Citatio.pl

Wpisy z tagiem "umartwienie":

2020-11-19

Św. Elżbiety, Królewnéj Węgierskiéj, Wdowy

Żyła około roku Pańskiego 1231.

(Żywot jéj był napisany przez ojca Konrada z Marburga, Zakonu Braci Mniejszych, jéj spowiednika.)

Święta Elżbieta córka Andrzeja króla Węgierskiego, i Gertrudy księżniczki Korynckiéj, przyszła na świat roku Pańskiego 1207. Miała lat trzy kiedy zaręczoną została z książęciem Ludwikiem, następcą tronu Turyngii, i w rok potém na dwór ten odwieziona, pod okiem księżnéj Zofii matki swojego przyszłego małżonka, wychowanie pobierała. Dziecinne serce jéj od rodziców oderwane, całkiem zwróciło się do Boga, jak jéj to pobożna matka przy rozstaniu polecała, i Bóg téż szczególnemi łaskami obdarzał ją od téj pory. Najmilszą dla niéj rozrywką, była modlitwa i dawanie jałmużny. Wspierała czém mogła ubogich, a każdego prosiła aby się za nią modlił. Gdy miała lat dziewięć, umarł książe panujący, a na tron wstąpił jéj narzeczony. Jako jego przyszła małżonka, prawo miała do tém wytworniejszych strojów i hołdów powszechnych. Lecz ona właśnie tém bardziéj zaczęła gardzić wszelkiemi próżnościami światowemi. Im świetniejszą uroczystość obchodzono, tém się skromniéj ubierała; a gdy do kościoła wchodziła, zdejmowała i te ozdoby książęce jakie miała na głowie. Gdy ją o to księżna matka strofowała pytając dla czego to czyni, odpowiedziała: „Nie mogę znieść żadnych kosztowności na głowie, patrząc na cierniową koronę Zbawiciela.”

Taki sposób życia obrócił przeciw niéj wszystkich prawie dworzan, tém bardziéj że i stara księżna niechętnie na to patrzała. Wyszydzano jéj nabożeństwo, upokarzano ją i bardzo dotkliwie w różny sposób, a nawet starano się odwieść księcia Ludwika od jéj zaślubienia. Święta Elżbieta znosiła to wszystko w największéj pokorze i cierpliwości, książe zaś dał odpraw szemrzącym na jéj świątobliwe życie, mówiąc że to właśnie ceni w niéj wyżéj nad wszelkie skarby i korony, jakieby w wianie przynieść mogła. Aby zaś przeciąć drogę wszelkim zabiegom jéj nieprzyjaciół, przyśpieszył zaślubiny, i gdy miała tylko lat trzynaście, zawarł z nią uroczyście śluby małżeńskie. Od téj pory Elżbieta przyczyniła sobie jeszcze więcéj ćwiczeń pobożnych i umartwień ciała, gdyż temu wcale nie sprzeciwiał się pobożny jéj małżonek.

Na dworze książęcym przebywał wtedy przysłany od Papieża w ważnych sprawach Kościoła w Niemczech, wielkiéj zacności i sławy przewodnik dusz do wyższéj doskonałości dążących, ojciec Konrad z Marburga, z zakonu Braci.mniejszych świętego Franciszka Serafickiego. Tego sam Papież doradził jéj za ojca duchownego, i jakkolwiek znalazła w nim przewodnika nadzwyczajnéj surowości, aż do śmierci jak najwierniéj go słuchała. Przedziwny téż postęp, a codziennie coraz wyższy, na drodze Bożéj czyniła. On jednak tak dalece probował jéj pokory i zaparcia, że razu pewnego zbił ją dotkliwie kijem, o czém jednak drudzy aż wtedy się o tém dowiedzieli, gdy wypadkiem jedna z pań jéj dworu ślady ciężkich razów na ciele jéj odkryła.

Dla ubogich wielkie miała miłosierdzie, i sama chorym ostatnie oddawała usługi; a gdy dworzanie robili jéj uwagę, jakoby to nie zgadzało się z jéj godnością małżonki panującego odpowiedziała: „Alboż nie wiecie, że ja w tych ubogich służę Samemu Królowi Królów, Panu świata i Nieba Jezusowi Chrystusowi.” Razu pewnego, spotkawszy biednego nędznie odzianego wśród zimy, płaszcz mu swój oddała. Podczas panującego w całych Niemczech w roku Pańskim 1225 ciężkiego głodu, gdy mąż jéj z cesarzem do Włoch był odjechał, a jéj rządy państwa poruczył, kazała z dóbr książęcych wszystkie zapasy zboża rozdać ubogim, a przy zamku książęcym, codzień około tysiąca biednych, sama im usługując, karmiła. Kiedy na to pieniędzy w skarbie zabrakło, wszystkie swoje kosztowne stroje i klejnoty na ten cel sprzedała. Gdy świątobliwy książe Ludwik powrócił, a na to dworzanie przed nim szemrali, rzekł im: „Wdzięczny za to jestem siostrze mojéj (tak ją bowiem nazywał zwykle), niech wspiera ubogich, bo to dzieci nasze.”

Prócz takiéj szczodroliwości, założyła obok zamku książęcego szpital, gdzie sama codziennie chorym usługiwała, a także dom przytułku dla sierot, które jak najbogobojniéj wychowywała. Kiedy zdarzało się że wróciwszy od biednych, znachodziła na odzieniu własném roje robactwa, cieszyła się z tego jakby ją perłami obsypano. Będąc u siebie, ani chwili nie próżnowała, a zawsze zajęta jakąś pożyteczną robotą, przyrządzała ozdoby do kościołów albo ubrania dla biednych.

Ubierała się jak najskromniéj, a gdy jéj to przyganiano, mówiła jakby duchem prorockim: „Trzeba mi do szat takich nawykać, bo w nich łatwiéj mi przyjdzie kiedyś chleba żebrać.” Raz gdy od jéj ojca króla Węgierskiego, znakomici posłowie przybyli, mąż jéj zafrasował się nieco, że kosztowniejszych sukień nie ma na ich przyjęcie. Elżbieta wyszła do nich w zwykłém ubraniu, a okazała się im okryta przepyszną i nadzwyczaj bogatą szatą, lśniącą od kosztownych kamieni.

Spełniła się téż i jéj przepowiednia że do ubóstwa przyjdzie. Miała lat dwadzieścia, kieł dy mąż jej udał się na wyprawę krzyżową, i w Sycylii umarł. Brat jego Henryk, przywłaszczywszy sobie tron Turyngii, który z prawa spadał na syna Elżbiety, wygnał ją z zamku książęcego wraz z dziećmi, i z wszelkiego majątku odarł, od razu do nędzy przywodząc. Wyszła Święta pieszo, bez żadnego opatrzenia, mając tylko przy sobie dwie najwierniejsze swoje sługi: Izyntradę i Gutę. Noc spędziła w opuszczonéj i na pół rozwalonéj chacie, a o świcie słysząc dzwonienie na jutrznię w klasztorze Braci-mniejszych, udała się tam i uprosiła zakonników, aby hymn Te Deum laudamus uroczyście odśpiewali, na podziękowanie Panu Bogu, że ją w poczet ubogich Swoich zamieścić raczył. Zima była, i z dziatkami długo tulić się musiała w ciasnéj i nieopatrzonéj izdebce, którą jéj z miłosierdzia dano. Doznawała przytém wiele zelżywości od motłochu, przez niegodziwego jéj szwagra na nią podbudzanego. Zdarzyło się nawet, że pewna niewiasta któréj ona, gdy na tronie była, wielkie dobrodziejstwa świadczyła, spotkawszy ją na ciasnéj ścieżce, umyślnie w błoto wtrąciła. Wszystko to Święta nietylko bez skargi, lecz z weselem znosiła, a za to, Pan Jezus zalewał jéj serce coraz wyższemi niebieskiemi pociechami. Okazał się jéj razu pewnego i rzekł do niéj: „Czy chcesz być ciągle ze mną zjednoczoną, tak jak Ja chcę tego?”, na co odpowiedziała: „Tak Panie mój, wielbię we wszystkiém wolę Twoję, i nigdy od Ciebie odłączoną być nie chcę.”

Tymczasem krewni jéj panujący i Biskupi, o krzywdę jéj upomnieli się, i w końcu przywiedli Henryka do upamiętania, który i na zamek książęcy przyjął Elżbietę napowrót, i na wynagrodzenie krzywd jéj poczynionych, oddawał jéj wiele bogatych zamków i włości. Lecz ona nic z tego przyjąć nie chciała, posag tylko swój sobie zastrzegła, i w jego wartości niektóre dobra wzięła.

Wielu książąt panujących ubiegało się o jéj rękę, lecz wszystkim odprawę dała, a sama zostawszy siostrą Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego, postanowiła poświęcić się Bogu na wyłączną służbę. Chciała nawet rozdać zaraz ubogim całą majętność swoję, lecz jéj na to Konrad jéj ojciec duchowny nie zezwolił, a za to wewnętrznych umartwień jéj nie szczędził. Między innemi, kazał jéj oddalić od siebie owe dwie wierne sługi, które jéj w wygnaniu towarzyszyły, a które bardzo kochała, a przydał jéj w ich miejsce nieznośną kobietę, która się z nią najgorzéj obchodziła. Święta Elżbieta poddała się temu najpokorniéj, i tę zuchwałą sługę, znosiła aż do śmierci. Konrad z polecenia nawet samego Papieża Grzegorza IX, radził Elżbiecie aby klasztor Sióstr Trzeciego Zakonu świętego Franciszka Serafickiego założyła. Chwyciła się tego z radością, i wkrótce w mieście Marburgu, który jej był dziedzictwem, klasztor zbudowała i w nim i sama zamieszkała, Obok niego, założyła ogromny szpital, w którym żywiąc wielką liczbę ubogich, sama dzień i noc chorym usługiwała. Obchodziła się z niemi z taką miłością, że gdy razu pewnego uczuła wstręt do trędowatego, umywszy jego obrzydliwe rany, wodę tę wypiła.

