu sprowadził kapłana, który przybywszy zastał więzienie oświecone światłością niebieską, i promienie wytryskujące z oczów uwięzionego. Skoro nasz Święty wyspowiadał się i przyjął Komunią, niezwłocznie zachorował, a we śnie usłyszał głos z Nieba: „Za chwilę poniosę duszę twoję na łono Ojca Mojego. Lecz kochany mój Rochu, proś mnie jeszcze o co chcesz, a uczynię ci.” Święty podziękował Panu Jezusowi za taką łaskę, prosił o odpuszczenie grzechów, o przyjęcie duszy jego do Nieba i o zachowanie od morowego powietrza, albo o wyratowanie od niego tych, którzyby jego pośrednictwa wzywali. Pan Jezus oświadczył mu iż prośba jego zostanie wysłuchaną, a Roch położył się na ziemi, złożył ręce w krzyż na piersiach, podniósł oczy do Nieba, i spokojnie oddał ducha Bogu.

W tejże chwili znowu więzienie napełniło się światłością niebieską, która wybuchając przez szczeliny drzwi, sprowadziła zdziwionego tym cudem strażnika. Wszedłszy wewnątrz, znalazł ciało sługi Bożego na ziemi, a przy głowie jego i nogach zapalone lampy, wśród których leżała mała deseczka z takim napisem: „Ci którzy morowém powietrzem dotknięci, wzywać będą pośrednictwa Rocha, wyratowani zostaną z téj ciężkiéj choroby.”

Gdy na wieść tych cudów, wielu mieszkańców zbiegło się do więzienia, a między nimi byli i krewni Świętego, poznali go nareszcie. Z wielką więc czcią i wspaniałością, pochowano jego ciało. Późniéj zaś wuj jego wystawił na cześć świętego Rocha kościoł, do którego zwłoki jego przeniesione zostały. Umarł roku Pańskiego 1327.

Cześć jego rozpowszechniła się szczególnie od roku 1414, kiedy miasto Konstancya, gdzie odbywał się Sobór powszechny, dotknięte morowém powietrzem, po wezwaniu pośrednietwa tego sługi Bożego, od téj klęski uwolnioném zostało.

Pożytek duchowny

Pan Bóg, którego wyroki są zawsze dziełem Jego nieprzebranego miłosierdzia, gdy dotyka ludzi klęską morowego powietrza jako karą za grzechy nasze, czyni to przedewszystkiém dla tego, abyśmy wtedy żywiéj na śmierć pamiętając, lepiéj do niéj się przygotowali. Prosząc więc świętego Rocha, aby odwracał od nas klęskę morowego powietrza, proś go przedewszystkiém, aby nas od moru grzechowego na duszy i od śmierci wiecznéj, pośrednictwem swojém zachować raczył.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś błogosławionemu Rochowi, przez Anioła Twojego tablicę mu przynoszącego przyrzekł, że kto jego pośrednictwa wzywać będzie, żadném morowém powietrzem dotknięty nie zostanie: daj, pokornie prosimy, abyśmy pamiątkę jego pobożnie obchodząc, za jegoż modlitwami i zasługami, od zabójczéj zarazy i ciała i duszy uwolnieni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 687–689.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 648–649

Święty Roch jak najsłuszniej może nam służyć za wzór umartwienia, i to nawet pod trojakim względem, naśladował bowiem Chrystusa Pana co do ubóstwa, rozdzielając swe mienie między ubogich, postępował w czynnym posłuszeństwie, pełniąc posługi około rażonych powietrzem, a wreszcie był biernie posłusznym, przyjąwszy kielich gorzkich cierpień z rąk swego wuja. Abyśmy wszakże dokładniej mogli poznać wartość umartwienia, zważmy, że:

  1. Umartwienie napawa duszę radością o tyle, że oswobadza ją od zamiłowania świata, jako też od zmysłowych rozkoszy, a nadto przywraca jej rzeczywistą wolność i usuwa zawady tamujące drogę do Nieba. O ile serce staje się wolnym od umiłowania marności ziemskich, o tyle wstępuje w nie łaska Boża. Największą radością dla duszy zacnej i szlachetnej jest bez wątpienia wspierać ubogich jałmużną, zwłaszcza gdy sami przy tym odmawiamy sobie jakichś przyjemności; czujemy się nadto szczęśliwymi, gdy zdołamy smutek biedaków zamienić w radość, a ich serca napełnić ufnością ku Bogu i wdzięcznością za Jego świętą Opatrzność. Bez wątpienia jest też wielkim zadośćuczynieniem, pielęgnować z miłości ku Chrystusowi Panu chorych, dotkniętych niebezpieczną i wstrętną chorobą. Doświadczenie uczy, że osoby pełniące te cnoty miłosierdzia i poświęcenia, zawsze są wesołe, dobrej myśli, spokojne i zadowolone.
  2. Umartwienie zwiększa i doskonali w nas miłość Boga i bliźniego, wywiera bowiem zbawienny wpływ na serce, oczyszcza je z brudu ziemskiego i użyźnia rolę, na której kwiat miłości pięknie rośnie i zakwita. W przyrodzonym porządku rzeczy okazuje się to jak najdokładniej w przywiązaniu matki do dziecka, wzrastającym w miarę słabości, bólów lub chorób dziecięcia; w nadprzyrodzonym porządku natomiast okazuje się w miłości prawdziwego chrześcijanina do ukrzyżowanego Chrystusa. Miłość ta staje się tym ofiarniejszą i skorszą do czynów, im więcej rozpamiętywanie cierpień Zbawiciela budzi naszą litość i współczucie. Jeszcze skuteczniejsze od rozpamiętywania jest rzeczywiste znoszenie cierpień i bólów z wdzięczności za dobrowolne męki i cierpienia Jezusa. Im więcej tedy Roch święty uczuwał ciężar dobrowolnego ubóstwa, tym większą okazywał ofiarność, poświęcenie i wytrwałość w miłości dotkniętych zarazą i w osamotnieniu więziennym. Kogo przeto oziębłość i obojętność w wierze przejmuje obawą, ten niech się doświadcza dobrowolnym umartwieniem, a żar miłości tlący pod popiołem oziębłości wybije się na wierzch i ogrzeje go dobroczynnym ciepłem.

Footnotes:

1

Mat. XIX. 21.

Tags: św Roch „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna zaraza jałmużna ojciec miłość bliźniego umartwienie
2020-08-10

Św. Wawrzyńca, Dyakona i Męczennika

Żył około roku Pańskiego 258.

(Męczeństwo jego jest opisane przez świętych Augustyna i Ambrożego.)

Święty Wawrzyniec, wielkiej sławy jako Męczennik w Kościele Bożym zażywający, był rodem z Hiszpanii. Ojciec jego miał imię Orencyusz, a matka Paciencia, i obojgu im rodzinne ich miasto Hueska, oddaje cześć jako Świętym. Nieznane są szczegóły młodości świętego Wawrzyńca, ani powody dla których przybył do Rzymu. To tylko wiadomo, że wyniesiony tam został przez Papieża Sykstusa II do godności Archydyakona kościoła Rzymskiego, i że miał sobie powierzone wszystkie skarby kościelne, tak dla wspomogania ubogich, jak i utrzymywania przybytków Pańskich przeznaczone.

Gdy za cesarza Waleryana, rozsrożyło się prześladowanie chrześcijan, schwytany został i święty Sykstus Papież. Dowiedziawszy się o tém Wawrzyniec, a widząc że go prowadzą do więzienia i na męki, pośpieszył za nim i rzekł: „Gdzie idziecie Ojcze bez waszego Syna? Jakże się obejdziecie kapłan, bez waszego Dyakona? Wszak nie zwykłeś sprawiać świętych obrzędów beze mnie, a czémże teraz mogłem ściągnąć na siebie twoję niełaskę? Syna któregoś sam wychował, nie pozbawiaj palmy, którą on odniosłszy, przyozdobi twoję własną koronę: bo jego zwycięstwo będzie twoim tryumfem.” Na co święty Sykstus w te słowa mu odpowiedział, chcąc go pocieszyć: „Nie myślę ja wcale synu mój, odtrącać cię od siebie, lecz wiara w Jezusa Chrystusa powołuje cię do większych walk jak moje. Dla mnie zgrzybiałego wiekiem, lżejszą gotują próbę, lecz tobie, któryś w kwiecie wieku, tyrani dadzą pole do chwalebniejszego zwycięstwa. Dla czego chcesz wspólnie ze mną je odnosić, kiedy ciebie oczekuje osobna i całkowita korona. Czy ci chodzi o moję obecność przy tobie? wszak Eliasz uniesiony de Nieba, pozostawił Elizeusza na ziemi, a ten uczeń jego nie upadł jednakże na duchu. Pamiętaj tylko, abyś skarby Kościoła roztropnie rozszafował.” Po tych słowach święty Papież dał Wawrzyńcowi pocałunek pokoju, i poszedł na męki.

