Citatio.pl

Wpisy z tagiem "zaraza":

2020-11-08

Św. Koronatów i innych Męczenników oraz św. Gotfryda, Wyznawcy i Biskupa

Żyli około roku Pańskiego 300 i 1118.

(Żywot ich wyjęty z Brewiarza rzymskiego i dzieł ojca Suryusza.)

Święci czteréj Koronaci to jest ukoronowani, pod tém imieniem czczeni byli w Kościele Bożym, zanim znane były ich właściwe imiona. Bylito zaś czteréj rodzeni bracia: Sewer, Sewerynue, Karpoforiusz i Wiktorynus. Żyli w wieku, kiedy cesarz Dyoklecyan srodze Kościół prześladował. Z jego rozkazu, uwięzieni, pomimo wszelkich groźb, wiary chrześcijańskiéj wyrzec się nie chcieli. Poganie zaprowadzili ich przed ołtarz jednego ze swych bożyszcz, domagając się koniecznie aby mu cześć oddali. Gdy odpowiedzieli że tego w żaden sposób uczynić im się nie godzi, skazani zostali na biczowanie knutami ołowianemi. Katowano ich z takiém okrucieństwem, że wśród téj męki ducha Panu Bogu oddali. Ciała ich wyrzucono psom na pożarcie, lecz Pan Bóg, nie dopuścił aby się ich te zwierzęta tknęły. Chrześcijanie unieśli je potajemnie, i pochowali przy drodze Lawikańskiéj. Ponieważ imiona ich nie były znane, Papież święty Melchiades, kazał im oddawać cześć pod wezwaniem czterech ukoronowanych. Późniéj gdy Pan Bóg objawił mu imiona tych świętych Męczenników, wybudował na ich cześć wspaniały kościół, i ciała ich w nim umieścił.

· · ·

Dziś także obchodzi Kościół Boży pamiątkę świętego Gotfryda Wyznawcy i Biskupa. Ten przyszedł na świat we Francyi w mieście Sessonie (Soisson), przy końcu XI wieku z zamożnych, ze znakomitego rodu i bogobojnych rodziców.

Kiedy miał pięć lat, oddali go na wychowanie do Gotfryda Opata klasztoru Świętego Kwintyniana, który już wtedy ubrał go w suknię zakonną, i zajął się nim najtroskliwiéj. Nasz Święty od samego dzieciństwa oddzielony od zepsutego świata, wielki uczynił postęp jak w naukach, tak i w cnotach chrześcijańskich. Dnie całe poświęcał nauce, ćwicząc się szczególnie w znajomości Pisma świętego i ojców Kościoła, a większą część nocy spędzał ma modlitwie. Przytém wiódł życie bardzo umartwione, kilka dni w każdym tygodniu, poszcząc o chlebie i wodzie. Młodym był jeszcze, gdy go bracia zakonni wybrali na Prokuratora klasztornego, to jest zarządzającego klasztorném gospodarstwem. Miał lat dwadzieścia pięć kiedy został księdzem, pomimo iż się od tego usilnie wymawiał, a wkrótce potém Opatem klasztoru przenajświęlszéj Maryi Panny Nowideńskiéj (Nauyent). W przyjęciu téj goności sprzeciwiał się znowu całą siłą Gotfryd, aż nakoniec uledz musiał wyraźnéj woli Arcybiskupa Rejmskiego, kilku innych okolicznych Biskupów, samego króla Filipa, i nareszcie Opata Gotfryda, przy którym się wychowywał i którego zawsze słuchał jak ojca.

Znalazł Opactwo swoje, pod każdym względem bardzo zaniedane: kościoł rozwalający się, cele zakonne w gruzach, ogród i wewnętrzny dziedziniec chwastem zarośnięte, a pola do klasztoru należące albo odłogiem leżały, albo pozostawały w ręku nieprawych posiadaczy. W samym zaś na wpół rozwalającym się klasztorze zastał kilku tylko zakonników, którzy, z zaniedbaniem obowiązków zakonnych, dla utrzymania życia prowadzili szkółkę. Święty Gotfryd objąwszy w tak niepomyślnym stanie swoje Opactwo, w krótkim czasie zmienił pod każdym względem jego postać. W lat kilka kościół, klasztor i wszystko jego części odbudował, a rozgłosem świętobliwości ściągając zewsząd coraz większą liczbę zakonników, miał kilkudziesięciu pod swoim zarządem, a w ich liczbie kilka Opatów i kilku Prałatów, którzy złożywszy swoje godności zostali jego uczniami, przez co on w klasztorze tym najściślejszą karność wprowadził i ustalił.

Podczas gdy tak święcie rządził swojém Opactwem, dyecezyą Sesońską, do któréj ono należało, dotknął Pan Bóg straszną suszą. W źródłach zabrakło wody; nietylko zboża lecz wszelkie rośliny poniszczone były. Przytém panowało straszne morowe powietrze, tak ludzi jak i zwierzęta zabijające. Hugo Biskup Sesoński, widząc w téj klęsce wyraźną karę Bożą, zawezwał świętego Gotfryda aby przybył do Sessonu z kazaniami, i pobudził lud do pokuty, a modlitwami swemi uprosił zmiłowanie się Boże nad nim. Sługa Boży przybył do Sessonu, a gdy pierwsze miał kazanie i przy końcu niego modlił się prosząc Boga o odwrócenie klęsk nad tym krajem ciążących, jeszcze nie zszedł był z kazalnicy kiedy puścił się deszcz rzęsisty, i odtąd i susza ustała i morowe powietrze.

Ta okoliczność rozniosła jeszcze daléj sławę świętego Gotfryda. Arcybiskup Remiński, przewodniczący Soborowi prowincyonalnemu, wraz z innymi Biskupami wysłał do niego z usilną prośbą, aby zrzekł się swojego Opactwa, został Opatem klasztoru świętego Remigiego, który był jednym z najbogatszych we Francyi klasztorów, i pod każdym względem od Opactwa którém zawiadował święty Gotfryd, świetniejszém. „Niech mnie Bóg od tego uchowa, odpowiedział Gotfryd, abym dla bogatéj oblubienicy, miał porzucać ubogą”, i pomimo najusilniejszych nalegań, ubogiego Opactwa swego opuścić nie chciał.

Wkrócte potém, gdy umarł Biskup w Amiens, duchowieństwo i lud cały zwrócili oczy swoje na Gotfryda; lecz przewidując trudności jakie czynić będzie, poradzili sobie w ten sposób. Pod tę porę Ryszard, Legat Stolicy Apostolskiéj, przewodniczył Soborowi w Trewirze odbywającemu się. Udano się więc do niego, aby on świętemu Gotfrydowi Biskupstwo to przyjąć rozkazał. Cały Sobór zgodził to i zawiadomił o tém świętego Gotfryda, który jako Opat sam na nim zasiadał. Lecz gdy się o tém sługa Boży dowiedział uszedł potajemnie, i skrył się w górach okolicznych. Wysłani jednak za nim w pogoń księża znaleźli go, stawili przed Sobór, który zawyrokował iż on jest Biskupem Amieńskim, i Święty rzewne łzy wylewając musiał woli Bożéj tak wyraźnie mu objawionéj, poddać się.

Zasiadłszy na swojéj stolicy Biskupiéj, im więcéj się od tego wysokiego urzędu wymawiał tém się godniejszym go okazał. W sposobie umartwionego życia jakie wiódł zawsze, nic zgoła nie zmienił, przydając tylko do cnót zakonnych któremi tak wysoko jaśniał, niezmordowaną o dobro dusz mu powierzonych gorliwość i jak największą dla biednych hojność. Codzienie trzynastu ubogich żywił u własnego stołu, sam im usługując. Chorych biednych odwiedzał po szpitalach i po ich mieszkaniach, oddając im podobnież ostatnie usługi, a szczególnie trędowatym, lub innemi jakiemi wstręt obudzającemi chorobami dotkniętym. Opiekunem był wdów i sierot pocieszycielem wszystkich strapionych. Niezmordowanie pracował nad wykorzenieniem złych nałogów jakie w ludzie powierzonym jego opiece mógł dopatrzyć, i nad poprawą obyczajów tak wiernych jak i duchowieństwa.

Lecz cheąc leczyć bardzo zadawnione rany, rozbudził wielkie na siebie krzyki i narzekania, a od możniejszych ściągnął na siebie prześladowanie. Wierność w spełnieniu obowiązków jego pasterskiéj godności, narobiła mu wielu nieprzyjaciół. Czynili na niego różnego rodzaju zasadzki: kilka razy był w wielkiém niebezpieczeństwie, z którego Pon Bóg miłościwie a często i cudownie zawsze go wyswobadzał. Razu pewnego do wina które podano mu do stołu wmieszano truciznę. Święty przeżegnawszy napój, miał sobie objawioném iż jest zatraty i chociaż się o tém nawet przekonano, nie dozwolił dochodzić sprawcy téj zbrodni.

Wracając z miasta Arras, w towarzystwie wielkorządcy téj prowincyi nazwiskiem Adama, a niemając przy sobie żadnego oddziału wojska, z jakim zwykle wyżsi dostojnicy podówczas podróżowali, napadnięty został przez Germanda, możnego w téj okolicy pana, a zawziętego nieprzyjaciela Adama. Pomimo próśb i przedstawień, a nawet wyraźnego rozkazu świętego Gotfryda, którego obaj oni byli lennikami, Germund okuł Adama w kajdany i poprowadził do więzienia. Gotfryd rzucił na niego klątwę, równie jak i na tych, którzy w tym gwałcie uczestniczyli. Lecz nietylko nie opamiętało to Germunda, ale jeszcze go uzuchwaliło. Mieczem i ogniem niszczył kraj pod wielkorządztwem Adama zostający, wioski popalił, kościoły poznieważał, wszystkie pola poniszczył. Święty Biskup zdjęty litością nad tylu nieszczęściami, uciekł się do innego środka, który mu jego wielka miłość i pokora nastręczyły. Boso, okryty worem pokutnym, z kapturem zakonnym na głowie, pieszo wśród zimy, udał się do Germunda, upadł mu do nóg i błagał na miłość Jezusa Chrystusa, aby oddał mu uwięzionego, zaprzestał okrucieństw jakich się dopuszczał, i dał wsparcie, a raczéj wynagrodzenie dla tylu wdów i sierot, z jego przyczyny w ostatniéj nędzy będących. Postępek ten Gotftyda, wszystkich do głębi serca poruszył, sam Germund tylko okazał się i na to nieczułym, i nietylko odrzucił dumnie prośbę Biskupa, który był i jego książęciem udzielnym i jego Pasterzem, lecz mu nawet zagroził swoim gniewem jeśli wnet nie ustąpi.