Dzieci swoje (z których syn osiadł późniéj na tronie Turyńskim, jedna córka została zakonnicą, a druga wyszła za panującego księcia Brabanckiego), powierzywszy świątobliwym krewnym, sama żyła tylko z pracy rąk własnych, a całe swoje wielkie dochody, obracała na ubogich. W ciągu tego, gdy z mocy zapisu męża wypłacono jéj wielkie pieniądze, Święta zwoławszy przez woźnych umyślnie na to wyprawionych, wszystkich ubogich z całéj Turyngii i Hessyi, całe te wielkie sumy w jednym dniu pomiędzy nich rozdała. Lecz, Konrad i w tém ją chciał umartwić, i odtąd już nie dozwolił żadnéj dawać jałmużny pieniężnej, tylko usługiwać ubogim, co znowu Elżbieta chętnie i tém gorliwiéj spełniała.

Dnia pewnego, będąc w zachwyceniu, miała sobie objawioném że ją ma już Pan Jezus powołać do Siebie, a pełną cnót i zasług chociaż wtedy lat dwudziestu czterech jeszcze nie skończyła. Oznajmiła to zaraz Konradowi i zasłabła. Siedząca przy niéj zakonnica, usłyszała ją przecudnym głosem śpiewającą, a gdy się temu dziwiła, rzekła jej Elżbieta: „Ptaszek z Nieba przybyły, śpiewa przede mną pieśń anielską, przeto ja mu wtóruję.” Nazajutrz uczyniła spowiedź z całego życia przed ojcem Konradem, sporządziwszy testament, przez który wszystko co posiadała zapisała ubogim. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych znowu onym przecudnym głosem śpiewać zaczęła, pytając drugich czy słyszą tych Aniołów którzy z nią razem śpiewają. Potém wiele jeszcze mówiła o nieprzebraném miłosierdziu Pana Jezusa, który dla zbawienia ludzi śmierć poniósł, i wśród takiéj mowy spuściwszy głowę, spokojnie Bogu ducha oddała dnia 19 Listopada roku Pańskiego 1231. W cztery lata potém, Grzegorz IX z wielką uroczystością kanonizacyą jéj ogłosił.

Pożytek duchowny

Masz oto i w żywocie dzisiejszym dowód, jak dalece inaczéj ocenia świat wypadki tego życia, a inaczéj zapatrują się na nie Święci. Błogosławiona Elżbieta z najświetniejszego stanu panującéj przyszedłszy nagle do ostatniéj nędzy, przez uroczyście odśpiewane Te Deum laudamus, dziękowała za to Panu Bogu. Pamiętaj, że jest tylko z imienia chrześcijaninem, kto we wszelkiego rodzaju zsyłanych na nas klęskach, nie widzi szczególnego nad duszą która ich doznaje dowodu miłosierdzia Bożego.

Modlitwa (Kościelna)

Serca wiernych Twoich Boże miłosierny oświeć, a za przykładem i wstawieniem się błogosławionéj Elżbiety, daj nam gardzić pomyślnością tego świata, a doznawać zawsze pociechy niebieskiéj. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 996–998.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 916–917

Przykład świętej Elżbiety uczy nas, że nawet wśród największego blasku, w pełni szczęścia ziemskiego na tronie, można się ćwiczyć w cnotach pokory i zaparcia się siebie, i łączyć z bogactwem i wielkością ziemską to ubóstwo ducha, które według słów Jezusa prowadzi do osiągnięcia królestwa niebieskiego. Dalej przykład jej pokazuje nam, jak mamy używać dóbr ziemskich, by zatraciły swe zgubne strony, a stały się dla nas środkiem do zbierania zasług na żywot wieczny. Mamy ich używać szczególnie na chwałę Boga i zbawienie ludzi, jako też na cele dobroczynne. Nigdy nie powinniśmy przywiązywać swego serca do dóbr ziemskich, ale raczej — jak mówi święty Paweł — mamy je posiadać w takim duchu jak gdybyśmy nic nie posiadali, i oddać je równie chętnie jak je odebraliśmy, jeśli taka jest wola Boża. Tak właśnie myślała i postępowała święta Elżbieta. Uważała się tylko za zarządczynię i szafarkę swoich dóbr, używała ich jedynie na cele dobroczynne i oddała je ze spokojem i uległością, gdy Bóg chciał ją doświadczyć cierpieniem. W najgłębszym poniżeniu i nędzy okazywała się zawsze gorliwą służebnicą Bożą i dowiodła przez to, że istotnie była ożywiona tym prawdziwie chrześcijańskim duchem, tą czystą miłością Bożą, która nie zważając na okoliczności, nie ma innego celu, jak podobać się Bogu, służyć Mu i przez to osiągnąć zbawienie. Dlatego Kościół słusznie oddaje Elżbiecie szczególną cześć między Świętymi i obchodzi jej święto z żywą radością, mówiąc we wstępie Mszy św.: „Radujmy się wszyscy w Panu, którzy obchodzimy tę uroczystość na cześć świętej wdowy Elżbiety, nad którą radują się aniołowie i jednogłośnie wielbią Syna Bożego”. Kościół stosuje też do niej w sposób pełen znaczenia Ewangelię, gdzie Zbawiciel mówi: „Podobne jest Królestwo niebieskie skarbowi ukrytemu w roli, który znalazłszy człowiek, skrył, a pełen radości z niego odchodzi i wszystko, co ma, sprzedaje, a ową rolę kupuje” (Mat. 13. 44). Nie dając się zaślepić skarbami ziemskimi, znalazła ten lepszy, jedynie prawdziwy skarb, tj. skarb niebieski. Przy nim wszystko inne wydało się jej próżne i bez wartości. Oby nas pobudziła do naśladowania swych cnót! Obyśmy i my naśladowali jej pokorę i zaparcie się siebie, jej gorliwość w służbie Bożej i miłosierdzie dla biednych i nieszczęśliwych, obyśmy za nic mieli dobra i uciechy ziemskie, i chętnie je oddawali, by za nie zyskać dobro wiekuiste!

Tags: św Elżbieta Węgierska św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna księżna wdowa pokora małżeństwo umartwienie jałmużna ubóstwo
2020-11-07

Św. Maryanny Franciszki, od Pięciu Ran Chrystusowych, Tercyarki Zakonu św. Franciszka Serafickiego

Żyła około roku Pańskiego 1791.

(Żywot jéj był napinany przez ojca Bernanda Lawiozę C. R. S.)

Święta Maryanna Franciszka, urodziła się w Neapolu roku Pańskiego 1715. Ojciec jéj nazwiskiem Gallo był szmuklerzem. Matka Barbara, kobieta bardzo pobożna, gdy ją już w łonie nosiła, doznawała przed samém swojém rozwiązaniem różnych niepokojów, któremi ją zły duch trapił. Dla zasięgnienia rady, udała się była pewnego razu do świętego Jana Józefa od Krzyża z zakonu Braci Mniejszych, podówczas żyjącego. Ten uspokoił ją, i polecił aby miała szczególne staranie nad dziecięciem które ma wydać na świat, gdyż będzie to wielka Święta. Takąż samę przepowiednię powtórzył jéj i święty Franciszék Dżyrolamo Jezuita, w Neapolu wtedy będący. Maryanna Franciszka, przed przyjściem nawet na świat, już objawiała dowody że się ci słudzy Boscy nie mylą. Matka jéj z powodu stanu brzemiennego siedząc słuchała Mszy świętej: lecz gdy nadchodziło podniesienie, dziecię w jéj łonie będące tak się miotało, że musiała klękać i w téj postawie pozostawać aż do spożycia Komunii przez Kapłana. Cierpienia Barbary w przybliżającéj się chwili wydania dziecięcia na świat, zapowiadały najniebezpieczniejszy poród. Wtedy uklękła ona przed wizerunkiem Matki Bożej łaskawéj, i wydała na świat dziecię bez najmniejszych boleści bez żadnéj pomocy a najszczęśliwiej. Przybyła już potém akuszerka, ujrzała niemowlę owinięte w lekką oponę, podobną do habitu, i rzekła do matki: „Patrz, jakąś piękną zakonniczkę wydała na świat.” Barbara nie była w stanie karmić ją sama; mamki dobrać nie mogli i dziecię wyniszczało jak szkielecik, a według zdania lekarzy miało wkrótce umrzeć. Wtedy matka wzięła je na ręce, i przycisnąwszy do piersi obraz przenajświętszéj Panny rzekła: „Maryo! cóż Ci trudnego dać piersiom tym pokarm dla mego dziecięcia” i od téj chwili piersi jéj nabrały pokarmu, i sama córeczkę wykarmiła.