Święty Dyakon spełnił rozkaz Papiezki: udał się do najskrytszych mieszkań ubogich chrześcijan w Rzymie, aby ich ze skarbów kościelnych wesprzeć według potrzeby. Spędziwszy całą noc na tych uczynkach miłosiernych, nazajutrz ujrzał znowu świętego Sykstusa wiedzionego już na stracenie, i zbliżywszy się do niego zawołał: „Nie opuszczaj mnie Ojcze święty; spełniłem coś rozkazał, rozdałem ubogim skarby któreś mi powierzył.” Żołnierze zaś prowadzący świętego Sykstusa, słysząc ten wyraz skarby o które cesarzowi głównie chodziło, schwytali Wawrzyńca. Najprzód wtrącono go do więzienia, gdzie wielka liczba ślepych zbiegła się do niego, aby za jego modlitwą wzrok odzyskać. Uczynił to Wawrzyniec i nawrócił Hipolita rycerza rzymskiego, któremu straż nad nim była zwierzona.

Wkrótce potém, Waleryan kazał stawić przed sobą Wawrzyńca. Hipolit będąc już chrześcijaninem pragnął go uratować, powiedział mu więc o tém, radząc aby probował ucieczki, lecz Święty odrzekł: „Idźmy Hipolicie przed cesarza, i dla mnie i dla ciebie przygotowana tam korona chwały.” Waleryan, gdy stanął przed nim Wawrzyniec, dopominał się o skarby kościelne, a gdy Święty prosił go aby mu dał trzy dni czasu do ich zebrania, tyran się na to zgodził, a Wawrzyniec zwoławszy ile tylko mógł ślepych, chromych i żebraków, którym tylko co był rozdał pieniądze kościelne, udał się z nimi do pałacu cesarskiego i rzekł do Waleryana: „Dostojny Cesarzu! oto są skarby Kościoła, o które się upominasz, skarby wiekuiste, ciągle się zwiększające a których każdy może dostąpić.” Rozgniewany cesarz tym postępkiem Wawrzyńca, skazał go na biczowanie knutami z drutu plecionemi. Żeby zaś go bardziéj przerazić, kazał pokazać mu wszystkie narzędzia katowskie któremi męczono chrześcijan, grożąc że jeśli zaraz nie odda czci bożkom, wydany zostanie na męki. Wawrzyniec rzekł mu na to: „Męki ustraszyć mnie nie mogą, gdyż oddawna pragnę być nasycon niemi.”

Cesarz kazał wtedy okuć go w kajdany i odprowadzić na nowe posłuchanie u Wielkorządcy, a gdy i ten nic nie mógł na Świętym wymódz, stawił go znowu przed sobą, rozkazując aby bożkom złożył ofiarę, a nie ufał skarbom jakie posiadał. „Ufam tylko skarbom niebieskim, odrzekł Wawrzyniec, to jest miłosierdziu Boskiemu, które wesprze moję duszę, gdy ciało moje dręczyć będziesz.” Waleryan kazał go knutować, a Święty wołał: „Widzisz tyranie, że skarby w które ufam, nie zawiodły mnie wcale, bo nie czuję mąk które mi zadają.” Słysząc to cesarz, kazał go rozwiesić w powietrzu, i do boków przykładać szyny rozpalone, a Święty głośno się modlił mówiąc: „Najdroższy Jezu Synu Boga żywego! zlituj się nad sługą Twoim, który męczony nie zapiera się imienia Twojego,” a zwracając się do Waleryana rzekł: „Za łaską Boską nie lękam się mąk twoich, które długo trwać nie mogą. Śmiało więc zadawaj mi katusze jakie zechcesz.”

Waleryan odchodząc od siebie ze złości, kazał go tak okrutnie smagać knutami z ołowiem na końcu, że Święty sądząc że już nie wytrzyma, polecał duszę swoję Bogu, lecz usłyszał głos z Nieba, zapowiadający mu że nie na tém jeszcze koniec jego próby, co i sam cesarz usłyszawszy, przypisywał to czarom i szatanom. Kazał wtedy wyciągnąć Wawrzyńca na rusztowaniu, i rozdzierać mu ciało żelaznemi hakami, lecz i w téj męce sługa Boży głośno się modlił mówiąc: „Bądź pochwalony Panie Boże mój, który tak wielką łaskę wyrządzasz mnie niegodnemu. Udziel mi i téj, aby wszyscy tu obecni przekonali się, że Ty sług twoich w ich utrapieniu nie opuszczasz.” I w téjże chwili stanął przed nim Anioł, który ocierał pot z jego czoła i krew z ran wychodzącą.

Waleryan kazał wstrzymać te męki, i pytał Wawrzyńca zkąd jest rodem, na co odrzekł Święty: „Jestem Hiszpan z rodu, a od młodości wychowany w Rzymie w wierze chrześcijańskiéj i w zakonie Bożym.” – „Jak możesz nazywać zakonem Bożym, zawołał Waleryan, zakon który ci nakazuje sprzeciwiać się naszym bogom?” – „Tak jest, odrzekł Wawrzyniec, z miłosierdzia Boskiego za nie mam twoje bożyszcza, i przez to właśnie spełniam zakon Boga prawdziwego.” Na to cesarz zagroził mu iż na całą noc wyda go na tortury, jeśli niezwłocznie bożkom nie złoży ofiary. – „Nie uczynię tego, odpowiedział błogosławiony Męczennik, a noc spędzona na torturach, zamieni się dla mnie na dzień najjaśniejszy i końca niemający.”

Kazał go więc po téj rozmowie Waleryan tłuc kamieniami w głowę, a gdy i tę mękę bez wzruszenia przeniósł Wawrzyniec, polecił tyran przyrządzić w tejże chwili rodzaj łóżka w kształcie żelaznego rusztu, i rozciągnąć na niém Świętego, a potém rozniecić pod nim wolny ogień, aby paląc go powoli, zadawać mu dłuższe męczarnie, i straszniejszą śmiercią go zamordować. Gdy na takich barbarzyńskich leżał Wawrzyniec torturach, cesarz mu urągał bez litości, lżył w ostatnie słowa, i z coraz większą wściekłością domagał się aby cześć bożkom oddawał, a tymczasem kaci podżegali coraz bardziéj ogień i wielkiemi widłami żelaznemi na tym ruszcie rozpalonym przewracali jego ciało, aby się lepiéj smażyło. Lecz Wawrzyniec niewzruszony, i jakby żadnego nie doznawał cierpienia, mówił do cesarza: „Wiedz tyranie, że ognie twoje są dla mnie ochłodą, a co mają w sobie siły palenia, tę zachowują dla ciebie, aby cię wiecznie po śmierci smażyć.” A gdy Waleryan zbliżył się do niego przypatrując się czy jeszcze żyje, Święty z rozpromienioną twarzą i z uśmiechem na ustach, rzekł do niego: „Widzisz iż ciało moje już dosyć z jednéj strony jest upieczone, obróć więc je na drugą i spiekłszy nasyć się niém do woli.” A tak, słusznie powiada święty Leon Papież, że wielki ten Męczennik lubo doznawał bolu z okrutnéj katuszy jaką mu zadawano, jednak nie czuł go wcale, gdyż ogień miłości Boskiéj który go palił wewnątrz, był bez porównania silniejszy od ognia, który go smażył na ruszcie.

Nakoniec gdy nadeszła chwila jego ostatecznego zwycięstwa, złożył dzięki Bogu który mu otwierał bramy niebieskie, i oddając ducha w ręce Jego, poszedł po koronę wiekuistą, zgotowaną mu za męstwo i wytrwałość.

Święty Augustyn i święty Leon Papież powiadają, że jak Jerozolima szczyci się świętym Szczepanem, tak Rzym męczeństwem świętego Wawrzyńca. A poeta Prudencyusz w pięknych wierszach opisując jego tryumfy, powiada że męczeństwo świętego Wawrzyńca zadało ostatni cios bałwochwalstwu, gdyż od téj pory pogaństwo zaczęło upadać, a Kościoł Boży swobodniéj się krzewił.

Na cześć tego wielkiego Męczennika, w całym świecie katolickim wiele wzniesionych jest kościołów: jeden z takich najwspanialszy, wybudowany w Rzymie przez cesarza Konstantyna, należy do liczby pięciu Patryarchalnych Bazylik w tém mieście.

Pożytek duchowny

Święty Wawrzyniec, którego żywot czytałeś, gotując się na straszne męki jakie go czekały, noc całą spędził na wspieraniu ubogich. Wystawiony téż na najstraszniejsze próby, wyszedł z nich za łaską Pańską zwycięzko. Niech cię to uczy, że najlepszym sposobem przygotowania się do znoszenia wszelkich ciężkich prób jakie nas spotkać mogą, jest spełnianie uczynków miłosierdzia, w intencyi uproszenia sobie łask do tego potrzebnych.