Wtedy mąż Boży wyczerpawszy wszystkie środki łagodne, zmienił swoje postępowanie. Całą noc spędził na modlitwie, a nazajutrz zgromadziwszy lud do kościoła, wszedł na kazalnicę i ogłosił klątwę na Germunda, którego wkrótce kara Boża dotknęła. Wszedłszy w zatargi z Wilhelmem, jednym z Panów okolicznych, wzięty do niewoli, wtrącony został do więzienia. Lecz porażka takowa wyleczyła go z zuchwalstwa. Posłał do Gotfryda z prośbą aby zapomniał przeszłości i wyratował go z nieszczęścia w jakie popadł, przyrzekając mu wynagrodzenie wszystkiego złego jakiego się dopuścił. I nie zawiódł się rachując na litościwe serce świętego Biskupa. Ten wstawił się za nim, otrzymał jego oswobodzenie i sam go do dziedzicznego zamku odwiózł. Germund zaś zdjęty taką wspaniałomyślnością, wszystkie krzywdy przez siebie wyrządzone sowicie powynagradzał.

Tymczasem świętemu Gotfrydowi coraz bardziéj ciążyła jego godność pasterska. Mieszkańcy podzielili się na kilka stronnictw, które często porywając się do broni, krwią zalewały miasta i wioski. Dopuszczano się tam i innych zdrożności: grabieży, pijaństwa, wszeteczności, które się również szerzyły, pomimo nieustającéj i gorliwéj pracy około dobra dusz tego świętego Biskupa, który w głębokiéj pokorze nie złości ludu swojego, lecz własnym grzechom wszystko to przypisywał. Powstawał na te zdrożności z wszelką gorliwością, w osobie własnéj przedstawiał wzór wielkiego Świętego, modlił się, płakał, jęczał przed Bogiem, ciężkie zadawał ciału swemu umartwienia, a pomimo tego, zło nie ustępowało. Wtedy upadając pod ciężarem ciężkiego strapienia jakiego ztąd doznawał, postanowił oddalić się od niewdziecznéj trzody swojéj i zagrzebać się w samotności. Udał się do Kartuzyi Gracyanopolitańskiéj (Grenoble) i w niéj całe dwa lata spędził, modląc się tam za tych którzy go pasterzem mieć nie chcieli. Mieszkańcy dyecezyi Amioneńskiéj (Amiens) widząc iż Biskup ich długo nie powraca, wysłali posłów od siebie do miasta Bowe (Beauvais), gdzie Konon Legat Stolicy Apostolskiéj przewodniczył zgromadzonemu tam Soborowi, ze skargą iż Biskup ich opuścił, i z prośbą aby mogli drugiego w jego miejsce obrać. Lecz Arcybiskup Rejmski, najstarszy z zasiadających na Soborze Biskupów, w imieniu ich wszystkich posłów Amieńskich groźnie napomniał oświadczając im że dopóki Gotftyd żyje, innego Biskupa mieć nie będą.

Współcześnie z przybyciem tych posłów Sobór odebrał listy od samego Gotfryda, w których błagał on aby ma pozwolono złożyć biskupstwo i wyznaczono na jego miejsce lepszego następcę, utrzymywał bowiem iż sam niegodny jest tego urzędu. Wszyscy ojcowie Soboru czytając list ten z rozrzewnieniem, postanowili nie uwzględnić żądania Gotfryda, a zniósłszy się i z królem, wysłali do niego polecenie aby powrócił na swoję stolicę. Musiał się więc Gotfryd rozstać z ukochaną pustynią i powrócił do dyecezyi, w któréj żył już bardzo niedługo. Udając się do Biskupa Rejmiego w ważnéj sprawie kościelnéj, zachorował w drodze, i w Opactwie świętego Kryspina pod Sessonem, poszedł po nagrodę za trudy i cnoty swoje do Nieba, 8 Listopada roku Pańskiego 1118. Kościół pamiątkę jego w tymże dniu obchodzi.

Pożytek duchowny

Widziałeś, jak święty Gotfryd postąpił sobie z Germundem, kiedy ten dostawszy są do niewoli wzywał jego pomocy, chociaż przedtém ciężko go znieważył. Każdego bowiem chrześcijanina jest obowiązkiem, w ten sposób oddawać nieprzyjaciołom dobro za zło od nich doznane. Czy tak postępujesz z tymi którzy ci w czémkolwiek krzywdę wyrządzili?

Modlitwa

Boże któryś w sercu błogosławionego Gotfryda Biskupa i Wyznawcy Twojego, obok innych cnót któremi jaśniał, i wielką miłość nieprzyjaciół zaszczepił; spraw za jego pośrednictwem i przez jego zasługi, abyśmy tym wszystkim którzy nam w czémkolwiek przykrość lub krzywdę zadali, dobrem za zło odpłacali się zawsze. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 958–961.

Tags: św Czterej Ukoronowani św Gotrfyd św „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik biskup zaraza
2020-11-07

Św. Maryanny Franciszki, od Pięciu Ran Chrystusowych, Tercyarki Zakonu św. Franciszka Serafickiego

Żyła około roku Pańskiego 1791.

(Żywot jéj był napinany przez ojca Bernanda Lawiozę C. R. S.)

Święta Maryanna Franciszka, urodziła się w Neapolu roku Pańskiego 1715. Ojciec jéj nazwiskiem Gallo był szmuklerzem. Matka Barbara, kobieta bardzo pobożna, gdy ją już w łonie nosiła, doznawała przed samém swojém rozwiązaniem różnych niepokojów, któremi ją zły duch trapił. Dla zasięgnienia rady, udała się była pewnego razu do świętego Jana Józefa od Krzyża z zakonu Braci Mniejszych, podówczas żyjącego. Ten uspokoił ją, i polecił aby miała szczególne staranie nad dziecięciem które ma wydać na świat, gdyż będzie to wielka Święta. Takąż samę przepowiednię powtórzył jéj i święty Franciszék Dżyrolamo Jezuita, w Neapolu wtedy będący. Maryanna Franciszka, przed przyjściem nawet na świat, już objawiała dowody że się ci słudzy Boscy nie mylą. Matka jéj z powodu stanu brzemiennego siedząc słuchała Mszy świętej: lecz gdy nadchodziło podniesienie, dziecię w jéj łonie będące tak się miotało, że musiała klękać i w téj postawie pozostawać aż do spożycia Komunii przez Kapłana. Cierpienia Barbary w przybliżającéj się chwili wydania dziecięcia na świat, zapowiadały najniebezpieczniejszy poród. Wtedy uklękła ona przed wizerunkiem Matki Bożej łaskawéj, i wydała na świat dziecię bez najmniejszych boleści bez żadnéj pomocy a najszczęśliwiej. Przybyła już potém akuszerka, ujrzała niemowlę owinięte w lekką oponę, podobną do habitu, i rzekła do matki: „Patrz, jakąś piękną zakonniczkę wydała na świat.” Barbara nie była w stanie karmić ją sama; mamki dobrać nie mogli i dziecię wyniszczało jak szkielecik, a według zdania lekarzy miało wkrótce umrzeć. Wtedy matka wzięła je na ręce, i przycisnąwszy do piersi obraz przenajświętszéj Panny rzekła: „Maryo! cóż Ci trudnego dać piersiom tym pokarm dla mego dziecięcia” i od téj chwili piersi jéj nabrały pokarmu, i sama córeczkę wykarmiła.

Święta Maryanna Franciszka, od czwartego roku życia okazywała dowody szczególnéj pobożności, i od téj pory już objawiał się jéj Anioł-Stróż i po drodze doskonałości ją prowadził. Wtedy także odbyła pierwszą spowiedź, przy któréj zdziwiony został kapłan, że w tak małéj dziecinie znalazł nadzwyczajnie głębokie pojęcie najwyższych tajemnic wiary świętéj. Jednak dopiéro w siódmym roku dozwolił jej przyjąć pierwszą Komunią świętą, po któréj wpadła była jakby w rodzaj zachwycenia, a twarz jej tak pałała od wewnętrznego ognia miłości Boga, że osoby temu przytomne czuły ciepło od niéj wychodzące. Odtąd téż z zezwoleniem światłego i świątobliwego spowiednika, już codziennie przystępowała do stołu Pańskiego.

Skoro trochę podrosło, ojciec użył ją zaraz do swoich robót szmuklerskich, a widząc że wiele czasu trawiła na modlitwie i codzień chodziła do kościoła dla przyjmowania Komunii świętéj, wyznaczał jéj większą jeszcze niż innym dzieciom robotę, gdyż byłto człowiek i popędliwy i bardzo chciwy zysku. Franciszka nie tylko wykonywała zawsze, i to najdoskonaléj, wyznaczoną jéj robotę lecz nawet od innych kończyła, gdyż jéj w tém, jak się potém okazało, Anioł Stróż dopomagał.

