Citatio.pl

Wpisy z tagiem "opat":

2020-10-22

Św. Hilaryona, Opata

Żył około roku Pańskiego 371.

(Żywot jego napisany był przez świętego Hieronima.)

Święty Hilaryon rodem z miasteczka Tabaty w Palestynie, przyszedł na świat około roku Pańskiego 291. Posłany od rodziców, którzy byli poganami, dla pobierania nauk w Aleksandryi, znamienity w nich postęp uczynił, a przytém wielkie go tam szczęście spotkało, gdyż został chrześcijaninem. Od téj pory i drugą wielką łaskę Boską tknięty, umyślił świat opuścić i wieść życie pustelnicze.

Słynął wtedy w całym już świecie święty Antoni, mieszkający na puszczy Egipskiéj. Hilaryon udał się do niego, dwa miesiące przy nim spędził przypatrując się jego sposobowi życia, a że tam wiele się zbierało ludzi ściągniętych sławą świątobliwości Antoniego, a Hilaryon pragnął wieść życie jak najbardziéj odosobnione, powrócił do Palestyny. Straciwszy przez ten czas rodziców, znaczny majątek jaki po nich odziedziczył rozdał ubogim, a sam poszedł na pustynię w okolicach Majomy położonéj. Miał wtedy lat piętnaście. Przyodział odzienie ze skóry które dostał od Antoniego, i od razu zaczął tak ostry żywot prowadzić, że raz tylko na dzień po zachodzie słońca jadał kilka fig surowych. Wkrótce po jego tam osiedleniu się, napadli na niego rozbojnicy, a widząc iż go to nie strwożyło wcale, pytali dla czego się ich nie lęka? „Bo nic niemają, odrzekł, nie mam się czego złodziejów obawiać.” – „Ale możemy cię zabić,” powiedzieli mu na to. „Możecie, odpowiedział, ale i tego się nie boję, bo na śmierć jestem gotowy.”

Lecz trudniejsza mu była sprawa ze zbójcą dusz ludzkich. Chcąc go odwieść od życia jakie prowadzić zamyślał, zły duch rozbudził w nim tęsknotę za wygodami jakich na świecie używał, a nawet i pokusy zmysłowe. Święty Hilaryon sądząc że jeszcze nie dość trapi ciało swoje, rzekł do niego: „trzeba ci osiołku jeszcze strawy ująć” i odtąd już tylko co trzy lub cztery dni, po parę fig jadał. Do tak nadzwyczajnego postu, przydał ciągłą modlitwę, i przyczynił sobie ręcznéj pracy uprawiając ziemię i plotąc koszyki ze słomy; aż nareszcie od tych pokus zupełnie się uwolnił.

Zły duch widząc iż z téj strony natrzeć na niego nie może, innemi sposobami chciał go z puszczy wypędzić: nasyłał na niego to dzikie zwierzęta, to rozbójników którzy go kilka razy tylko co nie zamordowali, to znowu wzbudzał wichry, burze i gromy, które mu chatkę jego niszczyły. Ale i przez to nic z tym sługą Bożym nie wskórał, bo młodzieniec ufając Bogu, modląc się ciągle a do Matki Bożéj uciekając, wszystko to przetrzymał i z puszczy swojéj ani się na krok nie ruszył. Jednak wojnę takę, toczył przez całe lat dwadzieścia z szatanem, który widząc w końcu że go tém wszystkiém nie pokonał, umyślił usidlić na próżnéj chwale i wbić w pychę. Ludzie dowiedziawszy się o jego jakby nadludzkim sposobie życia zaczęli schodzić się do niego coraz gromadniéj, jużto dla polecenia się jego modlitwom, już aby zasięgać rady w życiu duchowném. Nie mógł im mąż Boży odmawiać pomocy, a Pan Bóg za jego modlitwami wiele cudów czynił. Szczególnie gdy razu jednego trzech dotkniętych morowém powietrzem i już konających, znakiem krzyża świętego uzdrowił, co miało miejsce w ludném mieście Gazie, nadzwyczaj wielka liczba nawróciła się pogan, i wielu zapragnęło poświęcić się na żywot zakonny pod przewodnictwem świętego Hilaryona. Przyjął ich pod swój zarząd duchowny, pierwszy założył w Palestynie klasztor, i nadał braciom Regułę.

Nigdy od nikogo przyjmować nic nie chciał, a gdy pewien bogaty człowiek, za uleczenie go cudowne, dawał mu wielką ilość złota, Hilaryon pokazując mu kawał czarnego i suchego chleba, którym się zwykle żywił, rzekł: „Ci którzy się taką strawą karmią, złoto za nic mają”. A takiém postępowaniem, najlepiéj skłaniał drugich do wzgardy dóbr doczesnych. Cisnęło się téż dla słuchania jego nauk tak wielu, że niekiedy po trzy tysiące uczniów przy nim bywało. Prócz tego nawrócił w Palestynie wielką liczbę pogan, i kilka klasztorów, w których po stu i więcéj braci przebywało, założył.

Na tych pracach trzydzieści blizko lat przepędził Hilaryon, a kusiciel spostrzegł że pomimo tego w pychę wbić go nie mógł. Bo gdy sława jego znacznie wzrosła, tak że go wszyscy za Świętego mieli, on gorzko z tego powodu płakał, mówiąc: „Chciałem żyć nieznany światu, a świat za życia chce mnie już nagrodzić. Ludzie mają mnie za coś poczciwego, a ja czuję że pod pozorem służenia bliźnim, coraz się sam na starość gorszym staję: trzeba mi przed taką czcią ludzką uchodzić.” Była bowiem w istocie okazya do wielkiéj dla niego pokusy. Nietylko tłumnie zwiedzali go ludzie prości, lecz i najznakomitsi mężowie, biskupi, kapłani i zakonnicy, spieszyli do niego po radę i błogosławieństwo. Niemogąc więc znieść tego dłużéj, wybrał się skrycie w daleką podróż. Bracia i lud całéj okolicy dowiedziawszy się o tém, zebrali się w liczbie przeszło dziesięciu tysięcy, i zastąpili mu drogę aby ich nie opuszczał; ale on stanowczo im oświadczył że póty żadnego posiłku w usta nie weźmie, póki go wolnego w podróż nie puszczą. Pomimo jednak tego odstąpić nie chcieli aż gdy widząc iż przez siedem dni nic w istocie do ust nie bierze, z płaczem wprawdzie, lecz mu już drogi nie tamowali.

Puścił się więc Hilaryon na pustynię gdzie mieszkał święty Antoni, i tam na bardzo odludném miejscu osiadł z dwoma braćmi, mówiąc: „teraz przecie zacznę na prawdę służyć Pana Bogu.” Lecz i tam długo samotności zażywać nie mógł. Odkryli go niektórzy, a gdy Pan Bóg na jego modlitwę kilka cudów uczymił, tak się w Egipcie sława jego rozgłosiła, te znowu ztamtąd uchodząc udał się w okolice Aleksandryi.

Tymczasem wstąpił na tron cesarz Julian odstępca, który cześć bałwanom odnowił, a poganie Gazejscy zburzywszy klasztory świętego Hilaryona i uzyskawszy od cesarza wyrok śmierci na niego, wszędzie go szukali. Zawiadomiony o tém sługa Boży w objawieniu, skrył się w głąb puszczy, w najdziksze jéj miejsce Oazys zwane. Jednakże i tam długo od czci ludzkiéj ochronić się nie mógł. Udał się więc do Libii, gdzie przybył do niego jeden z uczniów jego z Palestyny, oznajmując że cesarz Julian zginął, a że bracia proszę go aby do nich wrócił. Nie chciał jednak tego Święty uczynić, a widząc iż już nigdzie na Wschodzie ukryć się przed ludźmi nie potrafi, udał się na Zachód, i wsiadłszy na okręt popłynął do Sycylii. Niemając czém właścicielowi za przewóz okrętu zapłacić, oddawał ma księgę Ewangelii, którą w młodości własną ręką przepisał, lecz poczciwy żeglarz przyjąć tego nie chciał, a za to Hilaryon pomodliwszy się nad jego synem oddawna już chorym, od razu go uleczył, lecz prosił aby cudu tego przed nikim nie rozgłaszał. Wysiadłszy na ląd w Sycylii, puścił się mąż Boży w głąb kraju, między najdziksze góry, i zdało mu się iż się już tam doskonale od ludzi ukrył: tymczasem wcale tak się nie stało. Zdarzyło się iż się przywlekł do jego pustelni jakiś ciężko chory, a który otrzymawszy zdrowie skoro go Hilaryon przeżegnał, rozgłosił ten cud w okolicy, a wnet niezliczona liczba chorych i pobożnych obległa jego samotnię.

Musiał więc i z tego ustronia uchodzić, i udał się do Epidaru w Dalmacyi, ale i tam zataić się nie mógł: bo w chwili swojego przybycia, trafił na to że w owéj krainie, jakieś strasznie drapieżne zwierzę nakształt smoka ogromnego, pożerało bydlęta i wielu ludzi, a wszyscy mieszkańcy w wielkim byli popłochu. Ulitowawszy się nad nimi święty Hilaryon, kazał blizko jaskini w któréj ten potwór się ukrywał przygotować wielki stos drzewa, a potém pomodliwszy się, zawołał na zwierza i kazał mu ma ów stos wejść: co gdy się tak stało, sam ogień podeń podłożył i potwór ten zginął, co lud cały w wielkie wprawiło zdziwienie, a Hilaryona skłoniło aby i ztamtąd co prędzéj uchodził. Zabierał się do tego gdy przypadło straszne trzęsienie ziemi, w skutek którego koło portowego miasta Epidauru morze się wzburzyło nadzwyczaj, i wzniesione jego bałwany już całe miasto zalać miały. Mieszkańcy pobiegli do Hilaryona, aby ich modlitwą swoją ratował. Poszedł téż z nimi nad morze a skoro ręce do modlitwy podniósł, bałwany morskie opadły, i stanęły tak spokojne jakby nigdy wzburzone nie były.

Korzystając z téj chwili, Hilaryon rzucił się w łódkę tak że nikt go nie widział i puścił się na morze, a spotkawszy jakiś okręt, przyjęty od żeglarzy popłynął z nimi do Cypru. W téj podróży spotkali ich rozbojnicy morscy, których wszyscy się przelękli, lecz Święty rzekł im: „ufajmy w Bogu.” A gdy zbójcy już się zbliżyli, skinął na nich ręką wołając: „na bok” a w tejże chwili okręt ich, jakby pchnięty siłą niewidomą, rzucił się w stronę, a oni szczęśliwie do Cypru przypłynęli. Wysiadłszy na brzeg, ukrył się najprzód o dwie mile od Pafu, ale gdy i tam wkrótce wyśledzili go ludzie i chorych do niego z całéj wyspy znosili, wyszukał sobie wśród dzikich skał i lasów kryjówkę tak niedostępną, że czołgając się na kolanach i rękach, ledwie się sam do niéj dostał. Był tam jednak zdrój wody, miejsce gdzie mógł uprawiać mały ogródek, i sterczały ruiny staréj jakiejś świątyni pogańskiej. Osiadłszy na tém miejscu święty Hilaryon, spędził na niém lat pięć nieco spokojniejszy, bo nikt o nim nie wiedział, i długo odkryć go nikt nie mógł; ale po pięciu latach, doszli jakoś jego kryjówki, i przynieśli mu paralityka ciężko chorego. Wzruszony miłosierdziem sługa Boży rzekł mu: „wstań i chodź”, a chory wstał natychmiast, zupełnie uzdrowiony. Dziękowali wszyscy Bogu iż go wynaleźli, i odtąd znowu nie dawali mu pokoju, a strzegli go pilnie aby nie uszedł, bo wieść o nim chodziła iż nigdzie długo nie przebywa.

Ztamtąd go téż już i Pan Bóg do Siebie powołał. Miał lat ośmdziesiąt, gdy nagle na siłach upadł. Prosił tych którzy wtenczas byli przy nim obecni, aby go nie gdzie indziéj pochowali tylko w tymże ogródku, który na tej pustelni uprawiał. Gdy już był blizki konania, snać szatan rozbudzał w nim przestrach sądów Bożych, rzekł bowiem sam do siebie: „Wychodź duszo moja, wychodź, czego się obawiasz, blizko siedemdziesiąt lat służysz Chrystusowi, a śmierci się lękasz?” I to mówiąc oddał Bogu ducha, i pogrzebiony został tam gdzie tego sobie życzył. Lecz późniéj, jeden a uczniów jego przybył do Cypru, potajemnie uwiózł jego ciało do Palestyny i pochował je w pierwszym klasztorze przez świętego Hilryona w Majomie założonym, gdzie grób jego wielkiemi zasłynął cudami. Umarł 22 Października roku Pańskiego 371.