Modlitwa (Kościelna)

Daj nam, prosimy Wszechmogący Boże, płomienie złych namiętności w sobie wyniszczyć; któryś błogosławionemu Wawrzyńcowi udzielił łaskę przezwyciężenia ognia, którym go męczono. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 669–671.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 635–636

Krata, na której świętego Wawrzyńca pieczono, może być uważana za obraz dwojakiego ognia, jaki pali i trawi człowieka w życiu doczesnym.

  1. Jednym z tych ogniów jest święty żar miłości Boga, gorliwości o chwałę Bożą i tęsknoty do szczęścia wiekuistego w Niebie. Ogień ten przyniósł na świat sam Chrystus i roznieca go chrztem św. w sercach tych, którzy ten sakrament godnie przyjęli. Ogień ten oświeca człowieka i wiedzie go do poznania trójistnego Boga, tj. Ojca, od którego wszystko dobre pochodzi, Syna, który z miłosierdzia nad nami grzesznymi poniósł śmierć na krzyżu i udziela się nam jako pokarm w sakramencie Ciała Pańskiego, i Ducha świętego, który w nas przemieszkuje, wiedzie do prawdy i pociesza. Ogień ten zagrzewa nas do pełnienia woli Bożej i gorącego zajmowania się bliźnimi, oczyszcza i oswobadza nas od zbytecznego umiłowania dóbr tego świata i podnieca tęsknotę do Nieba. Taki to ogień ożywiał świętego Wawrzyńca i wywoływał w nim radość z powodu bliskiego połączenia się z Chrystusem, która przewyższała boleści, jakie musiał znosić.
  2. Jest jeszcze inny ogień, tj. ogień namiętności, żądzy czynienia złego bliźnim i grzeszenia przeciw Bogu. Ogień ten przyniósł na ten świat szatan i rozżarzył go w sercach tych, którzy się opierają łasce Bożej i łamią obietnice na chrzcie uczynione. Taki ogień roznieca w myśli grzesznika złudzenie, że bogactwa doczesne, zaszczyty, sława, pożądliwości doczesne, wygody i rozkosze życia są o wiele więcej warte i daleko pożądańsze od miłości Boga, moralnej doskonałości i wiekuistych radości niebieskich. I ten ogień zagrzewa, ale zagrzewa tylko do zadośćuczynienia żądzom nienasyconym, zachęca do chytrości i podstępu, do gwałtów i krzywd, do zazdrości i nienawiści, do zemsty i rabunku, przytępia i zagłusza w duszy pociąg do dobrego, i zamienia serce w pogorzelisko, na którym nic nie widać, jak tylko węgle i popioły. Jeśli takiego ognia nie przygasisz strumieniem łez, żalu i skruchy, ufnością w łaskę i miłosierdzie Boże, wtedy przyjdzie chwila, w której ci stanie przed oczyma obraz wiecznego ognia, gdzie słychać tylko płacz i zgrzytanie zębów.
Tags: św Wawrzyniec „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik diakon miłość bliźniego św Hipolit
2020-08-08

Św. Cyraka, Larga i Smaragda, Męczenników

Żyli około roku Pańskiego 303.

(Żywot ich wyjęty jest z Akt męczeńskich Kościoła Rzymskiego.)

Święty Cyryak, Larg i Smaragd żyli w Rzymie w drugiéj połowie trzeciego wieku. Podówczas cesarz Dyoklecyan, przybrał był sobie do rządów Maksymina Harkula, który chcąc się przypodobać swojemu dobroczyńcy, zajął się wybudowaniem mu owego sławnego pałacu, który nazwano Łaźniami Dyoklecyana. Przytém żeby jeszcze większe zaskarbić sobie u niego łaski, użył do téj roboty chrześcijan dręcząc ich trudem i głodem, aby tym sposobem jak największą z nich liczbę wymordować. Pewien wielki pan rzymski nazwiskiem Trason, bardzo majętny i potajemny wyznawca Chrystusów, chcąc tym nieszczęśliwym przychodzić w pomoc, użył do tego Cyryaka, Larga i Smaragda gorliwych chrześcijan, których dotąd prześladowanie oszczędziło. Złożył w ich ręce wielkie jałmużny, przeznaczając je dla wiernych przy pałacu Dyoklecyana pracujących. Święci wspierali ich hojnie, i będąc ciągle przy nich zachęcali do wytrwałości, przez co stali się dla wszystkich, największą pociechą, Papież święty Marcelin dowiedziawszy się o takiém poświęceniu kazał ich przyzwać do siebie, pobłogosławił, i Cyryaka na Dyakona wyświęcił. Wyniesiony do téj godności kościelnéj, z tém większą gorliwością służył on wiernym, a Larg i Smaragd nięustępując mu w niczém, i ze swojéj strony nie ustawali w pełnieniu tychże uczynków miłosiernych.

W krótkim téż czasie, spostrzegli poganie że oni wielkiemi jałmużnami wspierają świętych wyznawców, których tyran właśnie chciał głodem zamorzyć, więc i ich również skazano do tych samych robót. Zapędzeni wraz z innymi do pracy, tak jak wprzód tak i teraz wpływali na nich duchownie, co im jeszcze łatwiéj było gdy z nimi ciągle przebywali, a prócz tego, jeśli widzieli którego ze swoich braci albo słabszego, albo obarczonego wiekiem, lub zbyt ciężką pracą brali ją na siebie, i przez to ich wyręczali. Zdarzało się nawet, że prosili dozorców aby im wyznaczali najcięższe zajęcia, gdy spostrzegali że niemi obarczano kobiety lub dzieci.

Tak wielkie miłosierdzie, nie uszło uwagi samychże pogan. Przewodniczący przy budowie pałacu cesarskiego, wspomnieli o tém przed Maksyminem, jako o rzeczy która w nich samych wzbudzała uwielbienie. Lecz okrutny ten tyran nietylko nie ocenił czynów tak wielkiéj miłości bliźniego, ale się jeszcze bardziéj rozsrożył. Kazał więc Smaragda, Cyryaka i Larga zamknąć do więzienia, w zamiarze wydania ich na męki, a potém skazania na śmierć. Podczas gdy byli w więzieniu, zdarzyło się iż kilku ślepych przybyło do nich, prosząc o poratowanie, wiadomo bowiem było że już przedtém z czynienia cudów słynęli. Cyryak uściskał ich, przeżegnał im oczy, i wzrok w téjże chwili odzyskali. Rozgłos takich cudownych uzdrowień, sprowadził do więzienia naszych Świętych, wielu innych chorych; każdego z nich uzdrawiali pomodliwszy się nad nim, i to nietylko na ciele ale i na duszy, nawracając do Chrystusa.

Wieść o tém doszła była i do dworu Dyoklecyana, a to w chwili kiedy ukochana córka jego Artemia, opętana od złego ducha, miotała się, szarpała własne ciało i najstraszniejszych doznawała boleści, wołając że jeden tylko Dyakon kościoła chrześcijańskiego Cyryak, może ją od szatana wyzwolić. Cesarz zapominając o swojéj zawziętości ku chrześcijanom, pragnąc przedewszystkiém uzdrowienia córki, kazał wnet uwolnić Cyryaka i jego dwóch towarzyszy, i prosić aby ratowali jego dziecko. Święci przybyli na dwór cesarski, a Cyryak zdjęty wielką litością nad księżniczką, pomodlił się i zaklął szatana aby z niéj ustąpił: „Uczynię to, odrzekł szatan, gdyż nie mogę się oprzeć mocy Jezusa Chrystusa, ale odchodząc ztąd pójdę na dwór króla Perskiego.” – „Cokolwiek uczynisz, powiedział Cyryak, wszystko się to obróci na twoje pohańbienie, a na chwałę Pana naszego Jezusa Chrystusa, a teraz ustępuj.” I w téjże chwili córka cesarska uzdrowioną została, a padając do nóg Świętego, oświadczyła iż wierzy w Chrystusa i chce zostać chrześcijanką. Stało się to w nieobecności Dyoklecyana, przed którym ten szczegół zatajono, a on przejęty wdzięcznością dla Świętego kazał go uwolnić i darował mu piękny dom w Rzymie.

Tymczasem córka króla Perskiego na imię Jobia, w tymże dniu w którym uzdrowioną była córka Dyoklecyana, opętaną została, i także wołała że tylko Dyakon Cyryak będący w Rzymie, może ją wyratować. Król który namiętnie córkę swoję kochał, wysłał niezwłocznie posła do Dyoklecyana, z prośbą aby mu przysłał Cyryaka. Cesarz spełnił to żądanie, i pozwolił nawet Świętemu aby z nim dwaj jego święci towarzysze udali się do Persyi. Poseł królewski miał polecenie przywieźć go z wielką okazałością, lecz sługa Boży nie zezwolił na to: udał się pieszo z kijem w ręku, wedle swego zwyczaju ściśle codzień poszcząc, i przez drogę w psalmach i pieśniach pobożnych, chwaląc Boga z Largiem i Smaragdem.