Miała lat szesnaście, kiedy wysokie cnoty z których znaną była powszechnie i nader powabna uroda, skłoniły pewnego bardzo bogatego młodzieńca aby prosił o jéj rękę. Gallo uszczęśliwiony z tak świetnego związku, gdy dowiedział się od Franciszki że postanowiła poślubić na zawsze swoje dziewictwo Panu Jezusowi i wstąpić do trzeciego zakonu świętego Franciszka Serafickiego, wszelkich używał środków aby ją odwieść od tych zamiarów. Przychodziło do tego że ją po dni kilka więził w osobnéj izbie, morzył głodem, a nareszcie uniesiony gniewem, zbił tak okrutnie, że mu ją matka całą poranioną z rąk ledwo wyrwała. Święta zniosła to wszystko w największéj pokorze, i w końcu stałością swoją wymogła na ojcu pozwolenie zostania Tercyarką.

Od kolebki mając najserdeczniejsza do Maki Bożéj nabożeństwo, w dniu Niepokalanego Poczęcia przyjęła habit tercyarski. Spełniając w całéj ścisłości przepisane téj Reguły obowiązki, a przydając do nich nadzwyczajne dobrowolne umartwienia ciała, w początku mieszkała w domu rodzicielskim. Lecz po śmierci matki, gdy ojciec jéj przebrał wszelką miarę w nieludzkiém z nią obchodzeniu się, za poradą przewodnika duchownego, pojęła sobie ubogie mieszkanie osobno, i w niém z drugą pobożną tercyarką osiadła. Odtąd już oddawała się swobodniej bogomyślności i pokucie tak ostréj że jéj w tm mało który z największych pokutników wyrównał, a może nikt nie przewyższył. W miarę zaś tego, obdarzał ją Pan Bóg i najwyższemi łaskami i najcudowniejszemi darami nadprzyrodzonemi, nieszczędząc przytém tych krzyżów, jakiemi najwybrańsze dusze uświęca.

Od téj pory już przez całe życie codzień pościła o chlebie i wodzie, niejadając więcéj jak dwie uncye na dzień, a i to zwykle piołunem posypywała. Sypiała na gołéj ziemi, najdłużéj dwie godziny; włosiennicę nosiła tak ostrą że gdy raz pewnego zachorowała ciężko trzeba było ją zająć, siostra która jéj tę usługę oddawała, musiała całe jéj ciało zwilżać gdyż włosiennica przywarła jakby wrośnięta wrany, jakie ostrością swoją zadała. Obok tak umartwionego życia, i prawie ciągłych a dolegliwych chorób nie folgowała sobie i w pracy. Z téj nietylko siebie i kilka sióstr tercyarek musiała utrzymywać, ale nawet i własną rodzinę; gdyż ojciec zawsze dla niéj najniechętniejszy, domagał się tego od niéj koniecznie. W pokorze była także niezrównaną: posądzona przez złośliwe osoby o nierządne życie, a przez pewną niegodziwą kobietę oskarżona nawet o to przed Biskupem i przed jego Trybunałem z tego powodu stawiona, wszytko to znosiła nietylko pokornie, lecz z weselem nawet, ciężkie obelgi ztąd doznawane ofiarując Panu Jezusowi. Głównym zaś sprawcom doznanych ztąd zniewag, wielkie łaski modlitwami swemi powypraszała.

Cnotę czystości, którą od Chrztu świętego zachowała niepokalana, raczył w niéj Pan Bóg szczególnymi darami uświetnić. Doświadczano powszechnie, że sam jéj widok przyskramiał w drugich najsprośniejsze żądze. Pewien zacny kapłan, dręczony bywał tego rodzaju ciężkiemi pokusami, które pomimo bardzo umartwionego życia jakie prowadził i unikania wszelkich okazyi, nie odstępowały go wcale. Poradzono mu aby się udał do świętéj Franciszki. Po krótkiéj z nią rozmowie i wspólnéj modlitwie, od téjże chwili na całe życie od tego rodzaju nagabań został uwolniony. Razu pewnego, na samotnéj ulicy, o świcie, gdy Franciszka szła do kościoła, pewien rozpustnik napadł na nią, chcąc ją znieważyć. Franciszka widząc się w jego ręku bez żadnego ludzkiego ratunku, wezwała głośno Maryi na pomoc. W téjże chwili napastnik stanął jakby skamieniały, niemogąc się ani kroku poruszyć, ani ręką władnąć. Przerażony tym cudem, prosił Franciszki wchodzącéj do kościoła, aby się za niego pomodliła, co gdy Święta uczyniła, odzyskał zaraz władzę i w tymże kościele z całego życia spowiedź z wielką skruchą odbył. Lecz większym jeszcze cudem a raczéj dłuższym, raczył Pan Bóg strzedz od podobnych zniewag tę swoję wielką służebnicę. Gdy bowiem po tém zdarzeniu wracała Franciszka z kościoła do domu, znalazł się przy niéj ogromnéj wielkości brytan, który byle kto z mężczyzn zbliżył się do niéj, warczeniem go swém odstraszał. Towarzyszył on zawsze i wszędzie Franciszce przez lat kilkanaście ile razy wychodziła z domu, a nigdy dowiedzieć się nie można było czyj on był i gdzie się żywił.

Odkąd nasza Święta przyszła do rozumu, ulubioném jéj nabożeństwem było odbywanie drogi krzyżowéj. Przez to zatapianie się całém sercem w tajemnicach męki Pańskiéj, przypuszczał ją Pan Jezus do tak ścisłego zjednoczenia się z cierpieniami swemi, że w każdy piątek z kolei odbijała się na niéj widocznie jedna z tych tajemnic którą wtenczas szczególniéj rozmyślała; tak dalece że kapłani i inne osoby, które z polecenia Biskupa przypatrywały się temu, widziały ją wtedy w takim stanie jakby którą z tajemnic Męki Pańskiéj sama przebywała. Miała nawet cudownie wyryte na rękach i nogach blizny Chrystusa Pana; lecz uprosiła sobie u Pana Boga, aby te znamiona pozostawiły jéj cierpienia na zawsze, a znikły przed oczyma ludzkiemi.

Prócz tego, mało o jakich łaskach nadzwyczajnych czytamy w żywotach innych Świętych, którychby i Franciszka nie otrzymała. Nie było prawie dnia, żeby się jéj Anioł Stróż nie objawił. Gdy w cięższe zapadła choroby, święty Rafuł Archanioł przybywał do niej widzialnie, leczył jéj rany, i na rozkaz Matki Boskiéj kilka razy ją uzdrowił gdy już była konająca. Często w objawieniach rozmawiała z Panem Jezusem i z przenajświętszą Panną; w jedném z takowych, Pan Jezus zaślubił ją sobie jako oblubienicę wybraną, i okazał tron w Niebie zgotowany dla niéj wśród chóru Męczenników i Dziewic. Modlitwom jéj nigdy nic nie odmawiał. Wielka liczba dusz z czysca za jéj wstawieniem wyzwolonych, objawiła w jasności niebieskiej, dziękując za pomoc jaką im przyniosła. A jakże wiele i z samego piekła wybawiła, które tu jeszcze i za życia modlitwami swojemi wyrwała ze strasznych grzechów w jakich oddawna leżały.

Posiadała także dar przenikania tajników serc ludzkich. Jedném rzuceniem spojrzenia na osoby przychodzące zasięgnąć jéj rady, rozróżniała obłudę od prowdziwéj świętości. A także duchem prorockim przepowiedziała mieszkańcom Neapolu, na kilka lat przedtém, straszne morowe powietrze jakie dotknęło to miasto.

Lecz jedna z najcudowniejszych łask udzielonych jéj przez Boga, była ta, jaka się wydarzyła przy kilku Mszach świętych, w czasie których miała do Komunii świętéj przystępować. Zdarzało się bowiem, że gdy Franciszka spragniona co prędzéj przyjąć swego Boga, po konsekracyi przez kapłana uczynionéj pragnieniem tém gorzała coraz więcéj, wtedy komunikant dla niéj przygotowany znikał przed księdzem, a Franciszka go przyjmowała. Co większa: wielkiéj świątobliwości ksiądz Ksawery Bianki, zauważał, że wtedy nawet znaczna część Krwi przenajświętszéj ubywała z kielicha. Razu nawet pewnego ujrzał że mało co jéj zostało, i powiedział o tém Franciszce, która mu na to nieco zmieszana odrzekła: „Mój ojcze, gdyby nie to że święty Michał Archanioł ostrzegł mnie że do całości Ofiary potrzebna Krew przenajświętsza byłabym ją wszystką wypiła.” Z czego wnosić można, że tenże Michał Archanioł, niekiedy sam Komunikant, a niekiedy i Krew przenajświętszą jéj udzielał.

Nakoniec zbliżała się chwila, w któréj już tę wielką służebnicę Swoję miał Bóg powołać do Siebie. Przez całe prawie życie cierpiąca, zapadła wreszcie w śmiertelną chorobę, wśród któréj i niebezpieczną i bardzo bolesną, z niezachwianą cierpliwością odbywała operacyą. Po niéj żyła jeszcze kilka miesięcy, lecz w najsroższych cierpieniach, za które dziękowała ciągle Bogu, a gdy się bardzo boleści wzmogły spokojnie wzywała Maryi. Po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych wpadła w swój zwykły sposób rozmyślania Męki Pańskiéj, i widać było po niéj jak przebywała wszystkie jéj tajemnice, w sposób jeszcze widoczniejszy niż kiedykolwiek. Gdy przyszła do chwili opuszczenia Pana Jezusa na krzyżu, z ciężkiém westchnieniem odezwała się do spowiednika przy niéj obecnego: „Ojcze wspomagaj mnie bo ciężko.” Kiedy ukończyła tę swoję drogę krzyżową, orzeźwiła się nieco 1 ucieszona widzeniem Matki Boskiéj którą witała temi słowy: „oto Matka moja wychodzi na moje spotkanie”, przyciskając krzyż do ust oddała Bogu ducha 6 Października roku Pańskiego 1791. Miała lat siedemdziesiąt siedem. Papież Pius IX w poczet Świętych ją wpisał.