Pożytek duchowny

Niech Cię przrazi zbawiennie ten szczegół życia świętego Hilaryona, że siedemdziesiąt lat w najostrzejszéj pokucie służąc Panu Bogu, łaską czynienia wielkich cudów udarowany, w czci u wszystkich jako Święty będący, w stanowczéj jednak chwili śmierci, nie był on bez obawy. Pomiarkuj więc, jak ty na tę straszną i stanowczą chwilę, pilnie gotować się powinieneś.

Modlitwa

Boże któryś błogosławionego Hilaryona długie lata w ostréj pokucie Ci służącego, dla nauki naszéj, w chwili śmierci sądami Twojemi zbawiennie przeraził, daj nam za jego zasługami i pośrednictwem szczerze grzechy nasze zawczasu odpokutować, w godzinie śmierci naszéj z niepłonną nadzieją w miłosierdzie Twoje z tego świata schodzić. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 903–905.

Tags: św Hilaryon z Gazy „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat św Antoni pycha
2020-10-03

Św. Gerarda, opata

Żył około roku Pańskiego 959.

(Żywot jego napisany był przez świętego Odona, Opata Klunaceńskiego)

Święty Gerard syn Stancyusza spokrewnionego z panującemi książętami niższéj południowéj Asturyi i Plektrudy siostry Stefana Biskupa Tygreńskiego, przyszedł na świat przy końcu wieku IX. Urodził się w małéj wiosce Staves w hrabstwie Namur we Francyi. Wychowany odpowiednio do zamożnego stanu z jakiego pochodził, wykształcony starannie w świeckich naukach, od lat najmłodszych odznaczał się wielką pobożnością. Szczególnie jaśniała w nim cnota świętéj czystości z któréj tak był znanym, że najlekkomyślniejsi młodzieńcy w obecności jego najskromniéj się zachowywali; a jeśli który z nich ośmielił się wyrzec jakie słowo było trochę obrażające skromność, rumieniec jaki wtedy okrywał twarz młodego Gerarda, powstrzymywał tego rodzaju żarty lub rozmowy.

Młodym był jeszcze, gdy z woli rodziców rozpoczął zawód wojskowy, któremu podówczas synowie wszystkich znakomitych rodzin się oddawali. Dwór Beranżera hrabiego udzielnego Flandryi, uchodził wtedy za najświetniejszy w całéj Europie. Tam posłano Gerarda dla nabrania jak najwykwintniejszéj ogłady światowéj. Przebywanie na takowym jak go nazywają wielkim świecie, który jest zwykle burzliwym polem na którém skromność młodzieńca szwank odnosi, dla Gerarda silnie utwierdzonego w cnocie, nie stało się niebezpieczném. Na dworze tym odznaczył się jako wzorowy młodzieniec chrześcijański, i tak umiał godzić obowiązki swojego świeckiego zawodu, z obowiązkami doskonałego chrześcijanina, że podczas całego we Flandryi pobytu w pobożności wcale nie ostygł. Owszem bliżéj przypatrując się ułudnym wielkościom ziemskim, i lepiéj poznając niebezpieczeństwa jakie dusze wśród gwaru światowego spotykają, już wtedy postanowił poświęcić się na wyłączną służbę Panu Bogu.

Wracając razu pewnego z polowania w okolicach miasta Namur stolicy Flandryi, napotkał przy drodze w miejscu zwaném Brogne, małą kapliczkę wybudowaną przez króla Pepina. Wszedł do niéj aby się pomodlić. Strudzony długą drogą którą dopiéro co odbył, usnął, a we śnie ukazał mu się święty Piotr, nakazując aby na tém miejscu zbudował kościół, i postarał się umieścić w nim relikwie świętego Eugeniusza Męczennika, a książęcia Apostołów ucznia. Przebudziwszy się, tém bardziéj zdziwiony był widzeniem takowém, że o świętym Eugeniuszu nigdy nie nie słyszał, i nie wiedział gdzie jego są zwłoki. Lecz spełniając wiernie rozkaz świętego Piotra, niezwłocznie nabył tę miejscowość, wybudował tam wspaniały kościół i uposażył hojnie, dla utrzymania przy nim kilku duchownych, którzy go obsługiwać mieli. W kościele tym, co tylko miał wolnego czasu najchętniéj przebywał na modlitwie, a że był bardzo miłosierny a przytém bogaty, wszystkich ubogich w całéj okolicy z wielką wspaniałomyślnością wspierał.

Hrabiemu Flandryi wypadła: potrzeba wyprawienia posła do Roberta książęcia Paryża, dla załatwienia z nim pewnych spraw wielkiéj wagi. Ze wszystkich dworzan w największych łaskach był u niego Gerard, który i do przybocznéj rady jako panującego należał: jego więc do tego użył. Chcąc zaś aby on świetnie w Paryżu pana Swego przedstawiał, wysłał go tam z licznym pocztem sług i bogatych zaprzęgów.

Wszakże, gdy Gerard przybył do Paryża, rozłączył się z tym swoim dworem i pilnie zająwszy się przeprowadzeniem powierzonéj mu sprawy, objął mieszkanie w Opactwie świętego Dyonizego, aby przez ten czas nacieszyć się samotnością, za którą i na dworze hrabiego Flandryi ciągle wzdychał. Uczęszczając tam wraz z zakonnikami na pacierze do chóru tak dzienne jako i nocne, zauważył iż w modlitwach wtedy odmawianych, wspominano o świętym Eugeniuszu Męczenniku, o którym jak to wyżéj wspomnieliśmy, w widzeniu jakie miał niegdyś, święty Piotr mu był powiedział. To mu przypomniało także i polecenie jakie odebrał wtedy od tegoż Apostoła, co się tyczy relikwii świętego Eugeniusza. Pytał więc zakonników w których był opactwie, kto był święty Eugeniusz i gdzieby można znaleźć jego zwłoki. Dowiedział się że był on jednym z uczniów Świętego Piotra, że wkrótce po nim za wiarę świętą umęczony został, i że Relikwie jego znajdują się w témże opactwie świętego Dyonizego. Uradowany Gerard z téj wiadomości która go i o prawdziwości widzenia jakie miał tém bardziéj upewniła, że ze szczególnego rozporządzenia Boskiego, najniespodzianiéj dostał się do miejsca gdzie zwłoki świętego Eugeniusza były przechowywane opowiedział zakonnikom jakie miał objawienie, i oświadczył iż pragnąłby przenieść te relikwie do kościoła w Brogne, który głównie na ten cel wystawił. Wszakże Opat świętego Dyonizogo i wszyscy zakonnicy przystać na to nie mogli, nie chcąc pozbawiać się tak drogiego dla nich zabytku. Gerard zaś po załatwieniu z księciem Paryża sprawy w któréj był wysłany wrócił do Flandryi, nietracąc jednak nadziei że prędzéj czy późniéj Relikwie świętego Eugeniusza dostaną się kościołowi który dla niego wybudował.

Lecz z pobytu swojego w Opactwie świętego Dyonizego, chociaż nie otrzymał świętości jakich sobie życzył, odniósł jednak inną wielką korzyść. Wyszedł ztamtad ze stałém postanowieniem wstąpienia do zakonu. A że przypatrując się zblizka życiu jakie prowadzili zakonnicy Opactwa świętego Dyonizego, znalazł w tém zgromadzeniu najściślejszą karność zakonną, wielką ostrość życia, i najzupełniejsze od świata odosobnienie, więc umyślił w tymże klasztorze przyjąć suknię zakonną. Powróciwszy tedy na dwór hrabiego Beranżera, postanowił niezwłocznie zamiar swój doprowadzić do skutku, w którego spełnieniu stawać mu mogło na przeszkodzie tylko wielkie do niego tegoż hrabiego przywiązanie. Od początku swojego na tym dworze pobytu, stał się on nie tylko największym hrabiego ulubieńcem, lecz najbliższym przyjacielem. Byłto bowiem pan wielkiéj pobożności, który wysokie cnoty Gerarda umiał jak należy ocenić i serdecznie go pokochał. Wszakże, skoro się dowiedział że ten jego najulubieńszy dworzanin miał zamiar poświęcić się na wyłączną służbę Rogu w zakonie, nietylko mu żadnych w téj mierze nie stawił trudności, nietylko go od tego nie odwodził, lecz jak to na człowieka żywéj wiary przystało, utwierdził go w jego świętych zamiarach, i ze łzami wprawdzie w oczach, lecz co prędzéj sam do klasztoru wyprawił. Gerard udał się tam bez zwłoki, zboczywszy tylko na chwilę do wuja swojego Biskupa Tygrieńskiego, aby na nowy zawód jaki rozpoczynał otrzymać od niego błogosławieństwo.

Zgromadzenie ojców w Opactwie świętego Dyonizego, przyjęło z otwartemi rękami męża ze wszech miar tak znakomitego, a już słynącego z wielkiéj świątobliwości. On zaś przywdziewając suknię świętego Benedykta, od samego nowicyatu jakby go już dawno był przebył, zajaśniał cnotami doskonałego zakonnika. Wiedząc iż jako pochodzącemu ze znakomitego i zamożnego rodu, przedewszystkiém trzeba ćwiczyć się w cnocie pokory, w téj cnocie głównie celował, a i we wszystkich innych których ona jest podstawą wysoko zajaśniał. Wyświęcenie na kapłaństwo jeszcze więcéj rozżywiło w nim pobożność, ducha umartwienia i doskonałego zaparcia. Codziennie sprawując przenajświętszą ofiarę, zalewał się wśród niéj słodkiemi łzami, i z takim ją odprawiał skupieniem, że sam widok jego przy ołtarzu, był jakby najwymowniejszą nauką z jaką czcią dla téj tajemnicy każdy być powinien.

Lecz gdy tak w tém cichém ustroniu święty Gerard szedł drogą coraz wyższéj doskonałości zakonnéj, i w klasztorze spędził już był lat kilka, odżywiła się w jego myśli pamięć widzenia jakie miał w kaplicy w Brogne, równie jak i silne pragnienie spełnienia koniecznie danego mu wtedy przez Świętego Piotra polecenia. Na jednéj więc z kapituł zakonnych, za pozwoleniem Opata, zabrawszy głos, wobec wszystkich ojców opowiedział to swoje widzenie, objawiając przytém chęć spełnienia rozkazu jaki wtedy odebrał. Wszystko to przedstawił tak żywo, i oraz Pan Bóg taką moc dał słowom jego, że zakonnicy jednogłośnie zgodzili się aby jego żądaniu zadość uczynić, gdyż żaden nie miał serca odmówić prośbie brata, którego wszyscy dla jego wysokiéj świątobliwości w szczególném mieli poważaniu. Pan Bóg zaś w którego ręku są serca wszystkich, w ten sposób pokierował wolą tych ojców, gdyż miał w tém na celu większą chwałę Swoję i pożytek dusz wiernych, przez umieszczenie zakonników świętego Benedykta przy kościele w Brogne, a następnie i w wielu innych miejscowościach w ojczyznie Gerarda.

Jakoż, święty Gerard otrzymawszy to czego od tak dawna całém sercem pragnął, przeniósł Relikwie świętego Eugeniusza do swojego kościoła w Brogne. Cuda jakie tam niezwłocznie zaszły, ściągały do tego kościoła wielkie tłumy ludu, a gdy umieszczeni przy nim pierwotnie przez świętego Gerarda duchowni okazali się temu niechętni, Gerard za upoważnieniem Biskupa miejscowego, wydaliwszy ich ztamtąd Benedyktynów sprowadził, co dało początek sławnemu z czasem Opactwu Brogneńskiemu. Nasz święty został jego pierwszym Opatem, chociaż długo się temu opierał, a gdy zewsząd zaczęli garnąć się do niego jużto Prałaci okoliczni, już najznakomitsi panowie podający się pod jego przewodnictwo duchowne, urządził sobie w osobném miejscu w lasach do klasztoru należących pustelnię, i tam, o ile mu obowiązki opackie dozwalały, wiódł życie ostréj pokucie i bogomyślności tylko oddane.