Przybywszy na dwór króla Perskiego, zastali go oczekującego ich niecierpliwie. Rzucił się im do nóg błagając ze łzami, aby córkę jego ratowali. Święty Cyryak przyrzekł mu iż to uczyni, i córka jego wyzwoloną zostanie od złego ducha, byle uwierzył w Chrystusa. Król mu to obiecał. Święty pomodlił się, a skoro rozkazał szatanowi w Imię Jezusa Chrystusa aby ustąpił z ciała téj dziewicy, królewna wnet wyzdrowiała. Ojciec i córka przyjęli wiarę świętą, a wraz z nimi przeszło czterechset pogan zostało ochrzczonych. Pobyt tych Świętych w Persyi, nie ograniczył się nawet na tych pozyskanych Panu Bogu duszach: bawiąc tam około półtora miesiąca, codzień wielu pogan do wiary świętéj przywodzili. Potém wrócili do Rzymu, gdzie wkrótce Pan Bóg miał ich nagrodzić koroną męczeńską.

Wprawdzie Cesarz Dyoklecyan, przez wzgląd na dobrodziejstwo jakie im zawdzięczał, zostawiał ich w spokoju, z czego oni korzystając, według dawnego swojego zwyczaju, służyli wiernym, wspierali ich w potrzebach, krzepili na duchu, odwiedzali po więzieniach i ciała Męczenników, z wielką czcią skrycie chowali. Lecz gdy Dyoklecyan wydalił się z Rzymu dla zwiedzania niektórych części swojego cesarstwa, Maksymin którego nienawiść do chrześcijan z każdym dniem wzrastała, kazał ich uwięzić, i zlecił Wielkorządcy Rzymskiemu nazwiskiem Karpaza, aby użył wszelkich środków któremi mógłby ich skłonić do oddania czci bożkom pogańskim. Kazał przytém zapowiedzieć im, że jeśli ofiary bałwanom nie złożą, sami tymże bożkom zaofiarowani zostaną. Wielkorządca zawezwał ich przed siebie, i oświadczył im wolę Maksymina, a gdy wszyscy trzéj Święci stanowczo odpowiedzieli, iż gotowi są na wszelkie męki i na śmierć samę a Chrystusa się nie wyrzekną, po tém pierwszém przesłuchaniu niezwłocznie skazał ich na śmierć.

Gdy ich wiedziono napowrót do więzienia, a na drugi dzień mieli być traceni, święty Cyryak zaczął głośno wyznawać Chrystusa, wołając iż bożkowie cesarscy sąto duchy piekielne i z nimi dręczeni będą na wieki ci którzy im cześć oddają. Usłyszawszy to Karpaza wydał rozkaz aby go zawrócić, i przywoławszy i katów, kazał mu smołę rozpaloną lać na głowę. Święty zniósł tę mękę bez wydania jęku. Owszem, nieustannie modlił się i wyznawał Jezusa Chrystusa. Wtedy tyran kazał go rozciągnąć na rusztowaniu i bić kijmi, aż do połamania kości. Wśród téj znowu katuszy Cyryak powtarzał ciągle: „Chwała Tobie Jezu Chryste Panie mój najwyższy. Zlituj się nade mną, który jestem grzesznikiem niegodnym téj łaski jakiéj w téj chwili dostępuję cierpiące dla Imienia Twojego.” Stałość jego i męstwo wprawiało w zdumienie obecnych pogan, tymczasem Karpaza zawiadomił o wszystkiém Maksymina, a ten wydał wyrok aby nietylko święci Cyryak Largus i Smaragd byli niezwłocznie ścięci, lecz aby tęż samę śmierć poniosło z nimi dwudziestu innych Męczenników, trzymanych od niejakiego czasu w więzieniu. Rozkaz ten spełniono: ponieśli oni śmierć męczeńską 16 Marca roku Pańskiego 303. Ciała ich pochowane zostały za miastem, w blizkości placu na którym byli straceni, przy drodze Salustyńskiéj, którą chrześcijanie drogą zbawienia przezwali. Późniéj za Papiestwa Marcelego I, następcy Marcelina I, zwłoki świętych Cyryaka, Larga i Smaragda, przeniesione zostały ztamtąd do dóbr pewnéj pani chrześcijanki nazwiskiem Lucyny, przy drodze Ostyeńskiéj o ćwierć mili od Rzymu. A że to przeniesienie miało miejsce 8 Sierpnia, więc ten dzień wyznaczony został na doroczną pamiątkę tych świętych Męczenników.

Pożytek duchowny

Ile razy człowiek, na nieszczęście swoje, dopuszcza się grzechu śmiertelnego, tyle razy dusza jego, chociażby niewyraźnie przez złego ducha opętana, dostaje się w jego posiadanie. Widziałeś jaką mocą do wypędzania złych duchów z ciał ludzkich, obdarza Pan Bóg swoich Świętych. Niech cię to pobudzi do wzywania ich pomocy i pośrednictwa, gdy jakąkolwiek pokusą szatan do twojéj duszy toruje sobie przystęp.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś nas doroczną świętych Męczenników Twoich, Cyryaka Larga i Smaragda uroczystością rozweselasz, spraw miłościwie, abyśmy czcząc pamiątkę ich przejścia do Nieba, wytrwałość jaką w męczeństwie okazali naśladować umieli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 663–665.

Tags: św Cyrak św Larg św Smaragd „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik niewolnictwo miłość bliźniego szatan opętanie
2020-07-20

Św. Hieronima Emiliana, Założyciela Zgromadzenia Somasków

Żył około roku Pańskiego 1537.

(Żywot jego wyjęty jest z jego Bulli kanonizacyjnéj).

Święty Hieronim ze świetnego rodu Emilianów magnatów Weneckich pochodzący, urodził się w tém mieście roku Pańskiego 1481. W dzieciństwie okazywał bardzo dobre skłonności, a obdarzony bystrém pojęciem, w naukach znaczny postęp uczynił. Zaledwie miał lat szesnaście gdy podczas wojny którą prowadzili Wenecyanie, pomimo łez matki, wstąpił do wojska. Wkrótce pobożne zasady jakie wyniósł z domu, zatarły się w jego sercu, i Hieronim oddał się życiu jakie zwykle, z wielką szkodą i niebezpieczeństwem dla duszy, wiodą wojskowi. Upomnienia nawet matki i starszych braci, nie skutkowały wcale. Po skończonéj wojaczce, wrócił do rodziny, lecz się nie zmienił, i takim zastała go i druga wojna téj rzeczypospolitéj z Niemcami, w któréj powtórnie zaciągnął się w szeregi, mając już lat dwadzieścia siedem. Był bardzo waleczny, więc Senat Wenecki zwierzył mu obronę twierdzy Kastel-nowo, a którą pomimo mężnéj obrony Hieronima, nieprzyjaciel zdobył, i wraz z pozostałą załogą i jego wziąwszy do niewoli, zamknął okutego w kajdany u nóg, rąk i szyi, i z ciężką kulą do nóg uwiązaną, do ciemnego więzienia. Trzymano go przytém o chlebie i wodzie.

Lecz tam właśnie czekała go łaska Boża. Widząc się co chwila zagrożonym śmiercią, przerażony myślą że z ciężkiemi grzechami stanie na sąd Boski, gorzko zapłakał, i zaczął goraco sie modlić do Matki Bożéj, do któréj jako Matki Bolesnéj, pomimo wielkich zboczeń swoich, miał zawsze szczególne nabożeństwo. Skruszony z całego serca, zrobił ślub: że jeśli ujdzie tą razą śmierci, poprawi się zupełnie, i odbędzie pieszo i boso pielgrzymkę, do cudownego obrazu przenajświętszéj Panny w Trewizie. Owóż zaledwie ślub ten uczynił, aż oto więzienie jego napełniła światłość niebieska, stanęła przed nim Matka Boża, dała mu klucz do otwarcia i kajdan i drzwi więziennych, kazała mu wyjść, i sama przeprowadziła go przez straże i wojsko nieprzyjacielskie, aż do bram Trewizy. Wszedłszy do miasta, Hieronim udał się prosto do kościoła gdzie go wszyscy zdziwieni poznali, złożył u stóp ołtarza klucze swego więzienia i kajdany, zawiesił u sufitu ogromną kulę, którą miał przy nogach, a potém kazał urzędowemu notaryuszowi spisać całe to zdarzenie i wymalować obraz który je przedstawia.

Po zawarciu pokoju z Niemcami, Senat Wenecki wynagradzając waleczność Hieronima w obronie twierdzy Kastel-nowo, na lat trzydzieści oddał w dziedzictwo to miasto rodzinie Emilianów, a jego zamianował Wielkorządcą całéj prowincyi do okręgu twierdzy należącéj. Lecz Święty, niedługo ten wysoki urząd piastował. Postanowiwszy już wyłącznie poświęcić się Bogu, zrzekł się się téj godności, i przybywszy do Wenecyi wiódł życie pokutne, i tylko bogomyślności i miłosiernym uczynkom oddane. Wyrzekł się zupełnie wystawności wśród któréj żył dotąd, i trapił ciało najściślejszemi postami i wszelkiemi rodzajami najostrzejszych umartwień. Wstawał wśród nocy, i większą jéj część trawił na modlitwie. Dnie całe spędzał w kościele, albo na obsłudze ubogich chorych po szpitalach. Podczas klęski ciężkiego głodu panującego w całych Włoszech, rozdał na ubogich co posiadał, i ostatnie sprzęty na ten cel posprzedawał. Dom jego zamienił się w wielki szpital, w którym utrzymywał ogromną liczbę ubogich, i najtroskliwiéj im sam usługiwał. Po klęsce głodu, nastąpiło morowe powietrze. Święty tak się poświęcił usłudze i ratowaniu chorych, że i sam niém rażony został. Przyjął ostatnie Sakramenta i był już umierającym, lecz uprosił sobie u Pana Boga, aby jeszcze dłużéj i ostrzéj mógł pokutować za dawne grzechy swoje. Wyzdrowiawszy, z większą jeszcze gorliwością wziął się do dzieł miłosierdzia, tém bardziéj że po téj nowój klęsce, mnóstwo sierót w ostatniéj pozostało nędzy, i przez to wystawione było na tém łatwiejsze zepsucie. Święty Hieronim najął gmach obszerny, urządził tam dla nich szkoły i zaopatrzył we wszelkie pomoce religijne.

W tym świętym zawodzie, zaczęło przyłączać się do niego coraz więcéj pobożnych towarzyszy, z pomiędzy których pierwszymi byli dwaj jego przyjaciele: święty Kajetan z Tienny i Piotr Karafa (Caraffa) późniejszy Papież Paweł IV. Rada miejska, powierzyła mu zarząd głównego szpitala. Wkrótce zaś, miłosierdzie jego i daléj sięgać poczęło. Poruczywszy dozór założonych przez niego zakładów w Wenecyi swoim towarzyszom, udał się do Padwy, a potém do Werony, i tam podobneż pourządzał. W tém ostatniém mieście, przez długi czas żył wśród żebraków, razem z nimi prosząc o jałmużnę, aby przez to bliżéj się z nimi zapoznawszy mógł zbawiennie wpływać na nich. Ztamtąd przeniósł się do Bergamu, i tam założył dwa domy przytułku dla sierót, jeden dla chłopczyków drugi dla dziewczynek.

Lecz co go najwięcéj kosztowało trudu i zachodu, założył dom schronienia dla kobiet ze złego życia nawracających się. Po wielu trudnościach dokonał tego i nadał dla zgromadzonych tam niewiast mądre i święte ustawy, utwierdzające je w przedsięwziętéj poprawie.

Dziećmi biednemi po miastach i wioskach opiekował się najszczególniéj, i nietylko wspierał ich nędzę, lecz pilnie kształcił ich dusze. Kochał je serdecznie, i taką ufność pokładał w ich niewinności, że gdy miał na sercu jaką ważniejszą sprawę, wybierał czworo sierót niemających lat siedmiu, i z niemi się modląc na tę intencyą, zawsze skutku ich modlitw doznawał.

Mając już znaczną liczbę wspólników w tych swoich czynach miłosierdzia chrześcijańskiego, i widząc jak Pan Bóg błogosławił ich pracom, umyślił zawiązać stałe Zgromadzenie, i przepisać im stosowne do ich zajęć i poświęcenia się Ustawy. W tym celu, osiadł z kilku towarzyszami w małéj wiosce w okolicach miasta Bergamo zwanéj Somasko, i tam urządzili się jako Zgromadzenie kleryków zakonnych, od miejsca swojego pierwotnego pobytu Somaskami zwanych.

Przy tym głównym domu swoim, założył wielką ochronę dla sierót, których bracia pilnowali i kształcili w religii i naukach. Prócz tego chodzili i po okolicznych wioskach dla uczenia dzieci, doglądania chorych, a podzielając pracę z różnymi wyrobnikami, korzystali z téj sposobności aby ich w religii oświecać i do pobożnego życia nakłaniać. Sam święty Hieronim, dawał im w tém wszystkiém przykład, i nikt mu w gorliwości i poświęceniu się nie wyrównywał. Miał zwyczaj w porze robót wieśniaków w polu, przyłączać się do nich. Razem z nimi pracując, uczył ich katechizmu, wykładał najważniejsze tajemnice wiary, usposabiał do dokładnych spowiedzi, a przytém mając głos bardzo dźwięczny, śpiewał z nimi pobożne pieśni, i przez to oduczał śpiewek nieprzyzwoitych, których sobie niekiedy pozwalali. Chorych po chatach doglądał, sam opatrywał ich rany, i szło mu to tak szczęśliwie, że powszechne było przekonanie, iż posiadał cudowną łaskę uzdrawiania najzjadliwszych wyrzutów. Małe dziatki pielęgnował jak najtroskliwsza matka: przewdziewał je, umywał, biedniejszym przynosił odzienie, a obok tego uczył paciorka i zaszczepiał w ich młodych sercach, nietylko wiarę lecz i pobożność, którą mu wielka ich liczba, na całe już potém życie zawdzięczała.

Znalazłszy, w okolicach wioski Somuska, jaskinię na wysokiéj górze w odosobnioném miejscu, przemieszkiwał w niéj od czasu do czasu, i tam wiódł życie dawnych pustelników egipskich. Biczował się do krwi, całe dnie spędzał bez żadnego posiłku, większą część nocy obracał na ćwiezenia bogomyślne, na kamieniu zażywając krótkiego spoczynku, z gorzkiemi łzami opłakując nieprawości młodego wieku. W głębi téj jaskini, po dziś dzień wytryskuje źródło, którego zjawienie się przypisują jego modlitwom. Dotąd użycie téj wody, chorym cudownie zdrowie przywraca.

Zgromadzenie założone przez świętego Hieronima, szybko rozszerzyło się i po innych krajach. Uczniowie jego, z czasem nie ograniczali się już na nauczaniu biednych sierot i obsłudze wieśniaków, lecz powoływani zostali do kształcenia młodzieży po szkołach publicznych, akademiach i seminaryach. Sam zaś Święty ich założyciel, miał szczęście i życie położyć w usługach miłosiernych, którym się z tak niezmordowaną gorliwością oddawał.

Wydalił się był w interesach swojego zgromadzenia do Medyolanu i Wenecyi, gdy w okolicach Bergamu znowu wybuchło morowe powietrze. Wrócił co prędzéj do braci, aby z nimi podzielać niebezpieczeństwo, i dotkniętym powietrzem przyjść w pomoc. Według swego zwyczaju, poświęcił się im na usługi wszelkiego rodzaju. Dzień i noc był przy nich, dogłądając, ratując, a szczególnie o duszy ich pamiętając. Na własnych barkach nosił ich do szpitala przy jego klasztorze będącego, i nakoniec sam morową zarazą dotknięty, w dniu który dawno był przepowiedział oddał Bogu ducha. Umarł 8 Lutego roku Pańskiego 1537, mając lat pięćdziesiąt sześć. W poczet Świętych policzony został przez Papieża Klemensa XIII, który święto jego na dzień dzisiejszy wyznaczył.

Pożytek duchowny

Wczoraj czytałeś żywot ubogiego kapłana, który sam nic nie posiadając, miliony wydał na ubogich i zakładami dobroczynnemi świat cały zbogacił. Dziś masz żywot bogatego pana, który milionów się wyrzekł rozdając je biednym, a potém sam im służył. Jesteś albo zamożny, albo niedostatni, naśladując chociaż w małéj części jednego albo drugiego.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś świętego Hieronima, dla pomocy dusz w chwili konania walczących, szczególnym przywilejem miłości ozdobił; za jego zasługami prosimy, wléj w nas Ducha Twojéj miłości, abyśmy w godzinę śmierci wroga duszy naszéj zwyciężyć i korony niebieskiéj dostanić mogli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 602–604.

Tags: św Hieronim Emiliani „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna żołnierz Maryja miłość bliźniego
2020-07-19

Św. Wincentego z Pauli, Założyciela Zgromadzenia Księży Missyonarzy

Żył około roku Pańskiego 1660.

(Żywot jego wyjęty jest z procesu jego kanonizacyi.)

