Citatio.pl

Wpisy z tagiem "ubóstwo":

2020-11-23

Mowa 95 o stopniach wiodących do najwyższej szczęśliwości – św. Leon Wielki

Św. Leon Wielki, Mowy (Księgarnia św. Wojciecha), 1958, s. 430–437.

  1. Najmilsi! Kiedy nasz Pan, Jezus Chrystus, głosił nowinę swego królestwa i wszędzie po Galilei leczył ludzi z różnych chorób, wieść o jego cudotwórczej mocy rozeszła się po całej Syrii. Rzesze ludzkie, szukając ratunku u niebieskiego lekarza, płynęły nieustannie ku niemu ze wszystkich krańców żydowskiej ziemi (por. Mt. 4, 23…; Mar. 3, 7…; Łk. 6, 17). Ponieważ bowiem nieoświeconych niełatwo jest nakłonić do wierzenia w to, czego nie widzą, i do spodziewania się tego, czego nie znają, należało tych, co mieli utwierdzić się w boskiej nauce, pobudzić dobrodziejstwami, przemawiającymi do zmysłów, i cudami, dostrzegalnymi dla wzroku; żeby nie powątpiewali, że głoszona im nauka tak samo będzie błogosławiona w skutkach, jak ta moc cudowna, której na sobie doznali. Aby więc leczenie zewnętrzne obrócić na dobro wewnętrzne i po uzdrowieniu ciał nieść odrodzenie duszom, Pan, odbiwszy się na pewną odległość od tłumu, wspiął się na pobliskie wzgórze. Zabrał tam z sobą Apostołów, aby z tej znaczącej wyniosłości zaprawiać ich do jeszcze wznioślejszej nauki. Tak przez wybór takiego miejsca, jak tym, czego tam dokonał, zaznaczył, że jest tym samym, co niegdyś zaszczycił Mojżesza swoim objawieniem (por. Wyj. 19, 1). Na górze Synaj, co prawda, objawił więcej sprawiedliwość – a ta budzi lęk – tutaj zaś okazał raczej swoją świętą łagodność, aby spełniła się obietnica, zawarta w proroctwie Jeremiasza: „Oto dni przyjdą, mówi Pan, a wykonam nad domem Izraelskim i nad domem Judy Testament nowy”. „Po onych dniach, mówi Pan, podam prawa moje w ich umysł i na ich serca je napiszę” (Żyd. 8, 8; Jer. 31, 33; LXX, 38, 33). Ten więc co mówił do Mojżesza, przemawiał do Apostołów. Prędko pisząca (Ps. 44, 2) ręka Słowa Bożego kładła głęboko w serca uczniów przykazania Nowego Przymierza; już nie wśród zwisających czarnych chmur powodzi, jak niegdyś, i nie pod grozą grzmotów i błyskawic, odstraszających lud od góry (por. Wyj. 19, 16, 21), ale w pogodnej aurze przyjacielskiej rozmowy, swobodnie rozlegającej się w uszach tych, co go otaczali; aby miejsce surowego prawa zajęła Ewangelia łaski i miast niewolniczego lęku zapanował stosunek dzieci do Ojca!
  2. Własne wypowiedzenia się Chrystusa najlepiej mówią o tym, do czego zmierzał w swej nauce. Kto tedy pragnie dojść do stanu wieczystej szczęśliwości, niech pozna stopnie, do niej wiodące. „Błogosławieni, powiada, ubodzy duchem, albowiem ich jest królestwo niebieskie” (Mt. 5, 3; Łk. 6, 20). Mogłaby snadnie powstać wątpliwość, o jakich to ubogich mówi tutaj Wieczna Prawda, gdyby do słów „błogosławieni ubodzy” nie dodała nie, co by objaśniło, jak ich ubóstwo rozumieć należy. Mogło by się wydawać, że dla zasłużenia sobie na Królestwo Niebieskie wystarczy sam ten niedostatek, jaki wielu w ciężkich i trudnych warunkach musi znosić. Mówiąc jednak „błogosławieni duchem”, wyraźnie wskazuje, że Królestwo Niebieskie należy się tym, których więcej zaleca cnota pokory, niż bieda materialna. Nie da się wprawdzie zaprzeczyć, że pokora łatwiej przychodzi niezamożnym, niż bogatym; boć tamci, sami żyjąc w skromnych warunkach, także dla innych powolniejsi się stają, podczas gdy ci, wśród bogactw, łatwo przybierają wyniosłą postawę wobec innych. Mimo to jednak u bardzo wielu bogatych spotykamy ten rys charakteru, że nadmiar – poza koniecznymi do życia środkami – zużywają nie na wzbijanie się w pychę, jeno na dzieło miłosierdzia i za największy zysk poczytują sobie, co na złagodzenie cudzej biedy obrócą. Cnota ta dostępna jest dla wszystkich bez względu na ich stan i szczebel społeczny, boć jeśli nie zamożnością, to mogą innym dorównać nastawieniem ducha. Mniejsza o to, jaka stopa życiowa ich dzieli, byle dobra duchowe stawiały ich na równym poziomie. Tacy więc ubodzy wezmą błogosławieństwo, którzy nie dają się uwieść przywiązaniu do świata, i obrastają nie w doczesne, ale w niebieskie bogactwa!
    1. Przykład tak wielkodusznego ubóstwa w ślad za Panem dali nam Apostołowie. Na wezwanie boskiego Mistrza opuścili: oni dosłownie wszystko, co posiadali. Z poławiaczów ryb zmienili się w żarliwych łowców dusz ludzkich (Mt. 4, 19). Wiarą swoją zachęcili wielu do naśladowania siebie, kiedy to w owych początkach Kościoła „mnóstwo wierzących było serce jedno i dusza jedna” (Dz Ap. 4, 32). Podzielali oni z innymi swoje majętności i wszystko, czym rozporządzali, a tym wyrzeczeniem i świętym ubóstwem zaskarbiali sobie dobra wieczne. Cieszyli się, podług wyrażenia Apostołów, że mogą nie za swoje uważać wszystko, co ziemskie, natomiast całe swoje bogactwo widzieć w Chrystusie. Dlatego kiedy go chromy prosił o jałmużnę przy wejściu do świątyni, rzekł mu: „Srebra i złota nie mam; lecz co mam, to ci daję go wstań, a chodź”! (Dz. Ap. 3, 6). Cóż szlachetniejszego nad taką pokorę, cóż bardziej wzbogacającego nad takie ubóstwo? Apostoł nie ma pieniężnego wsparcia dla biedaka, ale ma czym dźwignąć jego ułomną naturę. Chromego z łona matki uzdrawia mocą ze Słowa. Nie obdarza pieniądzem z wizerunkiem cezara, ale za to kształtuje obraz Chrystusa w człowieku. A z obfitości tej skarbnicy skorzystał nie tylko ten, co chód odzyskał, ale i owych 5 tysięcy mężów, którzy wtedy, słuchając kazania Apostoła, uwierzyli w Pana, pod wrażeniem cudownego uzdrowienia (Dz. Ap. 4, 4). On, biedny Piotr, nie mający czym wesprzeć żebrzącego, rozsypuje hojnie łaskę Bożą, tak że przywraca zdrowie duchowe tylu tysiącom, podobnie jak jednemu władzę w nogach. Znalazł ich chromających na żydowską niewiarę, a uczynił rączymi Chrystusa wyznawcami.
    2. Zaleciwszy takie – najbardziej uszczęśliwiające ubóstwo – powiedział Pan następnie: „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni” (Mt. 5, 5). Płacz ten, któremu Chrystus zapewnia wieczną pociechę, nie ma nic wspólnego z narzekaniami tego świata. Powszechnie spotykane wśród ludzi biadania na niedolę nie przyczyniają szczęścia nikomu. W duszach pobożnych smutek powstaje z całkiem innej pobudki, ich łzy zupełnie inna wywołuje przyczyna. Religia każe opłakiwać grzechy, własne, albo cudze. Nie z tego zatem mamy się smucić, co nam zsyła sprawiedliwość Boża, jeno z tego, czego dopuszcza się ludzka nieprawość. Dlatego należy raczej nad tymi ubolewać, którzy zło wyrządzają, niż nad tymi, którzy go doznawają; boć na niesprawiedliwego ściąga pomstę własna złośliwość, sprawiedliwego zaś prowadzi do chwały to, że znosi zło cierpliwie.
    3. Potem tak Pan powiada: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” (Mt. 5, 4; por. Ps. 36, 11), Cisi więc i łagodni, pokorni i skromni, słowem: przygotowani na to, że w ziemskim życiu trzeba umieć znieść wszelakie niesprawiedliwości, otrzymują obietnicę, że odziedziczą ziemię. Dziedzictwa tego nie należy uważać za błahe lub bezwartościowe, jako rzekomo całkiem odcięte od mieszkańców nieba – boć tylko takich można tu mieć na myśli. Otóż obiecana tutaj cichym i mająca dostać się łagodnym ziemia, to jest ciało świętych. W szczęśliwym zmartwychwstaniu w nagrodę za pokorę ulegnie ono przemienieniu i przyodzieje się chwałą nieśmiertelności. Między nim a duszą nie będzie już wtedy żadnej rozterki, przeciwnie, ustali się w nich doskonała jedność chcenia duchowego. Wewnętrzny człowiek całkowicie posiądzie zewnętrznego, panując nad sobą z niczym niezamąconych spokojem. Żadna ułomność cielesna nie przeszkodzi wtedy duchowi zatopić się całkowicie w widzeniu Boga; i już nie będzie konieczności mówić: „ciało, podległe skażeniu, obciąża duszę, a ziemskie mieszkanie tłumi umysł, wiele myślący” (Mądr. 9, 15). Boć ziemia (czyli cielesna natura) nie będzie śmiała ani stawiać oporu, ani podejmować cośkolwiek wbrew woli swego mieszkańca. Cisi będą ją posiadać w wieczystym pokoju. Nabytego do niej prawa nic im już nigdy nie zakłóci, „gdy to skazitelne przyoblecze się w nieskazitelność i to śmiertelne przyoblecze się w nieśmiertelność” (1 Kor. 15, 53), tak że to, co wystawiało nas na próbę, obróci się w nagrodę, i co nas obciążało, będzie tytułem do chluby.
    4. Ciągnąc dalej, tak Pam powiada: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni” (Mt. 5, 6). Słowa te wyrażają tęsknotę dusz za chlebem sprawiedliwości, a nie za pokarmem i napojem materialnym i ziemskim. Wprowadzone w głąb tajemnic wiary, pragną one nasycić się samym Panem. Szczęśliwy to duch, co tego chleba łaknie i takiego napoju jest spragniony. Nie pożądałby go zapewne, gdyby raz nie zaznał jego wybornego smaku. Posłyszawszy jednak słowa proroka: „skosztujcie i obaczcie, iż słodki jest Pan” (Ps. 33, 9), serce swe zapala tak czystym płomieniem, że gardzi wszystkim, co ziemskie, a myśli tylko o tym, jak żyć bez zastrzeżeń chlebem i napojem sprawiedliwości. Dlatego chwyta skwapliwie prawdę najpierwszego wśród przykazań: „Będziesz miłował Pana Boga twego że wszystkiego serca twego, i ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkiej siły twojej” (Powt. Pr. 6, 5; Mt. 22, 37; Mar. 12, 30; Łk. 10, 27). Boć kochać Boga to nic innego, jak miłować sprawiedliwość. Wreszcie jak w miłość Boga wprząga się troska o bliźnich, tak z pożądaniem sprawiedliwości wiąże się cnota miłosierdzia. Oto jak brzmi następne powiedzenie:
    5. „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt. 5, 7). Patrz, uczniu Chrystusa, co zawdzięczasz temu, który jest twoją Mądrością, zrozum, na jakie wyżyny ona ciebie powoływa, co to za szkoła ćwiczeń, co za nagroda cię czeka! Samo Miłosierdzie chce ciebie widzieć miłosiernym, sama Sprawiedliwość – sprawiedliwym, tak żeby znać było rękę Stwórcy w stworzeniu i rysy jego podobieństwa odbijały się w zwierciadle ludzkiego serca! Dobre uczynki nie zawiodą nigdy! Ziszczą się twoje pragnienia: co umiłujesz, na wieki twoim będzie! A że przez jałmużny „wszystkie rzeczy będą ci czyste” (Łk. 11, 41), więc i do tej szczęśliwości, która konsekwentnie jest ci przyrzeczona, dojdziesz podług następnego powiedzenia Pana:
    6. „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają” (Mt. 5, 8; por. Ps. 23, 4). Cóż to za ogrom szczęścia spotka, najmilsi, tych, których taka czeka nagroda! A czego potrzeba, aby mieć serce czyste? Niczego więcej, jeno starać się o te cnoty, o których wyżej mówiliśmy. Ale czyż znajdzie się umysł tak pojemny, albo język odpowiedni, żeby ogarnąć szczęście z oglądania Boga? A jednak ono nastąpi. Kiedy natura ludzka zostanie przemieniona, będzie oglądała Bóstwo, niedostępne ludzkiemu wzrokowi na ziemi (Wyj. 33, 20; Jan 1, 18; 1 Tym. 6, 16 1 Jan 4, 12) już nie „przez zwierciadło”, lub „podobieństwo”, ale „twarzą w twarz” (por. 1 Kor. 13, 12) i będzie niewysłowienie szczęśliwa, że w wiecznej kontemplacji napawać się może tym, „czego oko nie widziało, i ucho nie słyszało, i w serce człowiecze nie weszło” (1 Kor. 2, 9; por. Iz. 64, 4). Obietnica takiego szczęścia słusznie tylko czystym sercom się dostaje. Nikczemny wzrok nie strzymałby blasku prawdziwego światła. Co dla dusz czystych stanie się rozkoszą, to dla zbrukanych – karą. Strzeżmy się tedy tej oćmy, jaką światowa próżność wzrok nam zasłania. Przecierajmy oczy ducha z najmniejszego pyłu nieprawości, żeby móc jasnym wejrzeniem wchłaniać w siebie wspaniałą wizję Boga! Drogę zasługiwania na nią toruje jeszcze, jak zobaczymy, następujące powiedzenie Pana:
    7. „Błogosławieni pokój czyniący, albowiem nazwani będą synami Bożymi” (Mt. 5, 9). Nie każdy kompromis, nie każda zgoda jest zasługująca na to błogosławieństwo, lecz tylko taka, do jakiej wzywa Apostoł tymi słowy: „pokój miejcie z Bogiem” (Rzym. 5, 1; 2 Kor, 13, 11), i o jakiej prorok Dawid mówi: „Pokój wielki tym, którzy zakon twój miłują, a nie ma dla nich zawady” (Ps. 118, 165). Nawet najściślejsze węzły przyjaźni i całkiem do siebie podobne usposobienia nie dadzą prawdziwej rękojmi pokoju, jeśli z przy kazaniami Bożymi nie będą w zgodzie. Wszelkie zmowy dla zaspokojenia niegodziwych namiętności, wszelkie zbrodnicze sojusze, czy występne pakty, są poza nawiasem wzniosłej pokojowości. Umiłowanie świata nie idzie zazwyczaj w parze z umiłowaniem Boga. Kto ze światowością rozstać się nie potrafi, nie wejdzie w społeczność synów Bożych. Ci, natomiast, co duchowo zawsze obcują z Bogiem, i „starają się zachować jedność ducha w związce pokoju” (Efez. 4, 3), nie wejdą nigdy w rozbrat z prawem wiecznym, a dotrzymają wierności słowom modlitwy „bądź wola twoja, jako w niebie tak i na ziemi” (Mt 6,) 10). Oto są ci, co iszczą w sobie pokój, oto na czym zasadza się ich dobra jednomyślność i serc święta zgoda. Oto też komu nazwa „Synów Bożych i współdziedziców Chrystusowych” (Rzym. 8, 17) będzie przysługiwała na wieki. Za umiłowanie Boga i bliźniego zasłużą sobie na to, że nie będą odczuwali najmniejszych rozterek wewnętrznych, ani obaw o to, by mogli jeszcze kiedy na nowo potknąć się i upaść. Po mężnym przezwyciężeniu wszystkich pokus i doświadczeń przejdą w stan niczym już nie zakłócanego pokoju Bożego, przez Pana naszego, który z Ojcem i z Duchem Św. żyje i króluje na wieki wieków. Amen
Tags: św Leon Wielki osiem błogosławieństw ubóstwo bogactwo
2020-11-19

Św. Elżbiety, Królewnéj Węgierskiéj, Wdowy

Żyła około roku Pańskiego 1231.

(Żywot jéj był napisany przez ojca Konrada z Marburga, Zakonu Braci Mniejszych, jéj spowiednika.)

Święta Elżbieta córka Andrzeja króla Węgierskiego, i Gertrudy księżniczki Korynckiéj, przyszła na świat roku Pańskiego 1207. Miała lat trzy kiedy zaręczoną została z książęciem Ludwikiem, następcą tronu Turyngii, i w rok potém na dwór ten odwieziona, pod okiem księżnéj Zofii matki swojego przyszłego małżonka, wychowanie pobierała. Dziecinne serce jéj od rodziców oderwane, całkiem zwróciło się do Boga, jak jéj to pobożna matka przy rozstaniu polecała, i Bóg téż szczególnemi łaskami obdarzał ją od téj pory. Najmilszą dla niéj rozrywką, była modlitwa i dawanie jałmużny. Wspierała czém mogła ubogich, a każdego prosiła aby się za nią modlił. Gdy miała lat dziewięć, umarł książe panujący, a na tron wstąpił jéj narzeczony. Jako jego przyszła małżonka, prawo miała do tém wytworniejszych strojów i hołdów powszechnych. Lecz ona właśnie tém bardziéj zaczęła gardzić wszelkiemi próżnościami światowemi. Im świetniejszą uroczystość obchodzono, tém się skromniéj ubierała; a gdy do kościoła wchodziła, zdejmowała i te ozdoby książęce jakie miała na głowie. Gdy ją o to księżna matka strofowała pytając dla czego to czyni, odpowiedziała: „Nie mogę znieść żadnych kosztowności na głowie, patrząc na cierniową koronę Zbawiciela.”

Taki sposób życia obrócił przeciw niéj wszystkich prawie dworzan, tém bardziéj że i stara księżna niechętnie na to patrzała. Wyszydzano jéj nabożeństwo, upokarzano ją i bardzo dotkliwie w różny sposób, a nawet starano się odwieść księcia Ludwika od jéj zaślubienia. Święta Elżbieta znosiła to wszystko w największéj pokorze i cierpliwości, książe zaś dał odpraw szemrzącym na jéj świątobliwe życie, mówiąc że to właśnie ceni w niéj wyżéj nad wszelkie skarby i korony, jakieby w wianie przynieść mogła. Aby zaś przeciąć drogę wszelkim zabiegom jéj nieprzyjaciół, przyśpieszył zaślubiny, i gdy miała tylko lat trzynaście, zawarł z nią uroczyście śluby małżeńskie. Od téj pory Elżbieta przyczyniła sobie jeszcze więcéj ćwiczeń pobożnych i umartwień ciała, gdyż temu wcale nie sprzeciwiał się pobożny jéj małżonek.

Na dworze książęcym przebywał wtedy przysłany od Papieża w ważnych sprawach Kościoła w Niemczech, wielkiéj zacności i sławy przewodnik dusz do wyższéj doskonałości dążących, ojciec Konrad z Marburga, z zakonu Braci.mniejszych świętego Franciszka Serafickiego. Tego sam Papież doradził jéj za ojca duchownego, i jakkolwiek znalazła w nim przewodnika nadzwyczajnéj surowości, aż do śmierci jak najwierniéj go słuchała. Przedziwny téż postęp, a codziennie coraz wyższy, na drodze Bożéj czyniła. On jednak tak dalece probował jéj pokory i zaparcia, że razu pewnego zbił ją dotkliwie kijem, o czém jednak drudzy aż wtedy się o tém dowiedzieli, gdy wypadkiem jedna z pań jéj dworu ślady ciężkich razów na ciele jéj odkryła.

Dla ubogich wielkie miała miłosierdzie, i sama chorym ostatnie oddawała usługi; a gdy dworzanie robili jéj uwagę, jakoby to nie zgadzało się z jéj godnością małżonki panującego odpowiedziała: „Alboż nie wiecie, że ja w tych ubogich służę Samemu Królowi Królów, Panu świata i Nieba Jezusowi Chrystusowi.” Razu pewnego, spotkawszy biednego nędznie odzianego wśród zimy, płaszcz mu swój oddała. Podczas panującego w całych Niemczech w roku Pańskim 1225 ciężkiego głodu, gdy mąż jéj z cesarzem do Włoch był odjechał, a jéj rządy państwa poruczył, kazała z dóbr książęcych wszystkie zapasy zboża rozdać ubogim, a przy zamku książęcym, codzień około tysiąca biednych, sama im usługując, karmiła. Kiedy na to pieniędzy w skarbie zabrakło, wszystkie swoje kosztowne stroje i klejnoty na ten cel sprzedała. Gdy świątobliwy książe Ludwik powrócił, a na to dworzanie przed nim szemrali, rzekł im: „Wdzięczny za to jestem siostrze mojéj (tak ją bowiem nazywał zwykle), niech wspiera ubogich, bo to dzieci nasze.”