Pożytek duchowny

Gdyby święta Franciszka żyła była w wiekach niezachwianéj a powszechnéj w ludach wiary, byłaby tak wiele zrobiła dobrego na świecie wpływem swoim, jak to czyniły Katarzyny Seneńskie, Kolety i im podobne. Niewiara, która za jéj czasów już się szerzyła, a za naszych rozpowszechniła się jeszcze bardziéj, jest powodem że Święci Pańscy jakby nieznani i wcale niedocenieni żyją i umierają w tych wiekach ostatnich. Módl się gorąco aby ludzie powolniejszymi się stali przykładom i naukom Świętych, bo na to ich Pan Bóg daje Kościołowi swojemu i w każdych czasach zsyła.

Modlitwa (Kościelna)

Jezu Chryste Panie nasz! któryś błogosławioną Maryannę Franciszkę dziewicę, pomiędzy innemi darami w jej wzgardzie świata przedziwną uczynił; za jéj zasługami i pośrednictwem, spraw prosimy, abyśmy wszystkiém co ziemskie jest wzgardziwszy, o Niebo tylko starali się. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 955–958.

Tags: św Marianna Franciszka „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Maryja matka pokuta umartwienie pokora czystość zaraza św Rafał Archanioł św Michał Archanioł Droga Krzyżowa
2020-11-04

Św. Karola Boromeusza, Arcybiskupa Medyolańskiego

Żył około roku Pańskiego 1584.

(Żywot jego był napisany przez księdza Jusanno jednego z jego Kapelanów.)

Święty Karol który pochodził z jednéj z najzmakomitszych rodzin Włoskich, przyszedł na świat w Arono, dziedzicznym zamku rodziców w państwie Medyolańskiém położonym, z ojca Gilberta hrabiego Boromeo, a matki Małgorzaty z książąt Medyceuszów, siostry Papieża Piusa IV. Światłość niebieska która otoczyła jéj łoże gdy go ma świat wydawała, była zapowiedzią wysokiéj świętości, do jakiej go Pan Bóg przeznaczał. W dzieciństwie ulubionemi jego zabawami były zajęcia odnoszące się do chwały Bożéj. Małym dzieciaczkiem będąc, przystrajał sobie ołtarzyk, i przyrządziwszy jakby szaty kościelne, przewdziewał się w nie naśladując różne obrzędy święte. Do Matki Bożéj szczególne miał nabożeństwo i przed jéj obrazami najdłużej i najrzewniéj się modli.

Nie miał jeszcze żadnych święceń duchownych, kiedy według ówczesnego zwyczaju, dostały mu się w spadku po wuju, bardzo wielkie dochody z pewnego Opactwa. Wymógł na ojcu, gdyż wtenczas był jeszcze małoletnim, aby te pieniądze nie na potrzeby ich rodziny, lecz na miłosierne uczynki i na kościoły obracane zostały. Gdy doszedłszy do pełnoletności, sam stał się panem tego majątku, takiż sam z niego czynił użytek.

Wysłany do akademii w Pawii, chociaż zastał tam między młodzieżą uczącą się, obyczaje bardzo zepsute, wsparty jednak opieką Matki Bożéj, do któréj widząc niebezpieczeństwo w jakiém się znajduje ciągle się uciekał, wyszedł z téj próby bez szkody. Czystość jego obyczajów i wysoka pobożność, którą się już wtedy odznaczał, raziła rozpustnych jego towarzyszów. Ci kilkakrotnie nasyłali na niego złego życia niewiasty, które święty ten młodzieniec ze zgrozą odegnał, co najzbawienniejszy wpływ nawet i na te nieszczęśliwe istoty wywarło.

Widząc. że ojciec zamierza skłaniać go do zawarcia nadzwyczaj świetnego małżeńskiego związku, przyśpieszył wykonanie zamiaru jaki już miał wstąpienia do stanu duchownego, i w krótkim przeciągu czasu, przyjął święcenia kapłańskie. Rodzony wuj jego Papież Pius IV zawezwał go do Rzymu, i uczynił kardynałem, kiedy miał lat dwadzieścia trzy, a od téj chwili zjaśniał on w tém dostojném gronie wysoką pobożnością i wszelkimi cnotami. Wtedy Sobór Trydencki był zawieszony. Za usilnemi to staraniami świętego Karola, który rozliczne i wielkie przełamywać musiał z tego powodu trudności, został nanowo zwołany, i z niewymównym dla Kościoła pożytkiem ukończony.

Zamianowany na Arcybiskupa Medyolańskiego, chociaż Papiéż dla spraw powszechnego Kościoła, chciał go zatrzymać przy sobie, wymówił się jednak od tego i uprosił aby mu pozwolił udać się do swojéj Dyecezyi, co téż i uczynił, zrzekając się dobrowolnie, chociaż mu Ojciec Święty pozwalał to zatrzymać, wszystkich innych posad kościelnych które mu przynosiły około 150 tysięcy rubli dochodu. Przybywszy do swojéj stolicy, w któréj przeszło lat ośmdziesiąt Arcybiskupi osobiście nie przesiadywali, zastał całą Dyecezyą w najopłakańszym stanie. Księża tak byli nieoświeceni, że wielu z nich nie znało artykułów wiary. Lud nie miał ani wyobrażenia o prawdach chrześcijańskich: mało kto umiał się przeżegnać i pacierz odmówić. Święty Karol na tak bardzo zaległém polu, rozwinął całą swoję pasterską gorliwość, w skutek któréj, po dwudziestu dwu letnim zarządzie tą Archidyecezyą, uczynił z niéj arcywzór, na który z podziwem Kościoły całego Świata patrzały. Zaczął od urządzenia całéj Dyecezyi swojéj, według postanowień świeżo ukończonego Soboru Trydenckiego. Dla wprowadzenia karności w duchowieństwie, odbywał częste Sobory Prowincyonalne. Pourządzał Seminarya, obsadziwszy je uczonemi i świątobliwemi profesorami. Sprowadził kilka Zgromadzeń zakonnych tak męzkich jak i żeńskich, odznaczających się jak najściślejszém zachowaniem swoich Reguł. Pozakładał nowe, a między niemi i Domy przytułku dla nawróconych kobiet złego życia, a wszystkie te klasztory i zakłady, najhojniéj z własnego majątku uposażał lub utrzymywał. Wydał dzieło pod tytułem: Katechizm Proboszczów, który nazywają także katechizmem Soboru Trydenckiego, a który jest zbiorem najważniejszych i najpotrzebniejszych przestróg dla kapłanów rządzących duszami. Lecz przedewszystkiém, tak na duchowieństwo jak i na lud, najzbawienniéj wpływał przykładem wysokiéj własnéj świątobliwości.

Prowadził życie nadzwyczaj umartwione: często pościł o samym chlebie i wodzie; zwykle jadał tylko jarzyny i pospolite owoce. Nosił ostrą włosiennicę, większą część nocy spędzał na modlitwie i krwowém biczowaniu się. Pokory i słodyczy w obcowaniu z drugimi, był niezrównanéj. Zwiedzał swoję Archidyecezyą każdego roku dwa razy, i zwykle pieszo, aż gdy dostawszy rany na nodze, na koniu musiał jeździć. Zdarzało się że aby czasu nie tracić, jadąc tak brał swój lekki posiłek. Wszędzie kazywał, słuchał spowiedzi, bierzmował, i miał zwyczaj póty z żadnéj parafii nieodchodzić, aż tam wszystkich z jakiegokolwiek powodu między sobą powaśnionych, pojednał. Nigdy z Dyecezyi wydalać się nie chciał: a gdy razu pewnego jeden z Biskupów mówił mu, iż dla tego ze swojéj Stolicy często wyjeżdża, iż ma małą liczbę dyecezyan, Święty powiedział: „Biskup, chociażby tylko jednego miał dyecezyana, i dla tego jednego z Dyecezyi swojéj, wydalać się nie powinien.”

Miłosierdzie jego dla ubogich granic nie miało. Sprzedawszy księztwo Orya, które było jego dziedzictwem, w jednym dniu rozdał czterdzieści tysięcy sztuk złoła na ubogich. Toż samo uczynił z dwudziestu tysiącami czerwonych złotych, które mu przypadły w spadku po krewnym. A gdy mu już brakło pieniędzy dla biednych, kazał je bić ze sreber Biskupich, i na jałmużnę wszystko obracał. Pod czas gdy w Medyolanie grasowało straszne morowe powietrze, tak rozdał nietylko co miał, ale i wszystkie sprzęty swoje ubogim aż do łóżka własnego, że na ziemi sypiać był zmuszonym. Dzień i noc nawiedzał dotkniętych zarazą, i wielkiej ich liczbie sam ostatnie Sakramenta święte udzielał, co było tak groźném niebezpieczeństwem, że nietylko nikt z obcych ale nawet żaden ze sług jego towarzyszyć mu wtedy nie chciał. Dla ubłagania miłosierdzia Boskiego w téj klęsce, nakazał uroczystą procesyą, przy której ofiarując się Bogu za grzech ludu swojego, szedł na czele z krzyżem w ręku, z powrozem u szyi na znak pokuty, i bosemi nogami, po których ślady krwi pozostawiał, poraniwszy się po ostrych kamieniach. Podczas tego moru, tak wszystko rozdał biednym, że razu pewnego, wróciwszy do siebie wieczorem po całodziennym trudzie przy chorych, a do téj pory nic w usta niewziąwszy, nie znalazł w domu ani kawałka chleba którymby się posilił, i ani jednego grosza aby co do jedzenia kupić. Poszedł więc do kaplicy modlić się, a po chwili, jakiś nieznajomy przyniósł mu tysiąc sztuk złota na jałmużnę. Od téj także pory chodził zawsze boso, i sypiał na ziemi.

Przy tak ostrym sposobie życia, był usposobienia bardzo swobodnego. Razu pewnego, mając u siebie wieczorom dostojnego gościa, dla jego zabawy ulubionéj, grał z nim w szachy. Wszczęła się rozmowa o śmierci, i każdy z obecnych, objawił sposób, w jaki by chciał się do téj stanowczéj chwili przygotować. Spytany święty Arcybiskup coby on czynił, gdyby wiedział że za godzinę umrze, odpowiedział: „Kończyłbym tę grę szachów”; co dowodziło, jak wszystko co czynił, czynił to ze świętą intencyą, i z miłości Boga, a więc w każdéj chwili i po każdéj czynności, gotów był stanąć na sąd Boży.