Wszakże niedługo mógł téj ciszy zażywać. Biskupi okoliczni wzywali go z jednéj dyecezyi do dragiéj, jużto dla zakładania nowych klasztorów Benedyktyńskich, już dla zaprowadzenia w dawnych upadłéj karności zakonnéj. Przez lat dwadzieścia poświęcał się temu Gerard, jak z niewymownym dla zakonów pożytkiem, tak z tém większą dla siebie zasługą gdyż wiadomo że trudniéj jest w rozwolnioném zgromadzeniu klasztorném wprowadzić nanowo zachwianą karność, niż założyć nowy zakon z całą jéj ścisłością. W końcu jednak nasz Święty nietylko założył kilka klasztorów nowych, lecz w przeszło dwudziestu przywrócił najściślejsze zachowanie ustaw, tak że cała ówczesna Flandrya poczytuje go za odnowiciela w zakonach ducha świętego Benedykta i jakby za drugiego tychże zgromadzeń Patryarchę.

Znękany ciężkiemi trudami i ostrą przez całe życie pokutą, w podeszłym będąc już wieku, Gerard przedsięwziął podróż do Rzymu, dla otrzymania ostatecznego zatwierdzenia tak świeżo założonych przez niego klasztorów, jak i zreformowanych. Po powrocie zwiedził raz jeszcze wszystkie, a złożywszy godność opacką, zamknął się w swojéj pustelni przy klasztorze w Brogne. Tam już w najściślejszém żyjąc odosobnieniu, gotował się tylko na śmierć. Gdy ostatnia jego godzina nadeszła, zawołał braci, dał im najzbawienniejsze upomnienia, pobłogosławił i śmiercią sprawiedliwych zszedł z tego świata. Umarł 3 Października roku Pańskiego 959.

Pożytek duchowny

Rumieniec jakim okrywała się twarz świętego Gerarda, gdy w jego obecności ośmielał się kto nieskromném wyrażeniem obrażać cnotę świętéj czystości, powstrzymywał od tego i najlekkomyślniejszych. Staraj się i ty w takich razach tak się zachować, abyś tego rodzaju obrazy Bożéj nie był uczestnikiem.

Modlitwa

Boże któryś błogosławionego Gerarda Opata, cnotą świętéj czystości od lat najmłodszych przyozdobić raczył; daj nam za jego przykładem i pośrednictwem, czystém sercem i nieskażoném ciałem wiernie Ci służyć. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 844–846.

Nauka moralna

Tags: św Gerard Sagredo „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat czystość relikwie św Eugeniusz pokora
2020-09-01

Św. Idziego Opata

Żył około roku Pańskiego 550.

(Żywot jego był napisany przez świętego Antonina, Arcybiskupa Florenckiego.)

Święty Idzi rodem z Aten, pochodził ze znakomitéj rodziny dawnych królów Greckich. Rodzice jego byli bardzo zamożnymi i przykładnymi chrześcijanami. Wychowali syna jak najstaranniéj, a że obdarzył go był Pan Bóg niepospolitemi zdolnościami, rychło zasłynął znakomitą nauką, a obok tego i wielką pobożnością. Ulubioném jego zajęciem były książki i modlitwa. Od zwykłych rozrywek młodzieży stroniąc, w chwilach wolnych odwiedzał ubogich, hojnie ich obdarzał, a chorym sam z wielką miłością usługiwał. Zdarzyło się że kiedy był dzieckiem oddał biednemu własną suknię, nie mając go czém inném wesprzeć.

Młodym był jeszcze kiedy po śmierci rodziców odziedziczył bardzo znaczny majątek. Niedługo wahał się jaki z niego ma uczynić użytek. Pomny na te słowa Pana Jezusa do pewnego młodzieńca wyrzeczone: „Idź przedaj co masz i daj ubogim” 1, święty Idzi sprzedał całą majętność swoję, i wszystkie pieniądze rozdawszy na biednych, z miłości ubogiego Pana Jezusa, sam żył z żebraniny. Czyn tak wielkiéj miłości bliźniego i zaparcia zjednał mu szczególny szacunek w całém mieście, a jeszcze bardziéj rozsławiły jego Świątobliwość dwa następujące cuda które uczynił.

Gdy razu pewnego w dzień uroczysty był w kościele, opętany znajdujący się tamże zaczął wyć straszliwie. Idzi zdjęty litością nad stanem tego nieszczęśliwego, przybliżył się do niego, i w Imię Jezusa Chrystusa rozkazał szatanowi aby ustąpił, a w téjże chwili opętany, od złego ducha, w obec licznie zgromadzonego ludu, uwolniony został. Inną znowu razą, pewnego człowieka ukąsiła jadowita gadzina. Był już konającym, gdy ujrzano że Idzi wychodził z kościoła i przyzwano go do umierającego. Święty pomodlił się przez chwilę, przeżegnał chorego, i ten wstał zdrów najzupełniéj.

Od téj pory już wszyscy czcili go jak Świętego i cudotwórcę, co widząc Idzi, którego pokora niezmiernie na tém cierpiała, postanowił opuścić ojczyznę i udać się w obce kraje, gdzieby był zupełnie nieznanym. Wsiadłszy na cudzoziemski okręt, aby się udać do Francyi, bardzo się uradował że go nikt z płynących nie znał, lecz i tu cud jaki uczynił objawił w nim wielkiego sługę Bożego. Zaledwie na pełne morze wypłynęli, kiedy straszliwa burza nadwerężywszy okręt, zagroziła mu niechybném zatonieniem. Idzi pomodlił się, a skoro wzniósł ręce do Nieba, burza ucichła i okręt zdołał się wyratować.

Przybywszy do Francji, nasz Święty udał się do błogosławionego Cezaryusza Arcybiskupa Arelitańskiego, aby się powierzyć jego przewodnictwu duchownemu jako słynnemu w tém mistrzowi, Cezaryusz prędko poznał jak świętego ucznia zesłał mu Pan Bóg, i pragnął na zawsze mieć go przy sobie. Lecz po dwuletnim tam pobycie, gdy znowu cuda jakie czynił, rozsławiły Idziego i cześć mu powszechną jednały, opuścił on tajemnie swojego ojca duchownego, z zamiarem ukrycia się na jakiéj puszczy. W tym celu przebywszy Ren, zapuścił się w dzikie lasy które podówczas tę rzekę otaczały, i w nich napotkał świątobliwego pustelnika, nazwiskiem Weradyn, którego nawet obdarzył był Pan Bóg łaską czynienia cudów. Osiadł przy nim, aby zostawać pod jego znowu przewodnictwem, ale oraz i z tą myślą, że gdy sam cuda czynić będzie, łatwo mu przyjdzie składać je na Weradyna, już także z takich darów słynnego. Lecz skoro odkryto jego schronienie, tłumniéj niż jak gdy przebywał przy Arcybiskupie, gromadzili się do niego chorzy aby ich uzdrawiał, a szczególnie gdy jeszcze bardziéj rozsławiła się jego cudotworność, z powodu że za jego błogosławieństwem, pole od niepamiętnych czasów jałowe, stało się najżyźniejszém. Postanowił więc i to miejsce opuścić, i zamierzał tak się już ukryć przed sławą ludzką, żeby go nikt znaleźć nie mógł.

Puścił się tedy daléj w głąb tego ogromnego i gęstego lasu, i po kilku dniach drogi, znalazł w skale jaskinię, któréj wejście zamknięte było gęstemi i kolącemi krzakami ciernia. Uradowany z wyszukania tak nieprzystępnego miejsca, upadł na kolana i gorące złożył za to Panu Bogu dzięki, stanowiąc już z téj nory nigdzie nie wychodzić. Cała ta okolica była tak dziką i niepłodną, że na pożywienie nic innego wynaleźć nie mógł, jak gdzie niegdzie gorzkie i twarde korzonki leśne. Lecz mu Pan Bóg, cudowną Opatrznością Swoją przyszedł w pomoc. Zaledwie osiadł w téj jaskini, a oto nadbiegła do niego prześliczna łania, i położywszy się u nóg jego, dała mu ssać pierś swoję pełną mleka, i odtąd codziennie o téj porze przychodziła go karmić.

Święty przepędził już tam był lat kilka, obcując tylko z Bogiem, zatapiając się w najwyższéj bogomyślności, i tu na ziemi anielski żywot wiodąc, gdy spodobało się Panu Bogu i tą razą jeszcze wywieść go z ukrycia, dla zbudowania i pożytku wiernych. Zdarzyło się że Chyldebart, król we Francyi podówczas panujący, polował w tych lasach. Myśliwi jego stropiwszy łanię która Idziego żywiła, pogonili za nią z ogarami, a ona zaledwie już dysząca, wpadła do jaskini Świętego, kryjąc się u nóg jego, gdy tymczasem psy cierni przebyć niemogąc, przed jaskinią się zatrzymały. Myśliwi dopadłszy wypuścili kilka strzał w głąb jaskini, z których jedna raniła Idziego, i odeszli. Wieczorem gdy opowiedziano królowi wydarzenie, ten nazajutrz sam chciał dojść coby to za miejsce tak nieprzystępne było, i przybywszy tam, a po wielu trudnościach przerąbawszy wejście do jaskini, ujrzał w niéj sługę Bożego a u nóg jego łanię leżącą. Król domyślił się iż to być musi pobożny jakiś pustelnik, wdał się z nim w długą rozmowę, i poznając w nim wielkiego świętego, chciał go hojnie obdarzyć, polecając się jego modlitwom. Idzi nic nie przyjął, a nawet gdy król z wielką troskliwością kazał mu ranę zaopatrzyć, nie pozwolił na to mówiąc, iż zażywając zawsze dobrego zdrowia, rad jest że przynajmniéj przez to cierpienie, może jakichkolwiek zasług z cierpliwości nabyć. Wszystko to tém większy szacunek dla niego wzbudziło w Chyldebarcie, który przez czas pewien bawiąc w téj okolicy, codziennie długie miewał ze sługą Bożym rozmowy. Gdy zaś odjeżdżał, wiedząc iż Idzi nic od niego przyjąć nie zechce, spytał go coby mógł uczynić, czémby mu swoję monarszą łaskę okazał. Święty odpowiedział: iż miłą rzecz Bogu uczyni, jeśli w tém miejscu samotném wybuduje klasztor, w którymby zakonnicy wieść mogli rodzaj życia jaki prowadzą pustelnicy na puszczach Tebaidy w Egipcie. Jakoż w krótkim czasie z rozkazu królewskiego, stanął w tém miejscu obszerny klasztor, i zapełnił się zakonnikami, którzy na rozgłos sławy świętego Idziego, w wielkiéj liczbie pośpieszyli z różnych stron, aby pod jego zostawać przewodnictwem, służąc Bogu w ostréj pokucie i na bogomyślności. Pomimo więc oporu, jaki stawił w tém Święty, obrano go Opatem, i klasztor ten zajaśniał wzorami takiéj przedziwnéj pokuty i świątobliwości, jakie przedstawiały Laory czyli klasztory, pustelników egipskich.

Po kilkoletnim zarządzie tém zgromadzeniem zakonném przez Idziego, król przebywający podówczas w mieście Orleanie, powołał go do siebie. Udał się tam Święty: a i w podróży swojéj i w czasie pobytu na dworze królewskim wiele cudów uczynił. Zdarzył się i między innemi następujący. Król miał na sumieniu jakiś grzech ciężki, z którego nie chciał się spowiadać, stawiając przez to w wielkiém niebezpieczeństwie swoję duszę. Dnia pewnego zaniepokojony tém więcéj niż zwykle, prosił Idziego aby się za niego gorąco pomodlił, niezwierzając się mu jednak z tego co mu na sumieniu ciężyło. Święty udał się do kościoła na modlitwę, a podczas niéj objawił się mu Anioł, oznajmiając że modlitwę jego Pan Bóg wysłuchał, lecz potrzeba aby wziął kartkę którą znajdzie na ołtarzu, i oddał ją królowi. Uczynił to Idzi, a król wyczytawszy na niéj grzech tajony, i przyrzeczenie od Boga że mu odpuszczony będzie byle się z niego wyspowiadał, przystąpił do Sakramentu spowiedzi, przyjął i wypełnił naznaczoną pokutę, po czém spokój sumienia odzyskał.

Po powrócie do klasztoru, Idzi odbył pielgrzymkę do Rzymu, dla uczczenia grobu świętych Apostołów. Chciał aby tam nie wiedziano kim był, lecz ukryć się nie mógł. Sam Papież raczył go zawezwać do siebie, przyjął go z wielką łaskawością, i dał mu w darze dwa posągi cyprysowe Apostołów Piotra i Pawła. Święty bardzo pragnął mieć je w swoim klasztorze, pełen więc ufności w Opatrzność Bożą, puścił je na rzekę Tyber i przeżegnał, a przybywszy do klasztoru znalazł je u furty.

Żył jeszcze długo potém, przewodnicząc braciom na drodze wysokiéj świątobliwości, i nakoniec otoczony nimi i pobłogosławiwszy ich zakończył swoję pielgrzymkę ziemską, pierwszego Września w drugiéj połowie szóstego wieku.

Pożytek duchowny

I w życiu błogosławionego Idziego masz dowód, że święci Pańscy powodowani głęboką pokorą, unikali tak starannie chwały ludzkiéj, jak my za nią gonimy. Bądź téż przekonany, że cnota świętéj pokory jest probierczym kamieniem każdéj innéj cnoty, i że bez niéj nie tylko świętym ale i zbawionym być nie można. Staraj się przeto o nią usilnie, a wszelkie upokorzenie poczytuj za wielką dla duszy twojéj korzyść.

Modlitwa (Kościelna)

Wstawienie się za nami błogosławionego Idziego Opata, niech nas Panie miłosierdziu Twojemu poleci; abyśmy za jego opieką otrzymali to, czego z własnych zasług dostąpić nie możemy. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 738–740.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 696

Najosobliwszą rzeczą w tym Świętym jest uciekanie od sławy ludzkiej i szukanie zatajenia na pielgrzymkach i puszczach. Nawet doskonałych nic tak prędko nie zepsuje, jak sława ludzka i wysokie u ludzi rozumienie, toteż Święci gardzili sławą ludzką.

Czynią posłuszeństwo Bogu nieme stworzenia, ptaki, ryby, sam tylko człowiek wyłamuje się z niego. Kruki słuchały i karmiły Eliasza; słuchała ryba, gdy Jonasza proroka w brzuchu nosiła i na brzegu z morskiej głębokości go postawiła; słuchał lew i posłuszeństwem swoim nieposłusznego proroka potępił. Gdy jesteśmy na robocie i służbie Pańskiej, ufajmy Panu Bogu, który nas pożywi i sposób dla nas znajdzie. Bójmy się raczej głodu piekielnego, gdy próżnujemy.

Footnotes:

1

Mat. XIX. 21.

Tags: św Idzi „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat pokora samotność grzech ciężki spowiedź
2020-08-20

Św. Bernarda, Opata i Doktora Kościoła

Żył około roku Pańskiego 1153.

(Żywot jego napisany był przez trzech znakomitych Prałatów, jemu współczesnych.)

Święty Bernard rodem Francuz, przyszedł na świat roku Pańskiego 1091, w zamku Frontańskim dziedzicznym jego ojca Tescelina, który pochodził z hrabiów Szatilońskich. Matka jego Aleta, spokrewniona była z panującymi książętami Burgundzkimi. Był trzecim z siedmiorga ich dzieci. Wychowanie jego powierzono duchownym w Szatylionie, gdzie były szkoły bardzo wówczas słynące.

Skupienie ducha, nieposzlakowana skromność, pokora, posłuszeństwo i wielka pobożność, byłyto cnoty któremi od dzieciństwa się odznaczył. Tak dalece miłował czystość, iż gdy razu pewnego rzuciwszy na przystrojoną dziewicę oczy, doznał pokus przeciwnych téj cnocie, zanurzył się po szyję w staw zamarznięty, aby się od nich uwolnić. Zniechęcony do świata, szczególnie niebezpieczeństwami na jakie na nim ta właśnie cnota jest narażoną, postanowił wstąpić do zakonu. Dał pierwszeństwo klasztorowi Cystersów, w którym niedawno przedtém, przez świętego Szczepana i błogosławionego Roberta opatów, zaprowadzona była tak ścisła Reguła, że przez długi czas, nikt się tam z wstępujących nie zgłaszał. Święty Bernard, miał wtenczas lat dwadzieścia dwa, i tak już wielki a zbawienny wpływ na drugich wywierał, że z nim razem wstąpiło do tego klasztoru trzydziestu młodzieży z najpierwszych rodzin, a także sześciu jego braci i stryj jeden z największych panów Francyi. Gwido najstarszy brat jego udając się tam podobnież, rzekł do Niwarda najmłodszego: „Zostawiamy cię dziedzicem wszystkich majętności naszych,” a chłopaczek odpowiedział mu na to: „Jakto! sami obieracie sobie Niebo, a mnie przeznaczacie ziemię,” i wkrótce za nimi do zakonu pośpieszył. Siostra świętego Bernarda została także zakonnicą; a późniéj i ojciec w jego klasztorze uczyniwszy śluby zakonne, święcie żył i umarł. Bernard téż tak był znany powszechnie z daru jaki miał rozbudzania w drugich powołania zakonnego że matki kryły przed nim synów, a żony mężów, z obawy aby ich za sobą nie pociągnął.

Zostawszy zakonnikiem, trudno wyrazić z jaką gorliwością i od razu, wstąpił na najwyższe szczeble doskonałości Ewangelicznéj. Zmysły do tego stopnia miał umartwione, że nie wiedział co jada lub co pije, i dla tego, gdy pewną razą postawiono przed nim oliwę zamiast wina, wypił ją niespostrzegłszy tego. Toż samo się zdarzyło gdy zamiast masła dano mu łój zepsuty. Oczy tak miał zawsze spuszczone, że po kilkoletniém mieszkaniu w klasztorze, nie wiedział czy cela jego ma sufit czy belki, i wiele i jakie są okna w kościele.

Zakonnicy téj Reguły oddawali się pracom bardzo ciężkim w polu. Przez wzgląd na słabe siły Bernarda, opat chciał go od nich uwolnić. Święty uprosił aby tego nie czynił, i nikt mu w najcięższych pracach nie wyrównał. Wśród tego, ciągle był skupiony na duchu, rozmyślając nad tém co w celi czytał w księgach świętych. Gdy téż późniéj zajaśniał w Kościele wielką nauką, która go w rzędzie Doktorów Kościoła postawiła, mawiał, że mistrzami jego były dęby i sosny w lasach, w których pracował, gdyż wtedy Pan Bóg nadprzyrodzoném światłem, w przedziwny sposób umysł jego wzbogacał.

Sława świątobliwości Bernarda, i pisma jego któremi już wtenczas zasłynął, ściągały coraz więcéj wstępujących do klasztoru Cystersów, i to ludzi najznakomitszych z różnego stanu. Wtedy Bernard zamianowany został na Opata, z poleceniem aby nowy klasztor, udając się na puszczę z dwunastu braćmi, założył. Święty przybywszy z nimi w głąb lasu w dyecezyi Langroskiéj (Langres), obrał tam wąwóz, który dla swojéj dzikości przezwanym był doliną goryczy. Założył na tém miejscu klasztor, do którego coraz więcéj przybywało braci, pomimo iż w początkach szczególnie, przyszło tam do ostatecznéj nędzy, tak że w przeciągu jednego roku, kilkunastu braci prawie od głodu wymarło. Po téj jednak ciężkiéj próbie, klasztor ten stał się jednym z najliczniejszych i najsławniejszych, i dolina goryczy przezwaną została od tego czasu Świetną doliną (Clara Vallis.)

Tymczasem sława świętego Bernarda coraz więcéj się szerzyła, Królowie, Biskupi, Prałaci najsławniejsi uczeni, wielcy urzędnicy państwa, śpieszyli do niego po radę, dusze najświątobliwsze poddawały się jego przewodnictwu, i klasztor Klarovalleński, stał się główną szkołą pobożności, ogniskiem nauki kościelnéj i kolebką wielkiéj liczby Świętych. Wkrótce, chociaż ciągle powiększano zabudowania, zakonnicy pomieścić się tam nie mogli, i rozsyłano ich w różne miejsca po dwunastu z jednym Opatem na czele, dla zakładana nowych klasztorów, których za życia świętego Bernarda stanęło sto sześćdziesiąt w różnych krajach, bo nie tylko we Francyi, lecz i we Włoszech, w Hiszpanii, Anglii i Niemczech. Nie było prawie podówczas panującego, i nie było gorliwszego o dobro swoich diecezan Biskupa, któryby nie starał się o zakonników z Klaravalli.

Lecz święty Bernard, stając się tym sposobem jednym z najpierwszych odnowicieli ducha zakonnego, stał się oraz jednym ze świętych mężów, którego wpływ i usługi w całym Kościele były niezmierne. Za jego czasów chrześcijaństwo zasmucone zostało zątargami dwóch Papieżów (z których jeden był nieprawnie obranym), o tę najwyższą godność ubiegających się. Zgromadzony w Klermoncie i Etampie Sobór, na którym był obecny i sam król Ludwik przezwany otyłym, zawezwawszy świętego Bernarda, zdał na niego rozsądzenie kto z dwóch roszczących sobie do Papiestwa prawo, był prawdziwym Papieżem. Bernard po długiéj modlitwie i pilném roztrząśnieniu całéj téj sprawy, uznał Inocentego II prawdziwym następcą świętego Piotra, i za jego zdaniem cały sobór, a potém i cały świat katolicki poszedł.

Panujący książe Wilhelm, sławny ze swoich okrucieństw, sam jeden, na czele dość licznego stronnictwa, upierał się przy Antypapie, to jest nieprawym Papieżu. Udał się do niego święty Bernard, a gdy po długich kilkakrotnych rozprawach, nie mógł go odwieść od syzmy, w czasie Mszy świętéj, wziąwszy przenajświętszy Sakrament, poszedł od ołtarza prosto przed księcia, który jako wyklęty stał przede drzwiami kościoła, i tak groźnie do niego przemówił, że książe padł jakby nieżywy na ziemię, i nie wstał aż mu to Święty wyraźnie rozkazał, upominając w Imię Boga, aby dłużéj postępowaniem swojém Kościoła nie zasmucał. Wilhelm nawrócił się najszezerzéj, i odtąd jak najświątobliwsze wiódł życie.

W klasztorze który założył Bernard w Rzymie, zamianował Opatem tego, który późniéj pod imieniem Eugeniusza III, Papieżem obrany został. Na żądanie jego, Bernard podjął się poselstwa do wszystkich panujących w Europie, w celu skłonienia ich do wojny krzyżowéj. Uskutecznił to w krótkim czasie, obiegając wiele krajów, gdzie Pan Bóg dodawał mocy słowom jego, licznemi i wielkiemi cudami jakie wszędzie czynił. Wyprawa przyszła do skutku, lecz za grzechy jakich się dopuszczali należący do niéj, niepomyślny obrót wzięła. Stało się to dla Świętego powodem wielkich upokorzeń, gdy go bezbożni fałszywym prorokiem i burzycielem ludów nazywali, co wszystko zniósł on w duchu największéj pokory, sobie samemu i swoim grzechom, niepowodzenie świętéj sprawy przypisując.

Przy tylu pracach i zajęciach, trudno pojąć zkąd miał czas na napisanie tak wielu dzieł w najgłębszych przedmiotach religijnych, które stanowią jeden z wielkich skarbów piśmiennictwa kościelnego. Te jego pisma pełne namaszczenia Ducha Świętego, odznaczają się szczególném do Matki Bożéj nabożeństwem, tak że go z tego powodu kochankiem Maryi nazywają. Gdy razu pewnego będąc w katedrze Kolońskiéj napełnionéj tłumem ludu, który go zwykle otaczał, w czasie śpiewu Salve Regina (Witaj Królowo) wpadł w zachwycenie, po ukończeniu téj Antyfony zawołał: „O! clemens, o! pia, o! dulcis Virgo Maria. O! łaskawa, o! litościwa, o! słodka Panno Maryo,” któreto słowa i cały Kościoł do téj Antyfony odtąd przyłączył.

Zawsze będąc słabego zdrowia, w skutek nadzwyczajnych umartwień ciała do tego doszedł był stanu, iż żadnego pokarmu przyjmować nie mógł. Pomimo tego, długie odbywał dla spraw Kościoła podróże; w klasztorze przebywając o ile mógł na wspólnych bywał obowiązkach, i ze zbudowaniem braci, z nogami opuchniętemi, ciężkim kaszlem trapiony, na dziennych i nocnych pacierzach zawsze znajdował się w chórze.

Długi już czas, podziwiano w jaki sposób, przy zupełnym prawie braku posiłku, żyć może, aż nakoniec zapadł w ostatnią chorobę. Gdy blizkim był śmierci, wielka liczba Biskupów, Opatów i zakonników z okolicznych krajów, pośpieszyła aby otrzymać ostatnie jego błogosławieństwo. Pocieszał ich, sam nietracąc ani na chwilę wewnętrznego pokoju, a mówiąc że czas już wreszcie przyszedł aby niepożyteczne i bezowocne drzewo, jakiém się mienił, zrąbane zostało. W takich uczuciach głębokiéj pokory, wielki ten Święty przyjąwszy ostatnie Sakramenta, poszedł do Pana Jezusa 20 Sierpnia roku Pańskiego 1158, mając lat sześćdziesiąt trzy. Papież Aleksander III kanonizował go, a Pius VIII ogłosił Doktorem Kościoła.

Pożytek duchowny

Jak na wielu innych Świętych, tak i na świętym Bernardzie, widziałeś dowód jak wśród rodziny najliczniejszéj, jedna święta dusza i inne za sobą do Boga pociąga. Obyś był z téj liczby, a przykładem swoim i pobożnością całe swoje rodzeństwo do wiernéj służby Panu Jezusowi zachęcał.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś lud Twój, dla wskazania mu drogi zbawienia wiecznego, w błogosławionym Bernardzie, wielkim sługą Twoim obdarzył; spraw prosimy, abyśmy posiadając go jako mistrza życia chrześcijańskiego na ziemi, zasłużyli sobie mieć przyczyńcą w Niebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 699–701.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 662–663

Ileż to razy słyszymy z ust oziębłych katolików słowa: „Nie mogę więcej czynić dla zbawienia duszy, ani też nie mogę częściej chodzić na Mszę i do Komunii świętej, i nie mogę w niedziele i uroczystości słuchać kazań i nauk, bo nie mam czasu. Moje prace i zajęcia nie pozwalają na to”. Jeżeli ktokolwiek na świecie mógłby się tłumaczyć i uniewinniać w ten sposób, to chyba jedyny Ojciec święty, który ma na głowie sprawy całego Kościoła, rozkrzewionego po wszystkich częściach świata. Bernard napisał też list w tej sprawie do papieża Eugeniusza III, dawniejszego ucznia swego, który tutaj podajemy w dosłownym brzmieniu:

„Mój Eugeniuszu, przemawiam do Ciebie z czcią i szacunkiem, który Ci się należy jako głowie Kościoła, ale zarazem z tak szczerą przychylnością, z jaką przemawiać winien ojciec miłujący Twą duszę. Żałuję Cię, że masz tyle zajęcia i wierzę, że Cię to smuci i trapi, że nie możesz więcej oddawać się nabożeństwu i że doznajesz przeszkód w pobożnym rozpamiętywaniu. Ale jeśli przy natłoku rozlicznych zatrudnień nie pamiętasz o sobie, jeśli nie zostawiasz sobie czasu na rozmowy z Bogiem, nie zapominaj o tym, ile przez to doznajesz spustoszeń w duszy, ile zatwardziałości stąd powstaje, ile szkód stąd ponosisz. Cóż mi to za życie, udzielać posłuchań od rana do wieczora, przyjmować i odczytywać prośby, godzić zwaśnione stronnictwa, słuchać ich skarg i zażaleń, sprawdzać akta kościelne i wygotowywać listy apostolskie! Gdyby to przynajmniej było we dnie tylko, ale i noce nie są wolne od tych za-

Tags: św Bernard „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat doktor czystość schizma II wyprawa krzyżowa Salve Regina
2020-06-25

Św. Gulielma Werceleńskiego, Opata

Żył około roku Pańskiego 1142.

(Żywot jego był napisany przez Jan z Nusko, który był uczniem jego.)

Święty Gulielm zwany Werceleńskim, dla odróżnienia go od innych Świętych tegoż imienia, przyszedł na świat około roku Pańskiego 1085. Rodzice jego wysokiego byli rodu i bardzo pobożni, lecz stracił ich w kolebce będąc. Całém téż wychowaniem jego od dzieciństwa, kierował jeden z jego krewnych, który niczego nie szczędził, aby go i w naukach wykształcić i wychować jak przystało na znakomitego rodu potomka.

Gulielm w piętnastym roku życia, zbrzydził sobie świat, wyrzekł się wszelkich jego uciech, i postanowił wieść życie pokutne i wyłącznie ćwiczeniom pobożnym oddane. Dla uproszenia sobie na tę święte zamiary szczególnego błogosławieństwa Bożego, zaczął od pielgrzymki do grobu świętego Jakóba Kompostelskiego w Hiszpanii, którą odbył boso, w odzieniu ubogiego żebraka, i o żebranym chlebie. A dla przydania sobie jeszcze i umartwień, przepasał się na gołém ciele dwiema żelaznemi silnie ściskającemi go obręczami. Potém zamierzał puścić się w dłuższą jeszcze pielgrzymkę, gdyż chciał zwiedzić grób Pański w Jerozolimie. W tym celu, gdy udał się do Apulii w Królestwie Neapolitańskiém, aby ztamtąd w którym z portów morskich odpłynąć do Ziemi-świętéj, spotkał się z błogosławionym Janem z Matery, który w owym kraju używał sławy wielkiéj świątobliwości i uchodził za najbieglejszego dusz przewodnika. Jemu zwierzył się Gulielm ze swoich zamiarów wędrówki do Jerozolimy, od któréj odwiódł go ten mąż Boży, nakłaniając aby więcéj pilnował odosobnienia, w którém wyłączniéj i łatwiéj będzie mógł wieść życie pokutne i bogomyślne.

Nasz Święty poszedł za tą radą, i z tymże błogosławionym Janem z Matery, udał się na jednę z gór bardzo samotnych, gdzie przez pewien czas wiedli oni życie pustelnicze, naśladując wiernie przykłady nadzwyczajnéj ostrości, jakie zostawili święci Pustelnicy Egipscy. Wkrótce po ich na tém miejscu osiedleniu się Gulielm zasłynął cudami, a między innemi przywrócił wzrok ślepemu. To rozsławiło imię jego w całéj okolicy, i coraz tłumniéj zaczęli ludzie zbiegać się do niego. Pokora jego tak wiele na tém cierpiała, iż umyślił rozstać się ze swoim świętym towarzyszem i ze swoją kochaną pustelnią, i aby ujść oznak szacunku odbieranego od ludzi, udać się w obce jakie i dalekie kraje, gdzieby żyjąc nieznany, tém swobodniéj mógł się wysokiéj bogomyślności oddawać. Lecz że Pan Bóg miał na niego inne zamiary, więc sprawił iż pozostał on we Włoszech, i stał się założycielem nowego pustelniczego zgromadzenia zakonnego. Nie śmiejąc opierać się woli Bożéj wyraźnie mu w téj mierze wskazanéj, w tymże kraju w którym przebywał, szukał innego samotnego miejsca, i wynalazłszy takowe na górze zwanéj górą Wirgiliusza, osiadł tam wśród wielkiego boru pomiędzy niedostępnemi skałami. Góra ta brała swoje nazwisko od sławnego w starożytności poety Wirgiliusza, który na niéj niekiedy przemieszkiwał, lecz późniéj gdy święty Gulielm wybudował tamże wspaniały kościół pod wezwaniem przenajświętszéj Maryi Panny, przezwano tę górę górą Dziewiczą (Monte Vergine).

I w tém nowém schronieniu, sława cudów jakie czynił i rozgłos jego świątobliwości ściągały wiele do niego osób. Przyprowadzano mu chorych i kalek, aby je modlitwami swemi uzdrawiał. Zewsząd udawano się do niego z prośbą o modlitwy w różnych cięższych potrzebach, a w pewne dnie zbierało się bardzo wieje ludzi którym nie mógł odmówić świętych nauk, słuchanych z największym pożytkiem. Nakoniec i kilku kapłanów świeckich, którzy zawiązawszy z nim stosunki doznawali dobrodziejstw jego światłego przewodnictwa duchownego, przybyło razu pewnego do niego, i rzuciwszy mu się do nóg prosili, aby ich przyjął za uczniów swoich, dozwolił im osiąść wraz z sobą na téj puszczy i za jego przykładem i pod jego przewodnictwem, podobny jak on sposób życia prowadzić. Zgodził się na to święty Gulielm, i to dało początek zgromadzeniu nazwanemu Pustelników z góry Dziewiczéj, założonemu w roku 1119 za Papiestwa Kalixta II.

Trudno wyrazić z jaką świętą żarliwością, nowi ci zakonnicy wzięli się do życia pokutnego, naśladując wielkich sług Bożych w podobnym zawodzie w Kościele wsławionych. Wewnętrznego i zewnętrznego umartwienia przestrzegali jak najściśléj. Posty zachowywali prawie ciągłe, używając pokarmów jak najuboższych. Wśród nocy wstawali na modlitwę, w ciągu dnia we właściwéj porze kanoniczne godziny odprawiali wspólnie, a co im od tego zbywało czasu, obracali go na pracę ręczną wszelkiego rodzaju, która stanowiła ich środek utrzymania. Przez lat kilka szło takim trybem to zgromadzenie, aż zły duch, zwykle na zakonników najzawziętszy, zasiał pomiędzy nimi ducha niezgody, szemrania i niesforności. Przyszło do tego, iż niektórzy uchylali się od posłuszeństwa świętemu Gulielmowi, przedstawiając drugim ich sposób życia jakoby za nazbyt uciążliwy, a jak najwierniejsze stosowanie się do takowego ich założyciela, poczytywali za dziwactwo. Mąż Boży zasmuconym tém nad wszelki wyraz, a jak to właściwe Świętym, sobie główną winę wszystkiego przypisując, postanowił opuścić braci tak na niego rozdrażnionych, sądząc iż obecność jego w podobnym stanie rzeczy, więcéj szkody niż pożytku im przynosi. Co téż uczynił i wziął z sobą pięciu zakonników nienależących do tych którzy upadłszy na duchu już tak ostrego życia jakie im był przepisał wieść nie chcieli, a nad resztą postanowił błogosławionogo Alberta, kapłana wielkiéj pobożności, któremu wskazał sposób którym mógłby powoli zbuntowanych braci uspokoić i na właściwe drogi sprowadzić.

Ten zastępca jego, dopóki żył, utrzymał jeszcze to zgromadzenie w tymże duchu w jakim je założył święty Gulielm. Lecz po jego śmierci błogosławiony Robert zostawszy Opatom, za zezwoleniem Papieża Aleksandra III, zmuszony był złagodzić sposób życia pustelników Góry Dziewiczéj, i przyjął regułę świętego Benedykta.

Tymczasem naszemu Świętemu pobłogosławił Pan Bóg w tym czynie jego pokory, i jakby nieufaniu sobie. Opuściwszy pierwotnych swoich uczniów, po pewnym przeciągu czasu założył kilka klasztorów tak męzkich jaki żeńskich w królestwie Neapolitańskiém, i z tych wszystkich wielkiéj doczekał się pociechy. Z kolei przebywał to w jednym to w drugim, i w każdym zaszczepił i ustalił ducha ostréj pokuty, ścisłego odosobnienia i wysokiéj bogomyślności. Przestrzegano tam najściśléj klauzury; śpiewy w chórze były prowadzone z wielką pilnością; wszyscy nosili grube habity nie używając wcale bielizny; cały rok pościli bez nabiału, a trzy dni w tygodniu suszyli.

Król neapolitański Roger pierwszy, wiele słysząc o świątobliwości Gulielma, na dwór swój go zawezwał. Tam wiódł on życie jak tylko mógł najbardziéj odosobnione, dopełniał wszystkich pokutnych ćwiczeń życia zakonnego, a król bardzo często przywoływał go do siebie, zasięgając jego rady i powodując się jego przewodnictwem duchowném. Sługa Boży, nie szczędził mu słów prawdy, i z równąż otwartością nastawał na różne nadużycia i zgorszenia, jakiego dopuszczali się niektórzy z najwyższych dworzan królewskich. To ściągnęło na niego nienawiść zepsutszych, którzy chcąc go łask królewskich pozbawić, umyślili przywieść go do sprośnego upadku. W tym celu pewną niewiastę, sławną z piekielnéj zręczności przywodzenia drugich do grzechu, wysłali z tymże zamiarem do Gulielma. Ten zrazu wyznaczył jéj miejsce do schadzki, na które przybyła ona w godzinie naznaczonéj, pewna iż swego dokaże. Znalazła Świętego obok rozłożonych na całéj podłodze marmurowéj żarzących się węgli, na które Gulielm położywszy się i ją zapraszał. Cud ten, gdyż ogień nie tknął sługi Bożego, tak wzruszył niewiastę, że zalana łzami, padła mu do nóg, przepraszała i żałowała za swoję zbrodnię, a jak przedtém gorszyła stolicę swojém złém życiem, tak odtąd podziwiano w niéj wielką pokutnicę.

Przebywając jeszcze na dworze królewskim, Gulielm miał sobie objawione, iż wkrótce powoła go Pan Bóg do siebie, po nagrodę którą mu w Niebie zgotował. Oświadczył to królowi, a udzieliwszy mu najzbawienniejszych przestróg i nauk, dwór opuścił. Zwiedził jeszcze wszystkie klasztory przez siebie założone, a potém udał się do klasztoru w Gullet, blizko miasta Nusko, aby tam przygotować się na śmierć. Gdy nadszedł dzień który przepowiedział, kazał się zanieść do kościoła i położyć na gołéj ziemi. Po przyjęciu świętych Sakramentów, przemówił do braci zakonnych, zachęcając ich do wytrwałości w służbie Bożéj, prosił aby go pochowano w tymże habicie zużytym jaki miał na sobie, i spokojnie oddał Bogu ducha. Umarł dnia 25 Czerwca roku Pańskiego 1142.

Pożytek duchowny

Postępek świętego Gulielma, opuszczającego braci swoich gdy zbawiennych przestróg jego słuchać nie chcieli, nie powinien wprawdzie zrażać nikogo od starania się o poprawę tych, za których postępowanie zdawać będzie przed Bogiem rachunek. Lecz oraz uczyć nas to powinno, że z niepoprawnemi osobami, lepiéj jest zerwać stosunki, niż i własną duszę, zostając w ich towarzystwie, na zgubę narażać.

Modlitwa (kościelna)

Boże który przez wzgląd na ułomność naszę dla wytknięcia nam drogi zbawienia, w Świętych Twoich i przykład dla nas i pośrednictwo zgotowałeś: daj nam błogosławionego Gulielma Opata tak czcić zasługi, abyśmy i jego wstawienia się doznali, i w jego wstępowali ślady. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 522–524.

Tags: św Wilhelm z Vercelli „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat św Jakub złe towarzystwo
2020-04-06

Św. Wilhelma Opata

Żył około roku Pańskiego 1203.

(Żywot jego był napisany przez jednego z jego uczniów, i znajduje się u Bolandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święty Wilhelm z zamożnéj i szlacheckiéj rodziny pochodzący, urodził się w Paryżu około roku Pańskiego 1105. Wychowanym został w klasztorze świętego Hermana, pod okiem swojego stryja Hugona, który tam był Opatem. Młodym chłopaczkiem będąc, objawiał już w sobie wielką pobożność; bardzo przytém był pilnym w naukach i z przykładną dla starszych i nauczycieli uległością. Świątobliwy Opat widząc tak chwalebne w synowcu postępowanie, i niepospolite w nim ze wszech miar zalety, nakłonił go do wstąpienia, do stanu duchownego. Wilhelm i sam do tego wzdychał, a tylko dla głębokiéj pokory nie śmiał domagać się tego. Zaraz na wstępie nowego swojego zawodu, odznaczył się najprzykładniejszém życiem, a przyjąwszy święcenia na Subdyakona, został kanonikiem przy kolegiacie świętéj Genowefy de Monte, w któréj pod tę porę, skład duchowieństwa nie zupełnie odpowiadał swojemu powołaniu.

Świątobliwość nowozamianowanego kanonika, jego regularność w uczęszczaniu na pacierze do chóru, zamiłowanie samotności i oddawanie się nauce; wszystko to nietylko nie zjednało mu serca jego towarzyszy, lecz przeciwnie najgorzéj ich przeciw niemu usposobiło. Uważali go za reformatora, zamierzającego przywieść ich do karności od któréj odstąpili, i którego sam sposób życia już był uderzającém potępianiem ich postępowania, niezgodnego ze stanem w jakim zostawali. Przyszło do tego, iż wszelkich środków zaczęli używać, aby go z grona swojego wydalić. Jeden z nich udając iż ma powołanie do zakonu, chciał za sobą i Wilhelma pociągnąć, lecz ten nie dał się uwieść, a w postępowaniu swojém okazując się zawsze najprzykładniejszym, otrzymał z rąk Stefana Biskupa Paryzkiego święcenia kapłańskie, pomimo wszelkich przeszkód jakie stawili temu jego przeciwnicy.

Wszakże wkrótce potém potrafili oni pozbyć się świętego Wilhelma. Gdy na probostwo Epinejskie, o kilka mil od Paryża położone, którego kollacya należała do kolegiaty świętéj Genowefy, wypadło im mianować jednego zpomiędzy siebie, wyznaczyli na to Wilhelma, aby chociaż tym sposobem nie mieć go w swojém gronie.

Nie długo jednak korzystali ze swobody, jakiéj nabyli wydalając z kapituły najświątobliwszego jéj członka. Papież Eugeniusz III przybywszy do Paryża w roku 1147, i dowiedziawszy się o nadużyciach w Kolegiacie téj panujących, za zniesieniem się z królem, postanowił stanowczo zaradzić złemu. Upoważnił do tego Sugera, Opata klasztoru świętego Dyonizego, który w miejsce świeckich Prałatów obsadzonych przy téj Kolegiacie, sprowadził kanoników regularnych z opactwa świętego Wiktora, dawnym zapewniając do śmierci przyzwoite utrzymanie.

Święty Wilhelm nie wahał się ani chwili: zrzekł się donośnego swojego probostwa, i został Kanonikiem Regularnym, a w krótkim czasie odznaczywszy się wszystkiemi cnotami najdoskonalszego zakonnika, został Podprzeorem. Urząd ten poruczał mu przełożeństwo nad całém zgromadzeniem, wnet téż doznano błogosławionych skutków jakie zwykle sprowadza po sobie dla całego zakonu, świątobliwość przełożonego.

Rozgłos jego cnót wysokich, rozszedł się był i do obcych krajów. Absalon Biskup Rotszyldski w Danii, mając zamiar przywieść do pierwotnéj karności jeden z klasztorów Kanoników Regularnych w jego Dyecezyi będących, uznał że najwłaściwiéj będzie, aby tam Opatem zrobił świętego Wilhelma. W tym więc celu wysłał do niego jednego ze swoich Prałatów. Opat święty Genowefy, widząc że Wilhelm jeszcze pożyteczniejszym będzie w klasztorze w którym potrzeba było wprowadzać dopiéro reformę, niż w tym gdzie już ona istniała, przychylił się do żądania Biskupa Rotszyldskiego, i Święty udał się do Danii, wziąwszy z sobą trzech innych Kanoników Regularnych.

Lecz tam wielkie spotkały go trudności. Skoro został Opatem klasztoru Eschilskiego, wziął się gorliwie do zniesienia w nim wszelkich zwyczajów przeciwnych ścisłéj zakonnéj karności i pierwotnéj Regule. Lecz ostrość klimatu, nieznajomość języka krajowców wśród których przebywał, ubóstwo klasztoru i niechęć podwładnych, wszystko to wystawiło wytrwałość jego na ciężkie próby. Opuścili go téż wkrótce trzéj Kanonicy Regularni z nim przybyli z Francyi, nie mogąc znieść panującego tam zimna, a miejscowi zakonnicy stawili mu niepoczciwy a zacięty opór. Sam przykład nowozamianowanego Opata, raził ich dotkliwie, i wszelkich używali środków, aby się go pozbyć.

Wśród tego rodzaju trudności, przybyły mu i wewnętrzne utrapienia. Zły duch, przewidując ile on w klasztorzetym i kraju całym, uczyni dobrego, chcąc go do wszystkiego zniechęcić i uniezdolnić, wewnątrz srodze niepokoić go zaczął rozlicznemi a gwałtownemi pokusami. Lecz Święty nie ustąpił mu placu. Im większe wzmagały się przeszkody, tém on wytrwaléj pracował około dzieła rozpoczętego na chwałę Bożą, tylko podwajał modlitw i pokuty, poszcząc, czuwając po całych nocach, i trapiąc swoje ciało różnemi sposobami. Bóg téż miłosierny, wynagrodził wkrótce wytrwałość i cierpliwość tego wiernego sługi Swojego. Nie tylko słodyczą postępowania, roztropnością i wielką miłością, zjednał sobie Wilhelm wszystkich braci i przywiódł ich powoli do ścisłéj zakonności, lecz prócz tego wielką liczbę grzeszników ze świata pozyskał Panu Bogu, gdyż wielu z nich, słysząc o jego świątobliwości, zgłaszało się do niego po radę i prosiło o spowiedź. Co większa miał tę pociechę, że w częstych swoich wycieczkach apostolskich, jakie czynił z klasztoru dla głoszenia słowa Bożego niewiernym, nawrócił do wiary świętéj wszystkich pogan, jacy się jeszcze na brzegach morza Bałtyckiego znajdowali.

Dopomagał mu do tego i dar cudów, którego mu Pan Bóg udzielał, gdy już i sama jego wytrwałość w rozpoczęciu świętego dzieła, pomimo zewsząd napotykanych wielkich trudności, a wśród nich niezachwiany spokój jego duszy, były jakby ciągłym cudem. Posiadał przytém łaskę rzewnéj pobożności. Przy każdéj Mszy świętéj widziano go zalewającego się łzami, gdy błagał Boga o błogosławieństwa na swoje prace, i polecał Mu potrzeby własnéj duszy i swoich braci.

Wśród bezustannych i wielkich trudów, ciągle pościł ściśle, raz tylko na dzień jadając. Włosiennicę nosił zawsze na gołém ciele, sypiał nadzwyczaj mało, ścieląc na ziemi trochę słomy.

Na lat siedem przed śmiercią, został mu objawiony dzień i godzina, w któréj miał go Pan Bóg powołać do Siebie. Gdy już ta chwila zbliżała, się, cały ostatni post wielki spędził w ostrzejszéj jeszcze niż zwykle pokucie, i już prawie całe dnie i większą część nocy, poświęcał modlitwie. W Wielki-Czwartek odprawił Mszę świętą z tak wielką pobożnością, że obecni zakonnicy od płaczu wstrzymać się nie mogli. Sam rozdał jeszcze wszystkim Komunią świętą, i wielu ubogim nogi umywał. Po południu miał tenże obrządek odbyć z braćmi, gdy nagle zasłabłszy musiał się położyć. Dostał lekkiéj gorączki, i w sam dzień Zmartwychwstania Pańskiego, gdy na odśpiewywanéj przy nim Jutrzni przyszło do tych słów: Aby przyszedłszy namaścili Jezusa, zawołał iż czas jest aby mu udzielono ostatnie Olejem świętym namaszczenie. Po przyjęciu tego Sakramentu świętego, z oznakami najżywszéj wiary i miłości Boga, poszedł do Nieba po nagrodę długiéj i wiernéj służby swojéj Panu Jezusowi. Umarł dnia 6-go Kwietnia, roku 1203, mając lat dziewięćdziesiąt ośm.

Zaliczony został w poczet świętych przez Papieża Honoryusza III w roku 1224.

Pożytek duchowny

Świątobliwe życie błogosławionego Wilhelma ściągnęło na niego prześladowanie jego towarzyszów, nagannie postępujących. Zwykle bowiem tak bywa, iż kto chce żyć pobożnie, ściąga na siebie niezadowolenie osób słabéj wiary i podejrzanych obyczajów. Lecz kto tak jak ten Święty trwa wiernie na dobréj drodze, ten prędzéj lub późniéj zbawiennym przykładem i drugich pociągnie za sobą.

Modlitwa

Boże! Któryś przykładem świątobliwego życia błogosławionego Wilhelma, wielką liczbę dusz ku wiernéj Tobie służbie nakłonił; spraw prosimy, abyśmy postanowiwszy wiernie Ci służyć, przeszkodami nastręczanemi nam na téj drodze przez ludzi słabéj wiary, odwieść się od tego nigdy nie dali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 270–272.

Tags: św Wilhelm „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat wytrwałość
2020-03-30

Św. Jana Klimaka Opata

Żył około roku Pańskiego 605.

Święty Jan przezwany Klimak, od sławnego ascetycznego dzieła, które pod tym tytułem napisał, rodem z Palestyny, przyszedł na świat około roku Pańskiego 525. Był to jeden z najuczeńszych ludzi swojego czasu, i ztąd zdaje się iż pochodził z zamożnego stanu, gdyż w owych wiekach tylko tacy wyższe wykształcenie odbierali.

Młodym będąc, otrzymał tytuł Scholastyka, co oznaczało wysoki stopień w naukach. Lecz nie długo cieszył się tą znikomą sławą, chociaż jéj dostąpił zaledwie lat piętnaście mając. W szesnastym roku postanowił opuścić świat, i na puszczy oddać się bogomyślności i pokucie. W tym celu poszedł na górę Synai, i tam poddał się pod przewodnictwo świątobliwego starca imieniem Martyrus.

Pod jego okiem, Jan w krótkim czasie nie tylko nabył najwyższéj doskonałości, lecz i sam stał się najbieglejszym mistrzem życia bogomyślnego. Ponieważ był, jak to nadmieniliśmy wysoko w naukach i w sztukach pięknych wykształcony, i niepospolitemi obdarzony zdolnościami, więc Martyrus przedewszystkiém ćwiczył go w cnocie świętéj pokory, jako najniezbędniejszéj dla umysłów tego rodzaju. W téj cnocie i święty Jan rozmiłowawszy się szczególnie, a czyniąc w niéj największe postępy prędko doszedł do wysokiéj świątobliwości.

Po śmierci Martyrusa, Jan chcąc zawsze mieć zasługę uległości i posłuszeństwa, wstąpił do klasztoru, na górze Synai będącego. Zakonnicy tam zamieszkali, lubo mieli Opata, który był razem jakby Patryarchą wszystkich pustelników na puszczach Arabskich żyjących, i posiadali klasztor na samym szczycie téj góry położony, po większéj jednak części żyli w pustelniach odosobnionych. Święty Jan zamknął się w miejscu zwaném Tole, u stóp góry, niedaleko kościoła na cześć przenajświętszéj Panny, przez cesarza Justyniana wystawionego, dla dogody wszystkich pustelników zamieszkałych na puszczy Synajskiéj. Tam przepędził sługa Boży całe lat czterdzieści, w tak ostréj pokucie i tak oddany bogomyślności, że go nazywano powszechnie Aniołem Synajskim.

Nieprzyjaciel duszy ludzkiéj, zaraz w pierwszych chwilach jego tam pobytu, nie dawał mu pokoju. Rozburzył w nim namiętności, przedtem nawet mu nieznane. Przechodził nasz Święty ciężkie walki wewnętrzne; lecz pełen ufności w łaskę Bożą i opiekę Matki przenajświętszéj, do któréj od najmłodszych lat szczególne miał nabożeństwo, ratując się jużto podwajaniem postów, już pokorną a wytrwałą modlitwą, najbardziéj zaś częstem przystępowaniem do Sakramentów świętych, wyszedł z téj dotkliwéj próby zwycięzko, i jeszcze wyższy w doskonałości uczynił postęp.

Wiedząc jak próżność wkrada się łatwo do czynów nawet pokutnych, starannie unikał zwracania oczów ludzkich na swoje umartwienia. Jadał wszystkie potrawy nawet mięsne których użycia Reguła zakonna dozwolała, lecz tak małą ilość zażywał posiłku, iż trudno było pojąć, jak mu to na utrzymanie życia wystarczać mogło. Snu podobnież nadzwyczaj krótkiego pozwalał sobie. Szczególnie zaś, obdarzał go Pan Bóg łaską spełniania każdéj czynności, z ciągle ożywianą intencyą czynienia wszystkiego dla Boga i z Jego miłości. Skutkiem tego, zostawał jakby w ciągłéj modlitwie, i w bezustanném najściślejszém zjednoczeniu woli swojéj z wolą Bożą. To stanowiło jakby główną i cechę i tajemnicę jego nadzwyczajnéj świątobliwości. Posiadał w wysokim stopniu dar téj modlitwy wewnętrznéj o któréj, mówiąc w jedném z dzieł swoich, jakby własny wizerunek skreślił: „Modlitwa ta, pisze on w książce pod tytułem Szczeble do Nieba, zawisła na tém, abyśmy Boga mieli za cel i za prawidło wszelkich czynności, słów, myśli i pragnień naszych, i abyśmy nic nie spełniali inaczéj, jak z wewnętrzną gorącością i pobożnością ducha, i z ciągłą żywą pamięcią na obecność Boga.” Ten dar i rozbudzał w nim i utrwalał zamiłowanie samotności, a w obcowaniu jego z ludźmi nadawał każdemu jego słowu, każdemu jego postępkowi namaszczenie Ducha Świętego, co już samo przez się najzbawienniéj na osoby do niego zbliżające się wpływało. Podczas modlitwy zaś zatapiało go to całego w Bogu, wprawiało w zachwycenia i wtedy widywano go uniesionego na kilka stóp nad ziemię.

Chociaż głównym jego zajęciem było czytywanie Pisma Bożego i dzieł Ojców Kościoła, można jednak powiedzieć, że przez pobożneto rozmyślania nad prawdami wiecznemi, i przez ćwiczenie się w bogomyślności przedewszystkiém, dostąpił on tego oświecenia na rozumie i téj biegłości w rzeczach tyczących się religii i całéj nauki katolickiéj, które go uczyniły nie tylko wielkim bogomodlcą, lecz i jednym ze znakomitszych pisarzy kościelnych, i postawiły prawie w rzędzie Doktorów Kościoła. Stawszy się zaś jednym z najpierwszych świeczników swojego wieku, był przedewszystkiém niezrównanéj pokory, i z pustelni prawie nie wychylał się wcale.

Gdy tam przebywał, ulegając usilnym prośbom młodego pewnego pustelnika imieniem Mojżesz, za którym wstawiało się wielu starych samotników, przyjął go za swojego ucznia. Młodzieniec ten wielkie czyniąc na drodze doskonałości postępy, i z tego powodu drogi świętemu Janowi, razu pewnego usnąwszy pod skałą, pod która zwykle spoczywał, usłyszał głos swego mistrza, wzywający go aby co prędzéj ztamtąd uchodził. Jakoż, zaledwie to uczynił, aż oto zawaliła się skała.

Czterdzieści lat przebywał już w swojéj samotnej chatce, trybem życia podobniejszy do duchów niebieskich, niż do ludzi, gdy spodobało się Panu Bogu, wywieść go z ukrycia, aby go uczynić Generalnym Opatem, to jest przełożonym nad wszystkimi pustelnikami po górze Synai rozsiedlonymi. Wiele go kosztowało, rozstanie się z rodzajem życia jaki oddawna prowadził, doznając na nim już niebieskich uciech; poddał się jednak temu, jako woli Bożéj.

Oddawna już słynął wysoką świątobliwością i darem czynienia cudów, lecz od chwili gdy go Pan Bóg, dla zbudowania wiernych, wyżéj postawił, cnoty jego jeszcze większego nabyły blasku i cuda dalszego rozgłosu. W roku wielkiéj posuchy grożącej głodem, mieszkańcy Palestyny wysłali do niego z prosbą, aby modlitwami swojemi odwrócił od nich tę klęskę. Na prosbę Świętego, zesłał Pan Bóg deszcze pożądane i wielki urodzaj nastąpił w tym kraju. A i na Zachodzie rozchodziła się sława jego imienia. Papież święty Grzegorz Wielki, pisał do niego, polecając się jego modlitwom i przysłał mu wszystkie sprzęty potrzebne do szpitala, który był wybudował u stóp góry Synai.

Święty Jan w świętej i ścisłéj przyjaźni zostawał, z Opatem części puszczy Arabskiéj zwanéj Rait. Na usilnąto prośbę jego napisał wyżéj już wspomnione sławne swoje dzieło pod tytułem: Szczeble do Nieba, w którém, w osobnych rozdziałach, pisze o trzydziestu stopniach które przechodzi dusza, począwszy od chwili jéj nawrócenia się, aż do dostąpienia najszczytniejszéj doskonałości. Dzieło to zawierające prawidła tyczące się wyższéj bogomyślności, jest wartości pierwszorzędnóej, lecz dla sposobu w jakim napisane nie dla wszystkich dostępne. Święty Jan pozostawił prócz tego, inne pisma tejże treści i wysoko cenione.

Życie pustelnicze tak wielki miało dla niego pociąg, że po czteroletniém sprawowaniu obowiązków Generalnego Opata, wrócił do swojéj pustelni, złożywszy swój urząd w ręce rodzonego brata Grzegorza, którego w jego miejsce obrano. Niedługo już żył potém. Odosobniwszy się jeszcze ściśléj niż dotąd, już tylko wyglądał z upragnieniem chwili, gdy go Pan Bóg do Siebie powoła. Dnie całe spędzał na modlitwie, a i noce, przerywając co chwila spoczynek, bogomyślności poświęcał. Wśród takich ćwiczeń, pełnego cnót i zasług dnia 30-go Marca roku 605 wziął Pan Jezus do Siebie po wieczne nagrody. Miał wtedy lat ośmdziesiąt, z których sześćdziesiąt cztery spędził na puszczy i w klasztorze. W chwili gdy umierał, brat jego, który po nim Opatem został, prosił go ze łzami, aby mu wyjednał u Pana Boga nie długi bez niego pobyt na téj ziemi. „Spełni się to rzekł mu Swięty, umrzesz przed końcem roku” — co się też i stało.

Pożytek duchowny

Wyryj sobie w pamięci słowa z dzieła świętego Jana tu w Żywocie jego przytoczone, a w których poleca on aby celem wszystkich czynności, słów i myśli naszych, był Pan Bóg, i żebyśmy na Jego obecność ciągle pamiętali. W tém bowiem krótkiém prawidle, a właściwém dla osób wszelkiego stanu, zamyka się najpewniejszy środek dostąpienia nie tylko zbawienia, lecz i najwyższéj świątobliwości.

Modlitwa

Boże! Któryś obdarzając błogosławionego Jana Opata, darem wysokiéj bogomyślności, świetnie jaśniejącym w Kościele Twoim świecznikiem uczynił; daj nam za jego pośrednictwem, tak intencyą skierowaną do Ciebie wszelkie nasze uświęcać sprawy, abyśmy każdą chwaląc Cię na ziemi, chwalili wraz z nim na wieki w niebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 251–253.

Tags: św Jan Klimak „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat pokora nauka obecność Boża
2020-03-29

Św. Eustazyusza Opata

Żył około roku Pańskiego 617.

Święty Eustazyusz przy końcu wieku szóstego żyjący, uczeń świętego Kolumbana i jego na Opactwo Lukselieńskie następca, pochodził z jednéj ze znakomitych rodzin Burgundyi. Wychowany był bardzo starannie i pobożnie przez stryja Biskupa Langrenańskiego, i wkrótce wielki uczynił postęp jak w naukach świeckich, tak i na drodze doskonałości chrześcijańskiéj. Zaledwie doszedł do lat młodzieńczych, a żywo przejęty uczuciem znikomości rzeczy ludzkich, wyrzekając się świetnego na świecie zawodu, który mu zapewniały i jego niepospolite zdolności i znakomite urodzenie, postanowił żyć w najściślejszém odosobnieniu.

W téj porze święty Kolumban zakonnik Irlandzki przybył do Francyi, i właśnie w Burgundyi, ojczyznie Eustazyusza, założył był sławny klasztor Lukselieński, który stał się na przyszłe długie wieki, kolebką wielkiéj liczby Swiętych, a w samych początkach zamieszkały już był przez sześciuset zakonników. Święty Eustazyusz jeden z pierwszych wstąpił do tego zakonu, i zajaśniał w nim zaraz jako wielki sługa Boży. Najściśléj zachowując wszelkie przepisy Reguły, wiódł życie nadzwyczaj umartwione, na skinienie przełożonego posłuszny, pokorą wszystkich przewyższał. On téż przyczynił się głównie, jako najbliższy uczestnik świętego Kolumbana w założeniu tego zgromadzenia, do zaszczepienia w niém ducha najwyższéj doskonałości zakonnéj, którym się ono od początków swego istnienia wsławiło.

Wszakże nie długo mógł tam zażywać ciszy klasztornéj. Święty Kolumban, przez gorliwość z jaką powstał na gorszące kraj cały nierządy królowéj Bruncholdy i jéj wnuka Tierego, króla Burgundzkiego, ściągnął ich zemstę na siebie. Wygnali go z kilku jego uczniami z klasztoru, a wkrótce potém i święty Eustazyusz, wystawiony na ciągłe prześladowanie ze strony urzędników królewskich, ze świętym Galem, udali się do Teodoberta króla Austrazyi, który na ziemiach swoich dał im przytułek. Tam wkrótce połączył się z nimi i święty Kolumban; tego Teodobert, który uczniów jego z łaskawością przygarnął, tém bardziéj jako ich mistrza i przełożonego chętnie i z oznakami szczególnego poważania przyjął. Dozwolił mu nawet z całego jego państwa wybrać jakie mu się spodoba miejsce, na pobudowanie klasztoru. Święty Kolumban, skrzętnie korzystając z tak łaskawéj ofiary, wziąwszy z sobą świętego Eustazyusza i świętego Gala, udał się brzegami rzeki Renu, aż do jeziora Konstancyjskiego, przeszedł do Szwajcaryi należącéj podówczas do Teodoberta, zatrzymał się w prowincyi Breganekiej, i tam klasztor wybudował.

Lecz zaledwie osiadł na tém miejscu, doszła go wieść że klasztorowi Lukselieńskiemu grozi zupełna zagłada, z powodu nowych gwałtów, jakich tam na zakonnikach dopuszczano się. Nie mogąc sam jako wskazany na wygnanie z Francyi udać się do tego kraju, aby braci ratować, posłał w swoje miejsce świętego Eustazyusza, mianując go tegoż klasztoru Opatem. Obaj ci Święci wielce się miłowali; cieszyli się nadzieją że już nierozdzielnie w jednym klasztorze służyć będą Panu Bogu, wielce ich przeto rozstanie to kosztowało. Lecz że właśnie taż służba Boża, którą oba jedynie mieli na celu, wymagała aby się rozłączyli, chętnie się zdobyli na tę ofiarę.

Święty Eustazyusz objąwszy Opactwo Lukselieńskie, wielką roztropnością, pokorą i miłością, tak potrafił zjednać sobie serca tych, którzy korzystając z niełaski królewskiéj w jaką popadli byli zakonnicy Lukselieńscy, usiłowali znieść ich klasztor zupełnie, że niebezpieczeństwo takowe odwrócił, a zachwiane istnienie tego zgromadzenia utrwalając na zawsze, stał się jakby drugim jego założycielem.

Lecz w skutek prześladowania jakiego doznawał ten klasztor od władzy świeckiéj, Eustazyusz zastał w nim nie tylko znacznie zmniejszoną liczbę: zakonników, lecz co było nierównie smutniejszém, znalazł i zupełny upadek karności zakonnéj. Wnet téż i przedewszystkiém zajął się przywróceniem jéj w całéj ścisłości, i rozbudzeniem w braciach ducha pokuty i bogomyślności. Ponieważ więcéj przykładem niż słowem nauczał, a bardziéj miłością i niezmordowaną słodyczą niż surowemi środkami brał się do tego trudnego dzieła, wkrótce tak mu Pan Bóg pobłogosławił, że zgromadzenie to wróciło do swoich karbów, i znowu zajaśniało cnotami najściślejszéj zakonności. Nadzwyczaj umartwione życie jakie prowadził, ciągłe posty, czuwania na modlitwie, wszystkie inne cnoty świętego zakonnika któremi w wysokim stopniu jaśniał, odżywiły siłą przykładu we wszystkich braciach ducha pokuty. Miłość jego ogarniająca wszystkich bez wyjątku i różnicy podwładnych mu zakonników, troskliwość i zabiegi o zaspokojenie wszelkich ich potrzeb, łagodność jego rządów obok nieustającéj czujności nad zachowaniem wszelkich przepisów Reguły, stosowanie się do nich przez niego samego w najdrobniejszéj wagi szczegółach — słowem wysokie cnoty osobiste jako Przełożonego, sprawiły że sława świątobliwości zakonników pod jego przewodnictwem zostających, daleko rozchodząc się, ściągnęła znowu do klasztoru Lukselieńskiego sam wybór dusz najprawdziwszego powołania, i wkrótce, miał on przeszło sześciuset braci pod swoim duchownym zarządem, a których prawie wszystkich imiona wpisane są w poczet Świętych lub błogosławionych.

Święty Eustazyusz, prócz cnót doskonałego zakonnika i świętego Opata, obdarzonym był od Boga i znakomitym darem wymowy. Ożywiony pragnieniem zbawienia jak największéj liczby dusz krwią Chrystusa Pana odkupionych, ustaliwszy w najdoskonalszéj karności swój klasztor, poszedł ogłaszać słowo Boże ludom jeszcze podówczas w pogaństwie żyjącym. Przebiegł najprzód krainę Warasków i dotarł aż do Bawaryi, a wszędzie mnóstwo dusz pozyskał Chrystusowi Panu.

Przez ten czas zły duch nowe nasunął mu w klasztorze Lukselieńskim trudności. Niejaki Apgrystus, dawniéj sekretarz króla Tierego, który wstąpił do tego klasztoru, najprzód wprowadził rozwolnienie w karności zakonnéj, a późniéj opuściwszy klasztor pod pozorem nawracania niewiernych, wwikłał się w sektę odszczepieńców w Akwilei powstałą. Eustazyusz wróciwszy ze swoich wypraw apostolskich, chciał go przywieść do posłuszeństwa: lecz zuchwalec ten nie tylko nie podał się swojemu Opatowi, lecz oskarżył go przed Soborem Makońskim, jako wprowadzającego do klasztoru Lukselieńskiego Regułę niewłaściwą i przeciwną duchowi Kościoła. Święty stawił się przed Ojcami na Soborze zgromadzonymi, oczyścił się z zarzutów mu poczynionych, i uzyskał zatwierdzenie Reguły, którą w klasztorze swoim wprowadził. Starał się zaś wszelkiemi środkami łagodności i miłości nawrócić Agrystusa, któremu nawet przepowiedział że jeśli się nie opamięta, wkrótce przyjdzie mu zdać z tego rachunek przed Bogiem. Agrystus głuchym się okazał na wszystko, i w tymże roku zamordowany przez sługę swego nędzną śmiercią zszedł z tego świata; co większa, podobnaż kara Boża, spotkała wkrótce i wszystkich jego współodszczepieńców.

Lecz za tego jednego odstępcę, dał Pan Bóg Eustazyuszowi wielką liczbę świętych uczniów. Z jego to klasztoru wyszli między innymi: Kagna Biskup Laoński, święty Eszaryusz Biskup Nojoneński, Ragnacy Biskup Bazylejski i mnóstwo im podobnych wielkich sług Bożych.

Eustazyusz widząc coraz bardziéj powiększającą się liczbę swoich zakonników w klasztorze Lukselieńskim, zaprowadził tam bezustanną Psalmodią; to jest, tak urządził odmawianie z kolei pacierzy kanonicznych w chórze, że dzień i noc bez przerwy najmniejszej, trwało tam opiewanie chwały Bożéj.

Nakoniec objawił mu Pan Bóg, blizką śmierć jego. Święty przymnożył pokuty, i w coraz większéj zatapiał się bogomyślności, gdy dotknięty został ciężką i nadzwyczaj dotkliwą chorobą. W niéj doznając niezmiernych boleści, usłyszał głos z nieba zapytujący go co woli: czy żyć jeszcze dni czterdzieści i doznać ulgi w cierpieniach, czy po trzydziestu dniach cięzkich boleści umrzeć. Święty pragnąc co prędzéj oglądać Boga, wolał więcéj cierpieć i żyć krócéj, byle tego szczęścia nie odwlekać, i dnia 29-go Marca roku Pańskiego 634 połą- czył się na wieki z Bogiem.

Pożytek duchowny

Jeśli nie możesz zdobyć się na to co Święci czynili, którzy woleli cierpieć aniżeli być od cierpień wolnymi, byle przez to przyśpieszyli sobie szczęście oglądania Boga, staraj się przynajmniéj przez pamięć na cierpienia Jezusa za ciebie poniesione, wszelkie dolegliwości jakie On na cię zsyła, bez szemrania i ze świętą cierpliwością znosić.

Modlitwa

Boże! Któryś błogosławionego Eustazyusza Opata, łaską wielkiego pragnienia oglądania Cię co prędzéj w Niebie obdarzyć raczył; spraw prosimy, za jego zasługami, abyśmy wszelkie cierpienia nas dotknąć mogące, w duchu pokuty znosząc, tem prędzej po śmierci oglądać Cię mogli na wieki. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 248–250.

Tags: św Eustazyusz „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat cierpienie cierpliwość
2020-02-28

Św. Romana Opata

Żył około roku Pańskiego 460.

Pożytek duchowny

Święty Roman, ustępując placu złemu duchowi, opuścił był miejsce, na które osiadł aby Boga chwalić: lecz usłuchawszy zbawiennego upomnienia, powrócił na nie, i wielkim Świętym został. Kto raz, poznawszy co do siebie wolę Bożą, stosownie do niéj obrał jaki zawód, powinien pamiętać, że im dla duszy jego jest on korzystniejszym, tém usilniéj szatan będzie się starał odwieść go od takowego.

Modlitwa

Boże! któryś błogosławionego Romana, w zawodzie jego utwierdzając, do wysokiéj doprowadził świątobliwości; daj nam za jego przykładem i pośrednictwem, raz zgodnie z wolą Twoją rozpocząwszy jaki zawód, trwać w nim statecznie, i obowiązki jego jak najwierniéj spełniać. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 150.

Tags: św Roman „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat wytrwałość powołanie pokusy
2020-02-07

Św. Romualda Opata

Żyła około roku Pańskiego 1027.

Ojciec jego Sergiusz, pobudzony przykładem syna, wstąpił był także do Zakonu. Po niejakim czasie, nasz Święty, znajdując się we Francyi, dowiedział się, iż upadłszy on na duchu, klasztor zamierzał opuścić. Romuald widząc to niebezpieczeństwo, grożące duszy ojca, co prędzéj tam przybył, a jedynie na względzie mając jego dobro wieczne, mężny gwałt zadawszy synowskim uczuciom, nie mogąc inaczéj ojca od gubiącéj go pokusy uratować, włożył na niego dyby. Starzec upamiętał się, zawdzięczając tym sposobem synowi wysoką świętobliwość, do jakiéj potém doszedł, i w któréj go już i śmierć zastała.

Pożytek duchowny

Święty Romuald żył w czasach wielkiego pomiędzy wiernymi nawet zepsucia, a widziałeś z jego Żywota, jak zbawienny i jak powszechny wpływ wywarł. Proś gorąco Pana Boga, aby takich Świętych i za naszych czasów wskrzeszać raczył, a świat tegoczesny uzdolnił, do odbierania zbawiennego od takich Bożych mężów wpływu.

Modlitwa (kościelna)

Wstawienie się za nami błogosławionego Romualda Opata, niech nas Panie, miłosierdziu Twojemu poleci, ażebyśmy to, co własnemi zasługami osiągnąć nie możemy, za jego wstawieniem się otrzymali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 101.

Tags: św Romuald opat „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna kameduli
2020-01-17

Św. Antoniego Opata

Żył około roku Pańskiego 330.

Chcąc syna swego uchronić od zepsucia, jakie zwykle między młodzieżą w publicznych szkołach panuje, wychowali go w domu, i więcéj mieli na względzie ćwiczenie go w cnotach, niż kształcenie w próżnych naukach.

Pożytek duchowny

Życie zakonne, którego założycielem był święty Antoni, jest to zobowiązanie się do spełniania rad Ewangelicznych, przez ślubowanie dobrowolnego ubóstwa, posłuszeństwa i czystości. A że rady Ewangeliczne są to rady podane przez Boga, więc Zakony są z postanowienia Boskiego (Sunt ergo intitutione Divina, non autem secundum praeceptum, sed secundum consilium, Suarez, de Sta. Relig. C. I.). Ztąd miarkuj, jak każdy chrześcijanin stan ten poważać powinien, i jak łaskę powołania do niego należy wysoko cenić. Kto téż łasce takowéj nie odpowiada, naraża wielce swoje zbawienie, a kto drugim przeszkadza iść za nią, ten ciężki grzech popełnia.

Modlitwa

Boże! któryś świętego Antoniego Opata, założycielem życia zakonnego mieć chciał, w Zakonach dziś istniejących ducha im właściwego utrzymuj i rozniecaj. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 50.

Tags: św Antoni opat „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna życie zakonne edukacja domowa
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.