Prócz takiéj szczodroliwości, założyła obok zamku książęcego szpital, gdzie sama codziennie chorym usługiwała, a także dom przytułku dla sierot, które jak najbogobojniéj wychowywała. Kiedy zdarzało się że wróciwszy od biednych, znachodziła na odzieniu własném roje robactwa, cieszyła się z tego jakby ją perłami obsypano. Będąc u siebie, ani chwili nie próżnowała, a zawsze zajęta jakąś pożyteczną robotą, przyrządzała ozdoby do kościołów albo ubrania dla biednych.

Ubierała się jak najskromniéj, a gdy jéj to przyganiano, mówiła jakby duchem prorockim: „Trzeba mi do szat takich nawykać, bo w nich łatwiéj mi przyjdzie kiedyś chleba żebrać.” Raz gdy od jéj ojca króla Węgierskiego, znakomici posłowie przybyli, mąż jéj zafrasował się nieco, że kosztowniejszych sukień nie ma na ich przyjęcie. Elżbieta wyszła do nich w zwykłém ubraniu, a okazała się im okryta przepyszną i nadzwyczaj bogatą szatą, lśniącą od kosztownych kamieni.

Spełniła się téż i jéj przepowiednia że do ubóstwa przyjdzie. Miała lat dwadzieścia, kieł dy mąż jej udał się na wyprawę krzyżową, i w Sycylii umarł. Brat jego Henryk, przywłaszczywszy sobie tron Turyngii, który z prawa spadał na syna Elżbiety, wygnał ją z zamku książęcego wraz z dziećmi, i z wszelkiego majątku odarł, od razu do nędzy przywodząc. Wyszła Święta pieszo, bez żadnego opatrzenia, mając tylko przy sobie dwie najwierniejsze swoje sługi: Izyntradę i Gutę. Noc spędziła w opuszczonéj i na pół rozwalonéj chacie, a o świcie słysząc dzwonienie na jutrznię w klasztorze Braci-mniejszych, udała się tam i uprosiła zakonników, aby hymn Te Deum laudamus uroczyście odśpiewali, na podziękowanie Panu Bogu, że ją w poczet ubogich Swoich zamieścić raczył. Zima była, i z dziatkami długo tulić się musiała w ciasnéj i nieopatrzonéj izdebce, którą jéj z miłosierdzia dano. Doznawała przytém wiele zelżywości od motłochu, przez niegodziwego jéj szwagra na nią podbudzanego. Zdarzyło się nawet, że pewna niewiasta któréj ona, gdy na tronie była, wielkie dobrodziejstwa świadczyła, spotkawszy ją na ciasnéj ścieżce, umyślnie w błoto wtrąciła. Wszystko to Święta nietylko bez skargi, lecz z weselem znosiła, a za to, Pan Jezus zalewał jéj serce coraz wyższemi niebieskiemi pociechami. Okazał się jéj razu pewnego i rzekł do niéj: „Czy chcesz być ciągle ze mną zjednoczoną, tak jak Ja chcę tego?”, na co odpowiedziała: „Tak Panie mój, wielbię we wszystkiém wolę Twoję, i nigdy od Ciebie odłączoną być nie chcę.”

Tymczasem krewni jéj panujący i Biskupi, o krzywdę jéj upomnieli się, i w końcu przywiedli Henryka do upamiętania, który i na zamek książęcy przyjął Elżbietę napowrót, i na wynagrodzenie krzywd jéj poczynionych, oddawał jéj wiele bogatych zamków i włości. Lecz ona nic z tego przyjąć nie chciała, posag tylko swój sobie zastrzegła, i w jego wartości niektóre dobra wzięła.

Wielu książąt panujących ubiegało się o jéj rękę, lecz wszystkim odprawę dała, a sama zostawszy siostrą Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego, postanowiła poświęcić się Bogu na wyłączną służbę. Chciała nawet rozdać zaraz ubogim całą majętność swoję, lecz jéj na to Konrad jéj ojciec duchowny nie zezwolił, a za to wewnętrznych umartwień jéj nie szczędził. Między innemi, kazał jéj oddalić od siebie owe dwie wierne sługi, które jéj w wygnaniu towarzyszyły, a które bardzo kochała, a przydał jéj w ich miejsce nieznośną kobietę, która się z nią najgorzéj obchodziła. Święta Elżbieta poddała się temu najpokorniéj, i tę zuchwałą sługę, znosiła aż do śmierci. Konrad z polecenia nawet samego Papieża Grzegorza IX, radził Elżbiecie aby klasztor Sióstr Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego założyła. Chwyciła się tego z radością, i wkrótce w mieście Marburgu, który jej był dziedzictwem, klasztor zbudowała i w nim i sama zamieszkała, Obok niego, założyła ogromny szpital, w którym żywiąc wielką liczbę ubogich, sama dzień i noc chorym usługiwała. Obchodziła się z niemi z taką miłością, że gdy razu pewnego uczuła wstręt do trędowatego, umywszy jego obrzydliwe rany, wodę tę wypiła.

Dzieci swoje (z których syn osiadł późniéj na tronie Turyńskim, jedna córka została zakonnicą, a druga wyszła za panującego księcia Brabanckiego), powierzywszy świątobliwym krewnym, sama żyła tylko z pracy rąk własnych, a całe swoje wielkie dochody, obracała na ubogich. W ciągu tego, gdy z mocy zapisu męża wypłacono jéj wielkie pieniądze, Święta zwoławszy przez woźnych umyślnie na to wyprawionych, wszystkich ubogich z całéj Turyngii i Hessyi, całe te wielkie sumy w jednym dniu pomiędzy nich rozdała. Lecz, Konrad i w tém ją chciał umartwić, i odtąd już nie dozwolił żadnéj dawać jałmużny pieniężnej, tylko usługiwać ubogim, co znowu Elżbieta chętnie i tém gorliwiéj spełniała.

Dnia pewnego, będąc w zachwyceniu, miała sobie objawioném że ją ma już Pan Jezus powołać do Siebie, a pełną cnót i zasług chociaż wtedy lat dwudziestu czterech jeszcze nie skończyła. Oznajmiła to zaraz Konradowi i zasłabła. Siedząca przy niéj zakonnica, usłyszała ją przecudnym głosem śpiewającą, a gdy się temu dziwiła, rzekła jej Elżbieta: „Ptaszek z Nieba przybyły, śpiewa przede mną pieśń anielską, przeto ja mu wtóruję.” Nazajutrz uczyniła spowiedź z całego życia przed ojcem Konradem, sporządziwszy testament, przez który wszystko co posiadała zapisała ubogim. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych znowu onym przecudnym głosem śpiewać zaczęła, pytając drugich czy słyszą tych Aniołów którzy z nią razem śpiewają. Potém wiele jeszcze mówiła o nieprzebraném miłosierdziu Pana Jezusa, który dla zbawienia ludzi śmierć poniósł, i wśród takiéj mowy spuściwszy głowę, spokojnie Bogu ducha oddała dnia 19 Listopada roku Pańskiego 1231. W cztery lata potém, Grzegorz IX z wielką uroczystością kanonizacyą jéj ogłosił.

Pożytek duchowny

Masz oto i w żywocie dzisiejszym dowód, jak dalece inaczéj ocenia świat wypadki tego życia, a inaczéj zapatrują się na nie Święci. Błogosławiona Elżbieta z najświetniejszego stanu panującéj przyszedłszy nagle do ostatniéj nędzy, przez uroczyście odśpiewane Te Deum laudamus, dziękowała za to Panu Bogu. Pamiętaj, że jest tylko z imienia chrześcijaninem, kto we wszelkiego rodzaju zsyłanych na nas klęskach, nie widzi szczególnego nad duszą która ich doznaje dowodu miłosierdzia Bożego.

Modlitwa (Kościelna)

Serca wiernych Twoich Boże miłosierny oświeć, a za przykładem i wstawieniem się błogosławionéj Elżbiety, daj nam gardzić pomyślnością tego świata, a doznawać zawsze pociechy niebieskiéj. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 996–998.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 916–917

Przykład świętej Elżbiety uczy nas, że nawet wśród największego blasku, w pełni szczęścia ziemskiego na tronie, można się ćwiczyć w cnotach pokory i zaparcia się siebie, i łączyć z bogactwem i wielkością ziemską to ubóstwo ducha, które według słów Jezusa prowadzi do osiągnięcia królestwa niebieskiego. Dalej przykład jej pokazuje nam, jak mamy używać dóbr ziemskich, by zatraciły swe zgubne strony, a stały się dla nas środkiem do zbierania zasług na żywot wieczny. Mamy ich używać szczególnie na chwałę Boga i zbawienie ludzi, jako też na cele dobroczynne. Nigdy nie powinniśmy przywiązywać swego serca do dóbr ziemskich, ale raczej — jak mówi święty Paweł — mamy je posiadać w takim duchu jak gdybyśmy nic nie posiadali, i oddać je równie chętnie jak je odebraliśmy, jeśli taka jest wola Boża. Tak właśnie myślała i postępowała święta Elżbieta. Uważała się tylko za zarządczynię i szafarkę swoich dóbr, używała ich jedynie na cele dobroczynne i oddała je ze spokojem i uległością, gdy Bóg chciał ją doświadczyć cierpieniem. W najgłębszym poniżeniu i nędzy okazywała się zawsze gorliwą służebnicą Bożą i dowiodła przez to, że istotnie była ożywiona tym prawdziwie chrześcijańskim duchem, tą czystą miłością Bożą, która nie zważając na okoliczności, nie ma innego celu, jak podobać się Bogu, służyć Mu i przez to osiągnąć zbawienie. Dlatego Kościół słusznie oddaje Elżbiecie szczególną cześć między Świętymi i obchodzi jej święto z żywą radością, mówiąc we wstępie Mszy św.: „Radujmy się wszyscy w Panu, którzy obchodzimy tę uroczystość na cześć świętej wdowy Elżbiety, nad którą radują się aniołowie i jednogłośnie wielbią Syna Bożego”. Kościół stosuje też do niej w sposób pełen znaczenia Ewangelię, gdzie Zbawiciel mówi: „Podobne jest Królestwo niebieskie skarbowi ukrytemu w roli, który znalazłszy człowiek, skrył, a pełen radości z niego odchodzi i wszystko, co ma, sprzedaje, a ową rolę kupuje” (Mat. 13. 44). Nie dając się zaślepić skarbami ziemskimi, znalazła ten lepszy, jedynie prawdziwy skarb, tj. skarb niebieski. Przy nim wszystko inne wydało się jej próżne i bez wartości. Oby nas pobudziła do naśladowania swych cnót! Obyśmy i my naśladowali jej pokorę i zaparcie się siebie, jej gorliwość w służbie Bożej i miłosierdzie dla biednych i nieszczęśliwych, obyśmy za nic mieli dobra i uciechy ziemskie, i chętnie je oddawali, by za nie zyskać dobro wiekuiste!

Tags: św Elżbieta Węgierska św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna księżna wdowa pokora małżeństwo umartwienie jałmużna ubóstwo
2020-11-13

Św. Dydaka Wyznawcy, z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1463.

(Żywot jego był napisany przez Marka Biskupa Lizbońskiego.)

Święty Dydak urodził się z ubogich a bogobojnych rodziców, w małém miasteczku zwanóm Sannikolo w Hiszpanii, na początku XV wieku. Zaledwie lat młodzieńczych dorósł, a czując w sobie powołanie do życia bogomyślnego i pokutnego, postanowił udać się na puszczę. Pod tę porę, w okolicach jego rodzinnego miasta, wśród lasu, na zupełnie osamotnioném miejscu, przy małym kościołku świętego Mikołaja, mieszkał pewien świątobliwy kapłan, wiodący życie pustelnicze. Święty Dydak osiadł przy nim, poddając się jego przewodnictwu duchownemu, i już od téj pory ćwiczył się w wielkich umartwieniach ciała, a Pan Bóg coraz go wyższemi darami bogomyślności wzbogacał. Dnie całe spędzał na modlitwie i pracy ręcznej. Uprawiał ogród przy ich pustelni będący, który aż nadto wystarczał na ich skromne utrzymanie, a nawet pracą około roli, Dydak i ubogich wspierał. Prócz tego, trudnił się wyrabianiem z drzewa łyżek, talerzy i innych podobnych sprzętów domowych, z których zarobek szedł znowu na utrzymanie kościołka.

Rozczytując się w Żywotach Swiętych Pańskich, szczególną czcią się przejął ku świętemu Franciszkowi Serafickiemu, w którym uwielbiał najwięcéj jego zamiłowanie najwyższego ubóstwa. Zdawało mu się bowiem, że kto naśladuje w téj Ewangelicznej cnocie Zbawiciela, łatwiéj Go naśladować będzie i we wszystkiém inném, a oraz daje Mu najwyższy dowód miłości, gdy przez wzgląd na Niego, gardzi tém właśnie, za czém ludzie najzapamiętaléj się ubiegają.

To téż święty Dydak w ubogim zrodzony stanie, nietylko nie utyskiwał na swoję położenie jak to wielu nawet chrześcijan czyni, lecz serdecznie ciesząc się ze swego ubóstwa, gorące składał Panu Bogu dzięki, że go od kolebki uchronił od dostatków, któreby sercę jego łatwo w sidła swoje uwikłać mogły. Chcąc zaś na zawsze zapewnić sobie posiadanie téj perły Ewangelicznéj powziął zamiar wstąpienia do zakonu Braci-Mniejszych, przez Serafickiego Patryarchę ubogich świętego Franciszka założonego. A że wiedział, iż godni jego synowie, brzydzić się powinni pieniędzmi jako najgłówniejszym środkiem do pozbawienia ich ubóstwa, już wtedy, będąc jeszcze na świecie dał dowód jak je za rzecz marną poczytuje.

Zdarzyło się, że wracając ze wsi do swojej pustelni, znalazł na drodze worek ze znaczną sumą pieniędzy. Byłato chwila kiedy on zajęty myślą o świętym Franciszku, właśnie zastanawiał się nad tém, że ten polecał braciom swoim, aby się nawet pieniędzy nie dotykali. To téż święty Dydak tknąć ich nie chciał; przywołał pewnego poczciwego rolnika niedaleko ztamtąd mieszkającego, i wskazawszy mu skarb znaleziony, polecił aby wyszukał właściciela i oddał mu takowy, a jeśli tego nie będzie mógł uczynić, rozdał wszystko na ubogich.

Takowe uczczenie z jego strony woli świętego Franciszka chociaż do tego nie był jeszcze wcale obowiązanym, uzyskało mu i łaskę wstąpienia do jego Zakonu. Wkrótce po tém zdarzeniu, sługa Boży opuścił pustelnię, a otrzymawszy od swego ojca duchownego, owego kapłana z którym przemieszkiwał, pozwolenie i błogosławieństwo na zostanie zakonnikiem udał się do rodziców, aby i od nich to samo uzyskać. Wszakże ci robili mu w téj mierze trudności. Póki przebywał na swojéj puszczy, mieli zawsze nadzieję że niezadługo wróci do nich, i dla tego tamtemu rodzajowi życia mniéj byli przeciwni. Lecz gdy szło o jego wstąpienie do zakonu, w którym przez uroczyste śluby jużby nieodwołalnie od świata i od rodziny się odłączył, nie mogli, a raczej nie chcieli zdobyć się na złożenie téj ofiary Panu Bogu. Bylito jednak ludzie bogobojni: lecz tak dalece to każda miłość ludzka, a nawet miłość rodzicielska, jeśli rodzice dzieci swoich nie miłują tylko w Bogu i dla Boga, lecz głównie dla swojéj dogodności lub pociechy, jest w gruncie samolubną i nie zdobywa się na ofiarę, chociaż takowéj sam Pan Bóg się domaga. W takich téż razach, dzieci nie rodziców lecz Boga słuchać powinne; głosem Boga, powołułującym ich do wyłącznéj służby Swojéj, powodować się są obowiązane, a nie głosem rodziców, powstrzymujących ich od tego. Gdyż do tegoto właśnie stosują się te słowa Pana Jezusa: „Kto ojca albo matkę swoję, więcéj miłuje niźli Mnie, nie jest mnie godzien”. 1

Święty téż Dydak, który był zawsze doskonałym synem, i bardzo miłował rodziców, nie miłował ich jednak więcéj nad Jezusa: Jego więc woli nad ich wolę, dał w tym razie pierwszeństwo. Niemogąc od nich otrzymać pozwolenia na wstąpienie do zakonu, tajemnie opuścił dom rodzicielski, i udał się do ubogiego klasztorka Braci-Mniejszych Obserwantów, u nas Bernardynami zwanych, w wiosce Arydzaffa, niedaleko miasteczka Korduby położonéj, i tam na laika czyli braciszka, do zakonu przyjętym został. Po roku próby podczas któréj zajaśniał wszystkiemi cnotami doskonałego Brata Mniejszego, wykonał śluby uroczyste, i w krótkim czasie tak się odznaczył zachowaniem jak najściślejszém ostréj Reguły świętego Franciszka, że go powszechnie nazywano żywą Regułą Braci-Mniejszych. Obok wysokich darów bogomyślności, której poświęcał co mu tylko zbywało czasu od koniecznych obowiązków i większą część nocy, jaśniała w nim przedziwna roztropność, miłość w obchodzeniu się z drugiemi, i taka trafność w rozwiązywaniu zadań Teologicznych, że wszyscy przypisywali to w nim darom nadprzyrodzonego światła Ducha Świętego.

Wyspy tak zwane Kanaryjskie, należące do Hiszpanii, zaludnione jeszcze podówczas były znaczną liczbą pogan. Przełożeni zakonu w którym był święty Dydak, wysyłając tam kilku swoich kapłanów na misyą, jego przydali im za towarzysza, wprawdzie jako prostego braciszka tylko, lecz z tym zamiarem i poleceniem, aby jeśli na tychże wyspach będą mogli założyć nowy klasztor, Dydaka zrobili przełożonym: co téż i nastąpiło. Na jednéj z wysp tych zastali misyonarze i chrześcijan tam już zamieszkałych, i wielu pogan nawrócili. Założyli więc w tém miejscu swój klasztorek, i święty Dydak został jego Gwardyanem czyli Przełożonym.

Na tym urzędzie, dowiódł sługa Boży, prosty braciszek, jak dalece dary Ducha Świętego zastępują wszelkie inne ludzkie wykształcenie, do obowiązku przełożonego potrzebne. Okazał się on nietylko doskonałym przełożonym, W którym znaleźli podwładni mu zakonnicy, najtrafniejszego przewodnika duchownego, lecz oraz zarządzając tą małą kolonią misyjną, odznaczył się Dydak apostolską gorliwością, jakiéj właśnie po nim wyżsi przełożeni jego się spodziewali. Nietylko kapłanów, którzy mieszkali w tym klasztorze używał do misyi, lecz i sam miewał na nich nauki, pełne ducha Bożego, i najobfitsze owoce przynoszące. Widząc jak Pan Bóg błogosławi jego pracom, umyślił i daléj udać się z niemi. Wyspa Wielka Kanarya była zamieszkała przez samych pogan, a najnieprzyjaźniejszych chrześcijanom, tak że pojawienie się pomiędzy nimi misyonarza, na największe narażało go niebezpieczeństwo. Dla tego święty Dydak sam się tam udał. Lecz gdy okręt przybił z nim do brzegów téj dzikiej krainy, żeglarze tak się ulękli okrucieństwa barbarzyńców tam mieszkających, którzy na ich spotkanie zbiegli się grożąc im śmiercią, że wylądować nie śmieli, pomimo że Dydak chciał aby jego przynajmniéj na ziemię wysadzili.

Po powrocie do klasztoru, zawezwany został od przełożonych do Hiszpanii. Ztamtąd w roku Pańskim 1450 udał się z kilku kapłanami swojego zakonu do Rzymu, gdzie odprawiał się wielki Jubileusz, a oraz odbyć się miała kanonizacya świętego Bernardyna Seneńskiego, tegoż zakonu Reformatora. Zastał tam prócz innych zakonników z całego świata licznie zgromadzonych, Braci-Mniejszych świętego Franciszka Serafickiego około czterech tysięcy. Natłok nadzwyczajny braci w Araczeli, głównym klasztorze Rzymskim ojców Bernardynów, spowodował tam był wtedy chorobę, na którą wielu z nich ciężko zapadło. Święty Dydak, którego znana była szczególna miłość i troskliwość o chorych, chociaż cudzoziemiec i z obcego klasztoru przybyły, wyznaczony został na głównego Infirmiarza, to jest usługującego chorym. Doglądał ich dzień i noc, ostatnie oddawał im usługi, a przynosząc ulgę w cierpieniach ciała, głównie pamiętał o ich duszach. Pocieszał cierpiących braci, pobudzał do cierpliwości, przygotowywał do jak najpobożniejszego przyjmowania Sakramentów świętych, i na ostatnią godzinę przedziwnie usposabiał. Tak go téż wszyscy kochali, szanowali i wysoko poważali, że dla każdego chorego, już sama obecność tego świętego braciszka była najpożądańszą ulgą i największą pociechą. Bo téż w obchodzeniu się z nimi nie kładł granic w miłości. Zdarzyło się, że jeden z chorych miał całe ciało pokryte wrzodami, których wyciskanie nakazane przez lekarza, wielkie zadawało mu cierpienia. Święty Dydak, aby to bez bolu chorego czynić, wysysał ustami ropę z wrzodów. Gdy zaś obecny wtedy zakonnik dziwił się temu, Święty odrzekł mu z prostotą: „Mój ojcze, to jest najwłaściwszy lekarski środek, w cierpieniach tego rodzaju.”