Święty Wincenty rodem z małéj wioski Pui (Poui), w południowéj Francyi, przyszedł na świat roku Pańskiego 1575. Rodzice jego bylito ubodzy wieśniacy, ale błogosławieństwem Bożém dostatni i bardzo pobożni. Dla tegoto późniéj, gdy święty Wincenty był w wielkiém znaczeniu, przez pokorę często powtarzał, ze jest synem prostego chłopa. Dzieekiem będąc gdy pasał trzody, już wielkie dla biednych okazywał miłosierdzie. Chléb który mu wydzielano kiedy wychodził w pole, oddawał ubogiemu skoro go spotkał. Pierwsze kilka złotych jakie z własnéj pracy zarobił, obrócił na wsparcie biednego.

Ojciec widząc w nim wielkie zdolności, oddał go do szkół. Niższe nauki pobierał w mieście Dax, a wyższe, w akademii Tuluzkiéj, gdzie słuchał wykładu teologii. Wstąpiwszy do stanu duchownego wyświęcony został na kapłana, i po świetnie zdanym egzaminie otrzymał stopień Doktora Teologii, co jednak tak starannie taił całe życie, że dopiéro po śmierci jego dowiedziano się o tém.

Niezwłocznie po przyjęciu wyższych święceń, otrzymał bardzo donośne probostwo, którego zrzekł się wkrótce, widząc innego księdza usilnie ubiegającego się o nie. Poznano się wtedy na jego wysokiéj cnocie i miał już zostać Biskupem, kiedy płynąc z Tuluzy do Marsylii wpadł w ręce korsarzy, którzy zawieźli go do Afryki, i zaprzedali muzułmaninowi, który dawniéj był chrześcijaninem. Po kilkoletniéj niewoli, święty Wincenty wsparty cudowną opieką Matki Bożéj, do któréj miał zawsze wielkie nabożeństwo, nawrócił swego pana i razem z nim do Europy przybywszy, najprzód udał się do Rzymu, dla zwiedzenia grobów świętych Apostołów.

Za powrótem do Francyi oddał się pod przewodnictwo duchowne księdza Beruela wielkiéj świątobliwości kapłana. Został proboszczem w Kliszy (Clychy), a potém w Szatylionie (Chatylion), gdzie jak najświęciéj obowiązki pasterza spełniał. Lecz że go niepokoiła odpowiedzialność za dusze mu powierzone, zrzekł się i tym razem obowiązków plebana i został nauczycielem przy dzieciach Jenerała Gondy, zarządzającego wszystkiemi więzieniami we Francyi. Widząc się tam wielką czcią otoczonym, potajemnie to miejsce opuścił, i wrócił tylko na wyraźny rozkaz swego ojca duchownego.

Jenerał Gondy, będąc świadkiem jak wiele dobrego czynił święty Wincenty dla dusz mieszkańców jego rozległych włości, zrobił go jeneralnym kapelanem wszystkich więzień. Święty spełniał te obowiązki z największą gorliwością, i z najzbawienniejszym skutkiem tak dla więźniów, jak i dla ich dozorców. Wkrótce potém święty Franciszek Salezy, powierzył mu zarząd duchowny Zakonnic Nawiedzenia przez siebie założonych. Sprawował on ten obowiązek przez lat czterdzieści tak święcie i tak pilnie, że to błogosławione grono dziewic nie doznało żadnego uszczerbku duchownego, przechodząc zpod przewodnictwa swojego założyciela, pod przewodnictwo tego drugiego Świętego. Błogosławiony Salezy mawiał o nim że nie znał świętszego od niego kapłana.

Razu pewnego, Wincenty miał na wsi do ludu bardzo licznie zgromadzonego kazanie o świętokradzkiéj spowiedzi. W skutek tego większa część słuchaczów rzuciła się do konfesyonałów, i z największą skruchą odbyła spowiedź z całego życia. Pewna wielka pani obecna temu, powzięła myśl, aby święty Wincenty, przybrawszy kilku kapłanów, mawiał kazania po wsiach dla biednego ludu potrzebującego oświecenia w religii, i na ten cel znaczne pieniądze zaofiarowała. Z początku chciał Wincenty skłonić do tego jakie zgromadzenie zakonne już istniejące, lecz gdy mu się to nie powiodło, przybrał kilku księży świeckich, i z nimi to święte dzieło rozpoczął.

To dało początek Zgromadzeniu księży Missyonarzy, które się w krótkim czasie po całym świecie katolickim rozszerzyło. Należący do niego, wykonywają proste śluby (vota simplicia) zatwierdzone przez Stolicę Apostolską, i obowiązują się ogłaszać słowo Boże prostemu ludowi, a szczególnie wieśniakom. Wincenty od pierwszéj chwili zawiązania tego Zgromadzenia, stał się dla braci swoich najwyższym wzorem gorliwości apostolskiéj, pokory, zaparcia i niezmordowanéj w tym zawodzie pracowitości. Zajął był w samych początkach dawny dom świętego Łazarza w Paryżu, i ztąd we Francyi Missyonarze jego Łazarystami są zwani.

Współcześnie z założeniem tego Zgromadzenia, wielki ten sługa Boży, założył Bractwo miłosierdzia z kobiet złożone. Zawiązał je gdy jeszcze był proboszczem w Szatylionie. W Paryżu wnet ono na większą skalę rozwijać się zaczęło, skoro do tego świętego dzieła znalazł Wincenty godną wspólniczkę w pannie Legra, osobie wielkiéj świątobliwości. Zadaniem tego pobożnego stowarzyszenia, było zbierać jałmużny, i osobiście nawiedzając ubogich po mieszkaniach, wspierać ich wedle potrzeby. Niektóre z tych pań jużto obawiając się chorób zaraźliwych, któremi dotknięci bywali ubodzy, już mając sobie przez mężów wzbronione chodzenie po ich mieszkaniach, przybierały służące, które je w tém wyręczały. Te pod przewodnictwem świętego Wincentego, spełniały nierównie lepiéj od pań swoich, włożony na siebie obowiązek. Wszędzie żądano mieć je do obsługi ubogich chorych, a szczególnie po szpitalach. Widząc to Wincenty, osobne zawiązał z nich Zgromadzenie, i to dało znowu początek zgromadzeniu Sióstr miłosierdzia, słusznie taką nazwą zaszczyconych.

Lecz i tego jeszcze nie dość było dla naszego Świętego: chciał on przyjść w pomoc w kształceniu młodych kapłanów. Założył więc kilka wielkich Seminaryów, i te zakłady takie jakie są dziś po różnych dyecezyach, od niego niejako biorą swój początek. Urządził także dla księży konferencye, czyli nauki i ćwiczenia przygotowawcze do przyjmowania święceń. Postanowił aby wszystkie domy jego Zgromadzenia miewały i takie zakłady, a przytém ułatwiały odbywanie rekolekcyi i dla osób świeekich.

Gdy się liczba braci zwiększyła, porozsyłał ich na missye nie tylko po różnych częściach Francyi, lecz pozakładał swoje domy we Włoszech, w Polsce, w Szkocyi, Irlandyi, a nawet aż w Indyach.

Po zgonie Ludwika XIII, którego na śmierć usposabiał, został przyzwany przez królowę Annę Austryacką, rządzącą państwem w małoletności Ludwika XIV, do zasiadania w najwyższéj radzie. Długo w niéj urzędował, i za jego wpływem wszystkie Dyecezye i Opactwa obsadzone zostały przez najgodniejszych ludzi, oprócz tego wiele najpożyteczniejszych praw wydano tyczących się dobra Kościoła i poprawy obyczajów.

Razu pewnego prosił królowę o wsparcie dla biednych. Ta mu odpowiedziała, iż na jego prośby, oddała niedawno wszystko co mogła. „A te klejnoty?” rzekł Święty wskazując na bogaty strój jaki miała na sobie królowa, która na te słowa oddała mu i te kosztowności. Także darowała mu była wielki pierścień brylantowy. Wincenty wkrótce zastawił go, aby mieć pieniądze dla ubogich. Dowiedziawszy się o tém królowa, wykupiła pierścień a oddając mu takowy rzekła: „Proszę go już więcój nie zastawiać.” — „Trudno mi będzie spełnić ten rozkaz waszéj królewskiéj mości,” odpowiedział Święty. — „Więc proszę, powiedziała królowa, abym zaraz o tém wiedziała, i tak jak teraz postąpiła sobie.”

Nie masz zdaje się rodzaju nędzy ludzkiéj, któréjby ten Święty nie przyszedł w pomoc. Wykupywał chrześcijan w niewoli u Muzułmanów będących, założył przytułek dla podrzutków, zakłady dla kobiet nawracających się ze złego życia i dla młodzieży zepsutéj; dom schronienia dla zakonnic, które w owych czasach z krajów heretyckich wygnano, i dla rzemieślników chorych i podupadłych; szpitale dla waryatów, gościnne domy dla chorych podróżnych, co wszystko w wielu miejscach po dziś dzień istnieje. Gdy w prowincyach Lotaryngii, Szampanii, Pikardyi i innych, wybuchło morowe powietrze, posłał tam jałmużny kilka milionów franków! Toż samo uczynił gdy w Anglii głód panował. Znany ze swojego poświęcenia dla ubogich, stał się jałmużnikiem wszystkich najmożniejszych domów we Francyi począwszy od rodziny królewskiéj. Pomimo tego, trudno pojąć zkąd brał na dobroczynne cele tak wielkie sumy, że jak piszą historycy jego życia, żaden najmożniejszy monarcha takich ogromnych jałmużn przez całe życie swoje nie uczynił, jak ten ubogi kapłan.

Prócz Bractwa miłosierdzia z pań na świecie żyjących złożonego i Sióstr Miłosierdzia, założył jeszcze wiele innych pobożnych stowarzyszeń, mających na celu wyszukiwanie i wspieranie różnéj nędzy ludzkiéj. Także założył: Siostry od krzyża świętego, Siostry Opatrzności, i Siostry świętéj Genowefy, trudniące się wychowaniem ubogich panienek.

Wśród natłoku zajęć z zarządu tylu zgromadzeń wynikających, zawsze był skupiony, zjednoczony z Bogiem, spokojny, cichy, słodki w obcowaniu z każdym, unikający zaszczytów, sławy i najmniejszego dostatku, a w pokorze niezrównany. Ofiarowanego kilkakrotnie Biskupstwa, nigdy przyjąć nie chciał. Miał wielu zawistnych nieprzyjaciół. Zdarzyło się iż gdy wychodził z pokojów królewskich, jeden z takich dał mu policzek. Święty upadł na kolana, przepraszając go, iż mimo chęci i wiedzy, jakimś postępkiem swoim, przywiódł go do takiéj ostateczności, a o zniewadze swojéj przed nikim słowa nie wymówił. Był usposobienia nadzwyczaj żywego, i gdy się zabierał do jakiego świętego dzieła, czuł do tego nadzwyczajny zapał. Miał więc zwyczaj póty nic nie rozpoczynać, aż z naturalnéj téj podniety ochłonął. To było powodem, że niektórzy zarzucali mu pewną opieszałość w działaniu.

Na ośmnaście lat przed zgonem, zaczął już pilnie gotować się na śmierć, a podczas ostatniéj choroby, która bardzo długo trwała, codzień po Mszy świętéj odmawiał modlitwy konających. Spracowany tylu trudami dla miłości Boga i bliźniego poniesionemi, skołatany wiekiem i wielkiemi umartwjeniami ciała, zapadł ciężko na zdrowiu, i długich a gwałtownych doznawał cierpień. Znosił je z niezachwianą swobodą ducha, mawiając, że gdyby ludzie wiedzieli jak wielkie zasługi skarbić sobie można będąc cierpiącym, wszyscyby się o choroby na wyścigi ubiegali. Nakoniec zasnął w Panu wśród modlitw swoich braci, wymawiając te słowa: „Panie pośpiesz się ku ratunkowi mojemu” 1. Umarł mając lat ośmdziesiąt pięć roku Pańskiego 1660, w domu świętego Łazarza w Paryżu, który głównym jest domem całego Zgromadzenia Księży Misyonarzy. Kanonizowany został przez Klemensa XII który dzień 19 Lipca na uroczystą jego pamiątkę przeznaczył.

Pożytek duchowny

Święty Wincenty którego pamiątkę dziś obchodzimy, był, jak to widziałeś z jego żywota, ubogim kapłanem, a pomimo tego tyle zrobił dobrego dla ubogich i dla dotkniętych wszelkiego rodzajn niedostatkiem, jak nikt z najmożniejszych w świecie panów. Niech cię to uczy że aby być miłosiernym, nie wielkie dostatki, lecz wielką miłość Boga i bliźniego mieć trzeba. Jeśli więc nie spełniasz uczynków miłosierdzia, to nie dlatego że mało masz na to środków materyalnych, lecz dla tego że ci braknie miłości.

Modlitwa (Kościelna)

Boże któryś do głoszenia słowa Bożego ubogim, i łatwiejszego uświęcenia stanu duchownego, błogosławionego Wincentego apostolską goliwością obdarzył; spraw prosimy, abyśmy cześć oddając jego świętym zasługom, z przykładu cnót jego, potrzebną dla siebie brali naukę. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 599–601.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 575–576

Święty Wincenty z Pauli zasłużył sobie na cześć i uwielbienie nie tylko Francji, ale całego świata chrześcijańskiego przez to, że zaprowadził misje dla pospolitego ludu, założył kongregację Łazarzystów i tym sposobem wywarł niesłychanie zbawienny wpływ na religijne usposobienie i pożycie towarzyskie niższych warstw swego kraju.

Niejeden z Was, mili Czytelnicy, słyszał już rozmaite zdania i sądy o misjach, niejeden może nawet i powątpiewał, czy owe misje rzeczywiście są zbawienne i pożyteczne, jak twierdzą duchowni, a kto wie, czy ten i ów spomiędzy Was nie uważa ich wprost za szkodliwe? Twierdzą to zwłaszcza ci, którzy chcą uchodzić za oświeconych. Rozważmy przeto, co winien uczynić katolik w czasie misji:

  1. Każdy prawy katolik porzuca w czasie misji (trwającej zwykle 4 do 8 dni) na czas krótki swe zajęcia i troski codzienne, nie mówi z nikim o sprawach doczesnych i ziemskich, ma na uwięzi swe oczy, uszy, język, a nawet podniebienie, stroni od rozrywek i zatapia się sam w sobie. Takie stronienie od świata i zatopienie się w samym sobie jest niezbędne konieczne, aby się przekonać, w jakim zostajemy stosunku do Boga i wobec Boga, i czyśmy czyści do tyla, abyśmy mogli spokojnie stanąć przed trybunałem Jego. Czyż jest w tym coś nadzwyczajnego, jeśli duszy poświęcimy kilka dni, gdyśmy miesiące i lata całe poświęcali ciału?
  2. Katolik tak usposobiony, wysłuchawszy kazania, rozważa je pilnie i w samotności pyta sam siebie, jak zachowywał dotychczas przykazania Boskie i kościelne, a wszedłszy w siebie przekona się, jak ich powinien przestrzegać, jak unikać przeszkód, sposobności i nawyknień, aby się stać godnym zaszczytnego miana ucznia Chrystusowego. Wszakże to już był obiecał przy chrzcie świętym, a gdyby miał jeszcze mieć jakieś wątpliwości, toć mu je z chęcią usunie spowiednik misyjny. Niech więc pilnie rozważy ślub i obietnice na chrzcie dane Panu Bogu, gdyż dla wiernych przysposobił Bóg Niebo, dla wiarołomnych piekło.
  3. Katolik biorący udział w misji, oddaje się modlitwie w samotności ze szczerym przejęciem i gorącym nabożeństwem, czuje głęboki żal za popełnione grzechy, błaga o łaskę wytrwałości w dobrym. Przyjmuje on Sakrament Ciała i Krwi Pańskiej ze szczerą skruchą i nabożeństwem, zyskuje odpust zupełny, jakim darzy Kościół święty wszystkich uczestników misji. Czyż więc nie dobrze czyni, jeśli się modli, komunikuje i zyskuje odpuszczenie wszystkich kar doczesnych? I my możemy rok rocznie odbyć taką misję sami dla siebie. Prośmy tylko swego spowiednika albo duszpasterza o to, aby nas nauczył, w jaki sposób to uskutecznić, a św. Wincentego o to, aby się za nami wstawił do Boga.

Footnotes:

1

Psal. LXIX. 2.

Tags: św Wincenty a Paulo „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pokora więzienie św Franciszek Salezy Komunia kazania miłość bliźniego misje
2020-05-15

Św. Witalisa Męczennika

Żył około roku Pańskiego 171.

(Żywot jego wyjęty jest z pism świętego Piotra Damiana.)

Święty Witalis, w wielkiéj czci będący w całym Kościele, a szczególnie wa Włoszech, był rodem z Medyolanu, i pochodził ze starożytnéj i znakomitéj rodziny. Żył w pierwszym wieku chrześcijaństwa. Niektórzy pisarze utrzymują iż był on ojcem dwóch świętych Męczeńników: Gerwazego i Protazego. I on i wszyscy z jego rodziny byli chrześcijanami, lecz przez długi czas ukrywało się to w tajemnicy, z powodu prześladowania jakiego już wtedy od pogan wierni doznawali. Witalis, lubo otwarcie jako chrześcijanin nie występował, wiódł życie bardzo pobożne, i z wielkiéj prawości i miłosierdzia dla ubogich powszechnie znany, u pogan nawet w szczególném był poważaniu. Skrycie zaś utwierdzał chrześcijan w wierze, nawiedzał ich po więzieniach, hojnemi jałmużnami wspierał, gdy albo zmuszeni ukrywać się przed prześladowaniem, pozbawieni byli sposobu życia, albo w obce gdzie kraje udawali się z całemi rodzinami. Wszyscy téż wierni i w Medyolanie, i w całym okolicznym kraju, mieli w nim największego dobroczyńcę, opiekuna i doradcę, do którego z każdym rodzajem potrzeby śmiało się udawali.

Służąc w wojsku cesarskiém, odznaczył się męstwem i wyższego nabył stopnia; a że prócz tego należał do jednéj z pierwszych rodzin Medyolańskich, więc ułatwiło mu to ścisłą bardzo z konsulem, to jest Wielkorządcą téj prowincyi Paulinem zażyłość. Ten, chociaż zawzięty wróg chrześcijan, gdyż i z tego głównie powodu na urząd ten był wyniesiony, w wielu razach oszczędzał ich na prośby Witalisa, o którym nie wiedział że jest chrześcijaninem, wstawiania się jego za nimi przypisywał jedynie znanéj dobroci jego serca i litości dlą wszelkiego rodzaju nieszczęśliwych. To mu téż ułatwiało z wiernymi stosunki, jego samego nie narażając, z czego korzystał nasz Święty, i jużto jawnie chodził do więzień, gdzie ich trzymano, jużto odwiedzał ich w dalszych miejscach ukrywających się po lasach i jaskiniach, udając się tam pod różnemi pozorami.

Wielkorządca Paulin udając się z Medyolanu do Rawenny, chciał aby z nim pojechał i Witalis, w którego towarzystwie bardzo sobie podobał, a było to właśnie w chwili, gdy prześladowanie wzmogło się jeszcze bardziéj. Święty, wnosząc iż jak w Medyolanie tak i w Rawennie, obecność jego przy Wielkorządcy przydać się może dla chrześcijan, tém bardziéj że Paulin udawał się tam głównie po to aby obostrzyć postępowanie z nimi, chętnie zgodził się aby mu towarzyszyć. Wjeżdżając do Rawenny dowiedział się że pewien chrześcijanin imieniem Urzycyn, znakomity tego miasta lekarz przerażony samym widokiem tortur, haków żelaznych i rusztowania na którem mieli go męczyć, zachwiał się był w wierze. Zdawało mu się tedy że już w tym wypadku, nie powinien dłużéj ukrywać się z tém że i sam jest chrześcijaninem, i że miłość duszy tego nieszczęsnego, który blizki będąc zaparcia się wiary narażał się na potępienie wieczne, wymagała aby go od tego powstrzymał, chociażby z narażeniem się własném. Pobudzony tak świętą gorliwością, rozłączył się niezwłocznie, z Wielkorządeą, i udał się prosto na plac, gdzie miał być męczonym Urzacy, gdyż go zawiadomiono że już go tam prowadzą. Jakoż, znalazł go nawpół zwyciężonego od pogan, którzy obstąpiwszy go tłumnie, już prawie skłonili do składania ofiary bożyszczom. Witalis pośpieszył co siły i zdaleka jeszcze będąc, zawołał: „Urzacy! mężny wyznawco Chrystusów czyżbyś miał uledz przy samym końcu walki? Już masz w ręku koronę, nie wypuszczajże jéj poddając się nikczemnéj bojaźni. Po wielu trudach dobiegasz już mety, miałżebyś cofnąć się w chwili gdy jeszcze krok jeden, a zostajesz zwyciężcą? Zastanów się co robisz; dla uniknięcia krótkich męczarni, zamyślasz wrzucić się w ognie wieczne, w których czekają cię nierównie straszniejsze a niemajace końca męki. Ty któryś tak trafnie ratował swoich pacyentów od śmierci, sam sobie miałżebyś zadać śmierć wieczną na duszy! Nabierz odwagi, bracie najdroższy, okaż się takim jakim byłeś dotąd, a ufny w łaskę Jezusa za którego umierasz, dopełniaj świętéj ofiary, abyś za chwilę z palmą męczeńską wstąpił do Nieba.” Słowa te tak były skuteczne, że Urzacy z większém niż kiedy męstwem, wyznał Chrystusa i otrzymał koronę męczeńską. Witalis zaś własnemi rękoma z czcią wielką pogrzebał zwłoki świętego Męczennika, nie wątpiąc że i jego tenże los czeka i gotował się na to.

Jakoż, niezwłocznie doszedł do wiadomości Wielkorządcy postępek jego. Paulin, który bardzo lubił Witalisa, wielce się tém zafrasował, i przyszedłszy sam do jego mieszkania: „czyś postradał rozum, rzekł mu, aby się dopuścić czegoś podobnego. Postępku twojego już ukryć nie mogę przed cesarzem, bo świadkiem jego była cała ludność tutejsza, więc sam miarkuj co cię teraz czeka!” — „Nie nazywaj, odrzekł mu na to Święty, postępku mojego szaleństwem. Lecz przyznaj, bo masz nadto rozsądku abyś tego nie wiedział, że trzeba w istocie być pozbawionym rozumu, aby cześć taką jak Bogu, oddawać bałwanom i ludziom, którzy byli wielkimi zbrodniarzami i wszetecznikami. Jeden tylko jest Bóg, i więcéj ich być nie może, a tym Bogiem jest Ten, któremu cześć oddają chrześcijanie, za którego wiarę śmierć ponoszą i z których liczby i ja być pragnę.”

Paulin osłupiał, słysząc tak śmiałe i stanowcze wyznanie Witalisa. Zawahał się co mu czynić wypada, kiedy już całe miasto wiedziało o tém że jego przyboczny ulubieniec, publicznie wystąpił jako najgorliwszy Wyznawca Chrystusa. Obawiając się przeto odpowiedzialności przed cesarzem, kazał Witalisa uwięzić, zapowiadając mu, że jeżeli publicznie przez oddanie czci bożkom, nie odwoła tego co uczynił, spotka go los innych Męczenników. Owszem, oznajmił mu, że ponieważ był on dotąd w jego szczególnych łaskach, więc za takowe, jak je nazywał przeniewierzenie się cesarzowi, z tém większą surowością zmuszony będzie z nim się obchodzić, aby postępek Witalisa i jemuż samemu przed cesarzem nie zaszkodził.

Święty okuty w kajdany, zdegradowany ze stopnia wojskowego jaki posiadał, wtrącony został do więzienia. Napełniło go to największą radością. Ujrzawszy się w gronie wielu innych mężnych Wyznawców Chrystusowych, oczekujących korony męczeńskiéj, miał się za najszczęśliwszego, jakby się znajdował już w przedsionkach Nieba. Obecność jego i drugim dodawała odwagi, a przez dni kilka, w ciągu których Paulin zwlekał jego sprawę, w nadziei że więzienie osłabi jego zapał i uczyni go łatwiejszym do odstępstwa, nie tylko sam wcale nie ostygł na duchu, lecz i niektórych innych wahających się utwierdził słowy i przykładem, a oprócz tego kilku pogan nawrócił.

Wielkorządca, przeciw któremu zaczął lud szemrać, jakoby oszczędzał swojego ulubieńca, kazał go wziąść na tortury, na których Witalis tak straszne męki wycierpiał, iż cudowi wyraźnemu przypisywano, że w ciągu nich życia nie postradał. Wśród tych męczarni, ciągle się modlił głośno, wyznawał Chrystusa, i drugich do wytrwałości zachęcał, nakłaniając pogan aby swoich błędów odstąpili. Paulin widząc, iż im większe zadają mu katusze, tém większe okazuje Witalis męstwo i wytrwałość, wydał rozkaz aby go zaprowadzono na plac gdzie umęczony był Urzacy, i jeżeli tam nie odda czci bożkom cesarskim, aby go na témże miejscu żywcem pochowano.

Stanął tam święty Męczennik, a do końca z równą odwagą i stałością wyznając Chrystusa, wrzucony został w głęboki dół i przywalony kamieniami i ziemią. Pozyskał koronę męczeńską dnia 27 Kwietnia roku Pańskiego 171. Dotąd w mieście Rawennie, wznosi się wspaniały kościoł pod wezwaniem świętego Witalisa, na témże miejscu, gdzie według dawnego podania, poniósł on męczeństwo.

Pożytek duchowny

Święty Witalis, dla uchronienia Urzacego od zaparcia się wiary, wystawił się na śmierć męczeńską, a za to i sam i ten dla którego się poświęcił, poszli prosto do Nieba. Patrz na jakie niebezpieczeństwa narażają się Święci z miłości bliźniego, a zawstydź się przypominając sobie twoję dla drugich nieuczynność.

Modlitwa (kościelna)

Spraw, prosimy Wszechmogący Boże, abyśmy cześć oddając pamięci błogosławionego Witalisa Męczennika Twojego, za jego wstawieniem się w świętéj miłości Twojéj utwierdzeni zostali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 396–398.

Tags: św Witalis „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik św Gerwazy św Protazy jałmużna miłość bliźniego
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.