Święta Maryanna Franciszka, od czwartego roku życia okazywała dowody szczególnéj pobożności, i od téj pory już objawiał się jéj Anioł-Stróż i po drodze doskonałości ją prowadził. Wtedy także odbyła pierwszą spowiedź, przy któréj zdziwiony został kapłan, że w tak małéj dziecinie znalazł nadzwyczajnie głębokie pojęcie najwyższych tajemnic wiary świętéj. Jednak dopiéro w siódmym roku dozwolił jej przyjąć pierwszą Komunią świętą, po któréj wpadła była jakby w rodzaj zachwycenia, a twarz jej tak pałała od wewnętrznego ognia miłości Boga, że osoby temu przytomne czuły ciepło od niéj wychodzące. Odtąd téż z zezwoleniem światłego i świątobliwego spowiednika, już codziennie przystępowała do stołu Pańskiego.

Skoro trochę podrosło, ojciec użył ją zaraz do swoich robót szmuklerskich, a widząc że wiele czasu trawiła na modlitwie i codzień chodziła do kościoła dla przyjmowania Komunii świętéj, wyznaczał jéj większą jeszcze niż innym dzieciom robotę, gdyż byłto człowiek i popędliwy i bardzo chciwy zysku. Franciszka nie tylko wykonywała zawsze, i to najdoskonaléj, wyznaczoną jéj robotę lecz nawet od innych kończyła, gdyż jéj w tém, jak się potém okazało, Anioł Stróż dopomagał.

Miała lat szesnaście, kiedy wysokie cnoty z których znaną była powszechnie i nader powabna uroda, skłoniły pewnego bardzo bogatego młodzieńca aby prosił o jéj rękę. Gallo uszczęśliwiony z tak świetnego związku, gdy dowiedział się od Franciszki że postanowiła poślubić na zawsze swoje dziewictwo Panu Jezusowi i wstąpić do trzeciego zakonu świętego Franciszka Serafickiego, wszelkich używał środków aby ją odwieść od tych zamiarów. Przychodziło do tego że ją po dni kilka więził w osobnéj izbie, morzył głodem, a nareszcie uniesiony gniewem, zbił tak okrutnie, że mu ją matka całą poranioną z rąk ledwo wyrwała. Święta zniosła to wszystko w największéj pokorze, i w końcu stałością swoją wymogła na ojcu pozwolenie zostania Tercyarką.

Od kolebki mając najserdeczniejsza do Maki Bożéj nabożeństwo, w dniu Niepokalanego Poczęcia przyjęła habit tercyarski. Spełniając w całéj ścisłości przepisane téj Reguły obowiązki, a przydając do nich nadzwyczajne dobrowolne umartwienia ciała, w początku mieszkała w domu rodzicielskim. Lecz po śmierci matki, gdy ojciec jéj przebrał wszelką miarę w nieludzkiém z nią obchodzeniu się, za poradą przewodnika duchownego, pojęła sobie ubogie mieszkanie osobno, i w niém z drugą pobożną tercyarką osiadła. Odtąd już oddawała się swobodniej bogomyślności i pokucie tak ostréj że jéj w tm mało który z największych pokutników wyrównał, a może nikt nie przewyższył. W miarę zaś tego, obdarzał ją Pan Bóg i najwyższemi łaskami i najcudowniejszemi darami nadprzyrodzonemi, nieszczędząc przytém tych krzyżów, jakiemi najwybrańsze dusze uświęca.

Od téj pory już przez całe życie codzień pościła o chlebie i wodzie, niejadając więcéj jak dwie uncye na dzień, a i to zwykle piołunem posypywała. Sypiała na gołéj ziemi, najdłużéj dwie godziny; włosiennicę nosiła tak ostrą że gdy raz pewnego zachorowała ciężko trzeba było ją zająć, siostra która jéj tę usługę oddawała, musiała całe jéj ciało zwilżać gdyż włosiennica przywarła jakby wrośnięta wrany, jakie ostrością swoją zadała. Obok tak umartwionego życia, i prawie ciągłych a dolegliwych chorób nie folgowała sobie i w pracy. Z téj nietylko siebie i kilka sióstr tercyarek musiała utrzymywać, ale nawet i własną rodzinę; gdyż ojciec zawsze dla niéj najniechętniejszy, domagał się tego od niéj koniecznie. W pokorze była także niezrównaną: posądzona przez złośliwe osoby o nierządne życie, a przez pewną niegodziwą kobietę oskarżona nawet o to przed Biskupem i przed jego Trybunałem z tego powodu stawiona, wszytko to znosiła nietylko pokornie, lecz z weselem nawet, ciężkie obelgi ztąd doznawane ofiarując Panu Jezusowi. Głównym zaś sprawcom doznanych ztąd zniewag, wielkie łaski modlitwami swemi powypraszała.

Cnotę czystości, którą od Chrztu świętego zachowała niepokalana, raczył w niéj Pan Bóg szczególnymi darami uświetnić. Doświadczano powszechnie, że sam jéj widok przyskramiał w drugich najsprośniejsze żądze. Pewien zacny kapłan, dręczony bywał tego rodzaju ciężkiemi pokusami, które pomimo bardzo umartwionego życia jakie prowadził i unikania wszelkich okazyi, nie odstępowały go wcale. Poradzono mu aby się udał do świętéj Franciszki. Po krótkiéj z nią rozmowie i wspólnéj modlitwie, od téjże chwili na całe życie od tego rodzaju nagabań został uwolniony. Razu pewnego, na samotnéj ulicy, o świcie, gdy Franciszka szła do kościoła, pewien rozpustnik napadł na nią, chcąc ją znieważyć. Franciszka widząc się w jego ręku bez żadnego ludzkiego ratunku, wezwała głośno Maryi na pomoc. W téjże chwili napastnik stanął jakby skamieniały, niemogąc się ani kroku poruszyć, ani ręką władnąć. Przerażony tym cudem, prosił Franciszki wchodzącéj do kościoła, aby się za niego pomodliła, co gdy Święta uczyniła, odzyskał zaraz władzę i w tymże kościele z całego życia spowiedź z wielką skruchą odbył. Lecz większym jeszcze cudem a raczéj dłuższym, raczył Pan Bóg strzedz od podobnych zniewag tę swoję wielką służebnicę. Gdy bowiem po tém zdarzeniu wracała Franciszka z kościoła do domu, znalazł się przy niéj ogromnéj wielkości brytan, który byle kto z mężczyzn zbliżył się do niéj, warczeniem go swém odstraszał. Towarzyszył on zawsze i wszędzie Franciszce przez lat kilkanaście ile razy wychodziła z domu, a nigdy dowiedzieć się nie można było czyj on był i gdzie się żywił.

Odkąd nasza Święta przyszła do rozumu, ulubioném jéj nabożeństwem było odbywanie drogi krzyżowéj. Przez to zatapianie się całém sercem w tajemnicach męki Pańskiéj, przypuszczał ją Pan Jezus do tak ścisłego zjednoczenia się z cierpieniami swemi, że w każdy piątek z kolei odbijała się na niéj widocznie jedna z tych tajemnic którą wtenczas szczególniéj rozmyślała; tak dalece że kapłani i inne osoby, które z polecenia Biskupa przypatrywały się temu, widziały ją wtedy w takim stanie jakby którą z tajemnic Męki Pańskiéj sama przebywała. Miała nawet cudownie wyryte na rękach i nogach blizny Chrystusa Pana; lecz uprosiła sobie u Pana Boga, aby te znamiona pozostawiły jéj cierpienia na zawsze, a znikły przed oczyma ludzkiemi.

Prócz tego, mało o jakich łaskach nadzwyczajnych czytamy w żywotach innych Świętych, którychby i Franciszka nie otrzymała. Nie było prawie dnia, żeby się jéj Anioł Stróż nie objawił. Gdy w cięższe zapadła choroby, święty Rafuł Archanioł przybywał do niej widzialnie, leczył jéj rany, i na rozkaz Matki Boskiéj kilka razy ją uzdrowił gdy już była konająca. Często w objawieniach rozmawiała z Panem Jezusem i z przenajświętszą Panną; w jedném z takowych, Pan Jezus zaślubił ją sobie jako oblubienicę wybraną, i okazał tron w Niebie zgotowany dla niéj wśród chóru Męczenników i Dziewic. Modlitwom jéj nigdy nic nie odmawiał. Wielka liczba dusz z czysca za jéj wstawieniem wyzwolonych, objawiła w jasności niebieskiej, dziękując za pomoc jaką im przyniosła. A jakże wiele i z samego piekła wybawiła, które tu jeszcze i za życia modlitwami swojemi wyrwała ze strasznych grzechów w jakich oddawna leżały.

Posiadała także dar przenikania tajników serc ludzkich. Jedném rzuceniem spojrzenia na osoby przychodzące zasięgnąć jéj rady, rozróżniała obłudę od prowdziwéj świętości. A także duchem prorockim przepowiedziała mieszkańcom Neapolu, na kilka lat przedtém, straszne morowe powietrze jakie dotknęło to miasto.

Lecz jedna z najcudowniejszych łask udzielonych jéj przez Boga, była ta, jaka się wydarzyła przy kilku Mszach świętych, w czasie których miała do Komunii świętéj przystępować. Zdarzało się bowiem, że gdy Franciszka spragniona co prędzéj przyjąć swego Boga, po konsekracyi przez kapłana uczynionéj pragnieniem tém gorzała coraz więcéj, wtedy komunikant dla niéj przygotowany znikał przed księdzem, a Franciszka go przyjmowała. Co większa: wielkiéj świątobliwości ksiądz Ksawery Bianki, zauważał, że wtedy nawet znaczna część Krwi przenajświętszéj ubywała z kielicha. Razu nawet pewnego ujrzał że mało co jéj zostało, i powiedział o tém Franciszce, która mu na to nieco zmieszana odrzekła: „Mój ojcze, gdyby nie to że święty Michał Archanioł ostrzegł mnie że do całości Ofiary potrzebna Krew przenajświętsza byłabym ją wszystką wypiła.” Z czego wnosić można, że tenże Michał Archanioł, niekiedy sam Komunikant, a niekiedy i Krew przenajświętszą jéj udzielał.

Nakoniec zbliżała się chwila, w któréj już tę wielką służebnicę Swoję miał Bóg powołać do Siebie. Przez całe prawie życie cierpiąca, zapadła wreszcie w śmiertelną chorobę, wśród któréj i niebezpieczną i bardzo bolesną, z niezachwianą cierpliwością odbywała operacyą. Po niéj żyła jeszcze kilka miesięcy, lecz w najsroższych cierpieniach, za które dziękowała ciągle Bogu, a gdy się bardzo boleści wzmogły spokojnie wzywała Maryi. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych wpadła w swój zwykły sposób rozmyślania Męki Pańskiéj, i widać było po niéj jak przebywała wszystkie jéj tajemnice, w sposób jeszcze widoczniejszy niż kiedykolwiek. Gdy przyszła do chwili opuszczenia Pana Jezusa na krzyżu, z ciężkiém westchnieniem odezwała się do spowiednika przy niéj obecnego: „Ojcze wspomagaj mnie bo ciężko.” Kiedy ukończyła tę swoję drogę krzyżową, orzeźwiła się nieco 1 ucieszona widzeniem Matki Boskiéj którą witała temi słowy: „oto Matka moja wychodzi na moje spotkanie”, przyciskając krzyż do ust oddała Bogu ducha 6 Października roku Pańskiego 1791. Miała lat siedemdziesiąt siedem. Papież Pius IX w poczet Świętych ją wpisał.

Pożytek duchowny

Gdyby święta Franciszka żyła była w wiekach niezachwianéj a powszechnéj w ludach wiary, byłaby tak wiele zrobiła dobrego na świecie wpływem swoim, jak to czyniły Katarzyny Seneńskie, Kolety i im podobne. Niewiara, która za jéj czasów już się szerzyła, a za naszych rozpowszechniła się jeszcze bardziéj, jest powodem że Święci Pańscy jakby nieznani i wcale niedocenieni żyją i umierają w tych wiekach ostatnich. Módl się gorąco aby ludzie powolniejszymi się stali przykładom i naukom Świętych, bo na to ich Pan Bóg daje Kościołowi swojemu i w każdych czasach zsyła.

Modlitwa (Kościelna)

Jezu Chryste Panie nasz! któryś błogosławioną Maryannę Franciszkę dziewicę, pomiędzy innemi darami w jej wzgardzie świata przedziwną uczynił; za jéj zasługami i pośrednictwem, spraw prosimy, abyśmy wszystkiém co ziemskie jest wzgardziwszy, o Niebo tylko starali się. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 955–958.

Tags: św Marianna Franciszka „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Maryja matka pokuta umartwienie pokora czystość zaraza św Rafał Archanioł św Michał Archanioł Droga Krzyżowa
2020-10-19

Św. Piotra z Alkantary, Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1562.

(Żywot jego wyjęty jest z Bulli jego Kanonizacyi.)

Święty Piotr, od miejsca urodzenia z Alkantary nazwany, przyszedł na świat w tém mieście w Hiszpanii w prowincyi Estramadura położoném, roku Pańskiego 1499, z ojca Alfonsa Garawito gubernatora téj części kraju.

Od dzieciństwa, ulubioném jego zajęciem była modlitwa, w któréj późniéj obdarzał go Pan Bóg darem tak wysokiéj bogomyślności do jakiéj mało kto z największych Świętych Pańskich bywał podniesiony. Ukończywszy wszystkie nauki w Salamance, gdzie nietylko wielkim w nich postępem lecz jeszcze bardziéj pobożnością się odznaczył, wrócił do miasta rodzinnego. Zły duch, przewidując jak wielkim sługą Bożym zostanie, probował go w sidła swoje uwikłać. Najprzód uderzył na niego zwykłą bronią jaką na młodych używa, chcąc w nim skalać cnotę świętéj czystości. Lecz Święty użył znowu ze swojéj strony przeciw temu najskuteczniejszéj broni: modlitwy, umartwienia ciała, uczęszczania do Sakramentów i serdecznego do Matki Bożéj nabożeństwa. Pokusy tego rodzaju odeszły, niezadając duszy jego żadnéj szkody, lecz szatan z inną wystąpił. Łudził Piotra świetnym zawodem w świecie, rozbudzając w nim próżność i żądzę wyższych zaszczytów, których łatwo mógł dostąpić. Wszakże poznał się on i na téj zasadzce, i żeby raz na zawsze pozbyć się tego znowu rodzaju pokus, postanowił świat opuścić i wstąpić do zakonu. W tym celu udał się do klasztoru Braci Mniejszych w wiosce Manzares w górach położonego, a Pan Bóg zaraz w pierwszych jego krokach nowego zawodu, cudem raczył go w tych zbawiennych zamiarach utwierdzić. Gdy przybył nad rzekę Tietar, a zakłopotany że niema go kto przewieść na brzeg drugi, zaczął się modlić, wtedy Anioł stanął przed nim i przeniósł go za wodę.

Miał lat szesnaście kiedy wstąpił do nowicyatu, i wówczas już stał się wzorem doskonałosci zakonnéj dla wszystkich braci. Po wykonanych uroczystych ślubach, przeznaczono go do innego klasztoru, w którym wybrał i uprosił sobie na mieszkanie celkę tak ciasną i nizką, że więcéj do grobu, niż do mieszkania podobną była. Tam już zaczął ten rodzaj życia umartwionego, w którym mu mało kto z najsławniejszych w Kościele pokutników wyrównał, któremuby nawet trudno było dać wiarę, gdyby nie to że Bulla jego kanonizacyi, wszystko to stwierdza. Oto jak dalece prowadził ostre i umartwione życie: Nabiału i mięsa nigdy nie jadał; posiłek brał tylko raz na dzień i to co trzy dni, a czasem cały tydzień bez pokarmu zostawał. Dwa razy na dzień zadawał sobie krwawe. biczowanie żelaznemi ostremi łańcuszkami; dzień i noc nosił włosiennicę, a raczéj rodzaj pancerza zrobionego a blachy podziurawionéj nakształt kuchennéj tarki, ostrzem w ciało obróconéj, a która ciągle rozdrażniała rany, jakie sobie biczowajem zadawał. Chociaż zwykle jadał jarzyny surowe bez żadnéj zaprawy, albo chleb suchy, skoro mu to cokolwiek smakowało, dosypywał popiołu. We wzroku tak był umartwionym, że po kilka lat mieszkając w jakim klasztorze, żadnego z braci nie znał z twarzy tylko z głosu. Gdy pomimo tak umartwionego życia razu pewnego doznał podniet zmysłowych, zanurzył się w zamarznięte jezioro, i tak długo w niém zostawał aż go ta pokusa minęła.

Lecz umartwienie które, jako sam wyznawał, najwięcéj go kosztowało, było ujęcie sobie spoczynku nocnego. Mawiał, że ze wszystkich potrzeb życia najprzykrzejszą dla niego była potrzeba snu, gdyż ta jedna, jak utrzymywał, pozbawiała go uczucia obecności Bożéj, czego nawet i śmierć nie czyni. Sypiał téż tylko godzinę, a najwięcéj półtory, i to przez lat czterdzieści, niekładąc się wcale, tylko siedząc na nogach, albo na stołku z opartą o mur głową. Noce téż całe przepędzał na bogomyślmości, i na zadawaniu sobie prócz tego różnych innych umartwień ciała. Celkę miał zawsze tak nizką i małą, że ani w niéj stać mógł wyprostowany, ani wyciągnięty leżeć. Z każdéj pory roku robił sobie także pokutę. Wśród największych mrozów, chodził z gołą głową; po największych śniegach bez obuwia, a mieszkając w górach gdzie zima bardzo ostra i panują silne wiatry północne, właśnie gdy było najzimniéj w dzień i w nocy okna od celi nie zamykał. Umartwienia téż jego sprawiały że, według wyrażenia współczesnych pisarzy, wyglądał jak szkielet chodzący.

Ale za to jakiemiż pociechami wewnętrznemi i darami cudownemi obdarzał go Pan Bóg! Prawie przy każdéj modlitwie wpadał w zachwycenie, i wtedy widywano go wzniesionego w powietrzu, co i przy Mszach świętych się zdarzało. Z twarzy jego, a szczególnie z oczów, kiedy się modlił lub Mszę świętą odprawiał, wytryskiwały promienie tak jasne, że bez olśnienia nikt wtedy na niego patrzeć nie mógł. Także wśród modlitwy, niekiedy nie mógł się wstrzymać od głośnego śpiewu, który był tak nadzwyczaj pięknym, że najbieglejsi muzycy z podziwieniem i zachwyceniem go słuchali. Posiadał przytém dar języków, to jest że gdy miewał kazania, lub potrzebował rozmówić się z kim w rzeczach duchownych, cudzoziemcy różnéj narodowości rozumieli go doskonale, a on ich nawzajem. Poznawał najskrytsze tajniki serc ludzkich, i zdarzało się, że przy spowiedziach wyjawiał penitentom ukryte przez nich grzechy, z których albo spowiadać cię nie chcieli, albo je zapominali. Biegły w przewodniczeniu dusz do wyższéj doskonałości dążących, długo był spowiednikiem świętéj Teresy. Onto głównie poznał iż dary nadzwyczajne w które ta Święta opływała, nie były wcale złudzeniem szatańskiém jakto wielu znakomitych teologów mylnie utrzymywało, a przez to uspokoiwszy tę wielką duszę, pomógł jéj do rączego postępu w doskonałości do którego późniéj doszła, i on właśnie skłonił ją do przedsięwzięcia reformy jéj zakonu. Święty Franciszek Borgiasz Towarzystwa Jezusowego, także w rzeczach tyczących się sumienia jego rady zasięgał, i nią się powodował. Cesarz Karol V, gdy zrzekłszy się korony cesarskiéj na pewien czas przed śmiercią osiadł w klasztorze, zażądał aby Piotr był jego stałym spowiednikiem; lecz Święty nie chciał w żaden sposób podjąć się tego w oczach świata tak zaszczytnego obowiązku.

Na prośby jednego z pobożnych swoich przyjaciół, napisał nie wielkie co do rozmiaru, lecz nieoszacowane dzieło co do treści „O modlitwie i bogomyślności”. Książka ta tak go rozsławiła, że Jan III król Portugalski uprosił u przełożonych, aby go na pewien czas na dwór jego przysłano. Pozostawał tam sługa Boży przez kilka miesięcy; zadziwil wszystkich swoim nadzwyczaj umartwionym życiem, którego w niczém nie odstępował, budował pokorą i słodyczą w obcowaniu z każdym, a kazaniami tak zbawienny wpływ wywarł, że nietylko na całym dworze królewskim rozbudził ducha pobożności, lecz kilku wielkich panów wyrzekło się świata i jego zaszczytów, i oddało się pokutnemu życiu, wstępując do najostrzejszéj Reguły zakonu. W téj liczbie był i brat królewski don Ludwik, który wybudowawszy klasztor w Salvatiera, sam został zakonnikiem, z wielkiém całego państwa zbudowaniem.

Po powrocie z Portugalii, święty Piotr wybrany na przełożonego prowincyi swojego zakonu, robił co tylko mógł, prosił i błagał braci aby go od tego urzędu uwolnili. Lecz z woli ich pozostawszy na nim położył największe swoje w tymże zakonie i w Kościele Bożym zaslugi, przez wprowadzenie po klasztorach całej pierwotnéj ścisłości Reguły świętego Franciszka Serafickiego. Wiedział dobrze, że trudniéj jest zreformować zakon niż założyć nowy, lecz odebrawszy w téj mierze natchnienie od Boga, wytrwale walczył z wielkiemi napotykanemi na téj drodze przeszkodami, i wszystkie je przezwyciężył. Przybrawszy sobie kilku ojców skłonniejszych do tego, założył mały klasztorek w Arabida w Portugalii na górze stroméj i wysokiéj, gdzie prawie wszystkie cele urządzone były w ciasnych szpalinach po skałach. I tamto dał on początek temu szczepowi zakonu świętego Franciszka który u nas Reformatami nazywają, a który późniéj zatwierdzony został przez Papieża Juliusza III, a następnie Pawła IV.

Wszakże w samy początku tego wielkiego rozpoczętego dzieła, na ciężką był wystawiony próbę. Nadzwyczajna ostrość życia, jaką w swojéj reformie zaprowadzał, dotkliwe, a z różnych stron pochodzące prześladowania, które właśnie ta surowość na niego i na braci a nim będących ściągnęła, sprawiły że po pewnym przeciągu czasu, święty Piotr sam jeden znalazł się w klasztorze, a wszyscy zresztą go opuścili. Udał się wtedy do Rzymu, a otrzymawszy od Papieża i Jenerała nowe do przeprowadzenia swéj reformy upoważnienie, mocą którego zrobiony był Komisarzem jeneralnym wszystkich klasztorów w Hiszpanii, wziął się powtórnie do swojego dzieła. Wybudował bardzo mały klasztorek w Pedrozo, założył małą prowincyą pod wezwaniem świętego Józefa, i w téj w przeciągu lat sześciu tak mu Pan Bóg pobłogosławił, że dziewięć klasztorów napełnił braćmi, wedle pierwotnéj ścisłości Reguły świętego Patryarchy Asyzkiego żyjących.

Już od niejakiego czasu udawało się że święty Piotr cudem tylko żyje, tak był wycieńczony rozmaitemi swoimi umartwieniami, i ciężkiemi trudami, jakiemi go w ostatnich czasach zarząd prowincyi reformowanéj obarczał. Zapadłszy na zdrowiu i widząc że śmierć się zbliża a niemogąc już chodzić, prosił aby go zaniesiono do klasztoru świętego Andrzeja w Arenas. Tam przepowiedział braciom dzień i godzinę swojego zgonu. Gdy ten nadchodził zwołał ich, zachęcał do wytrwałości w powołaniu, i przyjął przenajświętszy Wiatyk klęcząc na ziemi ze złożonemi rękoma, a we łzach się rozpływając. Wkrótce potém, znacznie na siłach upadłszy, przyjął i ostatnie Olejem świętym namaszczenie. Wtedy objąwiła mu się przenajświętsza Marya Panna i święty Jan Ewangelista, do których miał sczególne przez całe życie nabożeństwo, upewniając iż zbawionym będzie. To go wprawiło w tak świętą radość, że zaczął śpiewać ten wiersz psalmu Pańskiego: „Weselilem się z tego co mi powiedziano: do domu Pańskiego pójdziemy” 1, i kończąc go coraz cichszym głosem słodko zasnął w Panu, 18 Października roku 1562. Po śmierci objawił się świętéj Teresie otoczony światłem niebieskiém, i rzekł do niéj: „O! szczęśliwa pokuta, która mi wyjednała tak wielką chwałę!”

Kanonizowany został uroczyście przez Papieża Klemensa IX.

Pożytek duchowny

Przytaczają życiopisarze błogosławionego Piotra z Alkantary i to na dowód jego zamiłowania czystości, że gdy już był umierającym, a braciszek który go dozierał, chcąc go poruszyć na łóżku, dotknął się jego ciała, Święty go odsunął mówiąc: „Jeszcze żyję, a więc jeszcze przeciw skromności wykroczyć mogę”. Patrz jak Święci téj najtrudniejszéj do przechowania cnoty przestrzegali, a przypomnij sobie czy i ty równie w niéj jesteś ostrożnym.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Piotra wyznawcę Twojego, przedziwnéj pokuty i najwższéj bogomyślności darami wsławić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy za pośrednictwem zasług jego, zmysły umartwiając, łatwiéj pojmować rzeczy niebieskie umieli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 894–896.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 839

„Błoga pokuto, która mi zjednałaś takie szczęście!” rzekł święty Piotr do Teresy, aby ją pocieszyć w utrapieniach, zachęcić do wytrwałości i wypowiedzieć nadzieję, że Bóg mu w wieczności wynagrodzi zwalczanie żądz i porywów ciała. Weźmy sobie te słowa do serca i pomnijmy na to, że za grobem czeka nas odwet za to, co tutaj czynimy.

  1. Powiada nam to nasamprzód własne serce. Jakąkolwiek tutaj podejmujemy pracę i o cokolwiek się ubiegamy na tym świecie, zawsze nasuwa się nam pytanie, czy nasze zabiegi będą wynagrodzone. Jeśli nas kto chce zmusić do pracy bez wynagrodzenia, oburza się natura nasza, opieramy się rozkazowi, i żądamy od zwierzchności, aby nas wzięła w swą opiekę przeciw przymusowi i ukarała gwałciciela. Jeśli zwierzchność odmawia nam pomocy, pozostaje nam nadzieja, że tyran choć nie w tym, to w przyszłym życiu odpokutuje wyrządzoną krzywdę. Jeśli nam zaś kto wyświadczy łaskę lub przysługę, ulegając naturalnemu pociągowi serca, pragniemy mu się wywdzięczyć według możności. Niezatartymi głoskami wyryta jest w sercu ludzkim prawda: „Odwet jest konieczny. Dobre winno być wynagrodzone, a za złe winna być kara”. Odwetu i nagrody oczekiwać należy od tego, komu służymy i dla kogo pracujemy. Kto służy dumie i zmysłom, złego ma płatnika; kto służy opinii publicznej, komu chodzi o popularność, niech nie liczy na wdzięczność. Kto pracuje dla Boga i Jemu służy, jak św. Piotr, ten może się spodziewać sowitej nagrody i hojnej zapłaty.
  2. Że jest odwet, nagroda i kara, tego uczy nas wiara. Chrystus jasno wypowiedział, że On będzie Sędzią, że On wynagrodzi każdy łyk wody, każdą ofiarę, choćby szeląga, że On karać będzie za każde marne słowo, że On da szczęście łagodnym, miłosiernym, skromnym, a bezbożnych, złośników i gnuśnych karać będzie.

Footnotes:

1

Psal. CXXI. 1.

Tags: św Piotr z Alkantary „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna czystość pokuta umartwienie św Teresa z Avili
2020-09-15

Bł. Piotra Klawera, Towarzystwa Jezusowego

Żył około roku Pańskiego 1654.

(Żywot jego był napisany przez ojca Fleuryana, współcześnie z nim w tymże będącego zakonie.)

Błogosławiony Piotr Klawer rodem Hiszpan, przyszedł na świat około roku Pańskiego 1581 w Werdu, małém miasteczku prowincyi Katalońskiéj, z rodziców znakomitego rodu.

Od dzieciństwa odznaczał się wielką pobożnością, a ukończywszy świetnie nauki w uniwersytecie Barcelońskim, mając lat dwadzieścia, wszedł do Zgromadzenia Ojców Jezuitów. Po nowicyacie gdzie był przykładem najwyższych cnót zakonnych, wysłano go na wyspy Balearskie, dla pobierania nauk teologicznych. Tam przebywając razem z błogosławionym Alfonsem Rodrygiezem braciszkiem tegoż Zgromadzenia, w ścisłéj i świętéj zostawał z nim przyjaźni. Ten przez objawienie poznawszy przyszły zawód apostolski Piotra, w którémto widzeniu okazana mu była i chwała niebieska jaka go za to czeka, ćwicząc go w drodze doskonałości zakonnéj, zapowiedział mu że Pan Bóg przeznacza go do ciężkich trudów, wśród których wielkie położy w Kościele Bożym zasługi. Przywołany przez przełożonych ztamtąd do Hiszpanii, wysłany został następnie do Nowéj Grenady, kraju w południowéj Ameryce położonego. Po wyświęceniu na kapłana, przeznaczono go do Kartageny, wielkiego miasta na brzegach Atlantyku, gdzie zwożono z całéj Afryki Murzynów, których zaprzedawano w niewolę.

Na obsługę to duchowną tych nieszczęśliwych istot, poświęcił się błogosławiony Piotr, i nawet zobowiązał się do tego ślubem. Spędził w tym pracowitym zawodzie całe lat czterdzieści, a w końcu nawrócił i ochrzcił około czterechkroć sto tysięcy Murzynów. Trudno wypowiedziéć z jaką cierpliwością, wytrwałością i miłością, zajął się tymi ludźmi nawpół dzikimi, ucząc ich zasad wiary katolickiéj, sposobiąc do przyjęcia Sakramentów świętych, a z których nawet wielu, dzięki jego czuwaniu nad nimi, do wysokiéj świątobliwości doszło.

Skoro do portu przybijał okręt z Murzynanami, śpieszył tam Piotr, a zaopatrzywszy się w różnego rodzaju pożywienie, którego ci biedacy byli zawsze bardzo spragnieni, najprzód im je rozdawał, aby ich sobie ująć, a potém już nie odstępował dopóki z nich wszystkich chrześcijan nie uczynił. Zwykł téż mawiać: „że żeby do ich serca trafić, trzeba najprzód przemówić do nich ręką, a dopiéro potém ustami.” Skoro im wynalazł przytułek, najprzód chrzcił co było dzieci; następnie zajmował się chorymi, aby i tych jeśli im śmierć groziła, co prędzéj ochrzcić, a potém resztę uczył katechizmu, i wszelkiemi sposobami wdrażał do życia chrześcijańskiego i pobożnego. Jak już raz zajął się nimi, nie wypuszczał ich z opieki, aż sprzedanych wysłano w głąb kraju: potém z nowym transportem tych biednych ludzi toż samo czynił.

Dla chorych szczególnie był z wielką miłością, a zwłaszcza dla dotkniętych morowém powietrzem, albo chorobą trądu, która pomiędzy nimi była tak okropna, jak kiedy w średnich wiekach, w całéj swojéj zjadliwości panowała. Im który obrzydliwszemi wrzodami był okryty, tém bardziéj go nie odstępował, a dla przezwyciężenia wstrętu mimowolnego, całował jego rany. Za to téż Pan Bóg cudownemi łaskami go obdarzył. Wielu chorych, których lekarze odstąpili, uzdrowił, kilkunastu ślepym wzrok przywrócił, a trzech Murzynów przed chrztem umarłych, aby ich ochrzcić, modlitwą swoją wskrzesił. Płaszcz jego, którym zwykle chorych przykrywał, na którym nie raz murzyni zawalani sypiali, i przez to go nadzwyczaj zanieczyścili, wydawał woń najmilszą, i wielu słabych, przez samo dotknięcie się go, uzdrowionych zostało.

Oto jakim był zwykły sposób jego życia: Od czwartéj godziny z rana do dziewiątéj, uczył Murzynów katechizmu; potém odprawiał Mszę świętą, siadał w konfesyonale, z którego około południa wychodził na godzinę, a późniéj znowu do niego wracał, i słuchał spowiedzi do godziny szóstéj wieczór. O téj porze zbierał starszych Murzynów, którzy przez cały dzień będąc przy robocie, wcześniéj przychodzić nie mogli, i latem na cmentarzu, a zimą w kościele, miewał do nich nauki, które prawie zawsze do późna w noc się przeciągały. Po takim trudzie, zwykle bywał tak znużony, że go bracia prawie na ręku nieśli do refektarza, gdzie za cały posiłek, według swego zwyczaju, jadł kawałek razowego chleba z sałatą, lub surową jarzyną.

Przy tak ciężkiéj pracy, wiódł życie nadzwyczaj umartwione: posilał się dopiéro wieczorem, nie używając innych pokarmów jak te o których dopiéro wspomnieliśmy. Przez czterdziestoletni pobyt swój w Ameryce, nigdy kropli wina nie wypił, i żadnego owocu nie skosztował. Sypiał na słomianéj rohozie, biorąc pod głowę kawał drzewa. Przez noc, trzy razy zadawał sobie krwawe biczowanie, raz zabierając się do snu, drugi raz o północy, a trzeci gdy dawano znak do wstawania. Ostrą włosienicę ciągle nosił, a prócz tego palce u nóg obwijał sobie ostremi włosiannemi sznureczkami, najeżonemi węzełkami. Nosił na piersiach i na plecach dwa wielkie krzyże drewniane nabite ćwieczkami, których ostrza bodły mu ciało, i te silnie uwiązywał, wokoło. Miał na sobie rodzaj stuły, podobnież ćwiekami naszpikowanéj, a która była tak długą że zarzucając ją na szyję, opasywał sobie nią i biodra. Gdy sam jeden znajdował się w celi, wkładał jeszcze na głowę cierniową koronę, a na ręce umyślnie do tego zrobione rękawice, wewnątrz ostrokolczaste. Lecz żeby go kto nie zszedł wtedy, umieszczał na zamku kamyczek, któryby spadając ostrzegał go że ktoś się zbliża, i wtedy te narzędzia pokutne prędko ukrywał.

Za to téż Pan Bóg obsypywał go szczególnemi łaskami na modlitwie, w któréj po całodziennych pracach wpadał w zachwycenie, co także mu się zdarzyło kilka razy gdy mówił o Męce Pańskiéj, albo o Matce Boskiej, do któréj miał szczególne nabożeństwo i wszystkich do niego pociągał. Ukochanych téż swoich Murzynów, szczególnie do czci ku przenajświętszéj Pannie zachęcał i nakłaniał, wszelkich do tego używając sposobów. Przy konfesyonale miał zawsze przy sobie wielką liczbę Koronek, które spowiadającym się rozdawał. Toż samo czynił, gdy był w szpitalach lub więzieniach. Piszą że około dziesięć tysięcy takowych rozdawał corocznie pomiędzy murzynów, i miał tę pociechę że się nabożeństwo do przenajświętszéj Panny, pomiędzy nimi bardzo rozszerzyło i ustaliło.

Obdarzony wielu nadzwyczajnemi łaskami, i cudami już słynąc za życia, od wszystkich poczytywany za Świętego, był najgłębszéj pokory. Zwykle bardzo swobodny na umyśle i nawet wesoły, wtedy tylko okazywał się zmięszanym i zasmuconym, gdy go jaka oznaka czci ludzkiéj spotkała, a przeciwnie radość malowała się na jego twarzy, gdy go co upokorzyło. Razu pewnego, jeden z Ojców spotkał go wychodzącego z miejsca gdzie zakonnicy wspólnie byli zgromadzeni, a rozpromienionego jakby go coś najradośniejszego spotkało. Chcąc dojść co mu taką przyjemność sprawiło, dowiedział się że przed chwilą był bardzo surowo upomniany przez przełożonego, który mu wtedy, chociaż już był chory i stary, klęczyć kazał. W gronie braci poczytywał się za ostatniego, i zdarzało się nieraz, że na jedno słowo albo skinienie brata kucharza, furtyana, lub zakrystyana, okazywał się tak posłusznym, jakby przełożonemu. Usługi najniższe każdemu najchętniéj oddawał, a przebywając w szpitalach, gdzie po kilkudziesięciu Murzynów leżało, zamiatał sale, zaścielał ich łóżka, wynosił naczynia i nawet oczyszczał wychodki. Kiedy znowu Murzynów zgromadzał na obiady, które im zwykle w każde święto przenajświętszéj Panny wyprawiał z uproszonéj jałmużny, sam im usługiwał, nakrywał do stołu, przyrządzał siedzenia, a potém wraz z najmłodszymi z nich pomywał naczynia. Obdarzył go Pan Bóg wysokiemi zdolnościami, świetnie przebył nauki teologiczne, a prócz tego w rzeczach tyczących się sumienia, nadprzyrodzone i szczególne udzielał mu Duch Święty oświecenia. Pomimo tego tak nizkie miał o sobie rozumienie, przekonany będąc że go Pan Bóg tylko do obsługi biednych Murzynów przeznaczał, że gdy kto przychodził do niego po radę w ważnych wątpliwościach, Odsyłał go do innych Ojców mówiąc: „Nie moja to rzecz: trzeba się z tém udać do uczeńszych odemnie księży.”

Wszakże z takim pożytkiem pracując około zbawienia dusz Murzynów, których mu w tém wielkiém mieście nigdy nie brakowało, oddawał z wielką gorliwością usługi kapłańskie i mieszkańcom Kartageny, i cudzoziemcom tam przybywającym, a szczególnie biedniejszym, którym we wszystkich duchownych potrzebach dawał zawsze pierwszeństwo. I w tym téż zawodzie, błogosławił mu Pan Bóg w sposób szczególny. Wiele osób pod jego przewodnictwem stale zostając, wysokiéj dostąpiło doskonałości, a naukami i kazaniami swojemi, nawrócił wielką liczbę kacerzy, i wielu mahometanów pozyskał Kościołowi.

Po Panu Jezusie i Matce Bożéj, szczególne miał nabożeństwo do Anioła Stróża, do świętego Piotra swego Patrona, i do świętego Ignacego swego Patryarchy. Lecz prócz tego, na każdą godzinę dnia, wybierał sobie szczególnego Patrona, aby jak mawiał, na każdą chwilę mieć obrońcę przed Bogiem. W wielkim poście przymnażał wszystkich umartwień ciała, a zwykle mizerny, w wielkim tygodniu wyglądał istnie jak z krzyża zdjęty. W każdy piątek wśród nocy, tak żeby go nikt nie widział, mając kolący sznur u szyi, koronę cierniową na głowie, brał ogromnéj wielkości krzyż przy furcie będący na barki, i tak po cichu po korytarzach odbywał drogę krzyżową. Pewnéj nocy dała się widzieć w jego celi wielka światłość: otworzono drzwi i ujrzano go z krzyżem w ręku, wzniesionego w powietrze, w postawie klęczącéj. Tak przez kilka godzin zostawał, aż powoli spuścił się na ziemię. Toż samo widziano powtórnie podczas ostatniéj jego choroby.

W roku 1650 wybuchło w Kartagenie ciężkie powietrze morowe. Błogosławiony Piotr, dnie i noce przy łóżkach chorych spędzał, aż nakoniec i sam niém rażony został. Zdawało się iż był bez nadziei, i udzielono mu już ostatnie Sakramenta święte. Wyszedł wprawdzie z téj choroby, lecz żyjąc jeszcze lat cztery, już do zdrowia nie przyszedł. Zapomniany od mieszkańców miasta, którym tyle dobra wyświadczył, mało doglądany przez zakonników, którzy na to czasu nie mieli, mając tylko przy sobie Murzyna, który i najgorzéj się z nim obchodził, i czasem dnie całe pozostawiał go bez pokarmu i napoju, błogosławiony Piotr, chociaż już wtedy z izdebki swojéj wychodzić nie mógł, jeszcze nie małe położył przed Bogiem mógł, jeszcze nie małe położył przed Bogiem zasługi, znosząc to wszystko ze świętą cierpliwością a nawet wesoło.

Nakoniec gdy już Pan Bóg miał go po nagrodę do Nieba powołać, objawił ma chwilę jego śmierci, o czém niektórym odwiedzającym go powiedział. Gdy się zbliżała, przyjął ostatnie Sakramenta święte z całą rzeźwością umysłu, i z oznakami najżywszéj pobożności. Potém osłabł zupełnie, i wśród modlitw otaczających go osób, gdy wzywano przenajświętszych imion Jezusa i Maryi, oddał Bogu ducha, w samą uroczystość Narodzenia Matki Bożéj roku Pańskiego 1654, mając lat siedemdziesiąt trzy. Słynącego i po śmierci licznemi cudami, Papież Pius IX, za naszych czasów błogosławionym ogłosił.

Pożytek duchowny

Przy zawodzie jak być może najczynniejszym, błogosławiony Piotr Klawer wiódł życie nadzwyczaj umartwione, posty najostrzejsze ciągle zachowując. Czy nie jesteś czasem z téj liczby oziębłych chrześcijan, którzy dla lada jakiéj pracy, od nakazanych przez Kościół postów się uchylają?

Modlitwa (Kościelna)

Boże! który powołując niewiernych Murzynów do poznania imienia Twojego, w sercu błogosławionego Piotra Wyznawcy, żarliwą miłość dusz ich rozbudziłeś, spraw prosimy za jego wstawieniem się, abyśmy naśladując jego miłość bliźniego, dla pomnożenia chwały Twojéj, starali się pozyskiwać ich dusze dla Ciebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 783–786.

Tags: św Piotr Klawer „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna niewola pokuta umartwienie misje
2020-08-16

Św. Rocha, Wyznawcy, głównego Patrona od morowego powietrza

Żył około roku Pańskiego 1327.

(Żywot jego znajduje się u Bolandystów, pod dniem dzisiejszym.)

Święty Roch przyszedł na świat w Mąpelie (Montpellier) we Francyi, przy końcu trzynastego wieku. Ojciec jego jeden z najznakomitszych mieszkańców tego miasta, wzorowym był chrześcijaninem, również jak i matka która wielkie do przenajświętszéj Panny miała nabożeństwo. Do późnéj starości nie mieli dzieci, aż po wytrwałych i gorących modlitwach do Maryi, pocieszył ich Pan Bóg synkiem, który się urodził ze znamieniem czerwonego krzyża na piersiach.

Jeszcze go matka karmiła, kiedy zaczął pościć, we środy bowiem i w piątki, raz tylko na dzień ssał pokarm. W piątym roku życia już zadawał sobie różne umartwienia ciała. Kiedy miał lat dwanaście, poświęcił się całkiem Bogu i uczynkom miłosierdzia. Hojne ubogim rozdawał jałmużny, a chorym po ich mieszkaniach, sam z największą miłością usługiwał.

W dwudziestym roku życia, stracił rodziców, i stał się dziedzicem ogromnego majątku. Wtedy przypomniał sobie ostatnie polecenia swego ojca, który umierając tak do niego przemówił: „Synu mój, wedle możności twojéj wspieraj ubogich, i bądź przekonany, że jeśli wielkich dostatków jakie ci zostawiam, użyjesz na uczynki miłosierdzia, ściągniesz na siebie łaski Boskie i błogosławieństwo ludzkie.” Gdy prócz tego rozmyślał pewnego razu nad temi słowami Pana Jezusa: „Przedaj co masz i daj ubogim” 1, spieniężył większą część swoich majętności, małą ich cząstkę pozostawił do zarządu wujowi, wszystkie pieniądze rozdał ubogim, a sam pieszo, w odzieniu pielgrzyma, o żebranym chlebie, poszedł do Rzymu.

Przybywszy w Państwie kościelném do miasta Akwapendente, dowiedział się że tam morowe powietrze wybuchło. Udał się prosto do szpitala głównego, prosząc aby mu dozwolono dozierać chorych. Przez wzgląd na młody wiek jego, nie chciano go wystawiać na śmierć niechybną, lecz tak usilnie domagał się tego, że go nareszcie wpuszczono. Zbliżył się do wszystkich chorych, każdego ręką dotknął i przeżegnał, i bez wyjątku wszystkich jacy tylko byli powietrzem dotknięci, uzdrowił. W skutek tego, ludność otoczyła go czcią największą, jakby Anioła na ich ratunek z Nieba zesłanego. Lecz święty Roch dowiedziawszy się że morowe powietrze przeniosło się do Kazeny w Lombardyi, pospieszył tam, i podobnież od klęski téj mieszkańców wyratował. Gdy usłyszał że w Rzymie wybuchła zaraza, pobiegł znowu co prędzéj do tego miasta: najpierw uzdrowił Kardynała Brytanikusa, kładąc mu na czole znak krzyża, który już na zawsze widocznym cudownie pozostał,

W Rzymie przez lat trzy u tegoż Kardynała przemieszkiwał. Przez ten czas i to miasto i niektóre pobliższe uwolnił od zarazy, używając podobnież tylko znaku krzyża świętego. Po śmierci Kardynała opuścił Rzym, a niosąc za sobą wszędzie błogosławieństwo Boże i cudownie uzdrawiając dotkniętych morowém powietrzem, uwolnił od téj klęski wiele miast włoskich, a mianowicie Medyolan, Montferat, księstwa Mantuy, Modeny i Parmy.

Gdy miasto Plezancya, nadzwyczajnie silną zarazą dotkniętém zostało, udał się tam sługa Boży, zamknął się w szpitalu, wyleczył chorych według swego zwyczaju, a znużony trudem usnął. Wtedy usłyszał głos z Nieba w te słowa do niego przemawiający: „Rochu, dotąd z miłości ku mnie wieleś się natrudził, lecz teraz trzeba abyś poniósł wiele ciężkich cierpień, przez wzgląd na te które Ja poniosłem dla ciebie.” Po przebudzeniu się, dostał silnéj gorączki, i uczuł w lewéj pachwinie ból gwałtowny, prawie do niezniesienia. Była to właśnie choroba morowa, a że już wtedy nikt na nią nie zapadał, bo wszystkich Roch uzdrowił, więc go wygnano nie tylko ze szpitala, lecz i z miasta nawet. Dopełzał się tedy jak mógł do lasu sąsiedniego, i prosił Pana Jezusa, aby się nad nim zlitował. W tejże chwili otoczył go cudowny obłok, a tuż przy nim wytrysnęło źródło wody, dotąd płynące. Napił się z niego, obmył wrzód morowy, gdyż to była dżuma, i trochę ulgi doznał. Lecz nie miał siły wrócić do miasta, i tam przez długi bardzo czas leżał.

Tymczasem pewien pan mieszkający w téj okolicy, nazwiskiem Gotard, zauważał że jeden z jego psów myśliwskich, brał codziennie ze stołu bochenek chleba, i daleko go gdzieś zanosił. Poszedł w ślad za nim, i ujrzał że pies przychodził do Rocha leżącego w lesie, i składał u nóg jego bochenek, za co go Święty błogosławił. Pan ten, widokiem takim poruszony do litości, zamieszkał w chatce obok Rocha i dozierał go jak najtroskliwiéj. Pies już odtąd się nie okazywał, a święty Roch nakazał Gotardowi, aby wziąwszy jego ubranie pielgrzymskie, poszedł do miasta żebrać dla niego posiłku. Gotard poddał się téj ciężkiéj próbie, lecz w mieście doznał wiele obelg i zaledwie parę bochenków chleba mógł dostać. Roch zachęcił go do cierpliwego zniesienia tego upokorzenia, a sam powrócił do Plezancyi, i oddając mieszkańcom dobre za złe, znakiem krzyża uzdrawiał wszystkich dotkniętych powietrzem, które nanowo było wybuchło, i to nie tylko w szpitalu, lecz i po różnych domach.

Gdy dnia pewnego wracał do swojéj chatki w lesie, usłyszał taki rozkaz z Nieba: „Rochu uzdrowiłem cię: powracaj teraz do twojéj ojczyzny, i czyń pokutę, abyś był przypuszczony do społeczeństwa błogosławionych.” Święty z wielkiém weselem odebrał to zlecenie, gdyż i bez tego pilno mu było Włochy opuścić, ponieważ już tam sława jego świętości i darów cudownych, powszechną mu cześć zjednała. Pozostał jednak czas jeszcze pewien z Gotardem w chatce, aby go wyćwiczyć w życiu pustelniczém do którego go namówił. Potém pożegnawszy go serdecznie, wrócił do Francyi.

Duch Boży zaprowadził go do Mąpelie jego miasta rodzinnego, gdzie postanowił nie dać się poznać kim jest, gdyż już i tam sława jego doszła. Pod tę porę kraj cały dotknięty był klęską trwającéj od niejakiego czasu wojny, i miasto Mąpelie właśnie spodziewało się napadu nieprzyjacielskiego. Święty Roch przybywszy do pewnéj wioski która dawniéj była jego dziedzictwem, wszedł do kościoła w ubogiém i podartém odzieniu, gdzie go wzięli za szpiega nieprzyjacielskiego. Schwytano go więc i odprowadzono do Mąpelie, a własny stryj jego będąc Wielkorządcą tego miasta, nie poznawszy synowca, kazał go wtrącić do więzienia.

Trudno wypowiedzieć, ile tam wycierpiał, przebywając w piwnicy ciemnéj, wilgotnéj i napełnionéj dokuczliwém robactwem. Pomimo tego jednak, jeszcze i wielkie zadawał sobie umartwienia ciała, a po pewnym czasie objawił mu Pan Bóg że z tego więzienia weźmie go już do Nieba. Wtedy Roch poprosił strażnika aby mu sprowadził kapłana, który przybywszy zastał więzienie oświecone światłością niebieską, i promienie wytryskujące z oczów uwięzionego. Skoro nasz Święty wyspowiadał się i przyjął Komunią, niezwłocznie zachorował, a we śnie usłyszał głos z Nieba: „Za chwilę poniosę duszę twoję na łono Ojca Mojego. Lecz kochany mój Rochu, proś mnie jeszcze o co chcesz, a uczynię ci.” Święty podziękował Panu Jezusowi za taką łaskę, prosił o odpuszczenie grzechów, o przyjęcie duszy jego do Nieba i o zachowanie od morowego powietrza, albo o wyratowanie od niego tych, którzyby jego pośrednictwa wzywali. Pan Jezus oświadczył mu iż prośba jego zostanie wysłuchaną, a Roch położył się na ziemi, złożył ręce w krzyż na piersiach, podniósł oczy do Nieba, i spokojnie oddał ducha Bogu.

W tejże chwili znowu więzienie napełniło się światłością niebieską, która wybuchając przez szczeliny drzwi, sprowadziła zdziwionego tym cudem strażnika. Wszedłszy wewnątrz, znalazł ciało sługi Bożego na ziemi, a przy głowie jego i nogach zapalone lampy, wśród których leżała mała deseczka z takim napisem: „Ci którzy morowém powietrzem dotknięci, wzywać będą pośrednictwa Rocha, wyratowani zostaną z téj ciężkiéj choroby.”

Gdy na wieść tych cudów, wielu mieszkańców zbiegło się do więzienia, a między nimi byli i krewni Świętego, poznali go nareszcie. Z wielką więc czcią i wspaniałością, pochowano jego ciało. Późniéj zaś wuj jego wystawił na cześć świętego Rocha kościoł, do którego zwłoki jego przeniesione zostały. Umarł roku Pańskiego 1327.

Cześć jego rozpowszechniła się szczególnie od roku 1414, kiedy miasto Konstancya, gdzie odbywał się Sobór powszechny, dotknięte morowém powietrzem, po wezwaniu pośrednietwa tego sługi Bożego, od téj klęski uwolnioném zostało.

Pożytek duchowny

Pan Bóg, którego wyroki są zawsze dziełem Jego nieprzebranego miłosierdzia, gdy dotyka ludzi klęską morowego powietrza jako karą za grzechy nasze, czyni to przedewszystkiém dla tego, abyśmy wtedy żywiéj na śmierć pamiętając, lepiéj do niéj się przygotowali. Prosząc więc świętego Rocha, aby odwracał od nas klęskę morowego powietrza, proś go przedewszystkiém, aby nas od moru grzechowego na duszy i od śmierci wiecznéj, pośrednictwem swojém zachować raczył.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś błogosławionemu Rochowi, przez Anioła Twojego tablicę mu przynoszącego przyrzekł, że kto jego pośrednictwa wzywać będzie, żadném morowém powietrzem dotknięty nie zostanie: daj, pokornie prosimy, abyśmy pamiątkę jego pobożnie obchodząc, za jegoż modlitwami i zasługami, od zabójczéj zarazy i ciała i duszy uwolnieni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 687–689.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 648–649

Święty Roch jak najsłuszniej może nam służyć za wzór umartwienia, i to nawet pod trojakim względem, naśladował bowiem Chrystusa Pana co do ubóstwa, rozdzielając swe mienie między ubogich, postępował w czynnym posłuszeństwie, pełniąc posługi około rażonych powietrzem, a wreszcie był biernie posłusznym, przyjąwszy kielich gorzkich cierpień z rąk swego wuja. Abyśmy wszakże dokładniej mogli poznać wartość umartwienia, zważmy, że:

  1. Umartwienie napawa duszę radością o tyle, że oswobadza ją od zamiłowania świata, jako też od zmysłowych rozkoszy, a nadto przywraca jej rzeczywistą wolność i usuwa zawady tamujące drogę do Nieba. O ile serce staje się wolnym od umiłowania marności ziemskich, o tyle wstępuje w nie łaska Boża. Największą radością dla duszy zacnej i szlachetnej jest bez wątpienia wspierać ubogich jałmużną, zwłaszcza gdy sami przy tym odmawiamy sobie jakichś przyjemności; czujemy się nadto szczęśliwymi, gdy zdołamy smutek biedaków zamienić w radość, a ich serca napełnić ufnością ku Bogu i wdzięcznością za Jego świętą Opatrzność. Bez wątpienia jest też wielkim zadośćuczynieniem, pielęgnować z miłości ku Chrystusowi Panu chorych, dotkniętych niebezpieczną i wstrętną chorobą. Doświadczenie uczy, że osoby pełniące te cnoty miłosierdzia i poświęcenia, zawsze są wesołe, dobrej myśli, spokojne i zadowolone.
  2. Umartwienie zwiększa i doskonali w nas miłość Boga i bliźniego, wywiera bowiem zbawienny wpływ na serce, oczyszcza je z brudu ziemskiego i użyźnia rolę, na której kwiat miłości pięknie rośnie i zakwita. W przyrodzonym porządku rzeczy okazuje się to jak najdokładniej w przywiązaniu matki do dziecka, wzrastającym w miarę słabości, bólów lub chorób dziecięcia; w nadprzyrodzonym porządku natomiast okazuje się w miłości prawdziwego chrześcijanina do ukrzyżowanego Chrystusa. Miłość ta staje się tym ofiarniejszą i skorszą do czynów, im więcej rozpamiętywanie cierpień Zbawiciela budzi naszą litość i współczucie. Jeszcze skuteczniejsze od rozpamiętywania jest rzeczywiste znoszenie cierpień i bólów z wdzięczności za dobrowolne męki i cierpienia Jezusa. Im więcej tedy Roch święty uczuwał ciężar dobrowolnego ubóstwa, tym większą okazywał ofiarność, poświęcenie i wytrwałość w miłości dotkniętych zarazą i w osamotnieniu więziennym. Kogo przeto oziębłość i obojętność w wierze przejmuje obawą, ten niech się doświadcza dobrowolnym umartwieniem, a żar miłości tlący pod popiołem oziębłości wybije się na wierzch i ogrzeje go dobroczynnym ciepłem.

Footnotes:

1

Mat. XIX. 21.

Tags: św Roch „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna zaraza jałmużna ojciec miłość bliźniego umartwienie
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.