Taką téż miłość jego dla chorych, nagradzał mu Pan Bóg i darem czynienia nad nimi cudów. Przez namaszczania ich olejem z lampy palącéj się przed obrazem Matki Bożéj, do któréj całe życie miał szczególne nabożeństwo, wielką liczbę śmiertelnie chorych uzdrowił, Miało to miejsce szczególnie, kiedy podczas jego pobytu w Rzymie, morowe powietrze grasowało w tém mieście, gdzie wielu niém dotkniętym, Dydak cudownie zdrowie przywrócił.

Podeszły już wiekiem, gdy mieszkał w klasztorze w Alkala w Hiszpanii, lekko zachorowawszy, zapowiedział braciom iż śmierć się jego zbliża. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych z najżywszą skruchą, odziany w habit pokryty łatami, który mu od wielu lat już służył, trzymając krzyż w ręku i wymawiając z rzewną pobożnością te słowa hymnu kościelnego: „Słodkie drzewo, słodkie gwoździe, słodkie dźwigające brzemię, któreś godne było unosić na sobie Króla Niebieskiego,” oddał Bogu ducha dnia 12 Listopada roku Pańskiego 1463. Papież Sykstus V w poczet go Świętych zapisał.

Pożytek duchowny

Jak każdy Święty Pański, tak i święty Dydak którego żywot czytałeś, odznaczał się szczególną miłością i litością dla chorych. Czy w téj cnocie ćwiczysz się bo nie bez tego żebyś do niéi nie miał sposobności w jakimkolwiek zostajesz stanie? Pamiętaj: że kto chorym nie okazuje litości szczególnéj, ten dowodzi wielkiego w sobie braku miłości bliźniego.

Modlitwa (Kościelna)

Wszechmogący i wielki Boże, który przedziwném rozporządzeniem Twojém, to co słabém jest według świata, używasz na zawstydzenie tego co wzniosłém; spraw miłościwie za wstawieniem się błogosławionego Dydaka Wyznawcy Twojego, abyśmy w pokorze utwierdzeni, do wiecznéj chwały w Niebie być wyniesionymi zasłużyli sobie. Przez Pana naszego i t, d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 974–976.

Footnotes:

1

Mar. X. 12.

Tags: św Dydak z Alkali św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Papież monoteletyzm Kościół ubóstwo posłuszeństwo Duch Święty św Bernardyn ze Sieny choroba
2020-10-27

Św. Iwona, z Trzeciego Zakonu św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1303.

(Żywot ta wyjęty jest z Bulli jego kanonizacyi.)

Święty Iwo francuz, urodził się w małéj wiosce Martini w prowincyi Bretańskiéj (Bretagne) położonéj, roku Pańskiego 1258. Ojciec jego nazywał się Helory, matka miała imię Azora, oboje ze szlacheckiego rodu i wzorowi chrześcijanie. Dziecinne lata spędził pod okiem bogobojnych rodziców, którzy gdy podrósł oddali go do szkół, i zwierzyli dozór jego bardzo zacnemu nauczycielowi. Ten niewiele miał około niego pracy, gdyż znalazł w nim i zdolności niepospolite, i wielką w naukach pilność, ale szczególnie gruntowną pobożność, którą młody ten chłopaczek odznaczał się w gronie swoich rówienników. Gdy miał lat czternaście, a w naukach znakomity uczynił postęp i wielkie w nich okazywał zamiłowanie, rodzice chociaż pragnęli już się z nim nie rozstawać, bo największą był dla nich pociechą, na jego jednak usilne prośby, wysłali go do Paryża dla słuchania tam wyższych wykładów w akademii.

Młody Iwo, jakkolwiek sam życzył sobie tego, znał jednak niebezpieczeństwa dla duszy, jakie spotykają zwykle młodzieńca, dla pobierania wyższych nauk do wielkiego miasta udającego się, i wchodzącego w grono niedorosłych ludzi łatwy dających przystęp przewrotnym zasadom wszelkiego rodzaju. Polecił się téż w szczególny sposób opiece Matki Bożéj, do któréj miał zawsze serdeczne nabożeństwo, zawiązał bliższe stosunki tylko z młodymi towarzyszami podobnież jak on pobożnymi, a obrawszy sobie światłego i świątobliwego spowiednika, często przystępował do Sakramentów świętych. Co mu zaś zbywało czasu od nauk, ten poświęcał na modlitwę. To wszystko utrzymało go stale na drodze pobożności, do któréj wdrożonym był od lat dziecinnych, i nietylko nie przeszkodziło mu w jego pracach naukowych, ale owszem, tak się w nich świetnie odznaczył, że uzyskawszy wyższe stopnie akadamickie w uniwersytecie Paryzkim, udał się do uniwersytetu w Orleanie, dla słuchania Teologii i prawa kanonicznego, gdyż wtedy już powziął był zamiar wstąpienia do stanu duchownego.

Od téj pory, zaczął zadawać sobie różne umartwienia ciała: przestał używać wina i wszelkiego trunku, jadał tylko najprostsze potrawy, i ostrą włosiennicę nosił na ciele. Wszystkie posty przez Kościoł nakazane zachowywał susząc o chlebie i wodzie, i wiele dobrowolnych przydawał, w których jadał tylko trochę jarzyny surowéj. Sypiał zwykle trzy godziny tylko na gołéj ziemi, pod głowę biorąc księgę Pisma Bożego, a gdy się już bardzo czuł strudzonym, podściełał sobie trochę wiórów albo liści suchych. Często całe noce spędzał w piwnicy na modlitwie. Umartwienia téż takowe, wyjednały mu łaskę nieskazitelnéj czystości, którą od dzieciństwa przez całe życie dochował, a przytém i inne dary szczególne, któremi go Pan Bóg na modlitwie obdarzał. Podczas niéj obcował z Aniołami, którzy mu się objawiali w postaci widzialnéj, rozmawiali z nim, pokrzepiali go w jego pracach i trudach, i wielką napełniali pociechą.

Skoro został kapłanem, a już przedtém znany powszechnie ze swojéj wysokiéj świątobliwości, życia bardzo pokutnego, wielkiego dla biednych miłosierdzia i znakomitéj nauki, Archidyakon Renińskiéj dyecezyi, powołał go na urząd Oficyała, którego głównym obowiązkiem, było załatwianie spraw sądowych w téj dyecezyi. Oddał się temu święty Iwo całém sercem, a powodowany wielką dla biednych miłością, stał się najtroskliwszym opiekunem wdów, sierot i ubogich, których nietylko załatwiał sprawy jak najprędzéj i według najściślejszéj sprawiedliwości, lecz sam podejmował się ich obrony bezpłatnie, owszem z własnéj kieszeni potrzebne na to koszta zaspokajał. Czynił to nawet dla ubogich i przed sądami świeckiemi, chodził około ich sprawy najpilniéj, odwiedzał ich i pocieszał jeśli trzymani byli w areszcie, lub ukarani więzieniem. Słowem słusznie zwano go powszechnie Obrońcą wszystkich ubogich i we wszystkich ich prawach.

Jak tylko miała się wytoczyć jaka sprawa przed jego Trybunał jako najwyższego Sędziego Dyecezyalnego, dokładał wszelkiego starania, aby strony występujące przeciw sobie, pojednać przed rozpoczęciem sprawy. Udawało się to ma najczęściej, gdyż wysoka jego świątobliwość powszechnie znana, nadzwyczajną dawała mu powagę. Zdarzało się, że osoby najzawzięciéj przeciw sobie mające wystąpić, gdy pomimo jego prośb i starań pogodzić się nie chciały, w końcu jednały się, w skutek Mszy świętéj, którą na tę intencyą odprawiał. Gdy zaś wypadało mu wydać jaki wyrok chociażby najłagodniejszy, rzewnemi łzami się wtedy zalewał, mówiąc iż mu to żywo stawi na pamięci sąd ostateczny, na którym przyjdzie mu wysłuchać wyroku jaki Pan Bóg na niego wyda.

Tak święty sposób sprawowania ważnego urzędu którym był obarczony sprawił, że wszyscy Biskupi okoliczni, pragnęli mieć go przy sobie, jeden przed drugim ubiegali się o to. Tregirejski (Trégire) przyciągnął go do swojéj dyecezyi, i w téj zajaśniał Iwo wysokiemi cnotami, na tymże samym urzędzie Oficyała Biskupiego. O ile ubodzy go kochali jak ojca, a wszyscy prawi i poczciwi ludzie w wielkiéj czci mieli, o tyle i źli nawet okazywali się jego powadze uleglejszymi niż komu innemu. Zdarzyło się, że urzędnicy królewscy, dopuszczając się wielkiego bezprawia, zagrabili już byli rzeczy do Biskupa należące, i zabierali się toż samo zrobić i ze sprzętami kościelnemi. Nikt się ich przemocy opierać nie śmiał, ani sam Biskup już pokrzywdzony. Święty Iwo udał się do kościoła gdzie ciż łupieżcy przybyli, i sam jeden stawiąc im czoło, odwiódł od tego Świętokradztwa, i skłonił nawet do oddania Biskupowi tego co mu niesłusznie wydarli.

Święty Iwo sprawując urząd Oficysła, był razem i proboszczem parafii Lohaneckiéj (Lohanec). Widząc iż częste wydalenie się z plebani, nie dozwala mu osobiście zatrudniać się powierzonemi mu duszami, uwolnił się od urzędu Oficyała, i już stale pomiędzy swojemi owieczkami zamieszkał. Wielki wielbiciel świętego Franciszka Serafickiego, niemogąc dla słusznych powodów opuścić świata, na którym tyle dobrego robił a sobie tak wielkie skarbił przed Bogiem zasługi, wstąpił do Trzeciego Zakonu przez Patryarchę Asyskiego założonego, to jest został Tercyarzem Reguły świętego Franciszka Serafickiego.

Odtąd téż podwoił umartwień ciała, jeszcze uboższe jak dotąd prowadził życie, i na miłosierne uczynki obracał wszystkie swoje dochody, a nawet i od innych na też cele wielkie wypraszał jałmużny. Przywdział ubogą szarą satanę z kapturem; posty tak ścisłe zachowywał że zdarzało się iż cały tydzień żadnego zgoła nie brał posiłku, a wtedy nietylko żadnych ze swoich obowiązków nie opuszczał, lecz widziano go jeszcze czynniejszym, a tak świeżo wyglądającym po kilku dniach nie jedzenia, jakby przez ten czas na najposilniejszych pokarmach się odżywiał. Wstawał o północy, na odmówienie pacierzy kapłańskich, zwanych Jutrznią. Odprawiał Mszę świętą codziennie, i podczas podniesienia widywano spuszczającą się na niego kulę ognistą. Na kazania jego zbierało się tak wiele ludzi, że za każdą razą trzeba było urządzać mu kazalnicę za kościołem, aby nagromadzone tłumy ludu słuchać go mogły. Razu pewnego idąc z kazania do sąsiedniej wioski, nadszedł nad rzekę niespodzianie wezbraną, na któréj most był zerwany. Przeżegnał ją, i wody się przed nim rozstąpiły, a gdy suchą nogą przeszedł na brzeg drugi, na powrót koryto zajęły. Gdy już nie miał pieniędzy, suknie swoje oddawał ubogim. Zdarzyło się że spotkawszy zimą starca na pół nagiego, oddał mu swoję sutanę z kapturem; skoro od niego odszedł, ubogi zniknął, a suknia sama cudownie napowrót go przyodziała. W czasie panującego morowego powietrza z plebanii swojéj zrobił szpital a późniéj założył osobny, i ten swoim staraniem ciągle utrzymywał. Miał zwyczaj codziennie brać do stołu jednego ubogiego. Razu pewnego przyszedł trędowaty, tak obrzydliwemi wrzodami okryty, że sam Iwo doznał na ten widok wstrętu. Aby się przezwyciężyć, posadził go obok siebie i jadł z nim z jednego talerza. W środku obiadu, gość ten stał się jasnym jak słońce, tak że cały pokój zdawał się w ogniu, i powiedziawszy Dominus vobisum: „Pan z wami” znikł: byłto bowiem Anioł, którego mu Pan Bóg zesłał w nagrodę tego rodzaju jego uczynności i miłości dla biednych. Dzikie zwierzęta wszelkiego rodzaju tak mu były posłuszne, że w polu lub w lesie, ptaki siadały mu ma ręku, i na jego zawołanie przylatywały i odlatywały.

W cnotach wszelkich coraz większego nabierając wzrostu, i wielu rozmaitemi obdarzony od Boga darami, miał sobie objawioną godzinę śmierci, i tę na kilka tygodni przed zgonem wyraźnie zapowiedział. Gdy nadeszła, przyjął ostatnie Sakramenta święte z uczuciami najżywszéj wiary i pobożności, i słuchając śpiewów anielskich, zasnął błogo w Panu dnia 19 Maja roku Pańskiego 1303.

Za życia i po śmierci słynącego cudami, Papież Klemens VI w poczet Świętych wpisał. Święto jego dziś się obchodzi, jako w rocznicę przeniesienia ciała jego z Paryża gdzie umarł, do miasta Tregiery.

Pożytek duchowny

Święty Imo który za życia był szczególnym obrońcą i opiekunem spraw wdów, sierot i ubogich, jest dziś królujący w niebie, głównym Patronem tych, którzy z urzędu swojego ten rodzaj obowiązków spełniają. Gdy więc masz jaką sprawę rozpoczynać, uciekaj się do jego pośrednictwa, aby ci dał tak jak to za życia często robił, pojednać się ze stroną tobie przeciwną, bez wszczynania procesu, który rzadko bez obrazy miłości bliźniego prowadzić można.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Iwona, wyznawcę Twojego, miłosiernemi uczynkami, cudami i cnotami, w Kościele Twoim świetnym uczynił; spraw prosimy, abyśmy za jego zasługami i modlitwami, Twoich dobrodziejstw dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 920–922.

Tags: św Iwo z Bretanii „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna czystość sprawiedliwość ubóstwo zaraza miłość nieprzyjaciół
2020-10-16

Św. Jadwigi, Księżnéj Polskiéj

Żyła około roku Pańskiego 1243.

(Żywot jéj był napisany przez Engelberta Cystersa.)

Święta Jadwiga przyszła na świat roku Pańskiego 1174, z ojca Bertolda książęcia na Karyntyi, margrabiego Morawskiego, hrabiego na Tyrolu, i Agnieszki księżniczki Rakuzkiéj. Na wychowanie oddana została do klasztoru Benedyktynek w Lucyngu, gdzie już zauważano w niéj szczególne upodobania we wszystkiém co się służby Boskiéj tyczyło. W dwunastym roku, wydana została za mąż za Henryka, przezwanego Brodatym, Polskiego i Szlązkiego książęcia, prawnuka króla Bolesława Krzywoustego.

Pobożna, skromna, miłosierna, serce swoje od dzieciństwa Bogu poświęciwszy, od wszelkiéj próżności światowéj daleka, taką się okazała w stanie małżeńskim Jadwiga, a przez co małżonka swojego doskonałego chrześcijanina, zbawiennym wpływem i własnym przykładem do jeszcze gorliwszéj pobożności pobudziła.

Dziatki któremi ich Pan Bóg udarował, wychowała w bojaźni Bożéj, przykładem własnym do wszelkich cnót chrześcijańskich je zaprawiając. Książęcy dwór utrzymywała na téj stopie, aby się na nim wszyscy nieposzlkowanemi obyczajami odznaczali. Za przyboczne swoje panie brała tylko te które się szczególną odznaczały pobożnością, niecierpiąc pomiędzy niemi nietylko żadnego zgorszenia, lecz nawet cienia płochości. Przestrzegała także, ażeby nie dopuszczano się grzechu obmowy, tak zwykle na wielkim świecie popełnianego; mawiała bowiem, że obmówca dwie dusze zabija i swoję i tego kto go chętnie słucha. Dla poddanych swojego obszernego państwa była prawdziwie matką najtroskliwszą: najchętniéj za każdym z nich wstawiała się do książęcia męża swojego, i skoro się dowiedziała o jakim ucisku biedniejszych, zaraz się oto przed nim uskarżała. Na rządców we własnych dobrach a nadzwyczaj rozległych, wybierała ludzi nieposzlakowanéj prawości, zalecając im jak największe dla włościan miłosierdzie, a od czasu do czasu wysyłała tam swoich kapelanów, aby ściśle dochodzi, czy czasem jakiéj niesprawiedliwości nie dopuszczają się ciż rządcowie względem jéj poddanych. Oszczędna na próżne i zbytkowne wydatki, tak hojne czyniła jałmużny, że z ogromnych dochodów których była panią, ledwie setną część na własne używała potrzeby, a resztę obracała na miłosierne uczynki. Wspierała ubogie duchowieństwo, kościoły wspaniałe budowała, zakładała i uposażała klasztory tak męzkie jak żeńskie. Wywdzięczając się Cysterkom, u których była wychowana, założyła dla nich klasztor w Trzebnicy, który tak hojnie zaopatrzyła, że oprócz przeszło stu zakonnic które tam mieszkały, mogło jeszcze przy nim, wedle myśli założyielki, tysiąc osób jużto wychowanie odbierać, już mieć na całe życie utrzymanie. Przytém nietylko wspierała po książęcemu ubogich, lecz miała kilkunastu chorych umieszczonych przy pałacu, którym sama wszelkie oddawała usługi. Także trzynastu biednym codziennie rozdawała obiad, zanim sama do książęcego stołu zasiadła. Ażeby się téj zasługi żadnego dnia nie pozbawiać, gdy po kraju podróżowała, trzynastu ubogich wozić kazała za sobą. Więźniów za długi trzymanych, wykupywała. W latach w których przewidywała głód z powodu nieurodzajów, robiła wielkie po własnych włościach zapasy zboża, a gdy głód nadszedł, kazała po całém państwie obwoływać żeby lud ubogi do jéj spichrzów się udawał, gdzie mu żywność bezpłatnie rozdawano. Mogła zaś tém bardziéj tak hojną być na biednych, że na własne potrzeby coraz mniéj wydawała. Prócz uroczystości dworskich, w których przywdziewać się kosztowniéj musiała, codziennie nosiła prostą szarą suknię.

Po ośmiu latach pożycia małżeńskiego, gdy trzech synów i trzy córki mężowi powiła, mając lat dwadzieścia, skłoniła małżonka do zachowania już odtąd dozgonnéj czystości, i do togo przed Biskupem ślubem się zobowiązali. Od téj pory Jadwiga, jakby najskromniejsza dziewica, już nigdy sam na sam z mężem nie pozostawała. Nawet gdy go doglądała w chorobie, miała zawsze przy sobie, jednę albo dwie panie dworskie. Od tego czasu także w ulubionym swoim klasztorze Trzebnickim przebywała, a nawet za zezwoleniem męża, habit przyoblekła, i wszystkie obowiązki surowéj Reguły spełniała jak najwierniéj. Ślubów jednak zakonnych nie uczyniła, a to dla tego, aby wielkiemi dostatkami jakie posiadała, mogła ciągle rozrządzać na korzyść ubogich. Sama zaś takie zachowywała ubóstwo, że nigdy habita nowego nie włożyła, lecz donaszała taki który już przez inne siostry zakonne dobrze był wytarty. Na pożywienie zbierała resztki chleba z ich stołu, lub to co po ubogich którym sama rozdawała żywność, pozostawało, mówiąc iż to co po nich dostaje, uważa jakby po Chrystusie dostawała, gdyż w każdym z nich samego Zbawiciela widzi. Obchodziła się téż z niemi z największym uszanowaniem i niekiedy im nogi całowała. Z szczególnym także była szacunkiem dla zakonnic, jako oblubienic tegoż Chrystusa Pana, i wszystko co od nich pochodziło, jakby za relikwie sobie poczytywała, tak dalece że używając wspólnego klasztornego ręcznika do otarcia twarzy, starała się ocierać tą jego częścią, która najwięcéj zabrudzona była. Wodę w któréj zakonnice nogi myły, używała za lekarstwo na kąpiel dla własnych dzieci gdy które z nich chore było, i zwykle tym jednym środkiem zdrowie im przywracała.