Z przywileju udzielonego mu od stolicy apostolskiéj, przywrócił był karność zakonną w zgromadzeniu tak nazwanych Humilianów. Między nimi znalazł się jeden niegodziwiec, który za to właśnie do tego stopnia posunął zawziętość swoję przeciwko Świętemu Karolowi, że postanowił go zabić. W tym celu udał się do pałacu Arcybiskupa, który wtenczas w kaplicy klęcząc przed ołtarzem, z domownikami odmawiał głośno pacierze wieczorne. Zbrodniarz dostał się tak blizko Świętego, że tylko o dwa kroki od niego będąc, wystrzelił, wymierzywszy pistolet w sam środek pleców. Broń była nabiła kilku kulami. Jedna z nich która pomiędzy łopatki Arcybiskupa trafiła, zsunęła się po grzbiecie jego jakby po pancerzu, i padła mu przy nogach; druga ugrzęzła w drzewie ołtarza na parę cali, a trzecia kawałek muru odwaliła. Święty ani drgnął w czasie tego, zakazał sługom aby zabójcy nie chwytali, i daléj pacierze najspokojniéj kończył.

Wielce poważał dziewice w Zakonie poświęcone Bogu. Sprowadził najprzód do Medyolanu zakonnice Urszulinki, którym powierzył wychowanie wielkiej liczby ubogich panienek, po większéj części sierot po rodzicach zmarłych z morowego powietrza, i wielkie na to koszta wyłożył. Także wybudował klasztor dla Kapucynek; wprowadził je tam uroczyście, z procesyą, przy któréj ośmnaście tych Qblubienic Chrystusa Pana, które z własnych rąk jego przyjęły były ubogie suknie świętej Klary, postępowały z wielkiemi krzyżami na barkach i z koroną cierniową na skroniach, otoczone duchowieństwem i licznym ludem.

Miał zwyczaj co rok udawać się ma odosobnione miejsce, dla odprawienia Rekollekcyi. Udał się był w tym celu do klasztoru na górze Waralia, gdzie znajdowały się pięknie rzeźbione Stacye Drogi krzyżowéj. Po kilku dniach spędzonych w téj samotności, przymnażając sobie zwykłych umartwień ciała, lecz opływając w tém większe pociechy niebieskie, Święty zapadł na gorączkę. Przywieziono go do Medyolanu, gdzie choroba się wzmogła. Przyjąwszy ostatnie Sakramenta święte, leżąc na ziemi posypanéj popiołem, niespusczając z oczu Pana Jezusa ukrzyżowanego, poszedł do Nieba mając lat czterdzieści siedem, dnia 3-go Października roku Pańskiego 1584. Papież Pius V wpisał go w poczet Świętych.

Pożytek duchowny,

Błogosławiona dusza, która tak jak święty ten Arcybiskup którego żywot czytałeś, każdą swoję czynność tak jedynie z miłości Boskiéj spełnia, że przy każdéj z nich, gotową jest na śmierć. Niech cię to pobudza do pilnego starania, abyś każdą twoję sprawę uświęcał odnosząc ją do Boga.

Modlitwa (Kościelna)

Kościół Twój Panie, niech strzeże ciągła opieka świętego Karola Wyznawcy Twojego i Biskupa, aby jak pasterska jego gorliwość chwałę mu niebieską wyjednała, tak żeby jego pośrednictwo dało nam wzrastać w miłowaniu Ciebie. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 946–948.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 881–882

Podajemy tutaj kilka myśli z pism świętego Karola Boromeusza:

„Prawdziwą miłość Boga ma ten, kto: 1) z chęcią o Nim myśli; 2) kto chętnie w Jego domu przebywa; 3) kto często o Nim lub z Nim rozmawia; 4) kto z chęcią słucha mówiących o Bogu; 5) kto chętnie daje to, co posiada, na chwałę Boga; 6) kto chętnie w Jego imię znosi przykrości; 7) kto chętnie słucha Jego przykazań; 8) kto lubi, co się Bogu podoba, a nienawidzi, co Mu się nie podoba; 9) kto ma wstręt do świata; 10) kto miłuje Jego namiestników i oddaje im cześć należną”.

„Jakże grubo mylą się ci, którzy pragnienie duszy i tęsknotę serca myślą ugasić inną wodą, jak łaską Ducha świętego i pożywaniem Boga! Dusza nasza łaknie nieskończoności; dla tego też nic innego nasycić jej nie zdoła, jak tylko Bóg nieskończony ”.

Tags: św Karol Boromeusz „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna arcybiskup sobór trydencki jałmużna zaraza
2020-10-29

Św. Bonawentury z Potencyi, Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1711.

(Żywot jego wyjęty jest z Bulli jego beatyfikacyi.)

Święty Bonawentura był synem ubogich a bardzo zacnych mieszczan, w małém miastczku Potenca w królestwie Neapoliiaiskiém żyjących. Tam przyszedł na świat roku Pańskiego 1651. Ojciec jego Lelio Lowanio był krawcem, matka wielkiéj pobożności niewiasta miała imię Katarzyna.

Od najmłodszych lat zauważano w nim szczególne nabożeństwo do Matki Bożéj, przed któréj obrazem kilka razy na dzień widzieć go można było klęczącego ze złożonemi rączkami i po dziecinremu rozmawiającego z przenajświętszą Panną, jakby przed nim stała. Gdy lat młodzieńczych dorósł, ojciec bardzo sobie życzył aby został kapłanem świeckim; lecz Święty powołany przez Pana Boga do wyłączniejszéj jeszcze Jemu służby, wstąpił do zakonu Braci Mniejszych Konwentuałów, u nas Bernardynami zwanych. Po wykonaniu ślubów uroczystych, przełożeni widząc że go Pan Bóg obdarzył szczególnemi darami modlitwy, i tą drogą raczył go prowadzić coraz wyżéj, gdy słuchał wykładu filozofii i miał się ćwiczyć w rozprawach teologicznych, przerwali jego zawód naukowy, aby wyłączniéj oddał się saméj bogomyślności. W tym celu przeznaczono go do klasztoru w Amalfi, aby tam pozostawał pod kierunkiem biegłego i świątobiwego przewodnika duchownego.

Pod takim téż mistrzem ćwiczony, w krótkim czasie we wszystkich cnotach zakonnych wielki uczynił postęp, starając się przedewszystkiém, aby przez najdoskonalsze wyrzeczenie się siebie samego, jak najpodobniejszym stawać się Chrystusowi Panu. Cnotą téż pokory i posłuszeństwa odznaczał się najszczególniéj, i to często Pan Bóg wynagradzał mu cudami. Razu pewnego gdy szukał klucza od zakrystyi, przełożony powiedział mu że wleciał w studnię i przydał żartując: „Zrób wędkę i złów go.” Bonawentura uwiązał na kiju sznurek i haczykiem, zapuścił go w studnię bardzo głęboką i klucz wyciągnął. Inną razą wśród lata niósł wielki kawał lodu dla jednego z braci chorych; przełożony dla wyprobowania jego posłuszeństwa, kazał mu tę bryłę włożyć w szafę zakrystyjną, co on bez wahania się uczynił. Przełożonego jakiś ważny interes w téjże chwili zajął, tak że zapomniał o tém rozkazie, którego wykonania nie chciał dopuścić. W kilka godzin potém udał się co prędzéj do zakrystyi, pewny będąc iż wszystkie aparata kościelne uszkodzone zostały od lodu rozpuszczonego; lecz znalazł całą bryłę zamarzniętą, chociaż był wtedy nadzwyczajny upał.

Bonawentura wyświęcony na kapłana oddał się całkiem pracy około zbawienia dusz wiernych. W kazywaniu, nauczaniu dziatek, słuchaniu spowiedzi, a szczególnie w przygotowywaniu ma śmierć chorych, chociaż zawsze wątłego zdrowia, okazywał się niezmordowanym. Na ubogich był, o ile tylko mógł jako sam ubogi zakonnik, miłosiernym. Nietylko oddawał im zwykle swoję porcyą zakonną, poprzestając na kawałku chleba, lecz jeszcze wyżebrywał dla nich hojne u osób świeckich jałmużny, a Pan Bóg często jego w téj mierze starania ułatwiał mu cudownie, rozmnażając pożywienie jakie dla biednych dostawał. Tyle zajęciami obarczony, wylany cały na usługi bliźnich tak w doczesnych jak w duchownych ich potrzebach, w bogomyślności nie ustawał, mając zwyczaj noce całe przepędzać na modlitwie, jużto przed przenajświętszym Sakramentem, już przed ołtarzem Matki Bożéj. Przytém w ulubionéj swojéj cnocie posłuszeństwa ćwiczył się z najzupełniejszém zaparciem. Zdarzyło się że gdy razu pewnego o świcie pracował w ogrodzie obok przełożonego po którego przyszli z ważnym interesem, ten powiedział mu: „Nie odchodź ztąd: ja wnet powrócę.” Tymczasem byłato sprawa tak ważna, że go zatrzymała za klasztorem do wieczora. Zaniepokoił się niewidząc Bonawentury na wieczerzy, tém bardziéj że mu powiedziano iż i na obiedzie nie był. Poszli go więc szukać, i znaleźli w ogrodzie przy robocie, czekającego na Gwardyana. Inną znowu razą, przełożony wychodząc z kaplicy, w któréj był razem z nim, rzekł do niego: „Poczekaj tu na mnie, pójdę tylko na chwilkę do miasta, dowiedzieć się, czy nie ma odjeżdżającego powozu do Neapolu.” Znalazłszy takowy, a że sprawę miał pilną, wsiadł i odjechał. We trzy dni wróciwszy, niewidząc Bonawentury pyta braci o niego. „Sądziliśmy że odjechał z Wami” odrzekli mu oni, „bo od trzech dni go nie widać.” Tymczasem pokazało się, że on w kaplicy całe te trzy dni i trzy noce spędził, niejedząc i niepijąc, a przez czas ten Pan Bóg takiemi go zalewał pociechami, że mu się te trzy doby jak trzy godziny zdawały.

Posłany z kazaniami na wyspę Ischią, znaczną tam liczbę dusz pozyskał Bogu. Z wielkim zbrodniarzem trzymanym w więzieniu, który spowiadać się nie chciał, zamknął się na cały tydzień i w końcu przywiódł go do tego że z najżywszą skruchą pojednał się z Panem Bogiem. Podczas panującego morowego powietrza w okolicach Neapolu, posłany tam dla obsługi duchownéj dotkniętych zarazą, poświęcił się temu z największą miłością, i wielu uzdrowił namaszczeniem oliwy z lampy palącéj się przed ołtarzem świętego Antoniego, któremu jedynie ta cuda przypisywał. Lecz trudy poniesione podówczas przyprawiły i jego samego o śmiertelną chorobę. Dostał wyrzutu na nodze, który w skutek zaniedbania w zgorzeliznę przeszedł. Odbył nadzwyczaj bolesną i długą operacyą, podczas któréj gdy ból stawał się coraz cięższym najcierpliwiéj go znosił, powtarzając tylko przenajświętsze Imie Maryi.

Wysłany na założenie klasztoru w mieście Ruvello, wielce się tém ucieszył, gdyż od lat już wielu przepowiedział mu był świątobliwy zakonnik pod którego przewodnictwem duchonym zostawał w początkach swojego zakonnego zawodu, że w tém mieście życie zakończy. Chociaż już podówczas był w podeszłym wieku i zupełnie upadły na zdrowiu, nietylko w samym Ruvello kazywał nieustanie, lecz i okolice obiegając, wszędzie głosił słowo Boże, słuchał spowiedzi, usposabiał chorych do śmierci, i najzatwardzialszych grzeszników nawracał; a wszędzie według swojego zwyczaju, wspierając ubogich z wyżebranéj dla nich jałmużny. Chorych po mieszkaniach odwiedzał i ostatnie oddawał im usługi. Zdarzyło się że idąc do miasteczka Atranii, spotkał żebraka tak zeszpeconego trądem, że się od niego mimowoli odwrócił. W téjże chwili, przypomniał sobie jak święty jego zakonodawca Franciszek Seraficki, w takich razach przezwyciężał się i toż samo uczynił. Nietylko uściskał serdecznie trędowatego, lecz językiem lizał mu rany, i chory ten od téj chwili z najstraszniejszego trądu zupełnie wyleczonym został.

Posiadał także dar proroctwa w wysokim stopniu. Razu pewnego był w kościele z jedną ze swoich penitentek tercyarką siostrą Maryanną Angelą, gdy nadszedł mały chłopaczek dziewięcioletni. „Czy znasz go?” zapytał téj siostry. „Nie znam” odrzekła. „Przypatrz się mu więc dobrze, powiedział, bo kiedyś, jak będziesz w wielkiéj nędzy, on stanie ci się opiekunem i ojcem.” W wiele lat potém kobieta ta przyszła do ostatecznego niedostatku, a opuszczona od wszystkich i ciężiemi złożona chorobami, przez ośm lat nie miała innego opiekuna i wspomożyciela jak tegoż chłopaczka, który został był księdzem, a na uczynki miłosierne bardzo wylany, dowiedziawszy się wypadkiem o jéj nędzy, wziął ją w swoję pieczę. Odgadywał także tajniki serc ludzkich. Pewien młodzieniec bardzo światowy, miał przyjść wyspowiadać się przed nim. Lecz wstydząc się wyznać mu namiętnego przywiązania do dziewicy z którą miał zawrzeć związek małżeński, poszedł do innego kapłana. Bonawentura spotkał go wkrótce potém, i rzekł do niego: „mój drogi, twoje przywiązanie do téj dziewicy jest istną pokusą, ani z nią ani z żadną inną się nie ożenisz, bo cię Pan Bóg przeznaczył do kapłaństwa.” Uśmiechnął się młodzieniec, bo o tém nigdy nie myślał a o ożenieniu swojém wkrótce nastąpić mającém, nie mógł wątpić. Jednak tak się stało, że z najniespodziewańszego wypadku związek ten nie przyszedł do skutku, a młodzieniec prosił matki aby mu dozwoliła wstąpić do stanu duchownego. Ta zasięgnęła w téj mierze rady błogosławionego Bonawentury. „Nie czas jeszcze na to, powiedział jéj, gdyż zobaczysz że teraz jeszcze on tego zamiaru odstąpi. Poczekaj trochę, przyjdzie chwila kiedy szczerze zapragnie być księdzem, a nastąpi to wtedy gdy Kapituła katedralna będzie go potrzebowała.” Jakoż, młodzieniec jeszcze raz probował ożenić się lecz to nie nastąpiło, i dopiéro w trzy lata po śmierci błogosławionego Bonawentury, powodowany prawdziwém powołaniem, wstąpił do stanu duchownego. W krótkim czasie został kanonikiem, a następnie. Archidyakonem téj dyecezyi i Prałatem wielkiéj świątobliwości.

Tymczasem nadchodził czas w którym Pan Bóg miał już powołać naszego Świętego do chwały Swojéj. Na sześć miesięcy przed zgonem, zdrowia zwykłego zażywając, zapowiedział braciom że przy końcu Października rozstanie się z nimi, a na kilka dni przed śmiercią, znajdując się u Biskupa którego był spowiednikiem, oświadczył mu że potrzeba aby sobie innego obrał, i prosił go o błogosławieństwo na śmierć. W parę dni potém opadł z sił zupełnie, i po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych, zaczął śpiewać różne hymny ma część Pana Jezusa i Matki Bożéj. Czynił to prawie bez przerwy przez całą dobę a głosem tak śpiewnym i miłym, jakby już niebieskim. Na godzinę przed śmiercią, umilkł, odmówił trzy razy Zdrowaś Marya najwyraźniéj, i bez konania oddał Bogu ducha dnia 26 Października roku Pańskiego 1711. Zasłynął i po śmierci licznemi cudami, w skutek czego przez Papieża Piusa VI błogosławionym ogłoszony został.

Pożytek duchowny

Otóż i w życiu błogosławionego Bonawentury, które dopiéro co czytałeś, masz przykłady do jakiego stopnia Święci Pańscy posuwali swoje posłuszeństwo względem przełożonych, w których widzieli zastępców Boga samego. Porównaj takie przykłady uległości starszym, a twoją niesfornością nietylko względem ludzi którzy mają nad tobą zwierzchność ale i względem samego Boga, którego podobno nie słuchasz, gwałcąc Jego przykazania.

Modlitwa

Boże któryś w błogosławionym Bonawenturze wyznawcy Twoim, wysoki wzór posłuszeństwa nam zostawił; spraw prosimy, abyśmy za jego przykładem wyrzekając się własnéj woli, przykazaniom Twoim zawsze uległemi byli. Przez Pana naszego i. t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 926–928.

Tags: św Bonawentura z Potenzy „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna posłuszeństwo zaraza
2020-10-27

Św. Iwona, z Trzeciego Zakonu św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1303.

(Żywot ta wyjęty jest z Bulli jego kanonizacyi.)

Święty Iwo francuz, urodził się w małéj wiosce Martini w prowincyi Bretańskiéj (Bretagne) położonéj, roku Pańskiego 1258. Ojciec jego nazywał się Helory, matka miała imię Azora, oboje ze szlacheckiego rodu i wzorowi chrześcijanie. Dziecinne lata spędził pod okiem bogobojnych rodziców, którzy gdy podrósł oddali go do szkół, i zwierzyli dozór jego bardzo zacnemu nauczycielowi. Ten niewiele miał około niego pracy, gdyż znalazł w nim i zdolności niepospolite, i wielką w naukach pilność, ale szczególnie gruntowną pobożność, którą młody ten chłopaczek odznaczał się w gronie swoich rówienników. Gdy miał lat czternaście, a w naukach znakomity uczynił postęp i wielkie w nich okazywał zamiłowanie, rodzice chociaż pragnęli już się z nim nie rozstawać, bo największą był dla nich pociechą, na jego jednak usilne prośby, wysłali go do Paryża dla słuchania tam wyższych wykładów w akademii.

Młody Iwo, jakkolwiek sam życzył sobie tego, znał jednak niebezpieczeństwa dla duszy, jakie spotykają zwykle młodzieńca, dla pobierania wyższych nauk do wielkiego miasta udającego się, i wchodzącego w grono niedorosłych ludzi łatwy dających przystęp przewrotnym zasadom wszelkiego rodzaju. Polecił się téż w szczególny sposób opiece Matki Bożéj, do któréj miał zawsze serdeczne nabożeństwo, zawiązał bliższe stosunki tylko z młodymi towarzyszami podobnież jak on pobożnymi, a obrawszy sobie światłego i świątobliwego spowiednika, często przystępował do Sakramentów świętych. Co mu zaś zbywało czasu od nauk, ten poświęcał na modlitwę. To wszystko utrzymało go stale na drodze pobożności, do któréj wdrożonym był od lat dziecinnych, i nietylko nie przeszkodziło mu w jego pracach naukowych, ale owszem, tak się w nich świetnie odznaczył, że uzyskawszy wyższe stopnie akadamickie w uniwersytecie Paryzkim, udał się do uniwersytetu w Orleanie, dla słuchania Teologii i prawa kanonicznego, gdyż wtedy już powziął był zamiar wstąpienia do stanu duchownego.

Od téj pory, zaczął zadawać sobie różne umartwienia ciała: przestał używać wina i wszelkiego trunku, jadał tylko najprostsze potrawy, i ostrą włosiennicę nosił na ciele. Wszystkie posty przez Kościoł nakazane zachowywał susząc o chlebie i wodzie, i wiele dobrowolnych przydawał, w których jadał tylko trochę jarzyny surowéj. Sypiał zwykle trzy godziny tylko na gołéj ziemi, pod głowę biorąc księgę Pisma Bożego, a gdy się już bardzo czuł strudzonym, podściełał sobie trochę wiórów albo liści suchych. Często całe noce spędzał w piwnicy na modlitwie. Umartwienia téż takowe, wyjednały mu łaskę nieskazitelnéj czystości, którą od dzieciństwa przez całe życie dochował, a przytém i inne dary szczególne, któremi go Pan Bóg na modlitwie obdarzał. Podczas niéj obcował z Aniołami, którzy mu się objawiali w postaci widzialnéj, rozmawiali z nim, pokrzepiali go w jego pracach i trudach, i wielką napełniali pociechą.

Skoro został kapłanem, a już przedtém znany powszechnie ze swojéj wysokiéj świątobliwości, życia bardzo pokutnego, wielkiego dla biednych miłosierdzia i znakomitéj nauki, Archidyakon Renińskiéj dyecezyi, powołał go na urząd Oficyała, którego głównym obowiązkiem, było załatwianie spraw sądowych w téj dyecezyi. Oddał się temu święty Iwo całém sercem, a powodowany wielką dla biednych miłością, stał się najtroskliwszym opiekunem wdów, sierot i ubogich, których nietylko załatwiał sprawy jak najprędzéj i według najściślejszéj sprawiedliwości, lecz sam podejmował się ich obrony bezpłatnie, owszem z własnéj kieszeni potrzebne na to koszta zaspokajał. Czynił to nawet dla ubogich i przed sądami świeckiemi, chodził około ich sprawy najpilniéj, odwiedzał ich i pocieszał jeśli trzymani byli w areszcie, lub ukarani więzieniem. Słowem słusznie zwano go powszechnie Obrońcą wszystkich ubogich i we wszystkich ich prawach.

Jak tylko miała się wytoczyć jaka sprawa przed jego Trybunał jako najwyższego Sędziego Dyecezyalnego, dokładał wszelkiego starania, aby strony występujące przeciw sobie, pojednać przed rozpoczęciem sprawy. Udawało się to ma najczęściej, gdyż wysoka jego świątobliwość powszechnie znana, nadzwyczajną dawała mu powagę. Zdarzało się, że osoby najzawzięciéj przeciw sobie mające wystąpić, gdy pomimo jego prośb i starań pogodzić się nie chciały, w końcu jednały się, w skutek Mszy świętéj, którą na tę intencyą odprawiał. Gdy zaś wypadało mu wydać jaki wyrok chociażby najłagodniejszy, rzewnemi łzami się wtedy zalewał, mówiąc iż mu to żywo stawi na pamięci sąd ostateczny, na którym przyjdzie mu wysłuchać wyroku jaki Pan Bóg na niego wyda.

Tak święty sposób sprawowania ważnego urzędu którym był obarczony sprawił, że wszyscy Biskupi okoliczni, pragnęli mieć go przy sobie, jeden przed drugim ubiegali się o to. Tregirejski (Trégire) przyciągnął go do swojéj dyecezyi, i w téj zajaśniał Iwo wysokiemi cnotami, na tymże samym urzędzie Oficyała Biskupiego. O ile ubodzy go kochali jak ojca, a wszyscy prawi i poczciwi ludzie w wielkiéj czci mieli, o tyle i źli nawet okazywali się jego powadze uleglejszymi niż komu innemu. Zdarzyło się, że urzędnicy królewscy, dopuszczając się wielkiego bezprawia, zagrabili już byli rzeczy do Biskupa należące, i zabierali się toż samo zrobić i ze sprzętami kościelnemi. Nikt się ich przemocy opierać nie śmiał, ani sam Biskup już pokrzywdzony. Święty Iwo udał się do kościoła gdzie ciż łupieżcy przybyli, i sam jeden stawiąc im czoło, odwiódł od tego Świętokradztwa, i skłonił nawet do oddania Biskupowi tego co mu niesłusznie wydarli.

Święty Iwo sprawując urząd Oficysła, był razem i proboszczem parafii Lohaneckiéj (Lohanec). Widząc iż częste wydalenie się z plebani, nie dozwala mu osobiście zatrudniać się powierzonemi mu duszami, uwolnił się od urzędu Oficyała, i już stale pomiędzy swojemi owieczkami zamieszkał. Wielki wielbiciel świętego Franciszka Serafickiego, niemogąc dla słusznych powodów opuścić świata, na którym tyle dobrego robił a sobie tak wielkie skarbił przed Bogiem zasługi, wstąpił do Trzeciego Zakonu przez Patryarchę Asyskiego założonego, to jest został Tercyarzem Reguły świętego Franciszka Serafickiego.

Odtąd téż podwoił umartwień ciała, jeszcze uboższe jak dotąd prowadził życie, i na miłosierne uczynki obracał wszystkie swoje dochody, a nawet i od innych na też cele wielkie wypraszał jałmużny. Przywdział ubogą szarą satanę z kapturem; posty tak ścisłe zachowywał że zdarzało się iż cały tydzień żadnego zgoła nie brał posiłku, a wtedy nietylko żadnych ze swoich obowiązków nie opuszczał, lecz widziano go jeszcze czynniejszym, a tak świeżo wyglądającym po kilku dniach nie jedzenia, jakby przez ten czas na najposilniejszych pokarmach się odżywiał. Wstawał o północy, na odmówienie pacierzy kapłańskich, zwanych Jutrznią. Odprawiał Mszę świętą codziennie, i podczas podniesienia widywano spuszczającą się na niego kulę ognistą. Na kazania jego zbierało się tak wiele ludzi, że za każdą razą trzeba było urządzać mu kazalnicę za kościołem, aby nagromadzone tłumy ludu słuchać go mogły. Razu pewnego idąc z kazania do sąsiedniej wioski, nadszedł nad rzekę niespodzianie wezbraną, na któréj most był zerwany. Przeżegnał ją, i wody się przed nim rozstąpiły, a gdy suchą nogą przeszedł na brzeg drugi, na powrót koryto zajęły. Gdy już nie miał pieniędzy, suknie swoje oddawał ubogim. Zdarzyło się że spotkawszy zimą starca na pół nagiego, oddał mu swoję sutanę z kapturem; skoro od niego odszedł, ubogi zniknął, a suknia sama cudownie napowrót go przyodziała. W czasie panującego morowego powietrza z plebanii swojéj zrobił szpital a późniéj założył osobny, i ten swoim staraniem ciągle utrzymywał. Miał zwyczaj codziennie brać do stołu jednego ubogiego. Razu pewnego przyszedł trędowaty, tak obrzydliwemi wrzodami okryty, że sam Iwo doznał na ten widok wstrętu. Aby się przezwyciężyć, posadził go obok siebie i jadł z nim z jednego talerza. W środku obiadu, gość ten stał się jasnym jak słońce, tak że cały pokój zdawał się w ogniu, i powiedziawszy Dominus vobisum: „Pan z wami” znikł: byłto bowiem Anioł, którego mu Pan Bóg zesłał w nagrodę tego rodzaju jego uczynności i miłości dla biednych. Dzikie zwierzęta wszelkiego rodzaju tak mu były posłuszne, że w polu lub w lesie, ptaki siadały mu ma ręku, i na jego zawołanie przylatywały i odlatywały.

W cnotach wszelkich coraz większego nabierając wzrostu, i wielu rozmaitemi obdarzony od Boga darami, miał sobie objawioną godzinę śmierci, i tę na kilka tygodni przed zgonem wyraźnie zapowiedział. Gdy nadeszła, przyjął ostatnie Sakramenta święte z uczuciami najżywszéj wiary i pobożności, i słuchając śpiewów anielskich, zasnął błogo w Panu dnia 19 Maja roku Pańskiego 1303.

Za życia i po śmierci słynącego cudami, Papież Klemens VI w poczet Świętych wpisał. Święto jego dziś się obchodzi, jako w rocznicę przeniesienia ciała jego z Paryża gdzie umarł, do miasta Tregiery.

Pożytek duchowny

Święty Imo który za życia był szczególnym obrońcą i opiekunem spraw wdów, sierot i ubogich, jest dziś królujący w niebie, głównym Patronem tych, którzy z urzędu swojego ten rodzaj obowiązków spełniają. Gdy więc masz jaką sprawę rozpoczynać, uciekaj się do jego pośrednictwa, aby ci dał tak jak to za życia często robił, pojednać się ze stroną tobie przeciwną, bez wszczynania procesu, który rzadko bez obrazy miłości bliźniego prowadzić można.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Iwona, wyznawcę Twojego, miłosiernemi uczynkami, cudami i cnotami, w Kościele Twoim świetnym uczynił; spraw prosimy, abyśmy za jego zasługami i modlitwami, Twoich dobrodziejstw dostąpili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 920–922.

Tags: św Iwo z Bretanii „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna czystość sprawiedliwość ubóstwo zaraza miłość nieprzyjaciół
2020-09-04

Św. Rozalii Dziewicy, Patronki od morowego powietrza

Żyła około roku Pańskiego 1160.

(Żywot jéj znajduje się u Bolandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święta Rozalia pochodziła z cesarskiego rodu Karola Wielkiego. Ojciec jéj Sinibaldo, zamożny pan słynący z wielkiéj odwagi i świetnych czynów rycerskich, był potomkiem książąt włoskich, których ten cesarz po zdobyciu Włoch, w tym kraju obsadził. Roger II, król sycylijski, przyciągnął go na dwór swój, a chcąc go lepiéj do siebie przywiązać, wydał za niego blizką swoję krewnę, i uczynił go udzielnym panem księstwa Kwistwina, Rose i Pelegryno, przydając do tego i przepyszny Zamek w okolicach Palermo zwany Oliwella, lecz wymagał aby w jego własnym pałacu mieszkał, jako należący do jego rodziny. W tymto więc królewskim dworze przyszła na świat święta Rozalia, około roku Pańskiego 1130. W objawieniu jakie miała matka przed jéj urodzeniem, Anioł zapowiedział jéj że będzie miała córkę wielkiéj świątobliwości, i kazał nadać jéj imię Rozalia, podówczas jeszcze prawie nieznane, a które było tych dwóch wyrazów Roży i Lilii połączeniem, w którém róże wyrażały męczeństwo pokutnego życia jakie miała wieść ta Święta, a lilie zapowiadały nieskażoną czystość jéj duszy.

Młoda księżniczka odebrała wychowanie odpowiedne wysokiemu swemu stanowi. Piszą że nawet była biegłą i w łacinie, któryto język, podówczas jak i teraz, tylko uczeni posiadali. Obdarzył był ją Pan Bóg uderzającą urodą, którą dwór cały podziwiał, lecz gruntowne zalety jéj duszy, przewyższały w niéj powaby ciała. Od najmłodszych téż lat cieszyła się obcowaniem Aniołów którzy się jéj często okazywali, obchodząc się z nią jakby ze swoją godną towarzyszką. Matka Boża, ze swéj strony czuwała nad tą duszą wybraną. Kiedy kilku najpierwszych panów Sycylijskich ubiegało się o jéj rękę, i zanosiło się na to że ją rodzice za mąż wydać mieli, pewnéj nocy objawiła się jéj przenajświętsza Panna, i doradziła aby się ratowała ucieczką, jeżeli chce i nadal pozostać Oblubienicą jéj Syna. Święta księżniczka nie zawahała się ani chwili, chociaż wtedy miała lat dopiéro czternaście. Wstała tejże nocy, i wyrzekając się na zawsze i rodziny, i zaszczytów, i bogactw jakie ją na świecie czekały, wyszła z pałacu, unosząc z sobą za cały majątek, krucyfiks, koronkę, włosiennicę i inne narzędzia któremi ciało swoje trapiła.

Skoro za bramą pałacową stanęła, ujrzała przed sobą dwóch Aniołów: jednego uzbrojonego jak rycerz, drugiego w odzieniu pielgrzyma. Ci, wśród ciemnéj nocy, wyprowadzili ją za miasto Palermo, i zawiedli na górę zwaną Kwiskwina, w ziemiach do jéj ojca należących położoną. Na wierzchu téj góry, wśród gęstego lasu, była jaskinia, którą jéj wskazali. W téjto pieczarze wilgotnéj, zasypanéj śniegiem, który na szczycie téj góry prawie cały rok leży, święta Rozalia spędziła kilka lat na bogomyślności i pokucie, żywiąc się korzonkami leśnemi, za napój używając śnieg roztajały, i obcując tylko z Niebem. Lecz za to Aniołowie nawiedzali ją często w téj samotni, przynosili jéj kwiaty rosnące w raju niebieskim, i co większa, jak świętą Maryę Magdaleną, unosili czasem aż do Nieba, gdzie ich przecudnych śpiewów słuchała. Okazywał się jéj także i Pan Jezus, a jak piszą, koronował ją kwiatami i drogiemi perłami.

Cały czas jéj zajęty był modlitwą, czytaniem ksiąg świętych i robotą ręczną. Kiedy umysł jéj, po długich zatapianiach się w bogomyślności, potrzebował wypoczynku, dla rozrywki ryła na jednéj ze ścian skały po łacinie te słowa, które po dziś dzień pielgrzymi w tém miejscu czytają: „Ja Rozalia, córka Sinibaldego księcia Kwiskwiny, Roży i Pelegryno, dla miłości Pana mojego Jezusa Chrystusa, postanowiłam mieszkać w téj pieczarze.” Jakiego narzędzia używała do wyrycia tego napisu, i jak go sobie dostarczyła, niewiadomo. Wnoszą jéj życiopisarze, że ponieważ wzięła była z sobą łańcuch żelazny, którym się przepasywała na gołém ciele, więc mogła do tego użyć jednego z ogniw jego, wyostrzywszy takowe. Podobnież można przypuszczać, że tym sposobem wykopała sobie małą studzienkę, w którą zbierały się wody spływające z wyższych miejsc góry. Dotąd także pokazują wewnątrz jaskini, rodzaj ołtarzyka, który sobie tam urządziła z kamieni, długi kawał marmuru na którym sypiała, i przy samém wejściu, rodzaj ławki wykutéj w skale, na któréj jak wnoszą siadywała. Zewnątrz rosną stare winne macice, które według miejscowego podania, jéj rękoma zasadzone były.

Tymczasem rodzina świętéj Rozalii, zasmucona jéj zniknięciem, szukała ją po całéj Sycylii. Niektórzy z wieśniaków, w okolicach góry Kwiskwiny mieszkających, wpadli byli na jéj ślady, lecz Aniołowie ostrzegli ją, że już w téj jaskini bezpieczną nie jest. Wzięła więc w jednę rękę krucyfiks, w drugą kij pielgrzymi, i pod przewodnictwem Aniołów, puściła się gęstemi lasami, ku górze Pelegryno, na któréj szczycie Pan Bóg przeznaczył jéj inne mieszkanie. Byłato jaskinia dość obszerna, lecz do któréj dostać się nie można było inaczéj, jak spuszczając się w nią przez otwór u wierzchu jéj będący, a tak wązki że ledwie przez niego prześliznąć się mogła. Przytém pieczara ta, była ciemna i pełna wilgoci, tak że Święta zaledwie znalazła mały kącik, w którym w nocy mogła spoczywać nieleżąc w błocie, a i na to jeszcze, trzeba jéj było wykopać tam rowek, żeby wody spuścić. Sklepienie było bardzo nizkie, i pokryte ostremi ułamkami skały, tak że ciągle musiała pozostawać schyloną, W tém ciemném i zimném więzieniu, przebyła resztę lat swojego życia, żywiąc się żołędziami które zbierała w małym dębowym lasku blizko tam będącym.

Po ośmnastu latach życia tak cudownego, Pan Jezus uznał już właściwem wziaść do Nieba tę Swoję Oblubienicę, i oznajmił jéj że zbliżała się chwila, w któréj ją powoła na zawsze do Siebie. Wtedy Święta położyła się spokojnie w głębi swojéj jaskini, na prawéj ręce oparłszy głowę, a w lewéj trzymając krucyfiks z Rożańcem: na piersiach miała zawieszony mały krzyżyk srebrny, kształtu takiego jaki nosili krzyżownicy, i w takiéj postawie zasnęła w Panu 4 Września około roku Pańskiego 1160, wśród chorów Anielskich, które do ostatniéj chwili jej pobytu na ziemi przyśpiewywały.

Niezwłocznie po jéj śmierci, w różnych objawieniach dowiedziano się o tém wszystkiém, i liczne cuda, za wezwaniem jéj pośrednictwa, rozsławiły imię téj służebnicy Pańskiéj, po całych Włoszech. Modlono się do niéj publicznie, powznoszono na cześć jéj ołtarze, i do niéj Litanie ułożono. Nad obydwoma jaskiniami w których mieszkała, wybudowano wspaniałe kościoły, i przy nich wielu pustelników starało się naśladować jéj pokutne i bogomyślne życie. Lecz ciała jéj, pomimo wielkich starań, nie wynaleziono. Pan Bóg bowiem dopuścił, że woda spływająca z góry Pelegryńskiéj ściekając kropla po kropli na jéj kości, spetryfikowała je niejako, pokrywając powłoką kamienia przezroczystego jak alabaster, twardego jak kryształ, a błyszczącego jak ametyst i hiacynt. Nigdy ludzie bogatszéj trumny zrobićby dla niéj nie mogli. Cała zaś ta bryła, zanurzona była w ziemi, a nawet jeszcze głębiéj przykryta została w skutek poszukiwań jakie czyniono dla wynalezienia jéj ciała, i gdy w tym celu kopano tam ziemię. Po pewnym więc czasie, zaniechano już wszelkich o to starań, tém bardziéj, że w całéj Sycylii, na mocy różnych objawień, rozpowszechniło się przekonanie, że ciało jej nie będzie odkryte, aż w dniu, w którym straszna klęska dotknie miasto Palermo.

Tak upłynęło lat kilkaset, aż w roku Pańskim 1624, zaczęła częściéj objawiać się święta Rozalia, zapowiadając że zbliża się już czas, w którym jéj ciało odkryte zostanie, i w tymże roku przyniesione z Afryki, wybuchło w tymże mieście, straszne morowe powietrze Dżumą zwane. To skłoniło mieszkańców, i to nawet za wiedzą i za rozkazem Arcybiskupa ówczesnego Kardynała Doryi, do ponowienia poszukiwań zwłok świętéj Rozalii, a w tymże czasie pewien mieszkaniec okoliczny, polując na górze Pelgryńskiéj, miał objawienie, w którém ta Święta stanąwszy przed nim, wskazała mu miejsce gdzie jéj ciało spoczywa, poleciła aby doniósł o tém Kardynałowi, i zapewniła że gdy je wydobędą i ku czci publicznéj wystawią, morowe powietrze ustanie. W skutek tego, Kardynał Doria wyznaczył tak duchownych jak i świeckich urzędników, którzy udawszy się na miejsce przez świętą Rozalią wskazane, wynaleźli jéj ciało w onéj bryle skrystalizowanéj o któréj wyżéj wspomnieliśmy. Niektórzy z ludu tam zgromadzonego, unieśli byli z sobą odłamki téj masy otaczającéj ciało sługi Bożéj, do którego skoro przytknięto powietrzem rażonego, każdy niezwłocznie uzdrowionym zostawał. Nakoniec po przekonaniu się jak najdokładniejszém, że bryła ta zamykała w sobie w istocie szczątki ciała ludzkiego, i znalazłszy przy niém te święte przedmioty, z któremi według dawnych objawień, Święta umierała, i w takiém położeniu w jakiém téż objawienia ją opisywały, nie było już wątpliwości, iż to były prawdziwe Relikwie świętéj Rozalii. