Citatio.pl

Wpisy z tagiem "pustelnik":

2020-12-20

Św. Pafnucego i św. Taidy

Żyli około roku Pańskiego 360.

(Żywot ich był napisany przez Paladyusza Biskupa, za ich czasów żyjącego.)

Święty Pafnucy, żyjący w pierwszéj połowie czwartego wieku, był jednym z najsławniejszych świątobliwością i ostrością życia pustelników Egipskich, w czasach kiedy święty Atoni Opat, tylko co dał był początek temu rodzajowi jakby anielskiego na ziemi życia. Założył on swój klasztor w niższéj Tebaidzie, na puszczy rozciągającéj się przy granicy krainy zwanéj Herakleją. Tam miał pod swoim zarządem wielu braci mieszkających w osobnych chatkach rozsypanych po lasach, którzy tylko schodzili się na wspólne śpiewanie psalmów, odprawianie nabożeństwa w Kaplicy, i na roboty jużto w polu, jużto w ogrodach, które sami uprawiali, zarabiając przez to na życie. Pomiędzy różnemi łaskami, których mu Pan Bóg hojnie udzielał, posiadał szczególny dar pobudzania drugich do pokuty i do życia pustelniczego, co niekiedy nawet następowało chociaż sam tego nie zamierzał, lecz spodobało się było Bogu użyć go w tym celu.

Tak między innemi, razu pewnego trwając na modlitwie, gorąco prosił Pana Boga żeby mu objawić raczył, czy nabył on już jakich cnót i w jakim stopniu je posiada. Pan Bóg dla wyleczenia go z tak niepotrzebnéj ciekawości, zesłał mu Anioła, który mu powiedział że podobnym jest do pewnego grajka, który w jedném z miasteczek na granicy puszczy będących grywał i śpiewał dla zarobku. Upokorzony tém Pafnucy, zapragnął poznać tego człowieka, i udawszy się do niego, zaczął badać stan jego duszy. Ten, wiedząc że to był Pafnucy, którego wszyscy mieli w szczególném poważaniu, wyznał mu że był wielkim grzesznikiem, i że dawniéj żył tylko ze złodziejstwa. Gdy zaś Pafnucy, bardzo tém zdziwiony, pytał go czy jednak nie przypomina sobie jakich dobrych swoich uczynków, odpowiedział mu, że chyba to tylko że raz uchronił od zniewagi dziewicę poświęconą Bogu, którą rabusie jego wspólnicy, wraz z nim napotkali byli w lesie, i że także gdy się trudnił owém swojém niegodziwém rzemiosłem, spotkawszy kobietę chorą i w wielkiéj nędzy będącą, zaniósł ją do domu i hojnie jałmużną zaopatrzył. Wtedy Święty opowiedział mu swoje widzenie, i biorąc z tego pochop do zbawiennéj nauki, rzekł: „Kiedy pomimo takiego życia jakie wiodłeś i wiedziesz, jednak w oczach Boga porównany jesteś ze mną który na puszczy już długie lata pokutuję, miarkuj jak Pan Bóg jest miłosierny, i staraj się lepiéj Mu służyć.” Po tych kilku słowach, ów grajek taką przejęty został skruchą i takiém pragnieniem służenia Panu Bogu jak najlepiéj, że w tejże chwili udał się z Pafnucym do jego klasztoru, i stał się bardzo świątobliwym pustelnikiem. Po kilku zaś latach ostréj pokuty, umierając słyszał śpiewy Aniołów którzy przyszli po jego duszę. Zupełnie w podobny sposób, użył był Pan Bóg Pafnucego do nawrócenia i innego także człowieka: bogatego mieszkańca jednego z miast Egipskich, który wiódł życie bardzo światowe, i z którym w powtórném widzeniu jakie miał, Anioł znowu go porównał. Pafnucy zapoznał się z nim, i po pierwszéj rozmowie skłonił go do wstąpienia do klasztoru.

Owóż tym sposobem i wielu innych pozyskiwał on Panu Bogu. Lecz najcudowniejsze nawrócenie do którego Pan Bóg, tego sługę Swojego użył, było świętéj Taidy, któréj taka jest historya.

· · ·

Taida była córką bardzo zamożnych mieszkańców jednego z większych miast w Egipcie. Matka jéj, kobieta zepsutych obyczajów, i córkę swoję najgorzéj wychowała, chociaż obie były chrześcijankami. Taida, skoro do lat młodéj dziewicy doszła, oddała się namiętnie uciechom światowym, i w krótkim czasie strwoniła cały swój majątek. Przyzwyczajona do zbytków, a niemogąc już ich sobie dostarczyć, oddała się ostatniéj rozpuście, tak dla zysku jaki dla dogodzenia rozpasanym w niéj od dzieciństwa chuciom. Że przy tém była nadzwyczaj powabnéj urody i starannie wykształcona, stała się najsłyniejszą w całym Egipcie nierządnicą, w któréj domu, wielka liczba nieszczęśliwych dusz przez nią do grzechu przywiedzionych, gubiła się na wieki. Niekiedy nawet w jéj oczach, nikczemni jéj zwolennicy, przyszedłszy do walki, na śmierć się zabijali, co jeszcze powszechniejszego przydawało rozgłosu przed zepsutym światem, téj nieszezęsnéj kobiecie. Że zaś była chrześcijanką, i wszyscy o tém wiedzieli, była z tego powodu wielkim dla pogan zgorszeniem i wszyscy wierni srodze nad tém ubolewali. Co większa, wśród tak ostatecznego zapomnienia, Taida nie straciła była wiary, i nawet uważano że każde wspomnienie o Bogu, o strasznych sądach Jego, o wieczności, silne na niéj wywierało wrażenie, mieszało ją i o smutek przyprawiało. Pomimo jednak tego trwała w swoich nierządach.

Gorliwsi i pobożniejsi chrześcijanie z miasta w którém piekielny dom téj nieszczęanéj istoty znajdował się, słysząc o szczególnym darze nawracania grzeszników, jaki posiadał święty Pafnucy, którego puszcza niezbyt ztamtąd była odległą, udali się do niego, przedstawiając opłakany stan duszy téj biednéj kobiety, i zgorszenie jakie daje będąc chrześcijanką. Święty, serdecznie nad tém zabolał, a po kilku dniach spędzonych na modlitwie, w któréj prosił Pana Boga o nawrócenie Taiey, w następujący sposób wziął się do tego. Przebrał się w suknie zamożnego człowieka świeckiego, wziął nawet z sobą znaczne pieniądze, i udał się do jéj mieszkania, jakby był z liczby tych których ons do grzechu przywodziła. — Taida zaprowadziła go do osobnego pokoju, lecz Pafnucy powiedział jéj że chce aby wybrała pokój ciemniejszy. Poszli więć do innego, a Święty rzekł, że i ten nie jest dość ciemnym, gdyż on chciałby takiego w którymby go Pan Bóg nie widział: „Takiego miejsca nie znajdziesz nigdzie” rzekła Taida, już na wspomnienie o Bogu zmieszana. — „Gdy więc wiesz o tém, powiedział do niéj święty Pafnucy i w to wierzysz, jakże śmiesz tak ciężko grzeszyć i drugich do grzechu przywodzić, kiedy nie wątpisz o tém że to wszystko widzi Pan Bóg, przed którego sądem staniesz prędzéj lub późniéj.” Te kilka słów, w tejże chwili zmieniło Taidę: łaska Boża ją oświeciła i tak skutecznie ją dotknęła, że padając do nóg Pafnucego i domyślając się kim on jest: „Ojcze mój, rzekła rozpływając się we łzach, naznacz mi jaką chcesz pokutę, spełnię ją najwierniéj; bo mam nadzieję że przez twoje zasługi i za Twoją modlitwą, u miłosierdzia Bożego otrzymam odpuszczenie. Proszę cię tylko o trzy godziny zwłoki, abym zanim świat opuszczę sprawy majątkowe załatwić mogła. Potém udam się gdzie mi rozkażesz, i spełnię co przepiszesz.” Pafnucy wskazał jéj klasztor do którego ma się udać, i wrócił na swoję puszczę.

Taida zebrała wszystkie swoje bogate sprzęty domowe: stroje, brylanty, perły, tyftyki i srebra, co wszystko nabyła grzeszném życiem swojém, a co wynosiło czterdzieści funtów złota, według ówczesnéj wartości pieniędzy stanowiących ogromny majątek. Kosztowności te zgromadziła w jednę kupę na głównym placu miasta, i podpaliła. A gdy wiele osób zbiegło się na widok tak nadzwyczajny, wołała głośno: „Patrzcie wszyscy, patrzcie wy szczególnie którzyście byli wspólnikami moich zbrodni, jak ogniem niszczę to, za co i mnie i was czekają ognie piekielne, jeśli pokutować nie będziemy.”

Potém zaś czynie, przez który, jak była dotąd jawną grzesznicą, tak jawną uczyniła pokutę, udała się do klasztoru wskazanego przez Pafnucego, który i sam tam przybył, aby uprosić zakonnice żeby ją przyjęły. Święte te dziewice zgodziły się na to bez wahania, gdy domagał się tego tak powszechnie znany z wielkiéj świątobliwości Opat jakim był Pafnucy. On zaś zamknął Taidę w małéj odosobnionéj celi, w któréj miała pozostawać do śmierci, drzwi zamurował ołowiem, pozostawiając tylko mały w nich otwór, przez który jedna z zakonnic podawać by jéj mogła codziennie trochę chleba i wody. Gdy Pafnucy miał odejść rzekła do niego Taida: „Ojcze, naucz mnie jak się mam modlić do Boga.” — „Niegodną stałaś się córko moja, rzekł do niéj Święty, wzywać świętego Imienia Bożego, temi ustami któremi tyleś wszeteczności wyrzekła; niegodnaś nazywać go Panem swoim, gdyś go dotąd tak ciężko i długo znieważała: niegodnaś dawać mu tytuł Ojca, gdyś grzechami twojemi postradała godność Jego córki: lecz pomimo tego nie przestałaś być jego stworzeniem, więc zwracaj się tylko ku Wschodowi i ciągle wołaj: O! Ty któryś mnie stworzył, zmiłuj się nade mną.”

Taida najpokorniéj poddała się wszystkiemu, i jakby w grobie żyjąca, trzy lata już była spędziła na tak ostréj pokucie, kiedy święty Pafnucy trwając na modlitwie, odebrał natchnienie od Boga aby się o niéj dowiedział i zauważał czy nie wypadało trochę zwolnić jéj takowéj. Poszedł więc najprzód do świętego Antoniego Opata, podówczas wszystkiemi pustelnikami na puszczach Tebaidy zarządzającego, aby się od niego dowiedzieć, czy Pan Bóg odpuścił już winy téj wielkiéj grzesznicy. Lecz przyszedłszy do Antoniego, nie wyjawił mu powodu swojego przybycia, prosząc go aby takowy odgadł. Święty Antoni i sam dzień cały przetrwał na modlitwie, i uczniom swoim toż samo rozkazał, dla uproszenia Pana Boga, aby mu odkryć raczył tajemniczy powód przybycia do niego Pafnucego. Pomiędzy temi uczniami był wtedy i święty Paweł przezwany prostakiem, którego modlitwie szczególnie ufał Antoni. Ten modląc się ujrzał w Niebie wspaniałe łoże, a jeszcze niezajęte przez nikogo, i otoczone trzema dziewicami w bieli, przedziwnie jaśniejącemi. Paweł patrząc na to zawołał: „Miejsce tak świetne w Niebie, chyba dla naszego świętego ojca Antoniego jest przeznaczoném.” — „Nie, odpowiedział mu głos z Nieba, jestto miejsce dla Taidy nierządnicy.” Nazajutrz Paweł zdał sprawę z tego widzenia świętemu Antoniemu, o czém dowiedziawszy się Pafnucy, wniósł że Pan Bóg już odpuścił Taidzie grzechy, i poszedł do niéj oznajmić jéj o tém, a oraz aby ją już z celki wypuścić. Lecz Święta, prosiła go aby ją w tym grobie, jakto miał zamiar z początku, do śmierci zostawił, mówiąc iż się czuje niegodną przestawania ze świętemi dziewicami w tym klasztorze mieszkającemi, i przydała: „Przez całe te trzy lata ciąglem miała na pamięci grzechy moje, i gorzko je opłakiwałam.” — „Dlatego téż córko moja, odpuścił ci je Pan Bóg,” odrzekł Pafnucy i z celki ją wyprowadził.

Święta nie długo już potém żyła: we dwa bowiem tygodnie po złączeniu się jéj z siostrami zakonnemi, powołał ją Pan Bóg do Siebie, widząc do Nieba dojrzałą. W kościele wschodnim, święto jéj obchodzą 8 Października.

Pożytek duchowny

Święta Taida, pojednawszy się z Bogiem, przez dlugie lata nie spuszczała ani na chwilę z pamięci przeszłych grzechów swoich i nad niemi płakała. Chcesz-li zapewnić sobie odpuszczenie tych któreś popełnił i ustrzedz się nowych, często myśl twoję nad popełnionemi grzechami twojemi zatrzymując, ponawiaj żal za nie i proś Boga aby ci je odpuścił.

Modlitwa

Boże, który nie chcesz śmierci grzesznika, lecz pragniesz aby się nawrócił i żył wiecznie, przez zasługi i pośrednictwo świętéj Taidy, prosimy pokornie, daj nam przeszłych grzechów naszych żywą chować pamięć, abyśmy ciągle za nie skruszeni, tém łatwiéj za łaską Twoją nowych się ustrzegli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1099–1102.

Tags: św Pafnucy św Taida „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik św Antoni nawrócenie
2020-12-15

Św. Malcha, Pustelnika

Żył około roku Pańskiego 380.

(Żywot jego był napisany przez świętego Hieronima)

Święty Malch żyjący w wieku IV, był rodem z Nizybii prowincyi Syryjskiéj. Oto jak on sam opowiedział historyą życia swojego świętemu Hieronimowi, którą tenże spisał, a którą my tu dosłownie prawie podajemy.

„Rodzice moi, u których byłem Jedynakiem, chcąc się doczekać dalszych potomków, mieli zamiar ożenić mnie gdym do lat doszedł. Powiedziałem im, że postanowiłem zostać pustelnikiem. Ojciec używał najsurowszych środków aby mnie od tego odwieść, a matka najłagodniejszemi tego samego chciała dopiąć. Lecz ja, nieodstępując od mojego zamysłu, opuściłem dom rodzicielski.

Na Wschód udać się nie mogłem, z powodu wojny jaką prowadzili wtedy Rzymianie z Persami; poszedłem więc ku Zachodowi, i przybyłem na puszczę Kalcyjską. Zastawszy tam zgromadzenie pustelników, przyłączyłem się do nich. Wspólnie z nimi pracowałem na utrzymanie życia, a zapatrując się na ich przykłady, ścisłe zachowywałem posty i starałem się wszelkie w sobie namiętności ujarzmić. Przepędziwszy z nimi lat kilka, i dowiedziawszy się że ojciec mój umarł, umyśliłem udać się do matki, aby przy jéj owdowieniu być dla niéj pociechą, po jéj zaś śmierci jednę część majątku rozdać na ubogich, za drugą postawić klasztor, a trzecią zostawić na moje własne utrzymanie. Oznajmiłem to mojemu Opatowi, który mi wręcz powiedział, iż to jest pokusą szatańską, przytaczał wiele przykładów pustelników, którzy się zgubili ulegając takowéj, i nakoniec, gdy widział iż na wszystko głuchy jestem, padł mi do nóg, prosząc i zaklinając abym raz poświęciwszy się na służbę Bogu w pustelniczym zawodzie, już go nie odstępował. Niestety! upór mój i takiemi dowodami jego miłości, przezwyciężyć się nie dał. Pożegnałem się z braćmi, a święty Opat odprowadzając mnie aż za puszczę, ciągle mnie namawiał abym na niéj pozostał, mówiąc: „Owieczka która się oddziela od trzody, każdéj chwili wystawioną jest na pożarcie przez wilka.”

Pomimo tego, puściłem się w drogę, a doszedłszy do gościńca prowadzącego z Berei do Edessy, przyłączyłem się do podróżnych w liczbie siedemdziesięciu idących; gdyż zwykle zbierano się tłumami, aby łatwiéj obronić się od napadających Saracenów. Lecz to nam nie pomogło; wkrótce napadli na nas Izmaelici, i wszystkich zabrali do niewoli. Ja z jedną z kobiet która była z liczby podróżujących, dostałem się w posiadanie pewnego poganina.

Gdy po przebyciu wielkiej pustyni i szerokiéj rzeki, zaprowadził on nas do swego zwykłego mieszkania, przeznaczył mnie do paszenia owiec w polu. Bardzo rad byłem temu, gdyż mnie to uwalniało od stosunków z poganami, i mogłem tam wieść życie jakby na pustyni, zatapiając się w bogomyślności i w różny sposób trapiąc moje ciało. Niedługo wszakże téj pociechy używałem; pan mój zadowolony bardzo z wiernéj mojéj służby, dla wynagrodzenia mnie, jak mówił, chciał abym poślubił tę kobietę która ze mną dostała się do niewoli, a która miała męża, innemu Izmaelicie zaprzedanego. Odpowiedziałem, iż mi się nie godzi jako chrześcijaninowi, żenić się z kobietą która jest żoną innego człowieka. To właściciela mojego w taką złość wprawiło, że porwawszy miecz, byłby mnie nim przebił, gdyby nie to żem w téjże chwili podał rękę téj kobiecie.

Po tak dotkliwém dla mnie wydarzeniu poszedłem z nią do jaskini na wpół rozwalonéj, i tam przepełniony największym smutkiem, widząc jak mnie Bóg karze za opuszczenie pustelniczego życia, oświadczyłem mniemanéj żonie mojéj, że raczéj wolę śmierć męczeńską ponieść, aniżeli poczytywać ją za małżonkę. Do takiéj nawet dochodziłem rozpaczy, że już chciałem przebić się sztyletem, kiedy ona padając mi do nóg rzekła: „Dla czegoż chcesz śmierć sobie zadać byle nie być moim mężem, kiedy i ja wolałabym umrzeć, niż stać się twoją żoną. Niech sobie nasz pan myśli żeśmy małżonkami, a Pan Jezus niech widzi że tylko żyjemy z sobą jak brat z siostrą.” Poszedłem za jéj mądrą radą, a dziedzic nasz myśląc żeśmy się według jego woli zaślubili, przywrócił mi swoje łaski i trzodę powierzył. Znowu więc moje samotne życie na polu, prowadzić zacząłem.

Razu pewnego, gdym był sam wśród pola, żywo stanęli mi na pamięci święci pustelnicy, których towarzystwa dobrowolnie się pozbyłem. Szczególnie przyszedł mi na myśl ten ukochany Opat, który był dla mnie najlepszym ojcem, który z taką troskliwością zajmował się moją duszą, i tak rzewnie ubolewał nad moją ucieczką. Gdym w myślach tych był zatopiony, ujrzałem na małéj ścieżce mnóstwo mrówek, krzątających się około zbierania zapasów żywności na zimę i podziwiałem ich pomysł. Przypomniało mi to, że Salomon przedstawia leniwcom pracowitość mrówki, upominając ich aby ze swojéj gnuśności powstali. Zaczęła mi téż więcéj niż kiedy ciążyć moja niewola, i gorąco zapragnąłem być uczestnikiem tych mrówek duchownych, które po klasztorach i puszczach pracują dla dobra wspólnego, a nic własnego nie mają. Myśli te bardzo mnie zasmuciły, a moja mniemana żona, gdy do niéj wieczorem wróciłem, spostrzegłszy to, spytała mnie o powód. Wyznałem jéj prawdę, a ona podała myśl abyśmy uciekali. Zgodziłem się na to, i poleciwszy jéj aby to w tajemnicy trzymała, ciągle przemyśliwaliśmy jakby ten zamiar do skutku doprowadzić, aż nakoniec wykonaliśmy takowy.

Miałem w trzodzie dwa wielkie kozły. Zabiłem je i odarłem ze skóry, a gdy noc nadeszła, puściliśmy się w drogę i niosąc te skóry doszliśmy do rzeki. Przebyliśmy ją na tychże skórach nadętych puszczając się z biegiem wody, aby przybijając jak najniżej do drugiego brzegu, nie pozostawić najmniejszego po sobie śladu naszemu panu, gdyby nas gonił. Wysiadłszy na brzeg, pędziliśmy co siły, więcéj idąc nocami niż dniem, z obawy aby nas inni poganie nie napadli, a ciągle oglądając się czy nas kto nie goni. Owoż, dnia trzeciego, ujrzeliśmy daleko za nami dwóch ludzi, pędzących na wielkich wielbłądach, a którzy, jak się zdawało, już nas zoczyli. Obawialiśmy się czy to nie jest nasz właściciel, i tak w istocie było. Struchleliśmy od przerażenia, i już nam śmierć stała przed oczyma, gdyż ślady naszych stóp po piasku, dawały mu możność dosięgnięcia nas za chwilę. Głęboka jaskinia, którąśmy ujrzeli przy sobie, posłużyła nam za ukrycie, lecz obawa abyśmy w głąb jéj wszedłszy nie wpadli na jakie dzikie zwierzę któreby nas pożarło, zmusiła nas ukryć się w zagłębieniu tejże jaskini na lewéj stronie będącém, i tam ze drżeniem oczekiwaliśmy losu jaki nas czeka. Mój Boże! jakiéż było nasze przerażenie, kiedy nagle usłyszeliśmy naszego pana zatrzymującego się z jednym ze swoich niewolników przed jaskinią, do któréj ślady nasze go doprowadziły, i gdy temuż niewolnikowi kazał aby nas ztamtąd wywlókł, gdy on sam przez ten czas pilnować będzie wielbłądów. Ten wszedł w jaskinię trzy albo cztery kroki dalej od miejsca w którym byliśmy schowani, lecz nie spostrzegł nas, gdyż przechodząc z dziennego światła do ciemności téj pieczary, znajdował się jakby wśród ciemnéj nocy, my zaś widzieliśmy go z naszéj kryjówki, albowiem na niego zewnątrz padało słońce. Skoro wszedł krzyknął: „Wychodźcie ztąd nędznicy, wychodźcie dzieci śmierci, pan wasz stoi przed jaskinią, i zada wam ją niezwłocznie; boście na nią zasłużyli.” Na hałas ten, lwica ukrywająca się w téj jaskini wyleciała, rzuciła się na niego, w mgnieniu oka udusiła i zawlekła w najciemniejsze miejsce pieczary. Gdy zaś on nie powracał, pan nasz sądząc iż ponieważ nas było dwoje więc mu opór stawiamy, wpadł do jaskini z mieczem w ręku ze wściekłym krzykiem, lecz w tejże chwili lwica i jego poszarpała w kawałki.

Obronił nas więc Pan Bóg od dwóch naszych najstraszniejszych nieprzyjaciół, lecz jeszcze bezpiecznymi nie byliśmy, obawiając się drapieżności lwicy, która nas mogła pożreć jak ich obydwóch pożarła. Nie śmieliśmy się tedy ruszyć, i cała nadzieja nasza wśród tak wielkiego niebezpieczeństwa, była w czystości którąśmy zachowali, i któréj przypisywaliśmy wielkie miłosierdzie Boskie nad nami, gdyż nas od najwyraźniéj grożącej śmierci wybawić już raczył. Jakoż, to miłosierdzie i ostatecznie nas wyratowało; lwica snać sądząc że odkryto jéj legowisko, a obawiając się jakiéj zasadzki, nad rankiem wzięła w paszczę lwiątko i poszła sobie z jaskini, pozostawiając nam w niéj wolne i bezpieczne już miejsce. Czekaliśmy jednak dzień jeszcze cały, obawiając się abyśmy jéj gdzie blizko jéj zwykłéj kryjówki nie spotkali, a wieczorem wyszedłszy, znaleźliśmy wielbłądy, spokojnie dojadające swój obrok. Wsiedliśmy na nie, posiliwszy się trochę z zapasów które na nich były, i po dziesięciu dniach podróży, przybyliśmy do obozu Rzymian, gdzie dowódcy wojska, któremu nas przedstawiono, opowiedzieliśmy wszystko co się nam wydarzyło. Ztamtąd, odesłano nas do Sabijana, Wielkorządcy Mezopotamii. Dostawszy się do tego kraju przedaliśmy wielbłądy, kobietę która ze mną była umieściłem w klasztorze gdzie mieszkały bardzo świątobliwe dziewice, a sam, chociaż dowiedziałem się że mój ukochany Opat już umarł, powróciłem do pustelników, nad którymi on był przełożonym.”

Tak tedy opowiedział swoję historyą święty Malch świętemu Hieronimowi, który przy téj sposobności, następującą zbawienną naukę ten żywot jego zakończa: „Malch będąc już bardzo starym, opowiedział mi to wszystko gdy byłem młodym, a toż samo powtarzam teraz, w podeszłéj będąc i sam starości. Przedstawiam tu duszom miłującym czystość, uderzający przykład téj świętéj cnoty: niech on zachęci i pobudzi wszystkich do jak najwierniejszego jéj zachowania. Powtarzajcie tę historyą waszym potomkom którzy po was przyjdą, aby widzieli że święta cnota czystości, dochowaną być może wśród największych niebezpieczeństw, a za najpewniejszy puklerz służy, jak przeciw okrucieństwu ludzi, tak i przeciw dzikich zwierząt drapieżności, i że prawdziwy sługa Jezusa Chrystusa może być zabitym, lecz nigdy zwyciężonym.”

Święty Hieronim powtarzając dosłownie opowiadanie świętego Malcha, nie przydaje szczegółów jego życia po wyjściu z niewoli. Zdaje się jednak, z tego co pisze ten święty Doktor, że gdy on sam przebywał w Maronii około roku Pańskiego 375, zastał tam błogosławionego Malcha mieszkającego razem ze świątobliwą towarzyszką przygód jego życia. Podeszły już wtedy wiek ich obojga i znane w całym kraju ich dzieje, odwracały wszelkie z tego powodu zgorszenia. Jakoż, znani byli powszechnie z tak wielkiéj świątobliwości, że, jak się wyraża święty Hieronim, wszyscy ich mieli w szczególnéj czci, jakby nowych świętych Zacharyasza i Elżbietę, i w każdéj ciężkiéj potrzebie uciekano się do ich modlitwy. Zdaje się nawet, że święty Malch, umarł w mieście Maronii, gdyż Martyrologium Rzymskie pod dniem 21 Października ogłaszając jego święto, toż miasto wspomina.

Pożytek duchowny

Masz w życiu świętego Malcha, uderzający dowód na jakie niebezpieczeństwa naraża się dusza, gdy powołania swojego odstępując, przeniewierza się Panu Bogu. Wprawdzie, Święty którego żywot czytałeś, wyszedł z takowych zwycięsko, wspierany cudowną łaską Boską Wszakże nie godzi się nikomu narażać się na nie, bo mało kto z nich wychodzi obronną ręką.

Modlitwa.

Boże! któryś błogosławionego Malcha Wyznawcę Twojego, wśród niebezpieczeństw na które naraziła go niestateczność w powołaniu, obronną ręką przeprowadzić raczył; za jego wstawieniem się, spraw miłościwie, abyśmy i w powołaniu naszém byli wytrwali, i od wszelkich niebezpieczeństw duszy i Ciała, zostali uchronieni. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1083–1086.

Tags: św Malch „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik czystość starość powołanie obowiązki stanu
2020-12-05

Św. Sabby, Opata

Żył około roku Pańskiego 541.

(Żywot jego był napisany przez świętego Cyrylla pustelnika, żyjącego za jego czasów.)

Święty Sabba rodem z Kapadocyi ze wsi Mutalaska, przyszedł na świat roku Pańskiego 449. Miał lat tylko dziewięć kiedy zostawiony u krewnych przez rodziców, którzy udali się byli do Aleksandryi, zasmucony domowemi swarami, w których ciż krewni jego ciągle zostawali, postanowił już wtedy świat opuścić i oddać się bogomyślności, która podówczas w różnych klasztorach i pomiędzy pustelnikami kwitnęła.

Najprzód tedy w klasztorze Flawiańskim, chociaż tak młody, a już przypuszczony do wszystkich obowiązków zakonnych, w wierności ich wypełniania, wyrównywał najstarszym pokutnikom. Raz pracując w ogrodzie zerwał jabłko i miał je skosztować. Lecz mu sumienie ten brak umartwienia tak silnie wyrzuciło, że jabłka nie tknął, i na ukaranie się już odtąd aż do śmierci żadnych owoców nie jadał. W klasztorze tym mieszkał do ośmnastego roku życia, budując wszystkich swoją świątobliwością i nadzwyczajnie ostrém życiem. Pod tę porę, zapragnął odbyć pielgrzymkę do Ziemi świętéj, i zwiedzić pustelników tam mieszkających. Rozmiłowawszy się w ich odosobnieniu, osiadł przy klasztorze świętego Lutyma, do którego należący zakonnicy rozsypani po okolicznéj puszczy, mieszkali każdy w osobnéj chatce, w najściślejszém odosobnieniu. Święty téż Sabba przestrzegał go również, i przerywał tylko dla doglądania chorych braci, w któréjto posłudze odznaczał się szczególną miłością.

Opat wysłał go był razu pewnego, wraz z drugim zakonnikiem do Aleksandryi. Tam rodzice spotkawszy go, poznali, i uszczęśliwieni z tego nad wszelki wyraz, bo go bardzo kochali, chcieli przy sobie zatrzymać. Nastawał na to szczególnie ojciec, który w tém mieście wysoki stopień w wojskach cesarskich zajmował. „Wszak ojcze, rzekł mu Sabba, śmiercią karzesz tego, kto z twoich szeregów uchodzi: a jakiejże by kary wart był ten, ktoby służbę Bożą raz rozpoczętą, opuszczał?” Rodzice poprzestali na tak mądréj odpowiedzi, pobłogosławili go i polecili się jego modlitwom, a Sabba wrócił do swojéj pustelni.

Lecz mu już i ta niedość samotną się wydawała. Za pozwoleniem więc Opata, udał się daléj w głąb puszczy i osiadł w małéj jaskini, gdzie przepędzał pięć dni na tydzień bez żadnego pokarmu, zajęty jedynie modlitwą i ręczną pracą, podczas któréj także modlitwy nie przerywał. Wyrabiał codziennie dziesięć koszyków: w sobotę pięćdziesiąt takich zanosił do klasztoru; tam pozostawał z braćmi przez niedzielę do wieczora, i nabrawszy tyle gałązek palmowych, ile mu do roboty na pięć dni potrzeba było, wracał do swojéj jaskini. Co rok 14-go Stycznia, udawał się na puszczę zwaną Ruban, na któréj, podług podania, Zbawiciel po chrzcie w Jordanie przebył swój post czterdziestodniowy. Tam bawił do Niedzieli Kwietnéj, a chodząc tylko co niedziela dla przyjęcia Komunii świętéj do najbliższego kościoła, przez cały ten czas zgoła żadnego nie brał pokarmu.

Po kilku latach przebycia w owéj jaskini, przeniósł się na inną na tak spadzistéj i wysokiéj skale będącą, że aby się do niéj dostać, musiał zawiesić sznur od niéj do ziemi spadający, którego trzymając się, mógł łatwiéj się tam dostawać. Schodził z téj swojéj kryjówki tylko niekiedy, aby sobie uzbierać trochę dzikich owoców rosnących u stóp téj skały, albo przynieść wody. Przebywał tam już lat kilka, od nikogo nieznany ani widziany, lecz gdy wypadkiem przechodzący w téj stronie wieśniacy, ujrzawszy sznur od jaskini, dostali się do niéj i w okolicy rozgłosili zadziwiający sposób jego życia, zaczęli ludzie coraz więcéj i tłumnie zbierać się do niego. Jedni przychodzili polecać się jego modlitwom, których cudownych skutków doznawali, inni prosili go o nauki zbawienne, których im nie odmawiał, a nakoniec znalazło się wielu, którzy pragnąc wieść także życie pustelnicze, w chatkach, około jaskini świętego Sabby pobudowanych, osiedli, oddając się pod jego przewodnictwo. Przyszło do tego, iż liczba jego uczniów do kilkuset wzrosła. Wtedy wybudował tak zwaną Laurę: to jest klasztor z kościołem, do którego na niedzielę i święta z okolicy sprowadzał księży. Przejęty bowiem wysokiém wyobrażeniem o godności kapłańskiéj, nietylko sam jéj nie piastował, ale i żadnemu z uczniów swoich przyjmować jéj nie dozwalał.

Po upływie pewnego czasu, pomiędzy pustelnikami żyjącymi pod przewodnictwem Sabby, zakradł się duch niesforności. Pewna liczba upadłych na duchu udała się do Patryarchy Jerozolimskiego, aby im innego przełożonego wyznaczył, a kładąc za powód swojego żądania to że święty Sabba niebędąc kapłanem, właściwie swego urzędu sprawować nie może. Patryarcha, któremu dobrze znana była wysoka świątobliwość Sabby, a oraz i zuchwalstwo zakonników domagających się o złożenie go z przełożeństwa, kazał im i wszystkim ich braciom wraz ze świętym Sabbą przyjść do siebie nazajutrz. Gdy przybyli, niezważając na trudności jakie w téj mierze robił Sabba, wyświęcił go na kapłana, i nietylko pozostawił przełożonym jegoż własnego klasztoru, lecz zamianował go Egzarchą: to jest jeneralnym przełożonym nad wszystkimi zakonnikami po innych klasztorach w Palestynie mieszkającymi.

W tejto porze spotkała tego sługę Bożego wielka pociecha. Matka jego pozostawszy wdowg, obrała także pustelnicze życie, i w małéj chatce niedaleko pustyni świętego Sabby, zamieszkała. Lat kilka trwając na bogomyślności, świętą śmiercią zeszła z tego świata, Sabba zaś za znaczne pieniądze które mu zostawiła, założył wielkie dwa szpitale dla ubogich.

Tymczasem, owi niesforni zakonnicy którzy chcieli pozbyć się przełożeństwa świętego Sabby, poburzyli przeciwko niemu i zakonników z innych klasztorów. Święty chcąc położyć tamę tym niespokojom, umyślił sam ustąpić miejsca innemu. Opuścił więc tajemnie klasztor w którym mieszkał, udał się w odległą i przez żadnego pustelnika niezamieszkałą puszczę, i w niéj się ukrył. Nieznalazłszy żadnéj jaskini, cały rok spędził pod gęstém drzewem, które mu za jedyne schronienie służyło. Lecz i tam odkryli go w końcu ludzie, zaczęli się do niego gromadzić, wielu znowu przy nim osiadło chociaż nie wiedzieli kim jest, i tam nowa a liczna osadą pustelnicza stanęła. Zdarzyło się nakoniec, że pomiędzy przybywającemi do tego nowozałożonego klasztoru, przybył jeden z pustelników który go poznał. Zaniósł tę wiadomość do innych któremi dawniéj święty Sabba zarządzał, a z których mała liczba tylko była mu przeciwnych, reszta zaś uszczęśliwiona z wykrycia swojego dawnego Opata, udała się do Patryarchy Jerozolimskiego, który mu kazał powrócić do dawnego jego urzędu, to jest przełożonego Jeneralnego nad wszystkiemi klasztorami.

Usilnie zalecał zakonnikom pilne umartwienie zmysłów, a szczególnie oczu. Idąc razu pewnego z jednym z uczniów swoich brzegami Jordanu, napotkali tam ludzi między któremi była i kobieta, na którą młody zakonnik z Sabbą będący, oczy obrócił. Widząc to Święty, a chcąc mu dać zbawienną naukę: rzekł do niego: „Jak godną pożałowania jestta kobieta: zdaje się że jest młoda, ale na jedno oko ślepa.” — „Tak nie jest ojcze, odrzekł mu uczeń, przypatrzyłem się jej dobrze, i widziałem że ma obydwa oczy.” Wtedy święty Sabba korzystając z tego że go tym sposobem przywiódł iż sam się wydał że we wzroku umartwionym nie był, dał mu zbawienną naukę o niebezpieczeństwie na jakie się tym sposobem wystawia cnota świętéj czystości, i w końcu przydał jako pokutę: „odtąd cię już za towarzysza podróży brać nie będę, dopóki się nie przekonam, żeś w téj mierze ostrożniejszy.” Zakonnik zaś ten, od tego czasu budował wszystkich nsjściślejszém umartwieniem zmysłu widzenia.

Podczas gdy jeszcze nie był jeneralnym przełożonym wszystkich pustelników, i sam jeden w największém odosobnieniu mieszkał w jaskiniach, zdarzyło się, że szukając w głębi jednéj z puszcz kryjówki dla siebie, napotkawszy nad rzeką jaskinię, w niéj postanowił jakiś czas przemieszkać. Wieczorem tedy odprawiwszy Psalmy i położywszy się w téj pieczarze, zasnął. Lecz była to nora, która służyła lwu za schronienie, i ten około północy przyszedłszy, zaczął Świętego szarpiąc go za suknię, wywlekać z jaskini. Sługa Boży zaraz spostrzegł z kim ma do czynienia, wcale jednak tém nie przerażony, zaczął śpiewać Psalm: „Kto się w opiekę” 1, co słysząc lew wyszedł i czekał przed jaskinią, aż Sabba i ten i inne Psalmy ukończył. Ale gdy on znowu spokojnie legł na spoczynek, lew przypadł powtórnie do niego, i już go miał ująć zębami, kiedy Sabba rzekł do niego: „Nierozumna bestyo, przecież gdybyś chciał, pogodzićbyśmy się mogli, miejsca tu bowiem jest dla nas obu dosyć: a jeśli tego nie chcesz, właściwiéj jest abyś ty mnie, a nie ja tobie ustąpił, bom ja na obraz i podobieństwo Boga stworzony.” Lew to usłyszawszy odszedł jakby cichy baranek, i więcej się już nie pojawił.

W innéj jaskini, gdy także samotnie mieszkał, ujrzał razu pewnego lwa nadchodzącego. Sądząc iż na niego napada, uciekł się do modlitwy. Lecz spostrzegł, że zwierzę to w innym celu przybywa. Lew bowiem zbliżył się do niego na trzech łapach skacząc, a czwartą mu podał, w któréj Sabba ujrzał wielką drzazgę tkwiącą, którą wyjął i ranę mu zaopatrzył. Co gdy uczynił Święty, lew już od niego odejść nie chciał, służył mu jako pies najwierniejszy, a gdy Sabba przeniósł się do klasztoru, tam poszedł za nim, i wszyscy bracia się nim posługiwali, jakby domowém ułąskawioném zwierzęciem.

Do jednego klasztoru w którym był przełożonym nasz Święty, przybył z miasta Cytopolu, najbogatszy młodzieniec nazwiskiem Bazyli, który pogardziwszy światem i jego dostatkami, postanowił zostać uczniem świętego Sabby. Rabusie po tych okolicach plondrujący, wnosząc iż wielkie skarby przywieźć musiał z sobą i takowe w chatce Sabby złożyć, wśród nocy weszli do jego pustelni. Lecz nie znalazłszy nic, gdy puszczą wracali, ujrzeli dwóch lwów gotowych rzucić się na nich. Przerażeni, przypominając sobie wielką świątobliwość sługi Bożego którego okraść chcieli, gdy lwy już do nich przyskakiwały, zawołali: „w imię sługi Bożego Sabby ustąpcie!” co wnet lwy uczyniły uciekając w głąb puszczy; czém zbójcy tak zbawiennie wzruszeni zostali, że wrócili do Sabby wyznając kim byli, a prosząc o pokutę na całe życie, osiedli przy nim na puszczy, i wielkimi zostali pokutnikami.

Zamiłowany coraz więcéj w swojém pustelniczém życiu święty Sabba, i chociaż już w nim kilkadziesiąt lat był spędził, gdy wymagała tego chwała Boża i pożytek Kościoła, wychodził ze swojéj puszczy, i udawał się pomiędzy ludzi. Cesarz Anastazyusz, popierając kacerzy Eutychianów, skazał był na wygnanie Eliasza Patryarchę Jerozolimskiego, i srogo zaczął prześladować katolików w Palestynie. Duchowieństwo tego kraju, wiedząc że świątobliwość Sabby znaną była i cesarzowi, uznało że największąby on oddał posługę Kościołowi, gdyby się w jego sprawie udał do Anastazego. Święty który już podówczas miał lat óśmdziesiąt, dwa razy odbył podróż do Carogrodu, złagodził cesarza, w rozprawie publicznéj jaką miał pobił Eutychianów, i wstrzymał prześladowanie. W kilka lat potém, już zgrzybiały starzec, gdy cesarz Justyn następca Anastazego, gorliwy katolik, nakazał był przyjęcie postanowień Soboru Chalcedońskiego w całém swojém państwie, święty Sabba udał się do Cezarei i do Scytopolu, a następnie inne większe miasta Palestyny przebiegł, dopomagając powagą swoją do przyjęcia we wszystkich Dyecezyach tychże postanowień.

Gdy znowu za cesarza Justyniana, który po Justynie nastąpił, fałszywe oskarżenia katolików, najgorzéj go były przeciw nim usposobiły, święty Sabba już wtedy dziewięćdziesiąt lat liczący poszedł do Carogrodu. Cesarz przyjął go jak wielkiego Świętego, wszystko o co go prosił spełnił, a na jego żądanie, kazał wystawić wielki szpital dla biednych w Jerozolimie, i odbudować wszystkie kościoły, które Samarytanie poburzyli. Gdy rozporządzenia swoje w téj mierze kazał pisać, zawezwał świętego Sabbę do swój komnaty, aby temu był obecny: lecz ten nieczekając końca wyszedł. Zdziwiony tém Jeremiasz, zakonnik który mu towarzyszył rzekł do niego: „Ojcze, czyście zapomnieli że u cesarza jesteśmy?” — „Nie zapomniałem o tém odpowiedział Święty, lecz przypomniałem sobie, że to godzina Tercyi (pacierzy kapłańskich) więc trzeba żebyśmy ją w swojéj porze odmówili.”

Nakoniec miał Pan Bóg powołać do Siebie tego wielkiego sługę Swojego, a gdy zachorował, objawił mu godzinę śmierci. Patryarcha Jerozolimski nawiedziwszy go w chorobie, a znalazłszy leżącego na słomie w ubogiéj chatce, kazał go przenieść do swojego pałacu. Lecz gdy dzień zgonu nadchodził, Sabba uprosił że go napowrót do jego pustelni odniesiono. Tam, otoczony swoimi uczniami, wśród modlitw i psalmów odmawianych, oddał Bogu ducha 5 Grudnia roku Pańskiego 541, mając lat przeszło dziewięćdziesiąt.

Pożytek duchowny

Święty Sabba dla odmówienia pacierzy we właściwéj porze nie czekał na posłuchanie u cesarza, u którego wielkiéj wagi łaski przyszedł wyjednywać. Pomimo tego jednak otrzymał to o co prosił. Zwykle bowiem gdy z pobudki jak najwierniejszego służenia Bogu, zmuszeni jesteśmy zaniechać jakowego zabiegu potrzebnego do przeprowadzenia sprawy która nas zajmuje, wtedy Sam Pan Bóg biorąc ją w szczególną Swoję opiekę, najpożądańszy dla nas nadaje jéj obrot.

Modlitwa

Boże który w błogosławionym Sabbie Opacie ścisłéj wierności w służbie Twojej wzór nam przedstawiasz, za jego pośrednictwem i przykładem daj nam, pokornie prosimy, żadnemi troskami ziemskiemi od wiernéj Ci służby nigdy się nie odrywać. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 1049–1052.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 959

Jeśli chcesz być prawdziwie szczęśliwym i tu na ziemi i w życiu przyszłym, umiłuj jak święty opat Saba bardziej skarby niebieskie niż ziemskie. Czerp jak on ze skarbów zawartych w Sercu Jezusa, a czerp pełną ręką, bo im więcej nabierzesz, tym większą sprawisz radość Jego Sercu. Te skarby połącz z swoimi skarbami, to jest z modlitwami, cierpieniami i pracami swymi, a przez to połączenie nabiorą one wartości, piękności i blasku, który radował będzie wzrok Boży. Mów na przykład do Jezusa: „Moje modlitwy, cierpienia i prace, nic niewarte same przez się, łączę z zasługami bolesnej męki i śmierci Twojej, skrapiam je łzami i krwią Twoją, aby one w oczach Ojca Twego były miłe i wdzięczne, dla mnie zaś i dla tych, za których je ofiaruję, były pożyteczne i zbawienne”. Gdy tak co dzień postąpisz, niejeden dług u Boga zaciągnięty zapłacisz, niejedną zasługę uzyskasz, kapitał w Niebie pomnożysz, lub niejednej duszy grzesznej łaskę u Boga wyjednasz.

Footnotes:

1

Psalm. XC. 1.

Tags: św Saba Jerozolimski „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna opat pokuta pustelnik sobór chalcedoński
2020-11-06

Św. Leonarda, Pustelnika

Żył około roku Pańskiego 556.

(Żywot jego wyjęty jest z dzieł Suryusza.)

Święty Leonard, który przyszedł na świat przy końcu piątego wieku, był rodem z Francyi. Należał do jednéj ze znakomitszych tego kraju rodzin. Sam król Klodoweusz, podówczas panujący, trzymał go do Chrztu, a święty Remigi główny Apostoł Franków, udzielił mu ten Sakrament, a potém wziął do siebie na wychowanie. Ojciec chciał go umieścić na dworze królewskim, gdzie mógł spodziewać się świetnego zawodu mając sobie zapewnione szczególne łaski Klodoweusza; lecz święty Leonard, młodym jeszcze będąc, postanowił świat opuścić i osiąść na puszczy. Nie zaraz to jednak uczynił, gdyż święty Remigi, oceniając jego wysoką świętobliwość i niepospolite wykształcenie w naukach a przytém i rzadki dar wymowy, zatrzymał go przez pewien czas przy sobie, i używał do głoszenia słowa Bożego. Czynił to nasz Święty z wielkim dla dusz pożytkiem, nauczojąc w sposób najzrozumialszy dla prostych umysłów; a że nauki jego poparte były życiem wysokiéj świątobliwości, obfite z nich zbierał owoce, wielu grzeszników wyrywał od zguby ich duszy i znaczną liczbę pogan nawrócił. Wtedy już także zasłynął i licznemi cudami, a wszystko rozniosło imię jego po całym kraju.

Król Klodoweusz, chcąc i sam słuchać jego kazań, i panów dwór jego składających do togo nakłonić, sprowadził go do siebie i pragnął na dworze swoim zatrzymać, aby go co prędzéj zrobić Biskupem. Święty Leonard po ukończeniu kazań które tam miewał, dowiedziawszy się jakie względem niego miał król zamiary, prosił go aby mu pozwolił wydalić się z dworu, a gdy Klodoweusz chciał go koniecznie czém wynagrodzić, Leonard prosił aby mu pozwolił zwiedzić wszystkich trzymanych po więzieniach, a potém uwolnił tych których on znajdzie tego godnymi. Klodoweusz zgodził się na to, a Święty przywiódłszy do najszczerszéj kruchy wielu uwięzionych, otrzymał ich uwolnienie, i potém jak to niżéj obaczymy, stał się szczególnym Patronem, wszystkich będących w kajdanach.

Opuściwszy dwór królewski, sługa Boży przebiegał różne miasta i wioski, wszędzie, niezmiernym pożytkiem ludów głosząc prawdy święte. W mieście Orleanie zatrzymał się w tym celu najdłużej, a gdy spostrzegł iż sława jego coraz się więcéj rozszerza i coraz większą czcią otaczają go wszyscy, umyślił doprowadzić już do skutku swój dawny zamiar udania się na puszczę. Poszedł więc na samotne miejsce, przybierając sobie dwóch tylko towarzyszów równie jak on pragnących wieść życie pustelnicze: a tymi byli, brat jego Lufard, który go nigdy nie odstępował we wszystkich jego apostolskich wycieczkach, i pewien świątobliwy samotnik nazwiskiem Maksymian, który już od niejakiego czasu ten rodzaj życia, w okolicach Orleanu prowadził. Wprzód jednak, aby się wyćwiczyć w sposobie życia doskonałych pustelników, wraz ze swoimi towarzyszami przepędził pewien czas pod przewodnictwem duchowném świętego Mesmina, biegłego mistrza w zawodzie życia pokutnego.

Gdy u niego zastawał wraz z Lufardem bratem swoim rodzonym i Maksyminem, święty Leonard odebrał od Pana Boga natchnienie, aby się ma inną puszczę przeniósł. Skłaniało go do tego i to głównie, że na téj gdzie dotąd przebywał, zbyt często przerywali mu samotność udzie, wiedzący o miejscu jego pobytu. Sławą bowiem jego Świątobliwości i darem czynienia cudów pociągnieni, schodzili się do niego tłumnie, jużto po radę w rzeczch tyczących się sumienia, już dla polecania się jego modlitwom, albo doznania cudownych uzdrowień, gdy bylito chorzy. Święty tedy oświadczył bratu zamiar przeniesienia się na inne miejsce, gdzieby lepiéj mógł się ukryć przed światem; lecz ten prosił go aby mu pozwolił pozostać na dawném miejscu. Kosztowało wiele Leonarda rozstanie się z bratem którego bardzo kochał, i z którym już od lat wiele nierozdzielnie służył Panu Bogu, lecz że widział iż było wolą Bożą aby się téj pociechy wyrzekł, uczynił to bez wahania się, i uściskawszy się z Lufardem, pozostawił go w chatce pustelniczéj w któréj razem dotąd mieszkali, a sam puścił się ku Akwitanii, gdzie wiedział że były podówczas dzikie, gęste i nieprzystępne prawie lasy.

W téj pielgrzymce, przybywszy do miasta Burżu (Bourges), zastał tam jeszcze zaczną część mieszkańców pogrążoną w pogaństwie. Zdjęty wielką litością nad stanem dusz tych biednych ludi, zatrzymał się w tém mieście przez czas pewien, a kazaniami swojemi, popartemi wielkiemi cudami które dał mu Pan Bóg i tam czynić, wytępił resztki bałwochwalstwa. W mieście tém wielu ślepym wzrok przywrócił, słuch głuchym, chromych i różnemi chorobami dotkniętych uzdrowił, tak, że prawie każdy kto się do niego udał, cudownie uleczonym został.

W chwili gdy i tu znowu sława jego jako wielkiego Apostoła i wielkiego cudotworcy, zaczęła ściągać a niego cześć powszechną, święty Leonard, wyszedł z miasta potajemnie, i doszedłszy do wielkich lasów w okolicach miasta Limonżu (Limonges), daleko w głąb ich zapuścił się, i osiadł w puszczy zwanéj Powę, (Pauvin), na któréj wybudowawszy ubogą chatkę pustelniczą, spędził całe lat dwadzieścia, niewykryty przez ludzi, chociaż go pilnie szukali, a cały zatopiony w życiu bogomyślném, oddając się najostrzejszéj pokucie.

Lecz po upływie tego czasu, znowu samotność Leonarda przerwaną została. Król wraz z żoną, przybyli na wielkie łowy do lasów w których była pustelnia tego sługi Bożego. Zdarzyło się, że królowa która była brzemienną, tak nagle tam zachorowała, że nie było żadnéj nadziei uratowania życia ani jéj saméj ani dziecięcia, które niespodziewanie wydawała na świat. Dworzanie rozbiegłszy się po całéj puszczy aby szukać schronienia dla choréj swojéj pani, spotkali wypadkiem Leonarda, którego poznawszy, przyprowadzili do królowéj. Święty pomodlił się nad nią, i w tejże chwili najszczęśliwiéj wydała na świat syna. Król wywdzięczając się za to, dawał mu w darze wszystkie złote i srebrne naczynia stołowe, jakie wtedy miał przy sobie; lecz Leonard prosił go aby je rozdał ubogim i polecił im aby podziękowali Bogu, za wyrządzoną, łaskę królowéj. Przyjął tylko od Klodoweusza w darze część lasu w którym mieszkał, mając zamiar wybudować tam klasztor. Z początku osiadł na tym miejscu z dwoma tylko towarzyszami, i na wierzchu jednéj z gór najwyższych wybudował kaplicę na cześć Matki Bożéj wezwaniem Przenajświętszéj Panny pod drzewami. Wkrótce, zwiększyła się liczba jego uczniów, i stanął tam ubogi lecz obszerny klasztor. Razu pewnego bracia jego zakonni uskarżali się że daleko chodzić muszą po wodę; Święty pomodlił się, i w tejże chwili obok klasztoru wytrysnęło źródło wody, do téj pory płynące.

Tymczasem ludzie zwiedziawszy się o miejscu jego pobytu, znowu tłumnie nawiedzać go zaczęli. Zasłynął wtedy szczególnie cudowną swoją opieką nad więźniami. Zdarzało się bowiem że w najodleglejszych od jego puszczy miejscach, gdy jaki więzień, a zwłaszcza niewinnie uwięziony, wezwał jego pomocy, kajdany cudownie z niego opadały, i również cudownie wychodził on z więzienia, pomimo najściślejszego zamknięcia i czujnéj straży. Wielu takich przybywało do Leonarda na puszczę, przynosząc i składając u nóg jego kajdany, z których wyzwoleni zostali wzywając jego imienia.

Gdy o tém wszystkiém doszła wieść do jego krewnych spragnionych oddawna aby odkryć miejsce jego pobytu, siedem całych rodzin bliżéj z nim spokrewnionych przybyło do jego klasztoru, z zamiarem osiedlenia się na puszczy: „Ja chciałem ukryć się i przed obcymi, rzekł ujrzawszy ich Leonard, a oto i wy mnie aż tu gonicie. Chyba chcecie podobną drogą jaką ja obrałem, dostać się do Nieba?” „Chcemy tego, odpowiedzieli mu wszyscy, i potośmy tu przybyli, wyrzekając się wszelkich naszych posiadłości. Wskaż nam drogę zbawienia, naucz doskonale służyć Bogu.” Uradowany tém święty Leonard, utwierdził ich w tych świętych postanowieniach, wziął pod swoje przewodnictwo duchowne i porozsadzał w siedmiu częściach lasów które należały do klasztoru, aby pola w nich będące uprawiali i z tego żywili siebie i ubogich okolicznych, a obok tego przepisał im różne ćwiczenia bogomyślne, na które o ile możności schodzili się razem.

Długo jeszcze potém żył, coraz liczniejszemi cudami słynąc, a coraz ostrzejszą pokutą wszystkich zadziwiając. Nakoniec, doczekawszy bardzo podeszłego wieku, pełen cnót i zasług zasnął błogo w Panu, dnia 6-go Listopada roku 566.

Po śmierci również skutecznym patronem więźniów okazał się, jak nim był za życia. Pomiędzy licznemi tego przykładami Suryusz opisuje następujący: W mieście Limożu został wtrącony do więzienia człowiek niewinny, wielkie przez całe życie do świętego Leonarda mający nabożeństwo. Włożono mu na ręce tak ciężkie kajdany a silnie okute, że dwóch ludzi ledwie unieść je mogło. Przygnieciony ich ciężarem, tak, że już od tego samego mógł prędko umrzeć, więzień ten wezwał świętego Leonarda, przypominając mu że go zawsze miał w czci szczególnéj. Święty mu się objawił, zdjął z niego kajdany, kazał mu je wziąść i iść za sobą. Więzień to uczynił: kajdany, których sądził że nie udźwignie, znalazł tak lekkie jak pióro, i wyszedł z więzienia w ślad za Świętym, który zaprowadziwszy go do swojego kościoła wtedy w Limożu wybudowanego, zniknął.

Pożytek duchowny

Wszak wielce byłbyś uradowany, gdybyś trzymany w ciężkiém więzieniu, za opieką świętego Leonarda, który wielu więźniów cudownie wyzwolił, został z niego uwolniony. Lecz jeżeli broń Boże, dusza twoja jęczy w kajdanach grzechu, czyż nie potrzebniejsze ci tém bardziéj, pośrednictwo tego wielkiego Patrona uwięzionych? Jeśli więc tak jest, uciekaj się do niego, a proś serdecznie aby cię wstawieniem się swojém, od téj niewoli szatańskiéj wyratował co prędzéj.

Modlitwa

Boże! któryś świętemu Leonardowi, cudowną moc wyzwolenia z kajdan więźniów udzielił; za jego pośrednictwem i przez jego zasługi prosimy Cię, z więzów grzechów naszych racz nas wybawić, i od niewoli szatańskiéj, zachowaj nas na wieki. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 952–954.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 886

„Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy stroskani jesteście, a Ja was pokrzepię” — mówi Pan Jezus (Mat. 11, 28). Jak szczerze o to Zbawicielowi chodziło, świadczy św. Leonard, który przez całe życie troszczył się i opiekował tymi, o których nikt nie dba, tj. więźniami i skazańcami. Naśladujmy go w tej mierze i pamiętajmy o więźniach, mając na oku ich nędzę. Pozbawieni praw, okryci hańba, z dala od rodziny wiodą smutny żywot w wstrętnym i zepsutym otoczeniu. Więzienia mają nie tylko karać zbrodnie i zadośćczynić pogwałconemu prawu i sprawiedliwości, ale także poprawić występnego i poprawionego oddać społeczeństwu. Jakże jednak rzadko spełniają ten cel. Ileż to przeszkód staje na zawadzie miłosierdziu Bożemu, którego głos nie dochodzi serca grzesznika? Częstokroć dozorcy wiezienia są tylko maszynami w reku rządu, i dbają jedynie o chleb i pensję. Ileż to razy nie ma kapłan przystępu do więźniów, ileż razy więźniowie odpychają jego pociechę, pomoc i naukę! Więzienia są nieraz szkołami zbrodni, w których młodzi przestępcy gromadzą się około osiwiałych zbrodniarzy, uczą się od nich ostrożności, chytrości, przebiegłości i zemsty na swych oskarżycielach. A przecież i ci przestępcy i winowajcy są naszymi braćmi, wszakże i za nich cierpiał Zbawiciel na krzyżu, czyż więc nie zasługują na naszą litość?

Zważajmy też na skuteczność swej pomocy. Skazanym przestępcom najbardziej potrzeba łaski Bożej, aby poznali cały ciężar swego grzechu, wzbudzili w sobie szczery żal, poznali bezmiar miłosierdzia Bożego, które na nich nakłada lżejszą i doczesną tylko karę, aby ich ochronić od wiekuistej. Tę łaskę można im wyjednać modlitwą, ofiarą Mszy świętej, budzeniem w nich żalu, jałmużną itp. Obmyślić też należy więźniom pracę i zarobek, gdy odbędą karę, i chronić ich od towarzystwa złych, aby nie popadli w dawne występki. I tu jest obszerne pole do błogiej działalności dla tych, co tchną szczerą miłością bliźniego. Jakże im błogo będzie, gdy ktoś odezwie się do nich słowami Mateusza świętego: „Uwieziony byłem, a ty mnie oswobodziłeś” (Mat. 25, 36).

Tags: św Leonard „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik św Remigiusz z Reims więzienie
2020-09-04

Św. Rozalii Dziewicy, Patronki od morowego powietrza

Żyła około roku Pańskiego 1160.

(Żywot jéj znajduje się u Bolandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święta Rozalia pochodziła z cesarskiego rodu Karola Wielkiego. Ojciec jéj Sinibaldo, zamożny pan słynący z wielkiéj odwagi i świetnych czynów rycerskich, był potomkiem książąt włoskich, których ten cesarz po zdobyciu Włoch, w tym kraju obsadził. Roger II, król sycylijski, przyciągnął go na dwór swój, a chcąc go lepiéj do siebie przywiązać, wydał za niego blizką swoję krewnę, i uczynił go udzielnym panem księstwa Kwistwina, Rose i Pelegryno, przydając do tego i przepyszny Zamek w okolicach Palermo zwany Oliwella, lecz wymagał aby w jego własnym pałacu mieszkał, jako należący do jego rodziny. W tymto więc królewskim dworze przyszła na świat święta Rozalia, około roku Pańskiego 1130. W objawieniu jakie miała matka przed jéj urodzeniem, Anioł zapowiedział jéj że będzie miała córkę wielkiéj świątobliwości, i kazał nadać jéj imię Rozalia, podówczas jeszcze prawie nieznane, a które było tych dwóch wyrazów Roży i Lilii połączeniem, w którém róże wyrażały męczeństwo pokutnego życia jakie miała wieść ta Święta, a lilie zapowiadały nieskażoną czystość jéj duszy.

Młoda księżniczka odebrała wychowanie odpowiedne wysokiemu swemu stanowi. Piszą że nawet była biegłą i w łacinie, któryto język, podówczas jak i teraz, tylko uczeni posiadali. Obdarzył był ją Pan Bóg uderzającą urodą, którą dwór cały podziwiał, lecz gruntowne zalety jéj duszy, przewyższały w niéj powaby ciała. Od najmłodszych téż lat cieszyła się obcowaniem Aniołów którzy się jéj często okazywali, obchodząc się z nią jakby ze swoją godną towarzyszką. Matka Boża, ze swéj strony czuwała nad tą duszą wybraną. Kiedy kilku najpierwszych panów Sycylijskich ubiegało się o jéj rękę, i zanosiło się na to że ją rodzice za mąż wydać mieli, pewnéj nocy objawiła się jéj przenajświętsza Panna, i doradziła aby się ratowała ucieczką, jeżeli chce i nadal pozostać Oblubienicą jéj Syna. Święta księżniczka nie zawahała się ani chwili, chociaż wtedy miała lat dopiéro czternaście. Wstała tejże nocy, i wyrzekając się na zawsze i rodziny, i zaszczytów, i bogactw jakie ją na świecie czekały, wyszła z pałacu, unosząc z sobą za cały majątek, krucyfiks, koronkę, włosiennicę i inne narzędzia któremi ciało swoje trapiła.

Skoro za bramą pałacową stanęła, ujrzała przed sobą dwóch Aniołów: jednego uzbrojonego jak rycerz, drugiego w odzieniu pielgrzyma. Ci, wśród ciemnéj nocy, wyprowadzili ją za miasto Palermo, i zawiedli na górę zwaną Kwiskwina, w ziemiach do jéj ojca należących położoną. Na wierzchu téj góry, wśród gęstego lasu, była jaskinia, którą jéj wskazali. W téjto pieczarze wilgotnéj, zasypanéj śniegiem, który na szczycie téj góry prawie cały rok leży, święta Rozalia spędziła kilka lat na bogomyślności i pokucie, żywiąc się korzonkami leśnemi, za napój używając śnieg roztajały, i obcując tylko z Niebem. Lecz za to Aniołowie nawiedzali ją często w téj samotni, przynosili jéj kwiaty rosnące w raju niebieskim, i co większa, jak świętą Maryę Magdaleną, unosili czasem aż do Nieba, gdzie ich przecudnych śpiewów słuchała. Okazywał się jéj także i Pan Jezus, a jak piszą, koronował ją kwiatami i drogiemi perłami.

Cały czas jéj zajęty był modlitwą, czytaniem ksiąg świętych i robotą ręczną. Kiedy umysł jéj, po długich zatapianiach się w bogomyślności, potrzebował wypoczynku, dla rozrywki ryła na jednéj ze ścian skały po łacinie te słowa, które po dziś dzień pielgrzymi w tém miejscu czytają: „Ja Rozalia, córka Sinibaldego księcia Kwiskwiny, Roży i Pelegryno, dla miłości Pana mojego Jezusa Chrystusa, postanowiłam mieszkać w téj pieczarze.” Jakiego narzędzia używała do wyrycia tego napisu, i jak go sobie dostarczyła, niewiadomo. Wnoszą jéj życiopisarze, że ponieważ wzięła była z sobą łańcuch żelazny, którym się przepasywała na gołém ciele, więc mogła do tego użyć jednego z ogniw jego, wyostrzywszy takowe. Podobnież można przypuszczać, że tym sposobem wykopała sobie małą studzienkę, w którą zbierały się wody spływające z wyższych miejsc góry. Dotąd także pokazują wewnątrz jaskini, rodzaj ołtarzyka, który sobie tam urządziła z kamieni, długi kawał marmuru na którym sypiała, i przy samém wejściu, rodzaj ławki wykutéj w skale, na któréj jak wnoszą siadywała. Zewnątrz rosną stare winne macice, które według miejscowego podania, jéj rękoma zasadzone były.

Tymczasem rodzina świętéj Rozalii, zasmucona jéj zniknięciem, szukała ją po całéj Sycylii. Niektórzy z wieśniaków, w okolicach góry Kwiskwiny mieszkających, wpadli byli na jéj ślady, lecz Aniołowie ostrzegli ją, że już w téj jaskini bezpieczną nie jest. Wzięła więc w jednę rękę krucyfiks, w drugą kij pielgrzymi, i pod przewodnictwem Aniołów, puściła się gęstemi lasami, ku górze Pelegryno, na któréj szczycie Pan Bóg przeznaczył jéj inne mieszkanie. Byłato jaskinia dość obszerna, lecz do któréj dostać się nie można było inaczéj, jak spuszczając się w nią przez otwór u wierzchu jéj będący, a tak wązki że ledwie przez niego prześliznąć się mogła. Przytém pieczara ta, była ciemna i pełna wilgoci, tak że Święta zaledwie znalazła mały kącik, w którym w nocy mogła spoczywać nieleżąc w błocie, a i na to jeszcze, trzeba jéj było wykopać tam rowek, żeby wody spuścić. Sklepienie było bardzo nizkie, i pokryte ostremi ułamkami skały, tak że ciągle musiała pozostawać schyloną, W tém ciemném i zimném więzieniu, przebyła resztę lat swojego życia, żywiąc się żołędziami które zbierała w małym dębowym lasku blizko tam będącym.

Po ośmnastu latach życia tak cudownego, Pan Jezus uznał już właściwem wziaść do Nieba tę Swoję Oblubienicę, i oznajmił jéj że zbliżała się chwila, w któréj ją powoła na zawsze do Siebie. Wtedy Święta położyła się spokojnie w głębi swojéj jaskini, na prawéj ręce oparłszy głowę, a w lewéj trzymając krucyfiks z Rożańcem: na piersiach miała zawieszony mały krzyżyk srebrny, kształtu takiego jaki nosili krzyżownicy, i w takiéj postawie zasnęła w Panu 4 Września około roku Pańskiego 1160, wśród chorów Anielskich, które do ostatniéj chwili jej pobytu na ziemi przyśpiewywały.

Niezwłocznie po jéj śmierci, w różnych objawieniach dowiedziano się o tém wszystkiém, i liczne cuda, za wezwaniem jéj pośrednictwa, rozsławiły imię téj służebnicy Pańskiéj, po całych Włoszech. Modlono się do niéj publicznie, powznoszono na cześć jéj ołtarze, i do niéj Litanie ułożono. Nad obydwoma jaskiniami w których mieszkała, wybudowano wspaniałe kościoły, i przy nich wielu pustelników starało się naśladować jéj pokutne i bogomyślne życie. Lecz ciała jéj, pomimo wielkich starań, nie wynaleziono. Pan Bóg bowiem dopuścił, że woda spływająca z góry Pelegryńskiéj ściekając kropla po kropli na jéj kości, spetryfikowała je niejako, pokrywając powłoką kamienia przezroczystego jak alabaster, twardego jak kryształ, a błyszczącego jak ametyst i hiacynt. Nigdy ludzie bogatszéj trumny zrobićby dla niéj nie mogli. Cała zaś ta bryła, zanurzona była w ziemi, a nawet jeszcze głębiéj przykryta została w skutek poszukiwań jakie czyniono dla wynalezienia jéj ciała, i gdy w tym celu kopano tam ziemię. Po pewnym więc czasie, zaniechano już wszelkich o to starań, tém bardziéj, że w całéj Sycylii, na mocy różnych objawień, rozpowszechniło się przekonanie, że ciało jej nie będzie odkryte, aż w dniu, w którym straszna klęska dotknie miasto Palermo.

Tak upłynęło lat kilkaset, aż w roku Pańskim 1624, zaczęła częściéj objawiać się święta Rozalia, zapowiadając że zbliża się już czas, w którym jéj ciało odkryte zostanie, i w tymże roku przyniesione z Afryki, wybuchło w tymże mieście, straszne morowe powietrze Dżumą zwane. To skłoniło mieszkańców, i to nawet za wiedzą i za rozkazem Arcybiskupa ówczesnego Kardynała Doryi, do ponowienia poszukiwań zwłok świętéj Rozalii, a w tymże czasie pewien mieszkaniec okoliczny, polując na górze Pelgryńskiéj, miał objawienie, w którém ta Święta stanąwszy przed nim, wskazała mu miejsce gdzie jéj ciało spoczywa, poleciła aby doniósł o tém Kardynałowi, i zapewniła że gdy je wydobędą i ku czci publicznéj wystawią, morowe powietrze ustanie. W skutek tego, Kardynał Doria wyznaczył tak duchownych jak i świeckich urzędników, którzy udawszy się na miejsce przez świętą Rozalią wskazane, wynaleźli jéj ciało w onéj bryle skrystalizowanéj o któréj wyżéj wspomnieliśmy. Niektórzy z ludu tam zgromadzonego, unieśli byli z sobą odłamki téj masy otaczającéj ciało sługi Bożéj, do którego skoro przytknięto powietrzem rażonego, każdy niezwłocznie uzdrowionym zostawał. Nakoniec po przekonaniu się jak najdokładniejszém, że bryła ta zamykała w sobie w istocie szczątki ciała ludzkiego, i znalazłszy przy niém te święte przedmioty, z któremi według dawnych objawień, Święta umierała, i w takiém położeniu w jakiém téż objawienia ją opisywały, nie było już wątpliwości, iż to były prawdziwe Relikwie świętéj Rozalii. Takowe więc 22 Lutego, roku Pańskiego 1625, (w którymto dniu przypadało święto Katedry Piotrowéj w Rzymie), Kardynał Doria: wystawił ku czci publicznéj, a morowe powietrze w całéj sile jeszcze grasujące podówczas od tejże chwili od razu i zupełnie ustało. Palermitanie, na pamiątkę wdzięczności za tak miłosierne wstawienie się tej Świętéj za niemi, wybudowali wspaniałą kaplicę, w któréj złożono jéj zwłoki, i za jednę z głównych Patronek i miasta i całéj Sycylii ją obrali.

Cześć świętéj Rozalii, następnie i po całym katolickim rozeszła się świecie, gdy z upływem czasu, i inne miejsca doznawały skuteczności jej pośrednictwa, a szczególnie te miasta które posiadały cząstki jéj Relikwii. W roku 1743 wybuchło było straszne morowe powietrze w Mesynie, bardzo blizko Palermo leżącéj, a które z tém miastem ciągłe miała stosunki. Palermitanie uciekli się niezwłocznie do swojéj Patronki, odbyli procesyą po ulicach z jej Relikwiami, i miasto ich zarazą dotkniętém wcale nie było, równie jak i inne miasta włoskie, które téż święte szczątki posiadały i do opiek świętéj Rozali się udały. Prócz tego zaś, liczne za jéj wezwaniem dzieją się po dziś dzień cuda, w kościołach na górze Kwiskwina jak i Peligryńskiéj będących, to jest w tych dwóch miejscach, na których ta Święta wiodła życie tak pokutne i miłe Bogu.

Pożytek duchowny

Święta Rozalin, jak to sama na ścianach pieczary w któréj się zamknęła, wypisała, dla miłości Pana Jezusa, w kwiecie wieku i gdy świat najwyższe obiecywał jéj uciechy, poświęciła się na życie nadzwyczajnéj ostrości i pokuty. Oblicz się z sumieniem i obacz, na co ty zdobywasz się z miłości Jezusa, a pamiętaj że tylko te czyny policzone ci będą w wieczności, które z takiéj pobudki spełniasz.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś jest zbawieniem i ratunkiem naszym, prośby nasze racz miłościwie wysłuchać, abyśmy weseląc się z uroczystości błogosławionéj Rozalii dziewicy Twojéj, nabyli wzrostu w duchu pobożności, a za jéj wstawieniem się, wyzwoleni zostali od klęsk, który pa nas słuszny gniew Twój zsyła. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 747–749.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 706–707

Jak silna musiała być miłość św. Rozalii do Pana Jezusa, jeśli szukała odosobnienia i samotności, aby się tym łatwiej móc oddać modlitwie, rozpamiętywaniu i umartwieniom! Jakże słaba w porównaniu z świętą Rozalią musi być nasza miłość Boga, jeśli tak mało dla Niego czynimy i tak trudno nam ponieść dla Niego choćby najmniejszą ofiarę! Nie mamy tu na myśli umartwień i ofiarności, jaką jaśnieją Święci Pańscy, ale z jakąż trudnością nam przychodzi pełnienie najprostszych obowiązków chrześcijanina, walka z namiętnością, pożądliwościami ciała i jego pokusami, znoszenie przeciwności, wyrzeczenie się wygód i przyjemności życia! A czyż to wszystko nie jest drobnostką wobec tego, co Święci czynili dla Boga? My biedni chełpimy się, jeżeli nam się uda oprzeć pokuszeniu, uniknąć sposobności do grzechu, pomodlić się godzinkę, albo ponieść jaką maluczką ofiarę, a cóż to wszystko znaczy wobec olbrzymich poświęceń Świętych Pańskich, wobec bohaterskich ich zapasów i walk z szatanem, wobec niesłychanych umartwień, jakie sami na siebie nakładali! Jeśli oznaką miłości jest ofiarność i poświęcenie, natenczas od nich jedynie nauczyć się możemy, czym jest miłość i jaka jej potęga. Święty Tomasz a Kempis mówi: „Kto miłuje, jest wolny i niczym nie skrępowany. Miłość nie zna ani granic, ani miary, lecz przekracza granice i wyższa jest nad wszelką miarę. Miłość nie wie co ciężar, nie zna trudów i mozołów, gotowa czynić więcej niż może; miłość nie zna niepodobieństwa. Zdolna ona jest do wszystkiego, dokonywa wielu rzeczy i odważa się na niejedno, co człowieka bez miłości utrudza i zniechęca”.

Tags: św Rozalia Sycylijska „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pokuta pustelnik zaraza relikwie miłość
2020-08-18

Św. Jana z Dukli, z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1484.

(Żywot jego wyjęty z kronik tegoż zakonu, napisany był wkrótce po jego śmierci przez Jana z Komarowa.)

Święty Jan urodził się około roku Pańskiego 1414 z cnotliwych i bogobojnych, stanu mieszczańskiego, rodziców, Jana i Katarzyny, w miasteczku Dukli, w Dyecezyi Krakowskiéj nad granicą Węgierską położoném. Gdy jeszcze był pacholęciem, już objawiał znaki świątobliwości którą późniéj w Kościele Bożym zajaśniał. Pierwsze wyrazy jakie wychodząc z kolebki nauczył się wymawiać, były to przenajświętsze imiona Jezusa i Maryi. Początkowe nauki pobierał w szkółce parafialnéj rodzinnego miasteczka, chwalebną pilnością i skromnością obyczajów celując pomiędzy rówiennikami. Przewodniczył im zwykle na wspólnych pacierzach, i z taką gorącością ducha odmawiał zawsze Ojcze nasz, Zdrowaś Marya i Wierzę w Boga, że najozięblejszych przez to do pobożności pobudzał. Widząc w Janie wielki do nauki pochop, rodzice nieszczędząc kosztów chociaż byli niezamożni, oddali go do Akademii Krakowskiéj. Świetnie i te wyższe ukończył nauki, biegle się wyćwiczywszy w języku niemieckim. Miał tam za towarzyszów świętego Jana Kantego, świętego Szymona z Lipnicy, i kilku innych pobożnych młodzieńców, którzy poczytywali sobie za obowiązek stronić od zepsutéj młodzieży, a oddając się jak najpilniéj nauce, nie zaniedbywać wcale ćwiczeń pobożnych.

Gdy nadeszła dla Jana chwila obrania zawodu, zły duch natarł na niego pokusami próżności, przedstawiając mu niechybność dostąpienia wyższych w kraju urzędów i bogactw, co mu było nietrudném przy wielkich zdolnościach i wielkiéj nauce, o którą podówczas niełatwo było. Lecz Święty nie uległ tym ludzkim podnietom, czując się do wyłącznéj służby Boga powołanym. Wrócił do swego rodzinnego miasteczka, i umyślił wieść życie pustelnicze. Wiedząc o wyniosłéj skale w lesie nad wioską Cergowa o pół mili od Dukli, a prawie niedostępnéj dla swojéj spadzistości, na jéj szczycie zamieszkał. Wystawił tam sobie małą kapliczkę z wizerunkiem Matki Bożéj, do któréj zawsze miał szczególne nabożeństwo, a w pobliżu wykopał studzienkę, któréj woda po dziś dzień cudownie chorych uzdrawia. Żywił się leśnemi owocami, dnie całe i większą część nocy na bogomyślności trawiąc.

Tak spędził lat trzy, więcéj duszą w Niebie niż na ziemi przebywając, gdy pobudzony do tego natchnieniem Ducha Świętego, postanowił wstąpić do zakonu, pragnąc pracować około zbawienia dusz, do czego głównie pobudzała go wieść, że kacerstwa Aryusza, Socyna i Hussa po Polsce się szerzyły. Udał się więc do klasztoru Sandeckiego Braci Mniejszych świętego Franciszka Serafickiego, objawił ojcom zakonnym swoje powołanie, a ci odesłali go do klasztoru Lwowskiego, gdzie do Nowicyatu został jak najchętniéj przyjęty, gdyż sława wielkiéj jego nauki, a jeszcze wyższéj świątobliwości już go tam uprzedziła. {"ml 0 AO

Zaraz téż przekonali się ojcowie, że się na nim nie zawiedli. Jan wyćwiczony w bogomyślności i życiu pokutném na puszczy, okazał się od chwili przywdziania sukni świętego Patryarchy Assyzkiego, jego godnym i blizkim naśladowcą. Wkrótce téż, pomimo oporu jaki stawiła jego głęboka pokora, wyniesiony został do wyższych urzędów zakonnych. Sprawował obowiązki Gwardyana w Krośnie i we Lwowie, a następnie został Kustoszem to jest Prowincyałem prowincji Polskiéj. Na wszystkich tych urzędach, przyświecał nasz Święty wszystkiemi cnotami doskonałego Brata Mniejszego, a szczególnie zamiłowaniem ubóstwa i cnotą pokory, jako głównemi synów Franciszka cnotami.

Pod tę właśnie porę, pojawił się w Kościele Bożym i zawitał na Polską ziemię, święty Jan Kapistran, wielki Apostoł, który przebywając w Krakowie założył mowy klasztor Braci Mniejszych, zaprowadzając w nim pierwotną ścisłość ich Reguły. Kościół, przy którym osiadł był z dwunastu braćmi, na przedmieściu zwaném Stradom, był pod wezwaniem świętego Bernardyna Seneńskiego, świeżo podówczas kanonizowanego, i od tegoto ten szczep Franciszkański nazwany został u nas zakonem Bernardynów. Wkrótce potém ubogi klasztorek Braci Mniejszych reformy świętego Kapistrana stanął i we Lwowie, na przedmieściu Halickiém. Święty Jan widząc w nim jak najściślejsze Reguły świętego Franciszka zachowanie, uzyskawszy, lubo z wielką trudnością, zezwolenie swoich przełożonych, z niemałym wszystkich swoich dawnych Braci żalem, przeszedł do tego zgromadzenia wtedy tylko co zreformowanego. A jak w świeżo odkopaną ziemię przesadzone drzewo, obfitsze wydaje owoce i bujniéj się krzewi, tak i święty Jan, w tém nanowo duchem Seraficznéj Reguły ożywioném zgromadzeniu, podwoił ostrości życia i wysokiemi cnotami zakonnemi jeszcze świetniéj zajaśniał.

Nikt go w ubóstwie zakonném nie przewyższał, toż samo w świętém posłuszeństwie, zamiłowaniu celki i pilności w spełnianiu obowiązków wspólnych, na których zawsze był pierwszym. Przytém, niezmordowanie pracował głosząc słowo Boże, i gotów zawsze do konfesyonału, gdzie się do niego tłumnie garnęli, jako do wielkiéj świątobliwości i roztropności przewodnika duchownego. Dla chorych ze szczególną był miłością, a podczas panującego morowego powietrza, dzień i noc poświęcał się na ich usługi. Szczególne miał nabożeństwo do tajemnicy Niepokalanego Poczęcia Matki Bożéj i do Jéj Boleści. Codzień odmawiał na Jéj cześć tak zwane Offcium Parvum, a koronki z rąk nie wypuszczał. Razu téż pewnego gdy w nocy trwał na modlitwie w kościele Lwowskim przed Jéj ołtarzem, objawiła się mu Boża Rodzicielka z Dzieciątkiem Jezus niepojętéj jasności, upewniając go iż jest w łasce Bożéj, że osiągnie niechybnie chwałę niebieską i że będzie szczególnym Patronem swojego narodu.

Wielkim był miłośnikiom wspólnego życia zakonnego, chociaż w początkach swojego świętego zawodu, przez trzy lata zakosztowywał pociech duchownych w życiu samotném i pustelniczém. Widząc razu pewnego, kilku braci zakonnych zamyślających o życiu pustelniczém, jako mniéj okazyi do grzechu przedstawiającém, taką dał im naukę: „Co do mnie, nieskończenie dziękuję Bogu, że mnie do zakonu powołać raczył. Życiu pustelniczemu schodzi na wielu pomocach duchownych, które tylko we wspólném zakonném pożyciu znaleźć można. W życiu na pustyni, dwie wielkie niedogodności napotyka człowiek: jedna, że gdy mu schodzić będzie na jakiéj cnocie, o tém nikt go nie ostrzeże, i w wadach swoich leżeć może na zawsze; druga że oprócz bogomyślności i umartwień ciała, w innych cnotach pustelnik niełatwo się wyćwiczy: bo zkądże nabędzie pokory, kiedy nie będzie tam nikogo, coby go upokarzał? zkądże cierpliwości, jeśli nie napotyka prześladowców, albo złośliwych języków które mu przycinają? Ale przedewszystkiém, jakże on nabędzie wielkich zasług posłuszeństwa, kiedy Przełożonego nad sobą nie ma. Pozostawmy tamte drogi dla małéj liczby szczególnie do tego wybranych przez Boga, a sami trwajmy w powołaniu, do którego nas zawezwać raczył.” Słowa te, utwierdziły wahających się braci w ich zakonnym stanie na zawsze.

Święty Jan przyszedłszy do zgromadzenia reformowanych ojców Bernardynów, założył we Lwowie żeńskie zgromadzenie trzeciéj Reguły świętego Franciszka Serafickiego, przydając do niéj, przez niego samego wielkiéj roztropności ułożone ustawy. Wkrótce téż te pobożne zakonnice zajaśniały wielką świątobliwością, i niektóre z nich umarły poczytane za święte. A jako sam miał szczególne do Matki Bożéj nabożeństwo, tak i tym córkom swoim, w podanych im ustawach cześć Jéj wyjątkowo nakazał, i pozostawił w ich kościołku wizerunek Matki Bożéj, przez świętego Kapistrana z Włoch przywieziony, a przed którym obaj ci Święci kraju naszego wielcy Apostołowie, zwykli się byli modlić.

Podeszłego doczekawszy wieku ociemniał zupełnie na oczy. Lecz w zamian tego zmysłu, wewnętrzném światłem tém hojniéj go Pan Bóg obdarzał i tém częstsze miewał widzenia Matki Bożéj. W jedném z takich objawień usłyszał właśnie przepowiednią o sobie, o któréj wyżéj wspomnieliśmy. Odtąd téż wzdychał już tylko za chwilą w któréj go Pan Jezus powoła do Siebie, a gdy się nakoniec zbliżała, zwołał wszystkich braci klasztoru Lwowskiego, w którym ciągle mieszkał, pobłogosławił ich i zbawienne dał im upomnienia, utwierdzając ich w duchu powołania i polecając miłość wzajemną i jedność bratnią. Przepowiedział wtedy także że Opatrzność Boska zeszle zakonowi dobrodziejów, którzy wystawią braciom obszerny klasztor i wspaniały kościół, w miejscu gdzie mieli bardzo ubogi: co téż i spełniło się wkrótce. Przyjąwszy ostatnie Sakramenta święte, odmawiając z otaczającymi go Kapłanami psalmy pokutne, zasnął w Panu w dzień świętego Michała Archanioła, roku Pańskiego 1484, mając lat siedemdziesiąt. Papież Klemens XII, policzył go w poczet Patronów Polskich, a Benedykt XIV, uroczystość jego obchodzić dozwolił w pierwszą niedzielę po oktawie świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Pożytek duchowny

Święty Jan z Dukli, najprzód żył na puszczy, późniéj w zakonie ojców Franciszkanów przyświecał swojemi cnotami, następnie przeszedł do zgromadzenia ojców Bernardynów. Wszędzie był wielkim Świętym, bo w każdym z tych powołań idąc za wolą Bożą, obowiązki jakie przybierał jak najwierniéj społniał. Patrz czy stan w jakim zostajesz, jest ci wolą Bożą wskazanym, a jeśli tak jest czy spełniasz dokładnie jego powinności.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Jana wyznawcę Twojego, głębokiéj pokory i wielkiéj cierpliwości darami przyozdobił, spraw miłościwie, abyśmy naśladując jego przykłady, tejże co i on dostąpili nagrody. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 693–695.

Tags: św Jan z Dukli „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna edukacja św Jan Kapistran Officium parvum pustelnik obowiązki stanu
2020-07-01

Św. Szymona, Przezwanego Sales

Żył około roku Pańskiego 570.

(Żywot jego był napisany przez Leonincyusza Biskupa w Cyprze, według zeznań naocznych świadków.)

Święty Szymon przezwany Sales, co po grecku znaczy głupiec, narodził się w Edessie, w mieście w Mezopotamii położoném, w drugiéj połowie szóstego wieku. Z pierwszych lat jego młodości to tylko wiadomo że mając rodziców bardzo zamożnych i bogobojnych, wychowany był starannie i znakomity uczynił postęp w języku i naukach greckich, świetnie podówczas kwitnących. W dwudziestym roku życia, już w całém mieście znanym był z wielkiéj pobożności i miłosierdzia dla ubogich.

Było podówczas zwyczajem chrześcijańskim w tych krajach, każdego roku udawać się do Jerozolimy, na uroczystość Podwyższenia Krzyża świętego. Szymon wraz z młodym przyjacielem swoim imieniem Jan, pojechali tam także. Zwiedzenie miejsc na których spełniła się sprawa odkupienia ludzi, rozżywiło w obu tych młodzieńcach uczucia pobożne, i nastręczyło myśl wyłączniejszego poświęcenia się Bogu. Wracając z Jerozolimy, puścili się doliną Jerycho, na któréj ujrzeli mnóstwo klasztorów pobudowanych wzdłuż rzeki Jordanu. Widok ten bardzo ich poruszył: „O! jak szczęśliwymi są ludzie, rzekł Szymon, żyjący w tych ustroniach! Błogo im dnie płyną, i spokojnie umierają. Na co się nam w dzień sądu, przydadzą wszystkie próżności tego świata w które opływamy? A i młodości naszéj którą trawimy w życiu światowem, czyż nie szkoda, gdy ona albo z wiekiem przeminie bez żadnéj przed Bogiem zasługi, albo ją śmierć przetnie:” I przydał: „Mam wielką ochotę odwiedzić tych zakonników.” – „A ja, rzekł Jan na to, chciałbym ich naśladować.” – „A więc, powiada Szymon, udajmy się do klasztoru, może Pan Bóg udzieli nam téj łaski.” Takie tedy mając zamiary, odprawili swych ludzi i powozy, a sami zboczywszy z gościńca, małą ścieżką puścili się ku klasztorom. Pierwszy do którego się dostali, byłto klasztor świętego Gerazima, którego Opatem był błogosławiony Nikon. Zabawiwszy tam dni kilka, a zdziwieni anielskiém życiem jakie wiedli ci święci mnisi, oświadczyli Opatowi chęć wstąpienia do ich grona, i przyjęci zostali.

W krótkim czasie okazali się tak wiernymi łasce powołania do tego świętego życia, iż przełożony mógł wszystkim braciom stawiać ich za przykład do naśladowania. Lecz pomimo najściślejszéj karności jaka w zakonie tym istniała, i nadzwyczajnéj ostrości życia, Szymon uczuł pociąg do życia jeszcze bardziéj usamotnionego. Zwierzył się z tego Janowi, który i ze swéj strony zgodził się na to mówiąc: „Gotów jestem pójść z tobą gdzie zechcesz, lecz abyśmy pewniejsi byli że jest to zgodném z wolą Bożą, sądzę że wypada nam poradzić się w téj mierze naszego świętego Opata.” – „Zgadzam się na to, odpowiedział Szymon, przedstawmy mu nasze zamiary, a co on każe to zrobimy.” Błogosławiony Nikon bardzo biegły w rozpoznawaniu ducha, widząc w nich prawdziwe do pustelniczego życia powołanie, pozwolił im na to, a uściskawszy ich serdecznie i pobłogosławiwszy, rzekł do nich: „Idźcie moi synowie, powodujcie się duchem który was wiedzie na puszczę i bądźcie wiernymi tak wielkiéj łasce.”

Puściwszy się oni w głąb puszczy, po dłagiéj podróży, znaleźli nad brzegiem morza małą chatkę pustą, w któréj mieszkał święty pustelnik niedawno zmarły. Miejsce to obrali sobie, i tam osiadłszy, wiedli życie bogomyślności i pokucie oddane. Modlitwa zajmowała im czas prawie wszystek. Sypiali parę godzin, opierając głowę na kamieniu. Żywili się leśnemi korzonkami które koło swojej pustelni znachodzili: słowem, naśladowali najwierniéj pierwszych założycieli życia pustelniczego na puszczach egipskich.

Dziewiętnaście lat spędzili już byli tym sposobem, gdy Szymonowi przyszła myśl szczególna udania się pomiędzy ludzi, i udając głupca, ćwiczyć się w pokorze, a obok tego pozyskiwać dusze grzeszników Bogu. Jan nie odradzał tego swojemu towarzyszowi, ufając iż zamyśla on o tém nie bez szczególnego natchnienia Boskiego, lecz sam pozostał na puszczy. Szymon zaś pożegnawszy się z nim z płaczem, przyrzekł iż go przed Śmiercią jeszcze odwiedzi i udał się najprzód do Jerozolimy, dla zwiedzenia znowu miejsc świętych, a ztamtąd do miasta Emezy w Syryi, gdzie był zupełnie nieznanym, i gdzie już resztę życia swojego spędził.

Wchodząc do tego miasta, ujrzał za bramą psa zdechłego. Uwiązał go sobie u pasa, i z nim wbiegł na rynek, Ściągając za sobą tłum ludzi, patrzący ciekawie na człowieka w ubraniu pustelniczém, którego wzięto za waryata, i uliczników, którzy z początku go targali, a widząc że on z tego wesoło żartuje, zaczęli go to szarpać, to bić, to policzkować i na ziemię obalać. Gdy go drudzy od tych zniewag obronili, przyłączył się do grona dzieci które na publicznym placu się bawiły, i z niemi udające głupca, igrał i dokazywał. Podobnież postępował i dni następnych. Po ulicach, po placach publicznych, wszędzie udawał głupca. Z czasem lud przyzwyczaił się do niego, chętnie się nim bawił, bo było w nim cóś, co mimo wiedzy tych co z nim przestawali, pociągało do niego.

Lecz co najdziwniejsza, że tym sposobem uchodząc za upośledzonego na umyśle i doznając ciągłych upokorzeń z tego powodu, święty Szymon umiał trafiać do serca Największych grzeszników, i nawracał ich niekiedy jedném słowem, które wśród bredni które plótł głośno pocichu im szepnął do ucha. Zdarzało się, iż gdy miał na oku jakiego grzesznika którego chciał nawrócić, wchodził do szynku aby mieć do niego przystęp, i tam zasiadłszy z biesiadującymi którzy z niego szydzili, niekiedy jedném słówkiem tak trafnie do nich przemówił, że nie tylko tego o którego mu chodziło, lecz i innych od rozpusty odwodził. Takim sposobem, bardzo wielu ponawracał. Zadawał się nawet z publicznemi nierządnicami. Dawał im pieniądze, jakby miał zamiar podzielać ich rozpustę; a potém przemówiwszy do nich, albo tylko pomodliwszy się nad niemi, na zawsze wyrywał je z ich zbrodniczego życia. Wpadał do szpitalów, i tam według swego zwyczaju udając półwaryata, zbliżał się do chorych którzy się z niego śmieli, a on ich znakiem krzyża świętego, albo przez samo dotknięcie uzdrawiał. Z opętanymi udawał opętanego, krzyczał jeszcze głośniéj od nich, miotał się z nimi po ziemi, a tym czasem egzorcyzmował ich, i z najstraszniejszych, a których wszyscy już odstępowali, wyganiał złe duchy.

W ciągu zaś tak szczególnego sposobu postępowania, nie przestawał wieść życia równie pokutnego i bogomyślnego, jak gdy był na puszczy. Niekiedy po kilka dni z rzędu, a nawet cały tydzień, nic nie jadał. Sypiał godzinę albo dwie pod kościołami, większą część nocy trawił na modlitwie, i wtedy unosił go Pan Bóg do najwyższéj bogomyślności. Jeśli go kto podszedł w chwilach gdy był w zachwyceniu, wnet z niego wychodził, i jakiémś słówkiem lub czynem niezwyczajnym, wprowadzał świadków tych łask cudownych w błędne mniemanie, że i to były jakieś zwykłe jego dziwactwa. Nakoniec do tego stopnia rozmiłował się we wszelkiego rodzaju upokorzeniach, że gdy pewna dziewica złego prowadzenia się, oskarżyła go iż jest ojcem dziecięcia które nosiła w łonie, Szymon nie tylko nic na obronę swoję nie mówił, ale nawet tak się zachował, jakby to prawdą było. Lecz sam Pan Bóg obronił jego sławy, gdyż ta nieszczęsna kobieta w strasznych boleściach rodząc, póty nie mogła wydać na świat dziecięcia, aż wyznała kto był jego prawdziwym ojcem, i że oszczerstwo rzuciła na Szymona.

Mając objawienie o blizkiéj śmierci swojéj nasz Święty, poszedł na puszczę pożegnać się z Janem, jak mu to był przyrzekł, i wrócił do Emezy gdzie wyznał gospodarzowi domu w którym ciągle mieszkał kim jest, i że dla miłości upokorzeń udawał głupca. Gospodarzem tym był pewien Dyakon kościoła Emezkiego, bardzo świątobliwy człowiek, który już oddawna odgadywał w Szymonie szczególne łaski Boskie. Szymon wymógł na nim, aby to co mu wyznał zachował w tajemnicy aż do jego śmierci, i prosił aby go w odosobnionym kąciku jego domu, zostawił samego na dni kilka. Po dwóch dniach, gdy gospodarz ten go nie widział, poszedł obaczyć czy nie chory i zastał go nieżywego, leżącego pod chrustem który mu służył za posłanie. Po jego śmierci, zaczęli ludzie rozgłaszać różne cuda przez niego czynione, o których dotąd nie mówiono. Przy ciele jego, wielu chorych i kalek zdrowie odzyskało. Cały téż Kościoł uczcił go jako Świętego, i Martyrologium rzymskie, pod dniem dzisiejszym pamiątkę jego ogłasza.

Zasnął w Panu w miesiącu Czerwcu, roku Pańskiego 570.

Pożytek duchowny

Żywot Świętego który dopiéro co przeczytałeś, należy do téj niewielkiéj liczby Żywotów które podziwiać powinniśmy, niekusząc się jednak żeby je zupełnie naśladować. Na to bowiem trzebaby mieć szczególne natchnienie Boskie, jakie miał ten Święty. Lecz bardzo potrzebną zaczerpnąć możesz z niego naukę: widząc bowiem do jakiego stopnia Święci rozmiłowywali się we wzgardzie świata, tém silniéj obmierzić sobie powinieneś twoję żądzę wyniesienia się, i brak pokory w znoszeniu najmniejszego od drugich uchybienia.

Modlitwa

Boże! któryś błogosławionego Szymona wyznawcę Twojego, tak nadzwyczajną miłością upokorzeń i wzgardy ludzkiéj obdarzył; daj nam za jego wstawieniem się, ducha głębokiéj pokory, a żądzę odbierania czci od ludzi wyniszcz w sercach naszych. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 545–547.

Tags: św Szymon de Sales „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik głupiec pokora
2020-06-24

Narodzenie Świętego Jana Chrzciciela

Przyszedł na świat około roku Pańskiego 1-go.

(Szczegóły te wyjęte są z Pisma Bożego.)

Święty Jan przezwany Chrzcicielem, dla tego że miał szczęście chrzcić w Jordanie Chrystusa Pana, a także zwany i Przesłannikiem Zbawiciela, dla tego że do przyjęcia Go usposabiał lud wybrany gdy już Syn Boży zstąpił był na ziemię, przyszedł na świat w ziemi Żydowskiéj, tegoż roku w którym i Pan Jezus. Oto jak nam opowiada Ewangelia święta jego narodzenie:

Za panowania Heroda, w krainie Żydowskiéj żył pewien kapłan Starego Zakonu, imieniem Zacharyasz z pokolenia Abiasza, a więc i Aarona. Miał żonę Elżbietę także z rodu Aaronowego, i oboje byli sprawiedliwi przed Bogiem, żyjąc w wysokiéj świątobliwości, ale bezdzietni. Dnia pewnego kiedy Zacharyasz miał sprawować ofiarę w Świątyni Pańskiéj przez palenie tam kadzidła, co tylko raz na rok według zakonu Mojżeszowego spełniało się, a lud zgromadzony pod przysionkami modlił się czekając godziny ofiary, gdy wszedł on do Przybytku wewnętrznego, ujrzał Anioła stojącego po prawéj stronie ołtarza, co go bardzo wzruszyło i nawet strwożyło. Ale Anioł rzekł do niego: „Nie bój się Zacharyaszu, bo wysłuchana jest prośba twoja co do tego abyś miał potomka. Żona twa Elżbieta powije ci syna i nazwiesz go Janem. I będziesz miał wesele i radość, i wielu ich będzie się radować z narodzenia jego: albowiem będzie on wielkim przed Panem, wina i nic upajającego pić nie będzie, a napełnionym zostanie Duchem Świętym, jeszcze z żywotu matki swéj. A nawróci wielu synów Izraelskich ku Panu Bogu, i będzie szedł przed nim, to jest przed Zbawicielem w duchu i mocy Eliasza Proroka, aby obrócił serca ojców ku synom, a niedowiarki ku roztropności sprawiedliwych; i aby zgotował Panu lud sprawiedliwych.” – Na te słowa Zacharyasz okazał pewną nieufność Aniołowi, gdyż rzekł: – „Zkąd to poznam?”, to jest: jakże mam temu wierzyć, bez jakiego znaku cudownego, kiedym ja stary, a żona moja podeszła w dniach swoich, więc to co mi zapowiadasz, jest przeciwne porządkowi natury. Wtedy Anioł najprzód chcąc mu lepiéj dać poznać kim jest, odpowiedział: „Jam jest Gabryel który stoję przed Bogiem, a jestem posłany, abym mówił do ciebie i to dobre poselstwo tobie doniósł”; a następnie aby mu dać ów znak cudowny którego się Zacharyasz domagał, a oraz nie pozostawić jego niedowierzenia bez słusznéj kary, przydał: „A oto będziesz niemym, ani będziesz mógł mówić, aż do dnia w którym się to stanie, com ci zapowiedział; dla tego żeś nie uwierzył słowom moim które się wypełnią czasu swojego.”

Tymczasem lud zgromadzony w przysion- kach świątyni, „oczekiwał Zacharyasza, i dziwił się że on dłużéj niż zwykle zatrzymywał się w kościele.” Nakoniec wyszedł on ztamtąd, lecz „nie mógł do nich mówić: i poznali że widzenie widział w kościele, a on kiwał na nich, i tylko nachyleniem głowy oznajmiał iż w istocie miał cudowne objawienie ż został niemym.”

Wkrótce potém to co Anioł zapowiedział spełniło się, gdyż święta Elżbieta poznała iż stanie się matką. Gdy była w tym stanie oczekiwania, nawiedzić ją raczyła przenajświętsza Marya Panna, któréj Elżbieta miała szczęście być krewną. A że i Matka Boża już wtedy nosiła w przeczystym żywocie Swoim Syna Bożego, więc Jéj nawiedzenie świętéj Elżbiety, przyniosło dziecięciu które ona miała wydać na świat, tak wielką i wyjątkową łaskę, że w żywocie jeszcze matki swojéj, przed narodzeniem się uświęconém zostało. O czém tak znowu pisze Ewangelia święta: „Skoro usłyszała Elżbieta pozdrowienie Maryi, wchodzącéj do jéj domu aby ją odwiedzić, skoczyło dzieciątko w żywocie jéj, i napełnione jest Duchem Świętym i zawołała głosem wielkim i rzekła: Błogosławionaś Ty jest między niewiastami, i błogosławion owoc żywota Twojego. A zkądże mnie to że przyszła do mnie Matka Pana mojego? Albowiem oto gdy stał się głos pozdrowienia Twojego w uszach moich, skoczyło od radości dzieciątko w żywocie moim.” Jan więc święty, przed przyjściem jeszcze swojém na świat i przedtém zanim Marya narodziła Syna Bożego, już go witał, wyznawał i wielbił!

Gdy święta Elżbieta powiła syna, „usłyszeli sąsiedzi i krewni jéj, iż uwielbił Pan miłosierdzie Swe z nią, i radowali się z nią.” Kiedy zaś przyszło do nadania imienia nowonarodzonemu, co musiało nastąpić według zwyczaju żydowskiego przy obrządku obrzezania, „nazywali go imieniem ojca jego Zacharyaszem.” Imię to bowiem było drogie całemu rodzeństwu świętego Jana i w błogosławieństwie u ludu, z powodu tegoż imienia ojca jego, który je uzacnił i wsławił wielkiemi cnotami z których był znanym powszechnie. I święta więc Elżbieta radaby była nadać mu to imię; ale wiedziała że syna jéj czeka wyjątkowe posłannictwo, że on nie dla rodz ny i dla świata, lecz wyłącznie dla służby Bożéj przeznaczony; że porodzony w łasce, miał stać się Przesłannikiem Zbawiciela; że przychodził na świat głównie dla zwiastowania ludziom Boga Łaski, a zatém powinien nosić imię, któreby nic od krwi i ciała nie miało, a stosowne było do wielkiego przeznaczenia jakie go czekało. Oparła się tedy woli krewnych: „A odpowiedziawszy rzekła: «Nie tak ale nazwan będzie Janem.»” Zaś Jan po hebrajsku znaczy Bóg i Łaska. Lecz krewni świętéj Elżbiety przy swojém obstając mówili do niéj: „Nie ma żadnego w narodzie tym coby go zwano tym imieniem.” A ona posłuszna natchnieniu Boga, który ją w téj okoliczności w szczególny sposób oświecał, bo i Ewangelia święta powiada że „napełniona została Duchem świętym”, żądała koniecznie aby synowi jéj nadać imię Jana. Wtedy krewni udali się do samego Zacharyasza jako ojca, spodziewając się że on nie zgodzi się na to aby nowonarodzony miał imię wcale nieznane w ich rodzie. „I dali znać ojcu jego” powiada Ewangelia święta, „aby się dowiedzieć jakby go chciał nazwać. A on zażądawszy tabliczek, aby napisać bo mówić nie mógł, napisał: Jan jest imię jego; i dziwili się wszyscy” że w tém spotkał się z wolą żony swojéj. Że zaś do téjto tylko pory, według zapowiedzenia Anioła, miał być niemym, więc téż otworzyły się usta jego i przemówił błogosławiąc Panu.

Z przyczyny tak cudownego zdarzenia, „padł strach na wszystkie sąsiądy ich, i po wszystkich górach żydowskiéj ziemi rozsławione są te słowa. A wszyscy którzy to słyszeli kładli to do serca swego mówiąc: co mniemasz za dziecię to będzie! Albowiem była z nim ręka Pańska. A dzieciątko rosło i posilało się w duchu.” 1

W kilka miesięcy po narodzeniu się świętego Jana, wyszedł był okrutny edykt czyli rozkaz króla Heroda wymordowania wszystkich dzieci w ziemi Żydowskiéj. Niesie podanie, że święta Elżbieta uszła z maleńkim świętym Janem na pustynię, i tam go od rzezi niewiniątek uchroniła. Skoro od dzieciństwa wyrastać on zaczął, prosił rodziców aby mu pozwolili udać się na puszczę, mając zamiar wieść życie pustelnicze i całkiem Bogu oddane. Dał mu takowe natchnienie Duch Święty, aby on w tém naśladował Proroków dawnego Prawa, z których był największym i ostatnim, a znowu aby dał początek życiu pustelniczych zakonników nowego Prawa, z których był podobnież największym a najpierwszym. Kosztowało wiele Zacharyasza i Elżbietę rozstanie się z tym ukochanym ich synaczkiem, w którym już podziwiali wysoką świątobliwość; lecz że i sami byli świętymi, widząc w tém wolę Bożą, i przekonani o wysokiém powołaniu świętego Jana, przychylili się chętnie do jego żądania. Jan tedy udał się na puszczę, i na niéj przebywał lat trzydzieści, aż do chwili, gdy mając ogłaszać ludziom przyjście Zbawiciela, wyszedł z niéj, o czém mówić będziemy, w dniu w którym Kościoł Boży obchodzi jego śmierć męczeńską.

Pożytek duchowny

Kościoł święty stosując się do tych słów Ewangelii świętéj gdzie powiedziano: iż wielu radować się będzie z narodzenia świętego Jana, z wielką uroczystością obchodzi pamiątkę jego przyjścia na świat. Innych Świętych Pańskich pamiątka obchodzi się w dzień ich śmierci, jako w dzień ich przejścia do Nieba, jednego świętego Jana Chrzciciela tak jak Pana Jezusa i Matki Bożéj, obchodzi się dzień urodzenia. W pierwszych wiekach w święto jego, trzy Msze święte odprawiano. Niech cię to pobudzi do wielkiego do niego nabożeństwa i szczególnéj w jego pośrednictwo ufności.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Któryś dzień dzisiejszy ku czci naszéj przeznaczył, jako rocznicę narodzenia się błogosławionego Jana Chrzciciela; racz zlać na lud Twój obfite łaski pociech niebieskich, a dusze wszystkich wiernych skieruj na drogi zbawienia wiecznego. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 519–521.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 511

Czemu Jan święty w więzieniu? Pan Bóg wybrał go na to, ażeby jako drugi Eliasz wystąpił i serca ludzkie na przyjście Zbawiciela przysposobił. Więc było potrzeba, aby opowiadał pokutę, gromił grzechy. Ale kaznodzieje pokuty nie podobają się światu, a już najmniej mocarzom. Król Herod żył w kazirodztwie, bo z żoną brata swego. Dnia jednego staje przed nim kaznodzieja z nad Jordanu, staje święty Jan i z nieustraszonym sercem rzecze do niego: „Nie wolno ci mieć żony brata swego!” Na te słowa stary grzesznik zawrzał srogim gniewem, kazał świętego Jana pojmać i wtrącić do więzienia.

Święty Jan padł ofiarą wiernego spełnienia obowiązku. Gdyby był milczał, czekały go zaszczyty na dworze królewskim. Ale święty Jan znał swą powinność, rzekł: „Nie wolno" i więzienie przeniósł nad względy królewskie.

Co spotkało świętego Jana, dzieje się po wszystkie czasy. Gdy pasterz w parafii głosi prawdę Ewangelii, mówi do pysznych, do nie czystych, do pijanic: „Nie wolno" i nieraz spotyka go niewdzięczność, prześladowanie. Ale darmo: za przykładem świętego Jana trzeba spełnić obowiązek, chociażby spotkały i zelżywości, prześladowanie, śmierć.

Święty Jan siedzi w podziemnym lochu – w strasznym więzieniu warownego zamku Macherus. A jednak nie narzeka, nie skarży się na Boga, nie złorzeczy Herodowi, w pokorze poddaje się woli Bożej.

Św. Jan uczy, jak się należy zachować wobec utrapień i dopustów Bożych. Życie nasze tu na ziemi nie może być bez krzyżów. Na każdej ścieżce czekają nas smutki, dolegliwości, utrapienia. Kto wolny od krzyża?

Wspomnij na świętego Jana w więzieniu i nie żal się na Boga, nie gniewaj na ludzi, ale mów z prorokiem: „Właśnie to jest choroba moja, będę ją nosił”.

Święty Jan ściągnął na siebie gniew króla. Czy Herod przebaczy mu owo: „Nie wolno?” Nie przebaczy. Święty Jan jednak nie przestaje ufać w Panu. Uczmy się od niego ufać i w najstraszniejszej niedoli!

Footnotes:

1

Łuk. I. 13–80.

Tags: św Jan Chrzciciel „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Ewangelia pustelnik krzyż
2020-03-31

Bł. Mikołaja Pustelnika w Szajcaryi

Żył około roku Pańskiego 1487.

Błogosławiony Mikołaj, który nie należy do liczby Świętych uroczyście kanonizowanych, lecz któremu cześć oddawaną przez wiernych w ojczyźnie jego, kilku Papieży zatwierdziło, 1 narodził się w Szwajcaryi w wiosce Sakselu, roku Pańskiego 1417. Ojciec jego nazywał się Henryk Flue, a matka Emma z domu Bobert. Bylito dość zamożni właściciele ziemscy, i słynący w całéj okolicy z pobożności i wielkiego miłosierdzia dla biednych.

Z czasów dziecinnych Mikołaja i jego lat młodzieńczych, mało przechowało się szczegółów. To tylko wiadomo, że zapatrując się na przykłady świątobliwego życia rodziców, od najmłodszych lat wielkie okazywał w modlitwie i wszelkich pobożnych ćwiczeniach upodobanie, a zwykłe płoche rozrywki młodocianego wieku, nie nęciły go wcale. Często zapuszczał się w najsamotniejsze doliny i dzikie lasy, i tam po dni kilka przebywał trwając na bogomyślności.

Miał lat szesnaście, gdy razu pewnego przechodząc przez jednę z dolin Szwajcarskich, ujrzał w powietrzu wysoką wieżę, która wznosząc się coraz bardziéj w oczach jego, znikła w obłokach. Zdziwiło go takowe widzenie, a Pan Bóg objawił mu, iż wieża ta wyobraża szczyt doskonałości chrześcijańskiéj, do któréj zdążać powinien, aby przez nią dostać się do Nieba.

Pomimo pociągu jaki miał do stanu bezżennego i do osamotnionego rodzaju życia, nie chcąc opierać się woli rodziców, którzy sobie życzyli aby zawarł śluby małżeńskie, pojął za żonę dziewicę również jak on wielkiéj pobożności, i z nią miał dziesięcioro dziatek. Wychował je w bojaźni Bożéj, i doczekał się z nich prawdziwéj pociechy, gdyż wszystkie wyszły na wzorowych chrześcijan. Z czasem zaś synowie jego objęli pierwsze urzędy w kraju.

Mikołaj ożeniwszy się nie przestał wieść życia nadzwyczaj umartwionego. Cztery razy na tydzień suszył, codzień wstawał wśród nocy, i wtedy dwie godziny spędzał na modlitwie. Szczególnie miał wielkie nabożeństwo do przenajświętszej Panny; na Jéj cześć odmawiał dnia każdego cały Psałterz, i kilka razy koronkę, którą zawsze miał przy sobie. Taki rodzaj życia nie był mu wcale na przeszkodzie, do pełnienia obowiązków obywatelskich. Brał czynny udział w wojnach, jakie wiedli Szwajcarowie, broniąc się od gwałtów, których nad ich ojczyzną, dopuszczali się książęta Austryaccy.

Piastując najwyższe urzędy, do których zaufanie powszechne ciągle go powoływało, największe w kraju położył zasługi w ich sprawowaniu. Wielkiego wpływu jakie mu zjednały cnoty jego, i znakomite wykształcenie, używał na powstrzymywanie wszelkich w podwładnych mu urzędnikach nadużyć, a pod czas długo panujących wojen, uśmierzał wybuchy niegodnéj chrześcijańskiego ludu zemsty, gdy nad nieprzyjaciołmi rudacy jego odnosili zwycięstwo. W kilku ważnych dla sprawy publicznéj wypadkach, dał dowody takiego męstwa, roztropności i poświęcenia się, iż na uczczenie tych jego zasług, wybito medal złoty, z napisem utrwalającym jego pamięć w potomności.

Przez lat blizko dwadzieścia na różnych godnościach służąc ojczyźnie, pomimo nalegań całego narodu, nieprzyjąwszy najwyższego w Szwajcaryi urzędu Landemana, opuścił zupełnie zawód publiczny, w celu zajęcia się już tylko własną duszą. Kilka widzeń cudownych jakiemi obdarzył go był wtedy Pan Bóg, skłoniły go ostatecznie do spełnienia zamiaru, który miał oddawna, udania się na puszczę, i poświęcenia się już tylko najwyższéj bogomyślności i pokucie. Jakoż uczynił to roku 1467. Opuścił dom i rodzinę już jego opieki niepotrzebującą, i nie biorąc z sobą ani pieniędzy, ani żadnych zapasów żywności, w ubogim odzieniu i boso, mając tylko w ręku kij i Koronkę, puścił się w góry. Pierwszéj nocy usnąwszy na ziemi pod drzewem, po przebudzeniu się, doznał tak gwałtownego bolu, że mu się zdawało iż mu serce ostrém żelazem przeszyto. Lecz po chwili cierpienie to przeszło zupełnie, i od tego czasu już nigdy nie doznał uczucia głodu ani pragnienia, chociaż, jakto zaraz obaczymy, wstrzemięźliwość zachował nadzwyczajną.

W tydzień po jego wyjściu z domu, krewni wyszukali go w lesie, gdzie przybywszy brat jego, usilnie go nakłaniał, aby powrócił do rodziny, zwracając i na to jego uwagę, że jeśli zamieszka w miejscu tak odludném, z głodu może umrzeć, lub stać się pastwą dzikich zwierząt. „Bracie kochany, odrzekł mu na to Mikołaj, głodu się nie obawiam, bo oto już dni jedenaście jak nic w ustach nie miałem, a ani mi się jeść ani pić nie chce. Dzikich zwierząt podobnież nie lękam się.” Prosił tylko brata aby mu przysłał kapłana, którego chciał jeszcze rady zasięgnąć. Po widzeniu się z nim, i na żądanie mieszkańców tejże okolicy, zamieszkał małą chatkę wybudowaną umyślnie dla niego, w miejscu bardzo ustronném na dolinie, przy któréj rodzina jego urządziła mu kapliczkę. Od czasu do czasu, a mianowicie w niedzielę i święta przychodził tam ksiądz ze Mszą świętą, i dawał mu Kommunią.

Błogosławiony ten sługa Boży, przepędził tam lat dwadzieścia jeden, żadnego zgoła nie biorąc przez cały ten czas posiłku, prócz Kommunii świętéj, którą przyjmował raz na miesiąc. Rzecz ta wydawała się tak niepodobną do prawdy, że gdy to jedni rozgłaszali, drudzy utrzymywali iż mu tajemnie przynoszą pożywienie, lubo nikt nie posądzał Mikołaja o jakę obłudę, gdyż go powszechnie wszyscy wysoko poważali, a od niejakiego czasu jak Świętego czcili. Wszakże ściągnęło to uwagę tak władzy duchownéj, jak i świeckiéj. Zarządzono w tym celu śledztwo najściślejsze, złożone z lekarzy i urzędników kościelnych i cywilnych. Mieszkanie Mikołaja otoczono zewsząd strażą, nieodstępowano go w dzień i w nocy, i w końcu nie tylko uznano cudowność jego sposobu życia, przekonawszy się o tém że żadnych zgoła pokarmów nie bierze, lecz oraz podziwiano i jego wysokie cnoty, patrząc zblizka na różne jego święte ćwiczenia, i na jego pokorę, słodycz i miłość w obcowaniu z ludźmi.

W ciągu téj próby książe Arcybiskup Konstancejski, do którego Metropolii należała dolina na któréj mieszkał Mikołaj, posłał jednego ze swoich Sufraganów, Biskupa Askalońskiego, aby na miejscu zbadał rzecz zblizka. Ten wszedłszy do chatki naszego pustelnika, spytał go zaraz, która cnota jest najpierwszą z cnót chrześcijańskich? „Posłuszeństwo” odrzekł na to Mikołaj. „A więc powiedział mu Biskup, w imieniu posłuszeństwa nakazuję ci abyś przyjął posiłek: oto jest chleb i wino.” Mikołaj w słowach najpokorniejszych przedstawił Biskupowi, iż mu to bardzo może zaszkodzić, gdyż od lat już kilkunastu żadnego zgoła nie brał posiłku i nic nie pijał; wszakże gdy ten ponowił swój rozkaz, sługa Boży, użył podanego mu pokarmu. Lecz w tejże chwili, tak strasznych doznał boleści, iż zdawało się że to życiem przypłaci. Biskup bardzo zasmucony takim wypadkiem, serdecznie go przeprosił, mówiąc iż miał rozkaz od Arcybiskupa aby w ten sposób postąpić, a Mikołaj uspokajał go upewniając iż to cierpienie przejdzie i żadnych złych skutków po sobie nie zostawi, byle mu pozwolono i nadal jak dotąd obchodzić się bez pokarmów i napoju.

Akt urzędowy spisany podówczas przez urzędników duchownych i cywilnych, po wyprowadzeniu śledztwa, a poświadczający iż już wtedy było lat ośmnaście jak Mikołaj wiódł tak cudowny sposób życia, złożony w parafii miejscowéj, dotąd przechowany jest w oryginale stwierdzonym wielką liczbą podpisów.

Od tego czasu tłumnie zbiegali się wierni do pustelni Mikołaja, już to aby uczcić w nim tak nadzwyczajne dary Boskie, już aby polecić się jego modlitwom, których skuteczności powszechnie doznawano, już aby zasięgnąć jego światłéj rady w rzeczach tyczących się sumienia, lub zbudować się naukami, które niemal codziennie miewał do przybywających.

Lecz prócz tego mąż Boży w kilku ważnych dla Szwajcaryi wypadkach, i z tego ustronia swojego spieszył na posługę krajowi. Po zwycięstwach jakie Szwajcarowie odnieśli byli nad Burgundczykami, wielkie niesnaski domowe, groziły im straszną, a niechybną wojną domową. Niespodziane zjawienie się na walnych naradach Stanów skonfederowanych Mikołaja, — którego zaprowadził tam jeden z duchownych, spodziewający się iż wpływ jego zażegna grożące niebezpieczeństwo — umysły uspokoiło i wszystkich do zgody w téjże chwili przywiodło. Inną razą gdy jedno z miast blizkich jego pustelni gorzało, Mikołaj przybywszy tam, znakiem krzyża świętego, pożar w całéj sile będący, powstrzymał. W wielu innych wypadkach jużto krajowi całemu, już rodzinom różnym przychodził w pomoc; zawsze gotów opuścić pustelnię swoję, gdy tego dobro bliźniego wymagało.

Nakoniec w swojéj samotni przeżywszy w tak nadludzki sposób lat dwadzieścia jeden, przyjąwszy z oznakami najżywszej pobożności ostatnie Sakramenta święte, otoczony dziećmi i żoną przybyłemi na tę chwilę do niego, zasnął spokojnie w Panu dnia 21 Marca roku Pańskiego 1487. Ciało jego z wielką czcią pochowane zostało w kościele Świętego Teodula w Sakselu, jego rodzinnej parafii, a liczne cuda przy grobie jego zaszłe, imię jego nie tylko w Szwajcaryi, lecz i w Niemczech, Francyi i Belgii rozsławiły.

Pożytek duchowny

Nadzwyczajność życia tego błogosławionego sługi Bożego nie jest do naśladowania, będąc cudownym i wyjątkowym darem Bożym. Lecz żywot jego uczy nas, że w każdym Stanie i w każdych czasach, Pun Bóg wskrzesza takich cudownych pokutników, abyśmy wiedzieli, że łaski Jego najprzedziwniejsze, stoją zawsze otworem dla dusz wybranych, i że wina to tylko większego pomiędzy ludźmi zepsucia gdy rzadko się pojawiają tak cudowni słudzy Pańscy.

Modlitwa

Boże! dawco wszelkich łask i darów, wejrzyj litościwie na potrzeby Kościoła świętego, a rozżywiając w duszach ludu Twojego ducha wiary, wskrzeszaj między nami coraz więcéj i coraz cudowniejszemi darami obdarzanych świętych sług Twoich, abyśmy ich przykładami i słowami ku doskołałéj służbie Twojéj zagrzani, wiecznie Cię z nimi chwalili w Niebie: Przez Pana naszego i t.d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 253–256.

Footnotes:

1

Bolamd. 22 Mar. Godes. Rohba. 31 Mar.

Tags: bł Mikołaj Pustelnik „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik rodzice post
2020-03-27

Św. Jana Pustelnika (Damasceńskiego)

Żył około roku Pańskiego 394.

Święty Jan Pustelnik egipski, dla szczególnego daru jakim go Pan Bóg zbogacił przepowiadania przyszłości, przezwany prorokiem, narodził się w wyższéj Tebaidzie w mieście Likopolu, około roku Pańskiego 330. Z ubogiego stanu pochodząc, skoro do lat doszedł, wyuczywszy się ciesielstwa, z tego rzemiosła zarabiał uczciwie na życie. Lecz Pan Bóg, mając przedstawić w nim wysoki wzór doskonałego i świętego pustelnika, rozbudził w sercu jego pragnienie samotności i odosobnienia. W dwudziestym piątym roku, powziąwszy zamiar spędzenia całego życia na puszczy, aby wyłącznie oddać się pokucie i pracy około własnéj duszy, rozstał się z majstrem u którego służył, i który bardzo był z niego zadowolony; poszedł na samotne miejsce, do pewnego starca, już dawno tam na bogomyślności żyjącego, i poddał się jego przewodnictwu duchownemu. Pod tym mistrzem, bardzo świątobliwym, Jan w krótkim czasie, ćwicząc się szczególnie w posłuszeństwie i w pokorze, wielkie postępy na drodze doskonałości chrześcijańskiej uczynił.

Starzec ten dla wyprobowania w nim tych cnót właśnie, kazał mu pielęgnować starannie i podlewać dwa razy na dzień, gałęź drzewa zgniłą, którą w oczach jego zasadził w ziemię, a także polecił wyrwać ze swojego miejsca ogromną skałę, Sługa Boży przekonany że na ślepém posłuszeństwie względem przełożonych, zawisła najwyższa doskonałość, nie zastanawiając się nad dziwacznością wydanych mu poleceń, spełniał je jak najwierniéj, chodząc dwa razy na dzień o parę wiorst po wodę do podlewania drzewa, i starając się poruszyć z miejsca olbrzymią skałę. Kassyan, ówczesny znakomity pisarz kościelny, utrzymuje że przez zaparcie to tak doskonałe własnéj woli i własnego widzenia rzeczy, doszedł on do wysokiego daru bogomyślności, i stał się jednym z najświątobliwszych pustelników egipskich.

Po śmierci swojego przewodnika, Jan przebywał w kilku klasztorach, i w nich przez lat pięć, z najwyższą pilnością ćwiczył się we wszystkich cnotach zakonnych. Zawsze jednak spragniony rodzaju życia jak najsamotniejszego, udał się na jednę z dzikich gór w okolicach Likopolu, wykuł sobie jaskinię w skale na jéj szczycie będącej, i tak się w niéj zamknął, że przebywając tam lat czterdzieści, nie widywał się z nikim inaczéj jak przez mały otwór, który w niéj zostawił, a i ten rzadko kiedy otwierał.

W tym jakby grobie przebył aż do dziewięćdziesiąt drugiego roku wieku swojego, wiodąc życie raczéj anielskie, aniżeli ludzkie. Za pokarm używał przez cały ten przeciąg czasu, tylko surowych jarzyn, lub korzonków z roślin rosnących w szczupłym obrębie jego pustelni, a za napój pił wodę, któréj pod miarą w pewnéj tylko porze sobie pozwalał. Ciągłą jego modlitwę sen zaledwie przerywał, gdyż sypiał nadzwyczaj krótko. Od pierwszéj chwili jego zamknięcia się w tej skale, obdarzył go Pan Bóg tak wysokim darem bogomyślności, że wśród niego już jakby niebieskich uciech przed czasem kosztował. Obok tak surowego sposobu życia, gdy zdarzało się iż dla udzielenia komu jakiéj rady, nauki lub przestrogi duchowej, przychodziło iż przez okienko jaskini rozmawiał z przybyłymi, okazywał się tak miłym, łagodnym, uczynnym a oraz roztropnym i trafnym w dawanych naukach i przestrogach, że każdy po odejściu uwielbiał jego świątobliwość, podziwiał w nim nadzwyczajne dary Boże, i lepszym się stawał. Z kobietami nie rozmawiał wcale. A gdy coraz więcéj osób pociągniętych sławą jego świątobliwości, poczęło mu zbyt często przerywać samotność, tak utrudził drogę do swojéj jaskini i bez tego nie łatwo przystępnéj, że kto do niéj chciał się dostać, musiał się narazić na wielkie i długie trudy.

Lecz szczególnie dar proroctwa, którym go Pan Bóg obdarzył w wysokim stopniu, ściągał do niego tłumy ludzi, z najodleglejszych okolic i krajów, przybywających do tej jakby wyroczni, wolę Bożą im objawiającej.

W czasach tych Etyopijczykowie, naród dziki, najechali kraje do cesarstwa rzymskiego należące, i do Tebaidy wkraczali. Wódz wojsk rzymskich, małą garstką żołnierzy dowodzący, przyszedł do świętego Jana, pytając go czy pomimo tego, może na nich uderzyć. „Chociaż małą siłą rozporządzasz, powiedział mu Swięty, natrzyj na nieprzyjaciela, ufając pomocy Boga zastępów, a odniesiesz zwycięstwo.” Wódz rzymski go usłuchał i nieprzyjaciół na głowę pobił.

Cesarz Teodozyusz Wielki, zasięgał podobnież jego rady co do wojny, wydanéj przez niego tyranowi Maksymowi, który zamordowawszy cesarza Gracyana, gnębił państwo rzymskie. Jan przepowiedział mu niechybne zwycięstwo. Jakoż Teodozyusz odniósł najzupełniejsze z małym nawet krwi rozlewem, co przypisywał głównie modlitwom świętego pustelnika.

We cztery lata potém, tenże Cesarz mając zamiar pomścić na hrabi Argobaście, okrutnéj śmierci młodego Walentyniana, uduszonego przez jego oprawców, życzył sobie, aby przybył do niego Jan święty, od którego chciał się dowiedziéć o skutkach téj znowu wojny. W tym celu posłał do niego Eutropiusza, jednego z pierwszych swoich dworzan. Lecz Święty w żaden sposób nie chciał udać się na dwór cesarski. Przepowiedział mu, że zwycięstwo i tą razą odniesie, lecz że wkrótce potém życie zakończy, co téż i nastąpiło.

Razu pewnego Ewawryusz, przełożony jednego z najliczniejszych w Egipcie klasztorów, i sześciu jego uczniów, pomiędzy którymi był sławny z nauki i świątobliwości Palladyusz, pobudzeni sławą cudów czynionych przez świętego Jana, powzięli zamiar udania się do niego. Lecz wprzód, aby dowiedzieć się dokładniéj, czy warto było tak długą i trudzącą pielgrzymkę do miejsca gdzie przebywał, przedsiębrać, wysłali tam Palladyusza, aby się mu bliżej przypatrzył. Ten przybywszy zastał jaskinię jak zwykle zamkniętą, i dowiedział się że Jan otwierał swoje okienko tylko w niedzielę, a niekiedy w sobotę. Czekając zatém zatrzymał się w rodzaju zajezdnego domu, urządzonego na górze, dla przybywających podróżnych. Gdy nadeszła sobota, wpuszczono go do miejsca przyległego otworowi jaskini Janowéj, gdzie zastał wielką liczbę pustelników, z różnych stron przybyłych, do których Święty przez swój otwór miał naukę. Ujrzawszy Palladyusza, którego wcale nie znał, odgadł od razu z którego klasztoru przybywa; lecz gdy rozpoczął z nim rozmowę, musiał ją przerwać, z powodu przybycia w téjże chwili Alipy Wielkorządcy Tebaidy. To obudziło w umyśle Palladyusza posądzenie, że Jan ulega względom ludzkim, skoro przerywa z nim rozmowę aby pierwiéj przyjąć dostojnego gościa. Jan przeniknąwszy myśl Palladyusza, upomniał go łagodnie i przekonał, że inaczéj postąpić nie mógł. Potém udzielił mu najtrafniejszych rad tyczących się jego sumienia, odwiódł go od zamiaru jaki miał odbycia podróży do swego kraju rodzinnego, a w końcu spytał wesoło czy niechciałby być Biskupem, przepowiadając mu tym sposobem że nim zostanie, i przydając że na téj godności wiele go czeka utrapień i trudów; co wszystko późniéj spełniło się najwierniéj. Palladyusz wróciwszy do swoich, utwierdził ich w przekonaniu jakie mieli o wysokich darach świętego Jana, do którego udali się téż niezwłocznie dla zasiągnienia jego rad i słuchania nauk zbawiennych, w których szczególnie polecił im pokorę, jako zasadniczą cnotę życia zakonnego.

Zbliżał się już nareszcie i koniec świątobliwego żywota tego wielkiego sługi Bożego. Miał lat dziewięćdziesiąt, z których siedemdziesiąt pięć spędził na puszczy, kiedy zawiadomiony przez objawienie, o dniu i godzinie swojej śmierci, prosił aby przez trzy dni, nie wywoływano go do nikogo, gdyż się nikomu nie okaże. Cały ten czas, spędził bez przerwy na modlitwie, wśród któréj błogosławionego ducha swojego oddał w ręce Boga roku Pańskiego 394. Znaleziono ciało jego w postawie klęczącej, i złożono w grobie z wielką uroczystością, w obecności nadzwyczajnego tłumu zebranego z najodleglejszych stron pustelników, ludu wiernego i najpierwszych dostojników kraju.

Pożytek duchowny

Ćwicząc się w ślepém posłuszeństwie, względem tego którego sobie za przełożonego obrał był Jan święty, dostąpił on wysokiéj świątobliwości i nadzwyczajnych darów niebieskich. Przekonaj się i z tego przykładu, jak należne posłuszeństwo wszelkiéj zwierzchności, jest cnotą wielce Bogu miłą, a oblicz się z sumieniem, czy wadą twoją nie jest między innemi, i zuchwały opór wszelkiéj nad tobą władzy

Modlitwa

Boże! któryś nam w błogosławionym Janie, pokornego posłuszeństwa jego przełożonemu, wzór zbawienny przedstawić raczył, daj nam za jego przykładem i pośrednictwem, w sercach naszych ducha niesforności przytłumić, a przez należne posłuszeństwo prawom Twoim i wszelkiéj przez Ciebie postanowionéj nad nami zwierzchności, obfite do Nieba nabywać zasługi. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 243–245.

Tags: św Jan Damasceński „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik wojna prorok posłuszeństwo
2020-02-25

Św. Martyniana Pustelnika

Żył około roku Pańskiego 405.

Owóż w Cezarei, ludném mieście, niebardzo od puszczy na której mieszkał Martynian odległém, była głośna z urody, a oraz i z największéj rozpusty nierządnica, imieniem Zoe. Dnia pewnego, gdy przy niéj mówiono o wieliéj świątobliwości Martyniana, zrobiła zakład o znaczną ilość pieniędzy, iż dowiedzie, że cnota jego nie jest tak prawdziwą, jak o niéj sądzą, i że łatwo będzie jéj przywieść go do upadku.

W tym celu, niegodziwa ta niewiasta przybrała się w łachmany ubogiéj żebraczki, wzięła kij w rękę, a schowawszy w zawiniątko, swoje zwykłe odzienie, i ukrywszy je przy sobie, gdy wieczór nadszedł, a deszcz rzęsisty z wielką burzą padał, udała się na puszczę, i około północy przybyła do chatki Martyniana. Zapukała do drzwi jego, i poczęła wołać żałośnie: – „Sługo Boży, zmiłuj się nad nieszczęśliwą kobietą, która zabłądziła na puszczy, i od dzikich zwierząt może być pożartą.” Zawahał się na chwilę pustelnik, lecz wzruszony litością wpuścił ją do chatki, rozniecił ogień aby się rozgrzała, zastawił na stole daktyle dla jéj posiłku, polecając aby przenocowawszy, skoro świt odeszła. Sam zaś, poszedł do osobnéj komory, którą miał daleko od chatki, i całą noc na modlitwie i śpiewaniu psalmów przepędził.

Nazajutrz gdy już słońce wysoko było, pewny iż gość jego dawno odszedł, powrócił do swojéj celki. Jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał tam młodą niewiastę, nadzwyczaj powabnéj urody i świetnie ubraną. Zoe bowiem przystroiwszy się czekała na niego, a gdy on biorąc ją za jaką marę, pytał kim jest, głosem pełnym ułudy tak poczęła mówić do nieg. – „Powiem ci szczerze pocom przyszła: oto ujęta sławą twojéj świętobliwości, zamyślałam oddać ci moję rękę. Jestem z Cezarei, i po rodzicach odziedziczyłam wielki bardzo majątek. Ożenienie się twoje ze mną nie przeszkodzi ci do Twojego uświętobliwienia. Wszak wiesz że wielcy Święci starego testamentu: Noe, Abraham, Izaak, Jakób, Mojżesz, Jozue i wielu innych, żony mieli.”

Nieostrożny Martynian, zamiast wypędzić kuszącą go niewiastę, lub oddalić się niezwłocznie od niej, wdał się z nią w dalszą rozmowę, i już w myśli na grzech zezwalając, wyszedl z chatki, aby tylko obaczyć czy kto nie nadchodzi. Lecz w téj chwili, wejrzał Bóg miłosierdziem Swojém na niego, i otworzył mu oczy na otchłań, w którą już wstępował. Wraca więc do mieszkania, a roznieciwszy na kominku wielki ogień, wkłada weń obydwie nogi. Ciało palone poczęło skwirczyć, a on sam wijąc się od bolu, lecz nóg nie cofając z ognia, tak począł sam do siebie mówić: – „A cóż Martynianie, czy bardzo ogień cię piecze? a ten jednak wodą ugasić możesz, lecz piekielny, który cię czeka, jeśli z tą niewiastą zgrzeszysz, wiecznie goreć będzie.” Potém wysunąwszy nogi z ognia, powtórnie je znowu tam włożył i trzymał jęcząc, i krzycząc od bolu.

Widok ten łaski Boskiéj, walczącéj z pokusą szatańską, skruszył tę któréj zły duch do zguby świętego pustelnika chciał użyć. Zoe padła do nóg Martyniana, prosząc aby jéj wskazał sposób, jakim za grzechy swoje powinna pokutować. Ten odesłał ją do klasztoru świętych dziewic, które w Betleem, pod przewodnictwem świętobliwéj opatki imieniem Pauliny, mieszkały. Zamknąwszy się tam, żyła ona jeszcze lat dwanaście w najostrzejszej pokucie, jadając raz na dzień, a często co dwa dni tylko chleb i wodę, i w tak pokutném życiu wytrwawszy aż do końca, błogosławioną śmiercią zeszła z tego świata.

Tymczasem Martynian, przez siedem miesięcy nie mogąc stanąć na nogi, w skutek strasznego ich popalenia, gdy wyzdrowiał, postanowił udać się w jakie miejsce tak odludne, aby już tam żaden żywy duch ludzki dostać się do niego nie mógł.

Pożytek duchowny

Z téj przedziwnéj historyi Świętego, któregoś żywot przeczytał, bierz podwójną a wielce potrzebną naukę. Najprzód że nigdzie człowiek nie jest wolny od pokus wszelkiego rodzaju, i powtóre, że gdy idzie o zachowanie czystości, jedyny sposób uniknięcia upadku, dla dusz najświętobliwszych nawet, jest ucieczka od okazyi, która tę cnotę na byle najmniejsze niebezpieczeństwo naraża.

Modlitwa

Boże! któryś świętego Martyniana z ciężkiego upadku, miłosierdziem Twojém podźwignąć raczył, i w przedziwnéj pokucie aż do śmierci utwierdził; daj nam cięższemi od niego skalanym grzechami, za pośrednictwem jego, chociaż w części pokutę jego naśladować, a każdéj okazyi do grzechu wiodącej, więcéj niż niebezpieczeństwa życia obawiać się. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 141–142.

Tags: św Martynian „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pustelnik czystość pokusa
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.