Mieszkając w klasztorze, w którym miała pociechę widzieć zakonnicą a późniéj przełożoną swoję córkę Gertrudę, przykładem własnym i wpływem, bardzo wiele dziewic i wdów z najmożniejszego stanu, do służby Bożéj powołała. Modlitwa jéj ustawiczną niejako była, miłosiernemi tylko uczynkami przeplatana: większą część nawet nocy, zwykle leżąc krzyżem, spędzała na niéj przed ołtarzem Matki Bożéj. Wtedy właśnie wielkie odbierała łaski. Razu pewnego, co nawet widziały inne zakonnice, Pan Jezus ukrzyżowany umieszczony nad ołtarzem przenajświętszéj Maryi Panny przed którym się modliła, ściągnął z krzyża prawą rękę i nią błogosławiąc Jadwigę, głośno przemówił w ta słowa: „Wysłuchana jest modlitwa twoja, to o co prosisz otrzymasz.”

Bardzo przytém pokutne prowadziła życie: prócz niedzieli, w każdy inny dzień, raz tylko około wieczora brała niewielki posiłek. We wtorki i czwartki jadała z masłem, w poniedziałki i soboty tylko trochę jarzyny, a środy i piątki o chlebie i wodzie suszyła. Pod habitem miała ciągła ostrą włosiennicę. W największe zimna, lekkim tylko zakonnym płaszczem okryta, pomimo mrozów i śniegów boso chodziła. Podczas ciężkiéj zimy spowiednik nakazał jéj nosić trzewiki; ona je pod płaszczem zawiesiła u pasa, a kiedy ojciec duchowny strofował ją o nieposłuszeństwo, Święta pokutnica pokornie i z uśmiechem tłómaczyła mu że przecież je nosi, i uprosiła aby jéj nie kazał na nogi ich wkładać. Sypiała zawsze na ziemi, a w chorobie, zaledwo pozwoliła aby jéj siennik posłano. Zadając sobie srogie biczowania, domagała się jeszcze aby i siostry jéj tę usługę wyrządzały, i usilną prośbą zmuszała że jéj nie oszczędzały.

Najdotkliwsze dopuszczenia Boże, znosiła z poddaniem się woli Jego przenajświętszéj i dziękczynieniem nawet. Gdy męża jéj w bitwie z Czechami zranionego wziął do niewoli Konrad książe Czeski, na wieść tę spokojnie rzekła tylko: „Ufam że Pan Bóg rychło go wyswobodzi.” A kiedy Konrad pomimo wszelkich starań uczynić tego nie chciał, i zabierało się do nowéj z nim z tego powodu wojny, święta Jadwiga, zapobiegając rozlewowi krwi chrześcijańskiéj, sama coprędzéj do tego książęcia się udała. Człowiek ten znany ze swojéj zawziętości i uporu, skoro ją ujrzał zmiękczał, męża jéj oddał, a tak i księcia wyrwała z niewoli, i pokój dla dwóch ludów pozyskała.

Podobnąż uległość woli Bożéj okazała po zgonie syna, na który nawet w cudowném widzeniu własnemi patrzała oczyma. Ten dowodząc wojskami chrześcijańskiemi przeciwko Tatarom, w krwawéj bitwie pod Lignicą poległ. Lubo oddalona od miejsca tego, Jadwiga duchem widziała całą bitwę: patrzała jak syn jéj przebity mieczem upadł z konia, a Tatarzy uciąwszy mu głowę, zatknęli ją na dzidę i obnosili naokoło zamku Lignickiego, dla postrachu oblężonych. Widzenie takowe objawiła zaraz Demundzie zakonnicy, która z nią najbliżéj przestawała, a potém i innym zakonnicom i swojej synowéj. W parę dni późniéj odebrana z pola bitwy wiadomość, stwierdziła jéj widzenie, a gdy siostry nad nią płakały, ona uklęknąwszy i podniosłszy oczy do Nieba rzekła: „Panie! dzięki Tobie żeś mi dał syna, który w obronie chrześcijaństwa życie swoje położył. Polecam Ci Boże mój, duszę jego, i nie wątpię że już ją do Siebie przygarnąć raczyłeś.”

O dniu swojéj śmierci, miała także objowienie, i niechorując jeszcze, nad zwyczaj kościelny uprosiła aby jéj udzielono Sakrament ostatniego namaszczenia, po którego przyjęciu niezwłocznie w śmiertelną zupadła chorobę. W chwili konania, wobec sióstr zgromadzonych zesłał Pan Bóg do niéj z Nieba wiele dusz błogosławionych, które witała po imieniu, w których liczbie były święte Magdalena, Tekla, Katarzyna, Urszula i inne. Długo z niemi po łacinie rozmawiała, i wśród togo, błogo zasnęła w Panu dnia 15 Października roku Pańskiego 1243.

Jak za życia wielu cudami słynęła, tak jeszcze bardziéj po śmierci. Żyjąc bowiem wielu ciężko chorych uzdrowiła, żegnając ich obrazkiem Matki Boskiéj, który zawsze miała przy sobie. Dwóch z powieszenia umarłych, modlitwą swoją wskrzesiła. Gdy w lat dwadzieścia cztery po jéj śmierci, Papież Klemens IV miał ją kanonizować, przygotowując się do tego, w czacie Mszy świętéj prosił Pana Boga, aby przez zasługi świętéj Jadwigi uzdrowił ślepą dziewicę obecną wtedy w kościele: cud ten nastąpił niezwłocznie i Papież w poczet ją Świętych wpisał.

Pożytek duchowny

Święta, któréj żywot przeczytałeś, dwiema szczególnie jaśniała cnotami: wzgardą zaszczytów i dostatków ziemskich, i miłosierdziem dla ubogich. Oblicz się z własném sumieniem czy nie żywisz w sercu żądzy wywyższenia i pragnienia bogactw doczesnych, dwóch uczuć najprzeciwniejszych duchowi Ewangelii świętéj, którym każdy chrześcijanin rządzić się koniecznie powinien; a także czy dla ubogich wedle możności jesteś miłosierny, bo tylko miłosierni dla bliźnich, miłosierdzia Bożego dla siebie dostępują.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionéj Jadwidze, dał łaskę wzgardzenia wielkościami tego świata, a całém życiem postępować pokorną drogą Twojego krzyża; spraw, abyśmy za jéj zasługami i przykładem, nauczyli się wzgardzić znikomemi téj ziemi roskoszami, i ująwszy się Twojego Krzyża, wszelkie przeciwności zwyciężali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 885–888.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 829–830

„Męża serce jej zaufa. Świadczy mu dobrze, a nigdy źle po wszystkie dni jego życia”, mówi Pismo święte, kreśląc obraz dobrej małżonki. „Wstaje ona rano rychło i daje pożywienie domownikom, a pokarm służebnicom. Opasuje siłą biodra swe i wzmacnia ramię, nie gaśnie jej światło nocą. Palce jej chwytają kądziel, trudni się wszystkim, a nigdy nie próżnuje. Jest miłosierną niewiastą, dłoń otwiera dla chorych a ramiona wyciąga ku biednym. Jest ostrożna, nie obawia się w zimie mrozu, gdyż domownicy podwójną noszą odzież. Siła i wdzięk są jej szatą. Jest białogłową, która otwiera usta mądrze, a której język jest prawem łagodności. Niewiasta, bojąca się Boga, będzie chwalona”. – Dwie przeto zalety powinny jaśnieć w chrześcijańskiej niewieście:

  1. Powinna być bogobojną i przestrzegać wiary w swej rodzinie. Cały dom zostaje pod jej zarządem. Sumienna i gorliwa w pełnieniu obowiązków na kazanych religią, łagodnością i dobrym przykładem powinna poruczoną swej pieczy rodzinę zachęcać do naśladowania. Utwierdzona w nauce wiary i moralności niechaj na to baczy, aby wszyscy domownicy szanowali religię, gdyż nieznajomość religii rodzi obojętność w wierze, która jest źródłem wielu grzechów i zdrożności. Chrześcijańska niewiasta nie pozwala, aby w jej domu przekraczano przykazania Boskie i kościelne. Bacznie uważa na to, aby w jej domu nie dopuszczano się niczego, co obraża skromność. Nie pozwala na czytanie ksiąg i gazet, obrażających wstyd i przyzwoitość; rano i wieczorem gromadzi wszystkich na wspólną modlitwę, połączoną z budującym czytaniem i nauką, i zaszczepia tym sposobem w swym otoczeniu ducha pokoju, zgody i pobożności.
  2. Troszczyć się powinna o czeladź i sługi. Troskliwość ta jest nader ważna, bo już Pismo święte mówi: „Dobry sługa niech ci będzie miły jak własna dusza”, a jeśli Pan Jezus każę miłować bliźniego jak siebie samego, to tym przykazaniem obejmuje i sługi. Święty Paweł mówi: „Kto nie ma starania o swoich i domowników, wyparł się wiary i gorszy jest od niewiernego”. Dobra gospodyni miłuje sługi jakby należały do rodziny i widzi w nich istoty przeznaczone do szczęścia wiekuistego. Stara się osłodzić im ich przykry los, czuwa nad ich życiem i moralnością, gdyż niewierne Bogu sługi nie mogą być wierne państwu, a rozpustnym i niemoralnym życiem zatruwają dusze dzieci. Pani domu płaci im regularnie zasługi, nie wypowiada im służby bez ważnego powodu, a w razie choroby ma o nich macierzyńskie staranie. Szczęśliwy zaiste dom, którym zarządza białogłowa idąca w ślady świętej Jadwigi!
Tags: św Jadwiga Śląska „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Maryja księżna żona matka obmowa jałmużna ubóstwo władza kobiecość
2020-08-19

Św. Ludwika, Biskupa z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1299.

(Żywot jego znajduje się w kronikach Braci Mniejszych, przez ojca Wadynga.)

Święty Ludwik był wnukiem świętego Ludwika króla Francuzkiego, siostrzeńcem świętéj Elżbiety Węgierskiéj synem Karola II, króla Neapolitańskiego i Maryanny królewny Węgierskiéj. Przyszedł na świat w mieście Bryniol we Francyi, roku Pańskiego 1274.

Dzieckiem, prawie nigdy co do rozumu nie był: ochmistrze nigdy nie potrzebowali go upomnieć, a od kolebki podziwiali w nim szczególne usposobienie do pobożności. Zwykle oddalał się od swoich rówienników, którzy dla jego towarzystwa na dworze królewskim razem z nim byli chowani, i gdy ci szli na jaką rozrywkę, on śpieszył do kaplicy pałacowéj i tam się modlił. Skromność tak mu była wrodzoną, że dzieckiem będąc, nigdy nie dozwolił aby niewiasty w jego pokoju przebywały. W siódmym roku, zaczął trapić niewinne swoje ciało: w nocy wstawał z wygodnego łóżka i sypiał na dywanie na ziemi rozesłanym. Gdy słuchał Mszy świętéj, odsuwał na bok klęcznik który dla niego był przygotowany, i klęcząc na posadzce, ze zbudowaniem wszystkich patrzących, z przedziwną gorącością ducha modlił się. Do Matki Boskiéj miał tak wielkie nabożeństwo i tak widoczną była Jéj opieka nad nim, że go nazywano ulubioném dzieckiem Maryi. Codziennie na Jéj cześć wiele odmawiał modlitw, i różne zadawał sobie umartwienia. Obdarzony niepospolitemi zdolnościami, a będąc pod kierunkiem najbieglejszych mistrzów, w naukach wielki postęp czynił.

W czternastym roku, Ludwik wraz z dwoma braćmi posłani zostali do króla Aragonii jako zakładnicy za ojca, który w bitwie wzięty był do niewoli. Nasz Święty w tym rodzaju więzienia przepędził lat siedem, gdzie niezawsze obchodzono się z nim jak z synem królewskim, co go właśnie najwięcéj cieszyło. Zwykł téż był mawiać do braci: „Przeciwności są najkorzystniejsze dla duszy pragnącéj służyć Panu Bogu; gdyż najlepiéj dowodzimy Mu miłości w cierpieniach. Pomyślność upaja człowieka, zaślepia go i rozbudza złe namiętności. Weselmy się przeto, ile razy Pan Bóg od tych niebezpieczeństw Sam nas uchrania.” Niepoprzestając téż na tych przykrościach jakie mu zadawali źli ludzie, przymnażał sobie dobrowolnych umartwień coraz więcéj. Kilka razy w tygodniu ścisłe zachowywał posty, i na gołém ciele nosił kolczasty łańcuch, który go do krwi ranił.

Podczas to tego swojego pobytu w niewoli, zawiązał bliższe stosunki z zakonnikami świętego Franciszka Serafickiego. Tak ich polubił, iż uzyskał pozwolenie aby dwóch było przy nim nieodstępnie, i w tymże co on sypiało pokoju. Większą część dnia spędzał z nimi na czytaniu ksiąg świętych i modlitwie. W nocy wstawał na jutrznię, każdego dnia odmawiał Officium o Matce Bożéj i godzinki o Męce Pańskiéj. Przed Mszą świętą codziennie się spowiadał, żeby z tém większém nabożeństwem być na niéj obecnym; a chociaż wolno mu było wychodzić, nigdzie nie bywał jak tylko w Kościele i w szpitalach, gdzie chorym najniższe oddawał usługi. Pod tę porę także zajął się pilnie nauką filozofii i teologii, pod przewodnictwem kapłanów zakonu Braci Mniejszych, i wyszedł na jednego z najuczeńszych swojego czasu teologów.

Powróciwszy na dwór ojca, znajdując się w zamku Sura, niebezpiecznie zachorował. Wtedy uczynił ślub wstąpienia do zakonu Braci Mniejszych, o czém już oddawna zamyślał. Tymczasem król umyślił ożenić go z siostrą króla Aragońskiego, o co tenże dobijał się, gdyż na Ludwika spadała korona Sycylijska. Święty dowiedziawszy się o tém, udał się do miasta Mąpelie we Francyi, i tam chciał wstąpić do zakonu świętego Franciszka, lecz Prowincyał i ojcowie, obawiając się króla Neapolitańskiego jego ojca, nie chcieli na to zezwolić. Ludwik tedy pojechał do Rzymu, i tam zrzekłszy się korony na brata swego młodszego, przyjął święcenia mniejsze, a wkrótce potém przez samego Papieża Bonifacego VIII, na kapłana wyświęcony został. Gdy zaś biskupstwo Tuluzkie zawakowało, Ojciec święty zamianował go Biskupem téj dyecezyi, chociaż miał lat tylko dwadzieścia dwa, mówiąc że jego świątobliwość dopełnia tego co mu braknie do wieku. Święty w żaden sposób godności téj przyjąć nie chciał, zasłaniając się i tém, że uczynił ślub wstąpienia do zakonu Braci Mniejszych. Wtedy Papież zwolnił go od obowiązku odbycia nowicyatu, i dozwolił zaraz uczynić uroczyste śluby zakonne, które Ludwik wykonał w klasztorze Araczeli, przed Generałem tego zakonu, w wigilią Bożego Narodzenia roku Pańskiego 1296, i niezwłocznie potém na Biskupa wyświęcony został.

Ponieważ król jego ojciec był bardzo przeciwny jego wstąpieniu do zakonu, więc Ludwik za poradą Papieża, nosił habit synów świętego Franciszka, pod szatą Biskupią. Lecz po kilku dniach, niemogąc znieść tego, dla okazania wszystkim iż jest Bratem Mniejszym, w habicie świętego Franciszka i z bosemi nogami, okazał się na ulicach Rzymu. Odtąd téż już téj pokutnéj sukni do śmierci nie zrzucał, a pomimo tego iż był Biskupem, ubóstwo jéj właściwe jak najściśléj dochował. Udając się do swojéj Dyecezyi, zajeżdżał zawsze do klasztorów Braci mniejszych i tam nie przyjmował przygotowanych dla niego pokojów: stawał w zwykłéj ubogiéj celce, a wszystkie wspólne zakonne obowiązki spełniał, pomywając i naczynia kuchenne.

Przybywszy do Tuluzy, przyjęty został z wszelkiemi oznakami czci należnéj królewiczowi, Biskupowi i Świętemu. Lecz sposobu życia umartwionego i ubogiego jakie wiódł dotąd, w niczém nie zmienił. Obliczywszy wielkie dochody swojego biskupstwa, małą ich część, wystarczającą na najskromniejsze utrzymanie przeznaczył dla siebie, a resztę na ubogich. Codziennie dwudziestu pięciu przyjmował do własnego stołu, i sam usługiwał im klęcząc, widząc w każdym z nich tego o którym powiedział Pan Jezus: „Cokolwiek najmniejszemu z tych uczynicie, mnieście uczynili.” 1 Codziennie także odwiedzał jużto szpitale, już więzienia, już biednych po ich mieszkaniach: pocieszał wszystkich, nauczał, udzielał im Sakramenta święte, a każdego hojnie wspierał. Dobrodziejstwa jego sięgały i poza Dyecezyą Tuluzką. Wszędzie gdzie mógł wstawiał się za nieszczęśliwymi. Razu pewnego uzyskał u ojca swojego przebaczenie dla stu pięćdziesięciu jeńców wojennych na śmierć skazanych. Ciągle prawie odbywał wizyty parafialne po swojéj dyecezyi. Codziennie Mszę święta odprawiał zalewając się w ciągu niéj łzami. W czasie krótkiego bo dwuletniego tylko swego pasterskiego zarządu, nawrócił wielką liczbę kacerzy i Żydów, których sekty w całych okolicach Tuluzkich bardzo się rozszerzyły. Ile razy miewał kazania, zawsze kilka albo kilkanaście dusz oderwanych od Kościoła, pozyskiwał Chrystusowi Panu.

Gdy już owoc ten do ogrodu niebieskiego ogrodnika okazał się dojrzałym, Pan Bóg dłużéj na ziemi pozostawić go nie chciał. W sprawie pewnych nieszczęśliwych których chciał polecić królowi, udawszy się do Prowancyi, w zamku Bryniol w którym się urodził, ciężko zachorował. Postanowił wtedy gdyby wyzdrowiał udać się do Rzymu, uzyskać od Papieża uwolnienie od Biskupstwa, i zamknąwszy się w klasztorze, oddać się tylko życiu zakonnemu, pokucie i bogomyślności. Lecz mu Pan Bóg objawił, że już się zbliża chwila jego nagrody wiekuistéj. Przygotowywał się więc na śmierć, przez większą jeszcze niż zwykle w ćwiczeniach pobożnych gorliwość. Prosił o ostatnie Sakramenta święte w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożéj, i święty Wiatyk przyjął klęcząc na ziemi i zalewając się łzami. Żył jeszcze potém dni cztery, które były jakby ciągłą modlitwą, a niekiedy zachwyceniem. Bezustannie odmawiał Pozdrowienie Anielskie, a gdy go spytano dla czego tak często to czyni odpowiedział, iż zawsze po Panu Jezusie największą miał ufność w przenajświętszéj Pannie, więc gdy widzi iż blizkim jest śmierci, szczególniéj się do Niéj ucieka. Odmawiając téż Zdrowaś Marya gdy kończył te słowa: „Święta Maryo Matko Boża, módl się za nami grzesznemi teraz i w godzinę śmierci naszéj,” oddał Bogu ducha 19 Sierpnia, roku Pańskiego 1299. Miał lat dwadzieścia pięć, a dwa lata na Stolicy Biskupiéj zasiadał.

Pewien świątobliwy zakonnik, obecny jego śmierci, widział duszę jego unoszącą się do Nieba pomiędzy Aniołami śpiewającymi te słowa: „Oto co spotyka dusze, które służą Panu Bogu w wielkiéj czystości i niewinności.” Zwłoki jego umieszczono w klasztorze Braci Mniejszych w Marsylii, gdzie życzył sobie być pochowanym. Liczne cuda jakie przy grobie jego zaszły, skłoniły Papieża Jana XXII do ogłoszenia go Świętym w roku 1317.

Pożytek duchowny

Widzisz jak oto Święci Pańscy najwyższemi dostojeństwami wzgardzali, i obierali dobrowolne ubóstwo dla miłości ubogiego Jezusa; albo opływając w dostatki z téjże pobudki ubogie życie prowadzili, czego właśnie jak jednego tak i drugiego, dzisiejszy Święty przykład na sobie przedstawia. Niech cię to zbawiennie zawstydzi, jeśli w zbytkach się lubujesz, albo, niebędąc dostatnim, za bogactwami wzdychasz.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Ludwika Wyznawcę Twojego i Biskupa, nauczył królestwo Niebieskie przekładać nad ziemskie, a nieskażoną czystością i szczególną dla biednych miłością ozdobił, spraw miłościwie abyśmy naśladując cnoty jego na ziemi, korony wiecznéj wraz z nim dostąpili w Niebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 696–698.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 660

Pan Jezus przez narodzenie swe w ubóstwie potępia zasady świata, a świat nie widzi w tym mądrości Bożej. Dlaczegóż to – mówi mądrość świata – rodzić się w ubóstwie, pokorze i cierpieniu? Czyliż to przystało Bogu? Alboż Pan Jezus nie mógł nas zbawić mniejszym kosztem i w inny, łatwiejszy sposób wprowadzić nas do Nieba? Tak świat rozumuje dlatego, że jest ciemny, a ponieważ Pan Jezus jest światłością i mądrością przedwieczną, przeto inaczej rozporządza. Przyszedł na świat, aby uleczyć naszą pychę, zmysłowość i łakomstwo; aby nas wyleczyć z przywiązania do bogactw, rozkoszy i żądzy pragnienia godności; gdyby nie był ukochał ubóstwa i nie dał nam tego przykładu, nie byłby w nas wygasił żądzy chciwości posiadania rzeczy światowych, które odwodzą dusze nasze od Boga. Jeżeli po tylu przykładach pokory, ubóstwa i umartwienia, które nam zostawił, nie mamy przecież zamiłowania do pokory, ubóstwa i umartwienia, cóż by się w duszy naszej działo, gdybyśmy nie mieli przykładów Jezusa Chrystusa?! Zaiste, namiętności, pycha i wyniosłość założyłyby w sercu naszym swe królestwo i nie dozwoliłyby wzróść w nim żadnej szlachetnej dążności.

Słusznie też Święci Pańscy gardzili najwyższymi dostojeństwami i obierali dobrowolne ubóstwo dla miłości ubogiego Jezusa, albo opływając w dostatki z tej samej pobudki prowadzili życie ubogie. Dzisiejszy Święty przedstawia właśnie na sobie przykład tak jednego jak i drugiego, niech cię to przeto zbawiennie zawstydzi, jeśli w zbytkach się lubujesz, albo będąc ubogim, wzdychasz za bogactwami.

Footnotes:

1

Mat. XXV. 40.

Tags: św Ludwik z Tuluzy „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna św Ludwik IX cierpienie Officium parvum ubóstwo
2020-08-07

Św. Kajetana z Tienny, Założyciela Zgromadzenia Teatynów

Żył około roku Pańskiego 1547.

(Żywot jego był napisany przez Józefa Silos, tegoż zgromadzénia kapłana.)

{"Święty Kajetan urodził się roku Pańskiego 1480 w mieście Wincencyi we Włoszech. Ojciec jego Kasper hrabia z Tienny był jednym z najmożniejszych panów w tym kraju, a matka na imię Maryanna wielkiéj świątobliwości niewiastą. Nosząc go w łonie zaofiarowała Matce Bożéj co i po narodzeniu jego ponowiła. W dzieciństwie okazywał szczególne dla ubogich miłosierdzie, rozdawał im nawet swoje zabawki, a gdy już nie miał ich czém wesprzeć, żebrał na to u osób swojéj rodziny i domowników.

Z latami wzrastała w nim i pobożność. W dwudziestym piątym roku życia, stawszy się panem obszernych włości, w jednéj z nich wybudował własnym kosztem kościoł dla wygody wieśniaków, i zaopatrzył w odpowiedny fundusz do utrzymania kapłana. Dla ubogich nadzwyczaj był hojnym. Gdy mu razu pewnego robiono uwagę iż za wiele rozdaje, odpowiedział: „Póty będę dawał jałmużnę, aż tak ubogim się stanę, że po mojéj śmierci nie będzie za co mnie pochować.” W naukach tak wielki postęp uczynił, że po ukończeniu akademii, otrzymał stopień Doktora obojga prawa.

Mając zamiar wyłączniéj poświęcić się Bogu, udał się do Rzymu, gdzie zamierzał prowadzić życie ukryte, oddane bogomyślności i uczynkom miłosierdzia. Lecz sława jego świątobliwości, którą tam zajaśniał, doszła do Papieża Juliusza II, który skłonił go do wstąpienia do stanu duchownego, a gdy został na kapłana wyświęcony, wyniósł go na godność Protonotaryusza Apostolskiego i swojego Szambelana.

Kajetan upatrując niebezpieczeństwo dla duszy, na drodze która mu świetny zawód zapowiadała, uprosiwszy na to u Papieża pozwolenie, opuścił Rzym i wrócił do ojczystego miasta Wincencyi. Tam wstąpił do Bractwa zawiązanego z ubogich rzemieślników, i zajmując się nimi najtroskliwiéj, wzwyczaił ich do częstego przystępowania do Sakramentów świętych, rozbudził ducha pobożności, a razem i skłonił do spełniania uczynków miłosierdzia względem ubogich chorych po szpitalach. Do tego wszystkiego, nietylko słowem, lecz szczególnie przykładem ich pobudzał.

Przewodnik jego duchowny uznał właściwém, aby Kajetan na obszerniejszém polu gorliwości swojéj probował. Z jego więc polecenia, udał się on do Wenecyi. Tam poszedł prosto do jednego z większych szpitalów, w bardzo zaniedbanym stanie będącego. Użył większéj części swojego majątku na odbudowanie go i urządzenie, a sam poświęcił się na usługi chorych. Doglądając ich najtroskliwiéj, na pierwszym miał względzie potrzeby ich duszy. Przykład jaki dawał ten młody jeszcze wówczas a jeden z pierwszych panów włoskich, pobudził i kilku innych najzamożniejszych mieszkańców Wenecyi, którzy zaczęli go naśladować. Szpital téż przy którym był Kajetan, stał się wkrótce głównym przytułkiem wszelkiego rodzaju nędzy tego ludnego miasta.

Wyżéj wspomniany jego przewodnik duchowny przybywszy do Wenecyi, przewidując iż Pan Bóg Kajetana do czegoś szczególnego przeznacza, skłonił go znowu aby udał się do Rzymu. Przybywszy tam wstąpił do Bractwa Miłości Bożéj, zajmującego się uczynkami miłosierdzia, a do którego najznakomitsi i najświątobliwsi Prałaci rzymscy należeli.

Zastanawiając się razu pewnego wraz z nimi, nad ówczesnym stanem Kościoła, uznał potrzebę założenia Zgromadzenia Kapłanów, którzyby, jak najwierniéj naśladując ubóstwo i gorliwość Apostołów, przeciwstawili swój sposób życia zarzutom kacerzy, oskarżających duchowieństwo katolickie o odstąpienie od pierwotnego duchu chrześcijaństwa. W tym celu przybrał kilku towarzyszy sobie podobnych, między którymi był i Jan Piotr Karaffa Biskup Teatyński, prałat wielkiéj świątobliwości, a który późniéj został Papieżem pod nazwiskiem Pawła IV, i uzyskał u Papieża Klemensa VII, zatwierdzenie ustaw Zgromadzenia które zakładali, i w którém niezwłocznie śluby zakonne wykonali. Zadaniem tego nowego Zgromadzenia miało być: kształcenie kapłanów w duchu zaparcia i poświęcenia się Ewangelicznego, a ubóstwo mieli zachowywać tak ścisłe, że ani żadnych stałych funduszów posiadać nie mogli, ani nawet żebrać, tylko spuszczać się na to co im Opatrzność, przez miłosierne ręce, sama zsyłać raczy. Zgromadzenie to, z czasem znacznie rozszerzone, uzyskało nazwisko Teatynów od Piotra Karaffy Biskupa Teatyńskiego, który był pierwszym jego generalnym przełożonym.

Lecz duszą tego nowego zakonu, i prawdziwym jego Założycielem, był święty Kajetan. Oddany wyłącznie usługom bliźniego tak w potrzebach doczesnych jak i duchownych, wiódł życie nadzwyczaj umartwione: rzadko kiedy jadał co innego jak chléb i wodę, sypiał na gołych deskach, większą część nocy na modlitwie przed przenajświętszym Sakramentem spędzając; prawie nigdy nie zrzucał ostréj włosiennicy i kolczastego łańcuszka, które nosił pod odzieniem. Do Matki Bożéj miał szczególne nabożeństwo: każdy list swój zaczynał od imienia Jezus i Marya; w kazaniach i przemowach, Zbawiciela zwykle nazywał Synem Maryi. O cokolwiek modlił się, prosił o to zawsze za pośrednictwem przenajświętszéj Panny. Zabierając się do Mszy świętéj, przywdziewał, jak mówił, duszę swoję w zasługi Maryi; a gdy przychodziło do konsekracyi, wyobrażał sobie że był w Jéj obecności, i błagał Ją aby w jego ręce sprowadziła błogosławiony owoc żywota Swojego. Świętego Franciszka Serafickiego czcił jak głównego swego Patrona. Ciągle rozczytywał się w Jego żywocie, i starał się jak najwierniéj Go naśladować.

Trzy lata już upłynęło od założenia przez niego nowego Zgromadzenia, gdy Rzym zdobyty przez wojska Oprysków, pod dowództwem Konetabla Burbona, na łup ich wystawiony został. W oddziale który wpadł do klasztoru świętego Kajetana, znajdował się żołnierz, który dawniéj był na dworze jego ojca, a ujrzawszy go w ubogiém odzieniu, sądził iż się tak przybrał aby zataić skarby jakie posiadał. Pobudził więc przeciw niemu żołdactwo, które mu różne męki zadało, domagając się aby im wydał pieniądze które ukrywa. Święty zniósł to wszystko z radością, że ubóstwo jego dobrowolne, przywiodło go do takich zniewag i cierpień. Wtrącony wtedy do więzienia z kilku braćmi swoimi, pobożnością z jaką odśpiewywał kapłańskie z nimi pacierze, zjednał sobie jednego z dowódców wojskowych, który go wraz z towarzyszami wypuścił na wolność.

Zmuszony uchodzić z Rzymu, gdy będąc już za miastem z kilku braćmi zakonnymi nad rzeką Tybrem, kłopotał się jak się przez nią przeprawi, pojawił się Anioł, który ich czółnem przewiózł do portu Ostyeńskiego, zkąd udali się do Wenecji. Tam założył sługa Boży dom swojego Zgromadzenia, a wkrótce gdy w mieście tém wybuchło morowe powietrze, wraz ze swoimi zakonnikami poświęcił się całkiem na usługi chorych, tak w szpitalach jak i w mieszkaniach ich najuboższych. Zaledwie klęska ta ustąpiła z Wenecyi, a wybuchła w Padwie, Medyolanie, Genui i Palermie. Wszędzie tam przenosił się nasz Święty, i zakładając swoję główną siedzibę w tych miejscach wraz z braćmi, też same co w Wenecyi zapowietrzonym oddawał usługi.

Na żądanie Klemensa VII, udał się do Neapolu, gdzie także dom Zgromadzenia swojego założył. W roku 1540 był przeznaczony na przełożonego do Wenecyi. Tam pozostał już do śmierci. Nie ustając w świętym zawodzie, po różnych Dyecezyach był wzywany przez Biskupów, dla dawania ćwiczeń duchownych zwanych Rekollekcyami, dla kapłanów. Odbywał także misye po różnych parafiach, wprowadzając wszędzie, podówczas mało jeszcze upowszechniony, zwyczaj uczęszczania do Sakramentów świętych. Z błędami kacerskiemi starannie pod tę porę ukrywającemi się, najskuteczniéj walczył, ze szczególnego daru Bożego: odkrywając je w tych nawet którzy je najzręczniéj taili.

Innych téż łask szczególnych niemało odbierał od Boga. Zdarzało się, iż ośm godzin wciąż trwał na modlitwie, wśród któréj zalewał się łzami. Często wpadał w zachwycenie, i posiadał dar proroctwa. Gdy w dzień Bożego Narodzenia modlił się w Rzymie, w kościele Panny Maryi Śnieżnéj przed Żłobkiem Pana Jezusa, objawiła mu się Matka Boża, i przenajświętsze Dzieciątko na ręce dała. Niekiedy całe noce spędzał na biczowaniu się krwawém.

Miał lat sześćdziesiąt i siedem gdy zaburzenia ludowe, będące powodem ciężkich obraz boskich, o wielki smutek go przyprawiły, w skutek czego śmiertelnie zachorował. Gdy lekarz polecał, aby zamiast desek na których spoczywał, przyrządzono mu łóżko wygodniejsze, nie zezwolił na to, mówiąc: „Powinienem żyć i umierać w pokucie. Jakżebym nie miał zdobyć się na to, kiedy Pan Jezus umarł rozpięty na krzyżu.” Nie dozwolił także aby zwołano konsylium z lekarzy, mówiąc iż do takich nadzwyczajności nie warto uciekać się, gdy idzie o ciało tak grzeszne jakiém było jego, i że dla ubogiego zakonnika, dość na jednym zwykłym lekarzu. Widząc już zbliżający się swój koniec, z najżywszą pobożnością przyjął ostatnie Sakramenta święte, rzewnie przepraszał wszystkich obecnych, i pocieszony obecnością przenajświętszéj Maryi Panny, która mu się objawiła otoczona Aniołami, oddał Bogu ducha 7 Sierpnia roku Pańskiego 1547. Kanonizowany został przez Papieża Klemensa X.

Pożytek duchowny

Świętego Kajetana, którego żywot czytałeś, wskrzesił był Pan Bóg w Kościele Swoim, dla rozżywienia i odnowienia w duchowieństwie ducha którym głównie ono rządzoném być powinno, a od czego tém obfitsze dla wiernych zależą błogosławieństwa Boże. Często więc za pośrednictwem tego Świętego, proś dla kapłanów o jak najobfitsze łaski ich powołaniu właściwe.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionemu Kajetanowi Wyznawcy Twojemu, dał jak najwierniéj żywot apostolski naśladować; spraw abyśmy za jego pośrednictwem i przykładem, w Tobie jednym ufność naszę pokładali, i pragnęli przedewszystkiém dóbr niebieskich. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 660–662.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 627

Życie świętego Kajetana opierało się na dwóch zasadniczych prawdach nauki Chrystusowej: Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, który nam wskazuje drogę życia i zaopatruje potrze by nasze, i dlatego zasługuje na ufność naszą. Wszyscy stanowimy jedną rodzinę, jesteśmy sobie braćmi i siostrami, a ta miłość nie pozwala, byśmy dla bogactwa, urody, talentów, nauki, znakomitego rodu, rozrywali to braterstwo, czynili jakieś wyjątki, przywłaszczali sobie przywileje.

Hrabia Opido był człowiekiem porywczym i nieraz o drobnostkę unosił się gniewem na swą czeladź. Jednego razu odezwał się do niego święty Kajetan: „Panie hrabio, czy jesteś gotów tak skwapliwie słuchać rozkazów Boga, jak żądasz, aby cię bliźni słuchał?" W tych słowach dał dumnemu magnatowi naukę, że powinniśmy być pobłażliwymi względem podwładnych.

Innego razu prosił go jeden z przyjaciół, aby się wstawił u pewnego dostojnika za synem, ubiegającym się o posadę sędziego. Święty Kajetan wysłuchał cierpliwie prośby i po krótkim namyśle dał mu taką odpowiedź: „Kochany przyjacielu, dobrze to, gdy lud otrzymuje godnych i uczciwych sędziów, ale wątpię, czy by to było dobrze, gdyby się mnich chciał mieszać w sprawy świeckie”.

Córce brata, która mu z żywą radością donosiła o swym bliskim ślubie, odpisał: „Człowiek, który dla świata zapomina o prawdziwej ojczyźnie i Niebie, podobny jest do wędrowca, który upił się w karczmie i odurzony nie może odnaleźć drogi do domu”.

Pewien uczony pragnął wstąpić do jego zakonu, ale będąc słabowitego zdrowia, prosił, aby mu dawano lepszą strawę i pozwolono wychodzić według upodobania. Święty Kajetan odpowiedział: „Mój kochany, nic więcej zakonowi nie szkodzi, jak te nieszczęsne wyjątki dla pewnych osób. Podeszły wiek i zdrowie zasługują na uwzględnienie, ale sprawa ta należy do starszych klasztornych, a naszą starszyzną klasztorną jest Opatrzność Boska. Kto chce do nas wstąpić, winien się rzucić do nóg Chrystusowi, a nie żądać przywilejów dla siebie”.

Nie był święty Kajetan nierozsądnym, zdając siebie i braci na Opatrzność Bożą i nie troszcząc się o dzień następny. Wiedział, że służy Panu, który go nigdy nie zawiedzie. Nigdy też nie zabrakło braci zakonnej chleba, ubioru i pomieszczenia. Naśladujmy go w tej ufności, nie troszczmy się zbytecznie o to, co będziemy jeść i co będziemy pić, bo Bóg nas nie opuści.

Tags: św Kajetan „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Mojżesz ubóstwo Maryja kapłaństwo
2020-07-17

Św. Aleksego Wyznawcy

Żył około roku Pańskiego 404.

(Żywot jego był napisany przez Metafrasta.)

Święty Aleksy, syn jednego z najbogatszych senatorów rzymskich nazwiskiem Eufemiusz narodził się w tém mieście w połowie wieku czwartego. Rodzice jego byli to wielkich cnót chrześcijanie. Kilkuset ubogich codziennie żywili w swoim pałacu, i całe swoje ogromne dochody obracali na uczynki miłosierne, co im tém łatwiéj przychodziło że przez długi czas nie mieli potomstwa. Nakoniec Pan Bóg ubłagany ich jałmużnami, zesłał im syna, któremu dali imię Aleksy. Sami wielce pobożni, najbogobojniéj téż i tego swojego ukochanego jedynaka wychowali; a że był obdarzony wysokiemi zdolnościami, więc i w naukach znamienity postęp uczynił.

Chociaż świat, z każdego względu łudził go swojemi powabami, Aleksy od lat najmłodszych okazywał skłonność do życia odosobnionego, i poświęconego wyłącznie bogomyślności i pokucie. Widząc to rodzice jego, postanowili co prędzéj go ożenić. Skoro więc lat młodzieńczych doszedł, ulegając ich woli, lubo z wyraźnym do tego wstrętem, zaślubił młodą, pięknéj urody, bogatą i ze znakomitego domu dziewicę. Lecz zaraz po ślubie, gdy jeszcze u rodziców jego biesiadowano obchodząc wesele, Aleksy wszedł do pokoju swojéj małżonki, dał jéj kosztowny pierścień i naszywaną drogiemi klejnotami swoję przepaskę rycerską, prosząc aby to przyjęła jako upominek jego serdecznéj przyjaźni, a sam uszedł potajemnie z domu. Przebrany za ubogiego pielgrzyma wsiadł na odchodzący z portu Ostyjskiego okręt, i popłynął do Laodycei.

Szukano go wszędzie, lecz napróżno, gdyż Aleksy przybywszy do Laodycei, rozdał ubogim co mu jeszcze pozostawało z pieniędzy, i poszedł do Edessy, jako miejsca jeszcze odleglejszego, i w którémby nikt go już odszukać i poznać nie mógł. Tam wiódł życie ubogiego żebraka: a że wszyscy poczytywali go za jakiegoś włóczęgę i próżniaka, więc albo mu odmawiali jałmużny, nie szczędząc napomnień, albo mu mało co udzielali i to niechętnie; a uliczniki zwykle się nim bawili, zadając mu tysiączne przykrości, które on znosił najcierpliwiéj, i chętnie nawet wystawiał się na nie. W skutek tego i za upośledzonego na umyśle był od wszystkich poczytanym. Zawsze miał wielkie do Matki Bożéj nabożeństwo, więc jakby za stałe mieszkanie swoje, obrał sobie główny kościoł przenajświętszéj Panny w Edessie. Przy nim u drzwi wchodowych żebrał jałmużny, resztę czasu spędzał wewnątrz niego, na modlitwie, a na noc szedł pod krużganek kościelny, i tam po krótkim spoczynku na kamieniach, większą część nocy spędzał na rozmowie z Bogiem.

Sługa Boży żył w takiém ukryciu przez długie lata, nieznany od ludzi, a coraz ściśléj jednocząc się z Bogiem, przez coraz wyższe dary, jakie odbierał na modlitwie, i coraz to pokutniejszy żywot wiodąc. Chociaż zawsze uchodził za ubogiego mniéj od innych godnego litości, gdyż nie widziano w nim ani kalectwa, ani słabego zdrowia, ani podeszłego wieku, jednak z téj niewielkiéj jałmużny jaką codziennie otrzymywał, wspierał jeszcze innych ubogich, których i w chorobach doglądał najtroskliwiéj, a przez to otwierając sobie przystęp do ich serca, najzbawienniéj na nich wpływał.

Aleksy krył się z tém wszystkiém jak najstaranniéj, lecz z czasem mieszkańcy zaczęli zwracać uwagę na świętego żebraka, który od lat już siedemnastu przebywał w ich mieście. Niektórzy odgadywali w nim jakąś tajemnicę; wielu rozgłaszać poczęło to co w nim nadzwyczajnego zauważali: wszystkich uderzała postawa jego, gdy go widziano w kościele modlącego się, i pokora, cichość i cierpliwość z jaką znosił różne zniewagi. Słowem, zaczęli ludzie poznawać w nim Świętego. Zauważał to Aleksy, i zawahał się czy nie wypada mu opuścić miejsce, w którém już go cześć ludzka spotykać zaczynała, kiedy następujące zdarzenie ostatecznie go do tego skłoniło.

Razu pewnego, ksiądz zarządzający kościołem przenajświętszéj Panny w Edessie, patrząc z uwielbieniem na modlącego się przed kościołem Aleksego, usłyszał te słowa wychodzące z obrazu Matki Bożéj, będącéj nade drzwiami kościelnemi: „Ten żebrak jest wielkim sługą Bożym, i modlitwy jego wiele mogą przed Panem.” Usłyszawszy to ów kapłan, przystąpił niezwłocznie do Aleksego, i prosił go aby przyjął przytułek w jego domu. Święty podziękował mu za to pokornie, i tém bardziéj zamyślał o wydaleniu się z Edessy, kiedy nareszcie skłoniło go ostatecznie do tego to, że gdy w dni kilka potém, ukazał się przed tymże obrazem przed kościołem, a nadszedł odźwierny, z obrazu dały się znowu słyszeć następujące słowa: „Otwórz kościoł i wpuść tego sługę Bożego, którego modlitwy tak mile są przyjęte w Niebie.”

Widząc Aleksy, iż po rozgłoszeniu tych cudów w całém mieście, już w Edessie dłużéj życia upokorzonego i wzgardzonego wieść nie będzie w możności, wyszedł ztamtąd, i wsiadł na okręt odpływający do Laodycei, zkąd zamierzał udać się do Tarsu. Lecz wielka burza zapędziła ich do portu Ostyi pod Rzymem. Święty upatrując w tém skazówkę woli Bożéj, postanowił w Rzymie wieść taki rodzaj życia jak w Edessie, i to nawet w domu własnych rodziców. Przybywszy więc tam, udał się do pałacu Eufemiego, a spotykając go wracającego z senatu: „Panie, rzekł do niego, daj mnie ubogiemu pielgrzymowi przytułek w twoim pałacu, a Pan Bóg ci to nagrodzi.” Eufemi dziwnego doznał uczucia słysząc tę prośbę, i kazał jednemu ze sług swoich aby proszącego przyjął do pałacu, i pamiętał o jego potrzebach. Sługa spełnił rozkaz, lecz nierad że mu nowy ciężar przybywa, od pierwszéj chwili najgorzéj obchodził się z Aleksym, umieściwszy go w małéj ciemnéj komórce pod schodami będącéj.

Trudno wypowiedzieć co Aleksy wycierpiał w domu rodzicielskim, od sług którzy poczytując go za zbiegłego niewolnika ukrywającego się po spełnieniu jakiéj zbrodni, żadnéj nad nim nie mieli litości. Święty zaś jakby mu niedość było na tém, przydawał sobie jeszcze różnych umartwień ciała. Sypiał na gołéj ziemi; ciągle pościł o chlebie i wodzie, wychodził tylko do kościoła, a co niedziela przyjmował Komunią świętą.

Tak drugie siedemnaście lat przebył, aż gdy nadchodziła godzina jego śmierci, zawiadomiony o niéj przez objawienie, spisał całą swoję historyą, w któréj opowiadał pożegnanie z żoną, i wymieniał upominki jakie jéj zostawił, wyspowiadał się i Komunią świętą przyjął w kościele, a wróciwszy do swojéj komórki, wziął to pismo w rękę, i położywszy się na ziemi spokojnie oddał Bogu ducha.

W tymże dniu, Eufemi znajdował się w kościele świętego Piotra na Mszy świętéj, którą odprawiał Papież Inocenty pierwszy, w obecności cesarza Honoryusza i całego jego dworu. Przy końcu nabożeństwa, dał się słyszeć w kościele głos z Nieba, oznajmujący że w téj chwili, wszedł do raju wielki sługa Boży, i że umarł on w pałacu Eufemiego. Zdziwieni wszyscy pytali Eufemiego ktoby to mógł być, a on domyślał się iż był nim ten żebrak, który od lat wielu mieszkał u niego pod schodami. Papież więc, cesarz i wszyscy obecni, udali się do pałacu Eufemiego, zdjęci wielką ciekawością, jaką w nich obudził głos cudownie słyszany. Wszedłszy do komórki Aleksego, znaleźli go nieżywego, leżącego na ziemi z pismem w ręku. Eufemi chciał je wydostać, lecz w żaden sposób nie mógł. Wtedy Papież kazał wszystkim uklęknąć, i po krótkiéj modlitwie sam je wyjął, i wręczając Aecyuszowi Kanclerzowi kościoła Rzymskiego, kazał je głośno odczytać.

Łatwo domyślić się jakie było zdziwienie wszystkich, gdy okazało się że Aleksy był synem Eufemiego, i jakiego doznali wrażenia obecni tam jego rodzice i żona, gdy dowiedzieli się o całéj jego historyi. Rozgłos tego wypadku, sprowadził niezmierną liczbę ludu. Tłum był tak wielki, że jak piszą współcześni, rozrzucano pieniądze po bocznych ulicach, dla odprowadzenia ludu w inną stronę, aby zrobić drogę dla orszaku pogrzebowego, na którego czele postępował Papież, a sam Cesarz z Senatorami niósł ciało Świętego. Od tejże chwili zasłynęło ono wielkiemi cudami, a później przeniesione zostało do kościoła pod wezwaniem świętego Aleksego, z pałacu jego ojca przerobionego, w którym po dziś dzień widzieć można kawałek schodów pod któremi on mieszkał, i ten obraz Matki Bożéj, który w Edesie cudownie o nim przemawiał.

Pożytek duchowny

Otóż jak Święci Pańscy z wielkiéj miłości umartwień i wewnętrznych i zewnętrznych, umieją zadać mężny gwałt najżywszym uczuciom serca, i wyrzec się dla miłości krzyża, najgodziwszych nawet pociech téj ziemi. Staraj się przynajmniéj bez szemrania i spokojnie, znosić brak ich, jeśli mimo twojéj woli, nie znajdziesz takowych w pożyciu z ludźmi, a nawet z najbliższém ci rodzeństwem.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Który nas doroczną uroczystością błogosławionego Aleksego wyznawcy Twojego rozweselasz, spraw miłościwie, abyśmy pamiątkę jego przejścia do Nieba obchodząc, jego cnoty naśladowali. Przez Pana naszego i t. d

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 593–595.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 568–569

Dobrowolne ubóstwo miłe jest Bogu. Nie myślmy, ażeby Bóg od każdego z nas wymagał wyzucia się z wszystkiego mienia, jakie dzierżymy; ale żywoty Świętych Pańskich podają nam niejedną bardzo zbawienną wskazówkę. Zrzeczenie się świętego Aleksego wszystkiego tego, co ludziom jest drogie i miłe, przywodzi nam na pamięć słowa Chrystusowe: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo niebieskie”. Dobrowolne ubóstwo od nas samych zależy; winniśmy być ubogimi w rozkosze tego świata, ubogimi w pychę, zarozumiałość, upór, a bogatymi w pokorę i w przekonanie o nicości swojej. Do takiego ubóstwa łatwo dojść każdemu, jeśli pamiętać będzie o tym, że jest stworzeniem ułomnym, grzesznym, podległym różnym słabościom.

Jeśliś się urodził w stanie ubogim, jeśli ci trzeba walczyć z biedą i niedostatkiem, nie narzekaj i nie żal się na to, poprzestawaj na małym i wspomnij sobie, jak ubożuchną była Najświętsza Panna i Zbawiciel nasz. Człowiekowi mało potrzeba, a chciałby posiąść wszystko. Kto ma tyle, że może opędzić najniezbędniejsze potrzeby życia, niechaj dziękuje Bogu i sławi miłosierdzie Jego. Jeśliś bogaty, nie przywiązuj się do marnego kruszcu. Pamiętaj, że wszystko ostatecznie musisz opuścić i że są ubodzy na świecie, godni twego miłosierdzia i opieki. Iluż to było Świętych, którzy mogli być bogatymi, którzy mogli opływać we wszystko, używać rozkoszy, wygód i przyjemności życia, a mimo to skazali się na dobrowolne ubóstwo! Nie od każdego wymaga Pan Bóg, aby podobnie jak święty Aleksy wyrzekł się rodziców, znajomych, krewnych, żony i dzieci, ale żąda od każdego, aby Stwórcę swego miłował więcej od tego wszystkiego, co mu jest miłe na tej ziemi.

Tags: św Aleksy Wyznawca „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna ubóstwo małżeństwo czystość
2020-07-12

Św. Jana Gwalberta, Założyciela Zakonu Walumbrozyanów (Vallis Umbrosae)

Żył około roku Pańskiego 1078.

(Żywo jego napisany był przez Melancyusza, tegoż zakonu Generała.)

Święty Jan Gwalbert, syn bogatego pana z Florencji, urodził się przy końcu dziesiątego wieku. Wychowany był starannie, lecz bardzo światowo. Ojciec jego oddany wojaczce, w Gwalbercie kiedy jeszcze był młodym, rozbudził ducha zemsty przeciw zabójcy brata jego Hugona. Uczuciem niechrześcijańskiém powodowany, zlecił mu był aby starał się spotkać owego zabójcę, i śmiercią go ukarał za zadaną śmierć jego bratu. Gwalbert, w którego sercu podobnież przyćmione były uczucia miłości bliźniego, niepamiętny zakazu Bożego niedozwalającego mścić się nad największym wrogiem, z chęcią nawet podjął się tego katowskiego posłannictwa.

Wkrótce potém zdarzyło się, że gdy wracał z przejażdżki konnéj w polu, w sam dzień Wielko-piątkowy, spotkał zabójcę brata i natarł na niego w miejscu tak ciasném, iż tamten ani odporu dać nie mógł, ani uchodzić, Miał go już przeszyć mieczem, kiedy winowajca padając mu do nóg i złożywszy ręce na krzyż, zawołał: „Daruj mi życie, dla miłości Pana naszego ukrzyżowanego w dniu właśnie dzisiejszym.” Słowa te poruszyły do głębi serce Gwalberta: „Zakląłeś mnie, rzekł, na Imię tego u którego i ja żebrzę odpuszczenia grzechów: nie chcę przeto mścić się na tobie, owszem niech mi tak Bóg odpuści, jak ja ci wszystko odpuszczam.” I to powiedziawszy, uściskał go i w dalszą puścił się drogę.

Przejeżdżając około kościoła świętego Miniata, wszedł tam aby się pomodlić przed Panem Jezusem ukrzyżowanym, i podziękować że mu nie dopuścił dokonać zbrodni. Przytém szczerze skruszony, prosił Pana Boga aby niegodziwy zamiar pomszczenia się, jaki długo żywił w sercu, przebaczyć mu raczył. Wtedy ujrzał, że Pan Jezus z krzyża skłonił do niego głowę, jakby na znak i przebaczenia i szczególnéj Swojéj łaski. Jakoż, nią dotknięty w téj chwili postanowił opuścić świat, na którym przyklaskują takim czynom jakiego on tylko co nie stał się winnym, i poświęcić się wyłącznie Bogu. Odprawiwszy tedy do domu służbę którą miał przy sobie, niezwłocznie udał się do opata klasztoru przy tymże kościele, i prosił go o przyjęcie do zakonu. Opat który go znał dawniéj, dowiedziawszy się od niego o wszystkiém i poznając w tém szczególne działanie Ducha Świętego, przyjął go, lecz pozostawiając przez pewien czas na próbie, sukni mu zakonnéj jeszcze nie dawał.

Tymczasem ojciec Gwalberta, dowiedziawszy się że syn do zakonu wstępuje, przybył do klasztoru chcąc go ztamtąd bądź co bądź wyrwać. Jan ukrył się przed nim, a ojciec odjechał, zagroziwszy najsurowszą zemstą opatowi i zakonnikom, jeśli go w habit przyobleką. Obawiali się téż oni dać mu suknię zakonną, a gdy pomimo usilnych jego próśb uczynić tego nie chcieli, Jan pobiegłszy do kościoła i zerwawszy habit z jednego z zakonników, sam sobie ostrzygł głowę, i tenże habit na siebie z ołtarza wciągnął. Przybył ojciec powtórnie, i gniewem wielkim się uniósł, lecz w końcu ubłagany przez opata, i syna pobłogosławił i sam mu zalecił wytrwałość w świętém przedsięwzięciu.

Uszczęśliwiony Gwalbert, iż postanowienie swoje do skutku doprowadził, całém sercem oddał się życiu zakonnemu. Postami i wszelkiemi umartwieniami ciało trudził; modlitwy pilnował i w niéj coraz wyższe otrzymywał dary; co mu zbywało czasu, wytrwale pracował, pokory, posłuszeństwa i ubóstwa zakonnego najdoskonalszy wzór w sobie przedstawiając.

Wkrótce téż potém gdy opat umarł, bracia jednomyślnie Jana na jego miejsce wybrali. Godności téj jednak w żaden sposób przyjąć nie chciał, z czego jeden z niesumiennych zakonników korzystając wdarł się nieprawnie na przełożeństwo. Z tego wszczęły się w klasztorze wielkie niesnaski, które spowodowały że Jan z drugim świątobliwym zakonnikiem opuścił to zgromadzenie i udał się na puszczę, szukając miejsca jak najbardziéj osamotnionego. Przybyli na pustynię Kamaldulską, już wtedy pokrytą chatkami pustelników Reguły świętego Romualda, którzy chętnie przyjąć ich chcieli. Lecz że Gwalbertowi i jego towarzyszowi, chodziło nie o pustelnicze życie, lecz wspólne zakonne, według Reguły świętego Benedykta, puścili się daléj i zaszli na dolinę ciemnistą zwaną Val umbrosa gdzie znalazłszy dwóch już zakonników służących Panu Bogu, zbudowali sobie przy nich chatkę i rozpoczęli wspólne życie zakonne.

Wkrótce potém, na rozgłos sławy świątobliwości Jana, wielu się z nimi połączyło, pragnąc tenże rodzaj życia prowadzić. Okazała się téż potrzeba założenia obszernego i stałego klasztoru. Ksieni klasztoru świętego Hilarego będącego w tych okolicach, na ten cel odstąpiła im znaczne grunta, i koszta na wybudowanie gmachu podjęła. W krótkim czasie stanął klasztor, a liczni już wtedy bracia, obrali przełożonym Gwalberta, który do Reguły świętego Benedykta przydał i swoje ustawy, zakładając wtedy nowe zakonne zgromadzenie, z czasem po wielu krajach katolickich upowszechnione, a od miejsca w którém powstało Walumbrozyanami zwane.

To grono duchownych synów swoich, prowadził święty Gwalbert drogą najwyższéj doskonałości zakonnéj, sam we wszystkich cnotach im przodując, tak iż pospolicie mawiano, że ktoby chciał poznać kto jest ich Opatem, niech patrzy kto zpomiędzy nich najostrzejszy i najpracowitszy żywot wiedzie, a najpokorniéj wygląda. Kiedy po niedługim czasie, liczba zakonników jego znacznie się pomnożyła, święty Jan założył z kolei kilka klasztorów w różnych miejscach, a prócz tego kilka dawnych poddało się jego zarządowi i jego Regułę przyjęło.

Wielkim był ubóstwa zakonnego miłośnikiem. Zdarzało się iż jeśli na założenie którego klasztoru otrzymywał więcéj niż to co sądził że koszta budynku wyniosą, pozostałość rozdawał ubogim. Budował klasztory jak najbiedniejsze. Razu pewnego przybywszy do swego klasztoru Musutańskiego, który tylko co był wybudowany, postrzegł że Rudolf którego tam zrobił Opatem, zanadto wspaniałe gmachy powznosił. Zasmucił się tém Święty i rzekł do Opata: „Ileżto tu zmarnowałeś grosza, którym wspomódz można było ubogich!” A obróciwszy się do małéj rzeczki która tam płynęła, podniósł ręce do nieba i zawołał: „Boże wszechmogący! któremu z małych rzeczy łatwo zrobić wielkie: spraw to z łaski Twojéj, aby ta mała rzeczułka, te wielkie a niepotrzebne budynki obaliła.” I to mówiąc zaraz odszedł, nie chcąc nawet dłużéj w tym klasztorze zabawić. Zaledwie się oddalił, a oto rzeczka zaczęła w najniespodziewańszy i najdziwniejszy sposób wzbierać, w gwałtowny potok się zamieniła, i w wylewie swoim ogarnąwszy i klasztor, podmyła go i obaliła. Opat Rudolf, nauczony tym cudownym wypadkiem, chciał na inném miejscu ubogi klasztor zakładać, lecz święty Gwalbert kazał mu go wznosić na tymże samym gruncie, upewniając, że byle był ubogi, rzeczki obawiać się nie trzeba. Przybywszy do innego klasztoru przedstawiono mu tam nowicyusza, który na świecie bardzo bogaty, całe swoje dobra na klasztor ten zapisał. Święty uściskał go, pobłogosławił, do wytrwałości zachęcił, a zapis w jego oczach podarł.

Wielkie okazywał zawsze miłosierdzie dla ubogich, których wspierał czém tylko mógł. Często się zdarzało, iż rozdawał pomiędzy nich cały zasób klasztorny, nie oglądając się nawet na dnia następnego potrzeby. Z razu, niektórzy bracia ośmielili się sarkać na to, lecz się przekonali, że za każdą razą, na modlitwę świętego Gwalberta, Pan Bóg cudownie zaopatrzenie im zsyłał. Pewnego roku głód wielki dotknął całą okolicę klasztoru, którego Gwalbert był Opatem. Tłumy zgłodniałego ludu otaczały codziennie furtę. Sługa Boży zaopatrywał ich długo, lecz nakoniec dnia pewnego cały spichrz klasztorny wypróżnił, i już nic nie miał im do dania, a wielka liczba ubogich z głodu prawie umierała. Wyszedł do nich Opat, i na wierzchu wysokiéj spadzistéj góry, ujrzał pasące się krów stado. Ukląkł, i tak zaczął się do Patrona swojego klasztoru modlić: „O święty Pawle! spuść jednę krowę tym ubogim.” I w téjże chwili krowa spadła na dół, zabiła się, a ubodzy mięsem się jéj posilili. Przez dziesięć dni następnych tak samo się modlił, i toż samo codzień się działo; aż nareszcie spostrzegłszy to pasterze, przybyli do niego domagając się aby wynagrodził szkody, których według ich mniemania był przyczyną. Lecz on ich zapewnił że żadnéj krzywdy nie mają: jakoż, gdy wróciwszy obliczyli trzodę, żadnéj krowy nie brakło.

Wiele innych cudownych darów udzielił mu był Pan Bóg. Gdy razu pewnego rozbójnicy napadli na klasztor, spalili go i zakonników ciężko poranili, Gwalbert wszystkich od razu znakiem Krzyża świętego uzdrowił. Nad złemi duchami wielką moc posiadał. Za jego czasów plaga świętokupstwa bardzo była rozszerzona. Święty uderzał na nią, z całą powagą jaką mu dawała sława jego świątobliwości. Dla dowiedzenia téj zbrodni pewnemu Prałatowi który się jéj zapierał, na jego rozkaz Piotr, jeden z jego zakonników, przeszedł przez stos rozpalony bez żadnéj szkody. Rozgłos tego wielkiego cudu, przyczynił się do wytępienia w całych Włoszech plagi świętokupstwa.

Późnéj doczekawszy starości, przepowiedział dzień swojego zgonu, zwołał Opatów ze swoich klasztorów, dał im najzbawienniejsze nauki i upomnienia, i polecił aby na grobie jego napisano: „Ja Jan wierzę i wyznaję to wszystko, co Apostołowie głosili, a w czterech Soborach ojcowie święci zatwierdzili.” Potém przez trzy dni jeszcze żyjąc, i ciesząc się ciągle obecnością Aniołów którzy się mu widocznie objawiali, przyjąwszy Sakramenta święte, mając lat siedemdziesiąt ośm zasnął w Panu, dnia 12 Lipca roku Pańskiego 1073. Kanonizowany został przez Papieża Celestyna III-go.

Pożytek duchowny

Że święty Gwalbert, przezwyciężając w sobie uczucie zemsty przez pamięć na Pana Jezusa, pozyskał za to tak wielkie łaski boskie iż Świętym został, niech to cię przekona, jak miłém jest Panu Bogu, wyrzucanie z serca naszego, wszelkich uczuć przeciwnych miłości bliźniego. Wejrzyj w głąb twojego, czy w niém nie tli jaka iskierka zemsty lub niechęci, dla któréj Pan Bóg wstrzymuje te łaski najobfitsze, którebyś otrzymał gdybyś tego nie miał sobie do wyrzucenia.

Modlitwa (Kościelna)

Niech nas, prosimy Cię Panie, wstawienie się błogosławionego Gwalberta Opata, poleci miłosierdziu Twemu, abyśmy to, czego własnemi zasługami otrzymać nie jesteśmy godni, za jego pośrednictwem dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 578–580.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 556–557

Miłość nieprzyjaciół jest przykazaniem Bożym. Już w Starym Zakonie przykazał Bóg odpuszczać urazy i w potrzebie ratować nieprzyjaciela. „Nie szukaj pomsty, ani pamiętać będziesz krzywdy sąsiadów twoich. Gdy upadnie nieprzyjaciel twój, nie wesel się, a z upadku jego niech się nie raduje serce twoje. Jeżeli łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeżeli pragnie, daj mu się wody napić”.

Toż samo nakazuje Ewangelia. Pan Jezus nauczał: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, co was przeklinają, a módlcie się za tych, którzy was potwarzają”.

Tak nauczają i apostołowie Pańscy.

Jest to wielkie przykazanie. Bóg nie przyjmie żadnej ofiary od tego, kto się z nieprzyjacielem nie chce pojednać. Obrazi nas kto, to nie jesteśmy obowiązani iść i prosić o przebaczenie, ale mamy obowiązek przebaczyć.

Bez miłości nieprzyjaciół Pan Bóg nie odpuści grzechów. Raz na zawsze jest wyrok Jezusowy: „Jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz niebieski nie odpuści wam”. Kto nie chce darować nie przyjacielowi, choć ten stara się pojednać, temu i Bóg nie odpuści, choćby zresztą za grzechy swoje rzewne łzy wylewał, choćby się spowiadał, choćby surowo pościł, choćby się do krwi dyscyplinował, choćby głowę swoją posypał popiołem. Takiego człowieka Bóg nie może uznać i przyjąć za syna.

Powie kto: „To przykazanie nad moje siły”

Niewątpliwie to przykazanie sprzeciwia się bardzo naszej naturze, naszym skłonnościom; ale od czego łaska Boża?

Już u pogan znajdujemy wzniosłe przykłady tej miłości. Niejaki Focjon, słynny wódz, skazany przez ziomków na śmierć, zaklinał swego syna, żeby im tego nie pamiętał.

Chrześcijanie odbierają osobną łaskę do łatwiejszego wypełnienia tego przykazania. Odkąd Pan Jezus rozpięty na krzyżu odpuszczając modlił się za nieprzyjaciół swoich, odtąd miliony szły za Jego przykładem.

Ktokolwiek mówisz, że nie możesz odpuścić, spojrzyj na Jezusa, spojrzyj na Świętych!

W nagrodę za tę miłość nieprzyjaciół wiara obiecuje najpierw odpuszczenie grzechów. Nie podobna to rzecz, by Bóg odmówił nam odpuszczenia grzechów, jeżeli my miłościwie obchodzimy się z nieprzyjaciółmi, bo nie może do puścić, byśmy go niejako przewyższyli w miłosierdziu. Pan Bóg odpuszcza za to grzechy powszednie, uchybienia codzienne. Kto pogrążony w grzechach ciężkich, temu daje łaskę żalu, szczerej pokuty.

Potem obiecuje za tę miłość osobną chwałę w Niebie. Ojcowie święci nauczają, że kto miłuje nieprzyjaciół, jest już doskonałym. Święty Bernard nazywa tę cnotę cnotą Boską.

Gdy rozważymy obietnicę Boga, że chce wszystko odpuścić, że chce dać w Niebie najświetniejszą koronę, nie podobna, byśmy nie mieli podać ręki nieprzyjacielowi, choćby nas ten nieprzyjaciel nie wiedzieć jak ciężko obraził. Z najsłodszego Serca Jezusowego czerpmy tę miłość, która nawet na krzyżu rozpięta prosiła Ojca o odpuszczenie tym, którzy ją ukrzyżowali.

Tags: św Jan Gwalbert „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna zemsta ubóstwo miłość nieprzyjaciół
2020-06-17

Św. Hermany Kuzę (Cousin), Pasterki

Żyła około roku Pańskiego 1601.

(Żywot ten wyjęty jest z jéj Bulli kanonizacyjnej.)

Święta Hermana urodziła się w małéj wiosce Pibrak (Pibrac) w dyecezyi Tuluzkiéj, w południowéj Francyi położonéj. Ojcem jéj był ubogi rolnik nazwiskiem Wawrzyniec Kuzę (Cousin), a matka miała imię Maryanna. Hermana od urodzenia miała prawą rękę bezwładną, która była jakby uschniętą, a w dzieciństwie dotknięta chorobą szkrofuliczną, już z niéj nigdy wyleczoną nie została. Matka jéj bardzo pobożna kobieta, i w córeczce swojéj też uczucia zaszczepiała i rozwijała od lat najmłodszych. Uczyła ją cierpienia jakie Pan Bóg na nią zsyłał Jemu ofiarować, a zapatrując się na to co cierpiał Pan Jezus z miłości ku nam, i z miłości ku Niemu znosić nasze krzyże chętnie: lecz przedewszystkiém uczyła ją kochać Matkę Bożą i do Niéj we wszelkich potrzebach się uciekać. Jak téż od samego dzieciństwa, tak i przez całe życie, święta Hermana wielkie miała do przenajświętszéj Panny nabożeństwo.

Lecz niedługo zostawała pod czułą i tak potrzebną każdemu dziecku, a cóż dopiéro dotkniętemu kalectwem, opieką matki. Zaledwie miała lat kilka gdy ją straciła, a ojciec drugą żonę pojął, wdowę która miała kilkoro dzieci z pierwszego małżeństwa.

Macocha Hermany była to kobieta bardzo niedobra obchodziła się z nią najgorzéj; przeznaczyła ją do usług około swoich dzieci, które były nadzwyczaj kapryśne i ciągle na nią skarżyły, chociaż ze swéj strony starała się ona jak tylko mogła we wszystkiém im dogadzać, Ojciec człowiek słabego charakteru i zawojoWany przez żonę, pozwalał na wszystko, i nawet pod wpływem macoszynych uprzedzeń do Hermany, i sam stał się dla niéj bardzo ostrym. Święta dziewczynka znosiła te dotkliwe przykrości z przedziwną cierpliwością, i czasem tylko płakała skrycie na modlitwie, prosząc Pana Boga aby jéj dawał coraz większą łaskę do znoszenia jak najcierpliwiéj, a nawet chętnie dla Jego miłości, wszystkich upokorzeń jakie ją spotykały. Łaski téż takowéj nie szczędził jéj Pan Jezus. Nikt jéj nie słyszał uskarżającą się, nikt nawet zachmurzoną nie widział, i zdawało się patrząc na nią, że jest bardzo szczęśliwa z ostatniego miejsca jakie jéj pozostawiono w domu; i że ją z grona rodzinnego prawie zupełnie wykluczono. Służyła wszystkim z całego serca, i chociaż kaleczka i prawie ciągle chora, tak była czynną, pracowitą i zręczną, że obcy ludzie patrząc na nią mawiali, iż mała ta dziewczynka za dwie dobre sługi wystarcza.

Takie jéj postępowanie, nie tylko nie zjednało jéj serca niepoczciwéj macochy, lecz ją jeszcze gorzéj przeciw niéj rozdrażniało. Ciągle to na nią zrzędziła, to obelżywie ją łajała, a często i biła. W końcu aby o ile możności pozbyć się jéj z domu, gdy podrosła, przeznaczyła ją do pasania trzody w polu. Wysyłała ją tam na cały dzień od rana do wieczora, i to, według zwyczaju południowych krajów zimą i latem. Na całodzienny posiłek dawała jéj kawałek suchego chleba, który Hermana zabierała z sobą w pole; a na mieszkanie to jest na nocleg gdy wracała z pola, przeznaczyła jéj stary i zanieczyszczony chlewek, mający wszystkiego pięć stóp objętości, w którym i latem i zimą nocowywała. Ileż to razy zmoczona od deszczu, na który cały dzień wystawioną była, albo zziębnięta od mrozu i śniegu, nie mając odzienia ani obuwia do przemiany, wracała późno wieczorem Hermana z trzodą, a nie mogąc nawet pokazać się w chacie, szła na noc do swojéj nory wilgotnéj, w któréj na posłanie i okrycie miała tylko trochę słomy przegniłéj. I tak spędziła nie rok jeden, nie lat kilka, lecz całą swoję młodość: to jest całe swoje życie, bo bardzo młodą umarła.

Lecz wśród takich ucisków i krzywd jakie ją od ludzi spotkały, Pan Bóg, o ile jej odjął był wszelkich pociech doczesnych, o tyle obsypywał ją pociechami niebieskiemi. Całe jéj życie tak smutne w oczach ludzi, było jakby ciągłą gorącą modlitwą, wśród któréj przez większą część dnia i nocy nawet zatapiała się w wyższe stany bogomyślności, i wpadała w zachwycenia, w których tu już na ziemi zakosztowują dusze wybrane radości niebieskich.

Oto jaki był tryb jéj życia zwykły: O świcie wyszedłszy w pole i rozmieściwszy trzódkę swoję na właściwych pastwiskach, zawieszała sobie u drzewa, albo jeśli na łące była u swojego kija pasterskiego, medalik przenajświętszéj Panny który miała jeszcze od matki, i przed nim długo się modliła. Jużto odmawiała Różaniec, lub inne modlitwy ustne, już samą myślą i sercem wznosiła się do Nieba, i wtedy często w długie zachwycenie wpadała. Jak tylko posłyszała że w kościołku wiejskim dzwonią na Mszę świętą, udawała się na nią, zostawiając wśród trzody kijek swój zatknięty, a po powrócie znachodziła bydełko tak się go pilnujące wiernie, jakby sama była przy niém nieodstępnie. Dopiéro około zachodu słońca brała swój nędzny posiłek: to jest zjadała trochę chleba przyniesionego z domu, i piła wodę ze źródła. Wieczorem wracała do damu, albo raczéj do swojego chlewka, i w nim znowu dwie albo trzy godziny tylko przespawszy, resztę nocy spędzała na rozmowie z Bogiem. W każdą niedzielę i święto spowiadała się i do Komunii świętéj przystępowała, a sam jéj widok wtedy pobudzał drugich do nabożenstwa.

Sama tak uboga, jeszcze umiała wspierać biednych. Bardzo często albo ujmowała sobie chleba, albo go cały dzień nie jadła wcale, aby so oddać biednemu.

W ciągu dnia zgromadzała małe dzieci paszące bydło w polu, i uczyła je katechizmu, którego doskonale wyuczona była i od matki, i z kazań których pilnie słuchała w kościele. Resztę czasu spędzała znowu na modlitwie, na któréj wielkie łaski i pociechy niebieskie odbierała. Zdarzyło się kilka razy, że gdy potok rozdzielający wioskę Pibrak od pola, wezbrał był tak że na drugą stronę nikt dostać się nie mógł, nasza Święta udając się do kościoła, przeżegnawszy się przebywała go idąc po wierzchu wody. Żaden wilk nie tknął nigdy jéj trzódki, a ta znowu tak jéj była posłuszną, że gdy ją pozostawiała samą, nie ruszałą się daléj nad miejsce które jéj laseczką swoją zakreśliła.

Razu pewnego, a było to wśród zimy, Hermana wychodząc z domu, zabrała była z kuchni kilka kawałków porzuconego tam bardzo suchego chleba. Miała zamiar sama poprzestać na tak lichym posiłku, aby chleb który dostała dla siebie, oddać pewnój ubogiéj kobiecie. Spostrzegłszy to macocha po jéj odejściu, wpadła w złość największą i z kijem w ręku pogoniła za nią, aby jéj te okruszyny odebrać i kijem ją obić. Dwóch wieśniaków spotkawszy ją i widząc w jakim celu śpieszy, udali się za nią aby obronić biedną dziewczynę, nad któréj losem wszyscy się litowali. Gdy ją dogonili a macocha kazała jéj pokazać co niesie w fartuszku, w miejscu kawałków chleba, znalazły się prześliczne i świeże kwiaty. Zdziwił ten cud świadków tego zdarzenia, którzy wróciwszy do wioski, rozpowiedzieli go wszystkim. Od téj pory nie tylko wszyscy poczytywali ją za Świętą, lecz i ojciec jéj nie pozwolił już żonie pastwić sję dłużéj nad nią. Chciał aby Hermana przestała paść trzodę, aby z inném rodzeństwem zajęła miejsce w domu i aby już nie mieszkała w chlewku smrodliwym. Lecz Święta tak się już była rozmiłowała w tych wszystkich swoich umartwieniach, i tyle w zamian za nie odebrała od Boga łask i pociech, że rzuciwszy się do nóg ojcu, uprosiła u niego aby w jéj spoobie życia żadnéj zmiany nie wprowadzano. Wawrzyniec uległ jéj usilnym prośbom.

Wkrótce potém, pewnego poranku, późniéj niż zwykle nie widząc wychodzącej z trzódką Hermany, poszedł do jéj chlewka, i znalazł ją bez życia, leżącą z rękoma na krzyż złożonemi i z przedziwnéj łagodności uśmiechem na ustach. Wziął ją był już Pan Bóg do Siebie. Umarła w miesiącu Czerwcu, roku Pańskiego 1601, mając lat dwadzieścia dwa.

Słynącą licznemi i wielkiemi cudami po śmierci, ojciec święty Pius IX, najprzód Błogosławioną oglosił, a w roku 1867 przy obchodzie ośmnastej setnicy męczeństwa świętego Piotra, uroczyście ją ukanonizował.

Pożytek duchowny

Przy kanonizacyi świętéj Hermany, tak przemówił Papież Pius IX: „Przez tryumf jaki odnosi w téj chwili ta pokorna pasterka, Pan Bóg chce nam dać naukę najpotrzebniejszą za naszych czasów. Jakoż, gdy wszyscy gonią za bogactwami, uciechami i wywyższeniem się, najpotrzebniejszém jest przedstawić do czci powszechnéj i jako wzór do naśladowania, życie uświęcone ubóstwem, cierpieniem i wzgardą świata.” — Weź ztąd potrzebną i dla siebie naukę.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Który wywyższasz pokornych, a tak uświetnić raczyłeś miłość bliżniego i cierpliwość błogosławionéj dziewicy Hermany, daj nam za jéj wstawieniem się i zasługami, cierpliwie znosić nasze krzyże, i przez to dojść do doskonałego miłowania Ciebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 498–500.

Tags: św Hermana Cousin „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna wytrwałość jałmużna ubóstwo pokora
2020-04-24

Św. Fidelisa Męczennika z zakonu braci-mniejszych kapucynów świętego Franciszka Serafickiego

Żył około Roku Pańskiego 1622.

(Żywot jego był napisany przez Ojoea Maksymiliana Kapucyna, i drukowany w Rzymie w roku jego kanonizacyi.)

Święty Fidelis narodził się roku Pańskiego 1577 w Singmeringen, małém miasteczku w księstwie Hohencolern położoném. Ojciec jego Jan Rey rodem Polak, a matka Genowefa z Rosembergów, ze szlachetnego pochodzili rodu, byli wzorowymi katolikami i bardzo pobożnie go wychowali. Gdy przy wydaniu jego na świat, była obawa iż nieżywym się narodzi, świątobliwa matka prosiła Pana Boga, aby raczéj jéj saméj życie odjął, byle dziecię mające się narodzić Chrztu świętego pozbawioném nie było. Pan Bóg w tejże chwili uśmierzył wszelkie jéj boleści, i najszczęśliwiéj wydała na świat synka, któremu dano imię Marek. Wyższe nauki pobierał w uniwersytecie Fryburskim w Szwajcaryi, gdzie otrzymał stopień Doktora obojga Praw, a obok wysokiego wykształcenia w tym zawodzie, taką odznaczał się pobożnością, iż go mędrcem chrześcijańskim przezwano. Przydany za ochmistrza, do trzech młodych paniczów najznakomitszego w jego kraju rodu, odbywających podróż po Europie, przedewszystkiém kształcił ich w zasadach wiary świętéj, i życiem swojém świątobliwém, był dla nich wzorem najwyższych cnót chrześcijańskich. Często przystępował do Sakramentów świętych, usługiwał chorym po szpitalach w miastach w których się zatrzymywali, długie codziennie odprawiał modlitwy i biednych hojnie wspierał, niekiedy wszystkie suknie swoje im rozdając.

Po powrocie z podróży téj, został Adwokatem w mieście Kolmarze w Alzacyi, a prawością swoją i znakomitą biegłością w nauce prawa, najliczniejszych pozyskał klientów. Zwykle chętniéj podejmował się prowadzenia spraw ubogich, od których nie tylko nie wymagał żadnego wynagrodzenia, lecz sam koszta ich procesów brał na siebie. Nigdy nie stawał w obronie spraw niemających za sobą słuszności, a w przemowach u kratek sądowych, nie tykając sławy przeciwników, nie używając najmniejszych wykrętów, samą siłą wymowy, a najbardziej trafném stosowaniem przepisów prawa, najskuteczniéj wpływał na wyroki sądowe. Starał się przytém jak najprędzéj sprawy ukończać, mawiał bowiem: „Wszelkie koszta sprawy, wynikające ze zwłoki i niedbałości Adwokata w jéj prowadzeniu, sąto długi, które on zaciąga względem swojego klienta.” W ogólności zaś o zawodzie Obrońców sądowych tak się wyrażał: „Obrona niewinnego, opieka nad wdowami i sierotami pokrzywdzonemi, jest najzaszczytniejszym obowiązkiem naszego stanu, i takowy nawet bez wynagrodzenia miło nam spełniać. Nasz zawód nie jest tylko zyskowném rzemiosłem: przedewszystkićm powinniśmy być stróżami prawa, i dopomagać sędziom do wymierzania ścisłéj sprawiedliwości.”

Zajęcia jego stanu, nie przeszkadzały mu do jak najwierniejszego zachowania oddawna przyjętego rodzaju życia, i odbywania wszystkich pobożnych ćwiczeń, przez które coraz większe łaski spływały na duszę jego. W nagrodę téż za to, obdarzył go Pan Bóg i najszacowniejszą łaską, po łasce powołania do Wiary, to jest łaską powołania do Zakonu. Widząc iż na świecie, na wielkie trudności narażona była dusza do wyższéj dążąca doskonałości, postanowił wstąpić do klasztoru. Wprzód jednak wyświęcony został na Dyakona, a uzyskawszy na to szczególne pozwolenie z Rzymu, niezwłocznie potém i na kapłana. Następnie odprawiwszy pierwszą Mszę świętą w kościele księży Kapucynów we Frejburgu, w uroczystość świętego Franciszka Serafickiego dnia 4-go Października 1612 roku, przyjął habit zakonny, przybierając imię Fidelisa. Po ukończonym nowicyacie, w którym stał się od pierwszéj chwili wzorem najwierniejszego naśladowcy wielkiego Patryarchy Asyskiego, majątek swój zapisawszy na fundusz do utrzymywania kleryków przy Seminaryum Dyecezalném, bogatą bibliotekę temuż zakładowi, a wszystkie ruchomości rozdawszy ubogim, wykonał śluby uroczyste. Testament przez który rozporządził tym sposobem całém swojém mieniem, tak kończył: „Podobnież ofiaruję i poświęcam przez tę moję ostatnią wolę, ciało moje i duszę moję jako całopalną żywą ofiarę serca skruszonego, na wieczną służbę Boskiego Majestatu, przenajświętszéj Maryi Panny Niepokalanie poczętéj i Serafickiego Ojca Franciszka; i jako nagi wyszedłem z łona matki mojej, podobnież ogołocony ze wszystkiego co ziemskie, nagi oddaję się w ręce Jezusa Chrystusa, Zbawcy mojego.”

Późniéj też często cieszył się z zamiany jaką uczynił mawiając: „Oddałem Bogu dobra doczesne, a Bóg za nie płaci mi królestwem niebieskiém.” Następujące zdanie podobnież powtarzał nie raz, i do niego życie swoje stosował: „Ponieważ Pan Bóg nie inaczéj przywrócił nam życie łaski, jak przez poniesienie śmierci, więc i my tego rodzaju życia dochować w sobie nie możemy inaczéj, jak przez zamarcie sobie samym.” A także i te słowa często miał na ustach: „Ponieważ nagrodą naszą ma być wieczne wesele w Niebie, nie powinniśmy obawiać się ciągłego cierpienia na ziemi.” Sam stosując się do tego, starał się cierpiéć ciągle i umartwiać się we wszystkiém. Do zwykłych ostrości Reguły, przydawał jeszcze dobrowolnych, o ile mu tylko na to przełożeni i spowiednik pozwalali. Ubóstwo zachowywał najwyższe: w celi prócz prostego tapczana, małego stoliczka i zydelka, nic zgoła więcéj nie miał, wszystkie posty zakonne o chlebie i wodzie przepędzał, ostremi włosiennicami, krwawém biczowaniem się, żelaznemi kolczastemi paskami, trapił ciało. Na modlitwie, prócz wspólnych pacierzy w chórze, spędzał wielką część nocy. Szczególne miał nabożeństwo do Matki Bożéj, któréj przypisywał wszystkie łaski jakie odbierał. Tak był pokornym, iż nie tylko przełożonych, ale każdego brata woli starał się ulegać.

Jak tylko ukończył nauki Teologiczne, przeznaczony został na kaznodzieję i spowiednika. Spełniał te obowiązki z wielką gorliwością, i niezmiernym dla dusz pożytkiem, a szczególnie w mieście Weltkirchen, gdzie był Gwardyanem klasztoru, i gdzie wielu kalwinów nawrócił. W témże mieście wybuchło morowe powietrze, najprzód w wojsku Austryackiém tam stojącém, a późniéj i w całéj okolicy. Święty Fidelis oddał się całkiem na usługi dotkniętych zarazą. Dnie całe i noce przepędzał przy nich, jużto po szpitalach, już po najuboższych mieszkaniach, niosąc im ratunek i co do ciała i co do duszy, i lecząc częstokroć cudownie i na duszy i na ciele.

Tak się był apostolską swoją gorliwością wsławił, że gdy Kongregacya rozszerzania wiary, założona przez Grzegorza XV w Rzymie, zawezwała Kapucynów na misyą do Szwajcaryi, gdzie szczególnie w Kantonie Gryzońskim, szerzyło się kacerstwo Kalwina, przełożeni jego uczynili go Prefektem, to jest przełożonym téj misyi. Z wielką radością podjął się tego Fidelis: mając sobie objawioném że go tam męczeńska korona czeka. Opuszczając téż Weltkirchen, pożegnał się ze wszystkimi, zapowiadając że już nie wróci. Przybywszy na miejsce, niezwłocznie pierwszemi swojemi kazaniami wielką liczbę heretyków nawrócił, a między innymi dwóch najznakomitszych tego kraju panów. Oburzało to do najwyższego stopnia przeciw niemu zawziętszych sekciarzy, którzy postanowili pozbyć się go jakimkolwiekbądź sposobem, chociażby przyszło do zadania mu śmierci. Ostrzegano go o tém kilkakrotnie, lecz Święty oświadczając, iż gotów jest oddać życie za wiarę, nie ustawał w apostolskiéj gorliwości. Aż nareszcie nadszedł był i dzień w którym miał tego w istocie dopełnić.

W dniu 24 Kwietnia 1622 roku, znajdując się w małém miasieczku Gruch, gdzie wielka liczba kacerzy schroniła się była przed ścigającymi ich Austryakami, wyspowiadał się, odprawił Mszę świętą i miał kazanie, przy końcu którego, wpadłszy w zachwycenie, miał sobie objawioném, iż dnia tegoż poniesie śmierć męczeńską. Około południa udał się ztamtąd do miasteczka Sewizu, mówiąc do swojego towarzysza: „Idę, bo tam czekają katolicy na moje kazanie, ale wiem dobrze co mnie tam spotka: bywaj zdrów i módl się za mnie.” W drodze pewien katolik ostrzegł go że heretycy czyhają już tam na niego: „Cóż robić, odrzekł Święty będę się starał postąpić tak jak wszyscy Męczennicy: jak oni poczytam sobie za największe szczęście umrzeć dla miłości Jezusa.” Za przybyciem jego do Sewizu, powtórnie ostrzegano go o grożącem niebezpieczeństwie. Pomimo tego miał długie kazanie, po którém heretycy wszcząwszy wielki hałas, rzucili się na niego, i jeden z nich ugodził go szablą w głowę. Święty upadł na ziemię, lecz wnet podniosłszy się ukląkł i wznosząc oczy i ręce do Nieba w te słowa jeszcze się odezwał: „Odpuść im Panie, bo nie wiedzą co czynią. Jezu zmiłuj się nade mną, Maryo wspieraj mnie,” a gdy to domawiał, drugi raz uderzony w głowę pałaszem i ciężką maczugą, padł nieżywy na ziemię z roztrzaskaną czaszką.

Część błogosławionych zwłok jego, złożona została w kościele ojców Kapucynów w Weltkirchen, a głowa i noga lewa którą pastwiąc się nad nim odcięli byli kacerze, w kościele katedralnym w Koirze. Licznemi cudami uświetnił Pan Bóg relikwie tego Męczennika, a 24 Kwietnia 1745 roku, Papież Benedykt XIV w poczet go Świętych zaliczył.

Pożytek duchowny

Święty Fidelis, który za życia z wielką miłością opiekował się sprawami pokrzywdzonych wdów i sierot, jest dziś w Niebie opiekunem ich w każdéj potrzebie, a szczególnie w najważniejszéj: zbawienia duszy. Wszyscy więc w tego rodzaju potrzebach naszych, uciekajmy się do niego, prosząc aby nam wyjednał łaskę wygrania tej wielkiéj sprawy, w któréj chodzi o szczęście wiekuiste lub więczną niedolę.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Któryś błogosławionego Fidelisa, seraficznym ogniem naduszy gorejącego, w ogłaszaniu prawdziwéj wiary, palmą męczeńską i świetnemi cudami przyozdobić raczył, prosimy Cię przez jego zasługi i pośrednictwo, abyś nas łaską Twoją tak umacniał w wierze i miłości, iżbyśmy zasłużyli sobie być w służbie Twojéj wytrwałymi aż do śmierci. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 317–320.

Tags: św Fidelis „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik prawo ubóstwo zaraza
2020-04-16

Bł. Benedykta Labra Żebraka

Żył około roku Pańskiego 1783.

(Żywot jego był napisany przez Księdza Markoniego, który przez długi czas był jego Ojcem duchownym.)

Błogosławiony Benedykt Józef Labr (Labre) urodził się dnia 26-go Marca 1748 roku we Francyi, w Dyecezyi Bulońskiéj, w małéj wiosce Amette, z pobożnych a niezamożnych rodziców stanu wieśniaczego. W dwunastym roku stryj jego ksiądz Labr, proboszcz parafii Eryńskiéj (Erin) wziął go do siebie, i przysposobił do pierwszéj Komunii świętéj. Od téj pory chłopaczek ten okazywał się bardzo pobożnym i już wtedy zamyślał wstąpić do zakonu. Unikał zwykłych dziecinnemu wiekowi rozrywek, szukał samotności, oddawał się modlitwie, i z największém upodobaniem pobożne książki czytywał. Przytém wielką miał litość nad ubogimi. Jak tylko mógł starał się przychodzić im w pomoc: codziennie ujmował sobie znaczną część pokarmów, aby nią jakiego biednego posilić.

Doszedłszy lat ośmnastu, a sądząc że go Pan Bóg powołuje do stanu zakonnego, powziął zamiar wstąpienia do Trapistów. Lecz że rodzice sprzeciwiali się temu, więc odłożył te zamiary na czas nieco późniejszy. W téj porze morowe powietrze wybuchło w parafii Eryńskiéj. Stryj Benedykta padł ofiarą swojego kapłańskiego poświęcenia dla chorych, a on sam dzień i noc służył im i doglądał ich, narażając się z miłości bliźniego, na wielkie niebezpieczeństwo. Gdy takowe przeszło, Benedykt wrócił do domu, i ponowiwszy swoje usiłowania, otrzymał od rodziców pozwolenie wstąpienia do Zakonu. Udał się przeto do Trapistów, lecz że ich Reguła tak młodych przyjmować nie dozwala, przyjętym nie został. Wtedy osiadł przy wuju swoim, także księdzu, i pobierał tam dalsze nauki.

Odbywająca się w tejże parafii, wkrótce potém misya, rozbudziła w Benedykcie żywsze niż kiedy pragnienie spełnienia koniecznie pobożnego zamiaru poświęcenia się wyłącznie Bogu: poszedł więc do Kartuzyi Montrelskiéj (Montreuil), z zamiarem zostania Kartuzem. Przeor nie chciał go przyjąć, póki nie ukończy szkół wyższych, i nie wyuczy się chóralnego śpiewu. Nie rad był takowéj odwłoce święty młodzieniec: dowiedziawszy się więc że w innym tejże Reguły zakonnéj klasztorze, nie robiono w przyjmowaniu zgłaszających się tyle trudności, tam się udał niezwłocznie. Jakoż, przyjęty został w Kartuzyi Longenewskiéj (Longuenesse), lecz po sześciu tygodniach nie wiadomo z jakiego powodu, wystąpił z nowicyatu. Znowu więc wrócił do domu i począł wieść życie nadzwyczaj umartwione. Ścisłe zachowywał i to codziennie posty, wiele czasu trawił na modlitwie, sypiał na ziemi, a przytém w pracy tak sobie nie folgował, że go matka często upominać musiała, aby więcéj szanował zdrowie. Lecz nie odstępując zamiaru zostania Kartuzem, wykształciwszy się przez ten czas w naukach i wyuczywszy się śpiewu chóralnego, zgłosił się powtórnie do klasztoru Montrelskiego, gdzie ponieważ wymagane przez Przeora warunki były z jego strony dopełnione, przyjętym został. Po sześciu wszakże tygodniach z nowicyatu go wydalono, uznając w nim brak powołania.

Miał już wtedy lat dwadzieścia jeden, więc wiek nie przeszkadzał mu do wstąpienia do Trapistów. Przyjęto go do klasztoru Setfondskiego (Sept-fonds) w roku 1769, gdzie przywdział suknię zakonną przybierając imię Urbana. Atoli i tu nie chciał go mieć Pan Bóg, bo mu inne do uświątobliwienia się przeznaczał drogi. Znalazł tam wprawdzie wszystko czego pragnął: nadzwyczajną ostrość Reguły, najściślejsze jéj zachowanie; ojcowie budowali się jego świątobliwością i byliby go chętnie zatrzymali, lecz długa choroba, w któréj już zdawał się blizkim śmierci, była powodem, że skoro z niéj wyszedł, wydalono go z klasztoru.

Zawiedziony tyle razy w swoich zamysłach lecz spokojny na duszy, bo już wtedy we wszystkiém doskonale poddawał się rozporządzeniom i dopuszczeniom woli Bożej, Benedykt nie wrócił do domu, lecz jeszcze trwając w zamiarze zostania zakonnikiem, udał się do Włoch, zawiadamiając o tém listownie rodziców, żegnając ich na zawsze, i prosząc o błogosławieństwo. Puścił się w tę podróż już bez żadnych zasobów, i o żebranym chlebie.

Najprzód zwiedził Loret, dokąd powiodło go jego serdeczne do Matki Bożej nabożeństwo, i tam w świętym domku w którym Marya mieszkała, i gdzie Syn Boży stał się człowiekiem modląc się długo i gorąco, postanowił już więcéj nie probować życia zakonnego, a prowadzić życie oddane bogomyślności i ostrej pokucie, pozostając na świecie, żyjąc z jałmużny, i zwiedzając z kolei jak najwięcéj miejsc świętych, pielgrzymując od jednego do drugiego jak najuboższy żebrak.

Jakoż z Loretu, dokąd już potém każdego roku stale powracał, udał się do Assyża, gdzie jako szczególny ubóstwa i stanu żebrackiego miłośnik, zatrzymał się dość długo, oddając cześć licznym w tém mieście pamiątkom po świętym Franciszku Serafickim założycielu Zakonu żebrzącego i najwyższym ubóstwa Ewangelicznego przedstawicielu. Tam wpisał się w bractwo Paska świętego Franciszka, i ten po jego śmierci znaleziono na nim. Z Assyża poszedł do Rzymu, gdzie go przyjęto do Domu przytułku świętego Ludwika, przeznaczonego dla ubogich pielgrzymów francuzkich.

Odtąd błogosławiony Benedykt resztę życia swojego spędził w dobrowolném najwyższém ubóstwie, a ciągle swoje pobożne pielgrzymki odbywając, jużto po Włoszech, już po części Niemiec południowych i po Hiszpanii. Każdego roku rozpoczynał je od zwiedzenia Loretu, a co do innych miejsc świętych najczęściéj bywał w Einsilden w Niemczech, i tam długo przy kościele Matki Bożéj, wielkiemi cudami słynącéj, zatrzymywał się, nie tylko dnie całe lecz i noce na modlitwie, przed Jéj ołtarzem przepędzając.

Wszakże w miarę jak się w nim rozwijał duch wysokiéj bogomyślności, uznał że pielgrzymki te, jakkolwiek zbawienne, przeszkadzały mu do wewnętrznego skupienia. W ostatnich więc siedmiu latach swojego życia, już stale zamieszkał w Rzymie, tylko co roku chodził na krótko do Loretu. Prowadził zaś następujący sposób życia:

Prócz swego spowiednika księdza Markoniego i pewnego kupca nazwiskiem Zakarelli, bardzo pobożnego człowieka, nikogo w Rzymie nie znał. Z nikim nie rozmawiał, a w koniecznéj potrzebie na kilku słowach ograniczał się. Nosił odzienie najuboższego żebraka, pokryte łatami i obdarte, przepasując się prostym powrozem. Zimą i latem chodził boso i z gołą głową. W pierwszych trzech latach pobytu swojego w Rzymie, całe dnie przepędzał w kościele, o południu szedł do jednéj z furt klasztornych, przy któréj dostawał małą miseczkę zupy z kawałkiem chleba, co stanowiło całodzienny jego posiłek. Noc przepędzał po zwaliskach starych gmachów, modląc się przez długie godziny, co czynił i w czasach największéj niepogody i przez całą zimę. W skutek tego rodzaju umartwień i prawie ciągłego klęczenia, dostał na obu kolanach wielkich narości, a w całém ciele puchliny. W takim stanie przygarnął go do swego Zakładu ksiądz Moncini, który na każdą noc dawał przytułek dwunastu ubogim. Tam polepszyło mu się zdrowie, chociaż od swojego sposobu życia wcale nie odstępował. W nocy gdy inni spoczywali, on wstawał, i długo się modlił: po rannych pacierzach które wspólnie odprawiano, udawał się do kościoła przenajświętszéj Panny dei snonti, i tam przed wielkim ołtarzem, zawsze na jedném miejscu w którém po śmierci i pochowany został, klęczał do południa, słuchając Mszy świętych i odmawiając swoje pacierze. O południu szedł po posiłek do jakiéj furty klasztornéj, potém chodził do kościoła gdzie bywało Wystawienie, i tam modląc się i czytając pobożne książki, pozostawał do wieczora, a po błogosławieństwie Przenajświętszego Sakramentu, wracał do Zakładu.

Był pokory najgłębszéj: Razu pewnego otrzymał był dość znaczną jałmużnę od przechodzącego, lecz według swego zwyczaju, spotkawszy ubogiego, oddał mu takową. Widząc to ten który mu to wsparcie uczynił, tak się uniósł gniewem iż zbił go bez litości. Benedykt przeniósł tę zniewagę i jednego słowa skargi nie wyrzekłszy. Inną razą, stróż umiatający ulicę, rozgniewany że Benedykt nie chcący zawadził o śmiecisko, tak go silnie uderzył, iż go rozkrwawił. Sługa Boży nie obejrzał się nawet, kto go tak skrzywdził. Widząc w Kolizeum gdzie się znajdują najświętsze pamiątki, uliczników znieważających to święte miejsce, upomniał ich z wielką łagodnością. Ci pogonili za nim i kamieniami na niego ciskać zaczęli. Jeden z przechodzących chciał go bronić od tych napastników, lecz Benedykt rzekł do niego: „daj im pokój; gdybyś mnie znał, i sam podobniebyś jak oni ze mną postąpił.”

W wielką środę roku 1783, błogosławiony ten żebrak, według swego zwyczaju przyjąwszy Komunią świętą, cały ranek spędził w kościele przenajświętszéj Panny dei monti. W południe wychodząc ztamtąd, zemdlał i upadł na schodach. Zaniesiono go do domu Zakarellego, owego kupca który był bardzo dla niego łaskawym. Tam przywołano Proboszcza który mu udzielił ostatnie Sakramenta święte, a pod wieczór kiedy odmawiano przy nim Litanią do Matki Bożéj, i gdy przyszło do tego wiersza: Święta Maryo! módl się za nami, wierny ten sługa Maryi, zasnął spokojnie w Panu. Umarł 16-go Kwietnia roku Pańskiego 1783 mając lat trzydzieści i pięć.

Wielkie i liczne cuda jakie zaraz po jego śmierci objawiły się przy jego grobie, skłoniły Stolicę Apostolską do zarządzenia procesu kanonicznego o jego świątobliwości, w skutek którego wpisany został w poczet Błogosławionych przez ojca świętego Piusa IX w roku 1859.

Pożytek duchowny

Z dwóch powodów raczył Pan Bóg, w czasach nie bardzo od nas odległych, wskrzesić tego świętego żebraka: a to abyśmy więdzieli że w każdym stanie można się uświątobliwić, i żebyśmy ubogimi zmuszonymi żebrać nie pogardzali, bo i między nimi mogą się znaleźć dusze bardzo miłe Bogu.

Modlitwa (kościelna)

Bożel Któryś błogosławionego Józefa Benedykta wyznawcę Twojego, przez ćwiczenie się w pokorze i zamiłowanie ubóstwa, z Sobą najściśléj zjednoczył; daj nam za jego zasługami, abyśmy tém co ziemskie gardzili, a zawsze to co niebieskie miłowali. Przez Pana naszego i t.d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 296–298.

Tags: bł Benedykt Labre „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna powołanie ubóstwo
2020-03-08

Św. Jana Bożego

Żył około roku Pańskiego 1550.

Pożytek duchowny

Wielkie miłosierdzie dla ubogich, wyprosiło świętemu Janowi, wielkie miłosierdzie u Boga, i ściągnęło na niego najrzadsze i najwyższe łaski. Tak bowiem hojnie Pan Jezus nagradza to, co w osobie ubogich, Jemu Samemu się czyni. Jeśli więc chcesz prędko z grzechów powstać, i za popełnione łatwiéj otrzymać przebaczenie, wspieraj wedle możności cierpiącego bliźniego; mówi bowiem Pismo Boże: jałmużna od wszelkiego grzechu wybawia, a nie dopuści duszy iść do ciemności (Tob. IV. IL).

Modlitwa (kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Jana, miłością Twoją zapalonego, gdy wśród płomieni przebywał, bez szkody uchował, i przez niego Kościół Twój, nowém Zgromadzeniem zakonném wzbogacił; spraw przez wzgląd na jego zasługi, aby płomień Twojéj miłości wyniszczył w nas grzechy nasze, a pośrednictwo jego, wyjednało nam ratunek wiekuisty. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 195.

Tags: św Jan Boży „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Bonifratrzy ubóstwo jałmużna miłosierdzie
2020-03-05

Św. Jana Józefa od Krzyża

Żył około roku Pańskiego 1739.

Pożytek duchowny

Święty Jan Józef, z miłości świętego ubóstwa, przez lat sześćdziesiąt cztery obchodził się jedną suknią okrytą łatami. O! jak szczegół ten z jego błogosławionego życia, zawstydzić powinien każdego wytwornie ubierającego się, a szczególnie tych, którzy rządząc się niechrześcijańskiém uczuciem próżności, nad stan swój i możność robiąc wydatki na stroje, wielorakiéj obrazy Bożéj stają się przez to powodem.

Modlitwa (kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Jana Józefa wyznawcę Twojego, ciernistemi ubóstwa, pokory i cierpliwości drogami, do chwały niebieskiéj wyniósł; daj nam prosimy Cię, abyśmy na ciele umartwieni, jego naśladowali przykłady, i radości wiekuistéj zażywali. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 186.

Tags: św Jan Józef od Krzyża „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna ubóstwo pokora cierpliwość przepych
2020-02-24

Ubóstwo Sędziów Ostatecznych

Suma teologiczna, suppl. 87 a 2.

Władza sądownicza należy szczególnie do ubóstwa, i to z trzech powodów. Po pierwsze, ze względu na słuszność. Dobrowolne bowiem ubóstwo jest drogą obraną przez tych, którzy wzgardziwszy wszystkim, co światowe, przylgnęli do samego Chrystusa. Stad też nie ma w nich niczego, co by ich sąd odwodziło od sprawiedliwości, a to czyni ich zdolnymi do sądzenia: jako nade wszystko miłujących prawdę sprawiedliwości.

Po drugie, ze względu na zasługę, jako że w zamian za upokorzenie należy się wywyższenie. Wśród wszystkich bowiem upokorzeń, które powodują, że na tym świecie człowiek jest przez innych pogardzany, szczególnym jest ubóstwo. Toteż ubogim obiecano zaszczyt sprawowania władzy sądowniczej, aby w ten sposob, ten, „kto się upokarza dla Chrystusa, dostąpił wywyższenia”.

Po trzecie, ponieważ ubóstwo przygotowuje do wspomnianego sposobu sądzenia. Jak to bowiem jest jasne z tego, co wyżej powiedziano, dlatego o którymś ze świętych mówimy, że będzie sądził, ponieważ będzie miał serce dokładnie wyuczone wszelkiej prawdy Bożej, którą też będzie mógł innym ujawniać. Pierwszym zaś, co na drodze do doskonałości trzeba porzucić, są zewnętrzne bogactwa: ponieważ są nabyte na końcu, „a co jest na końcu powstawania, jest pierwszym, co ulega zniszczeniu”. Z tego to powodu wśród błogosławieństw, poprzez które wspinamy się ku doskonałości, na pierwszym miejscu wymieniono ubóstwo. I w ten to właśnie sposób władza sądownicza odpowiada ubóstwu: o ile jest pierwszym przystosowaniem do tejże władzy. – Z tego to powodu władzy tej nie obiecano jakimkolwiek badź ubogim, ale tym, którzy „opuściwszy wszystko, idą za Chrystusem” według doskonałości życia.

Tags: św Tomasz z Akwinu suma teologiczna Sąd Ostateczny Apokalipsa ubóstwo osiem błogosławieństw
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.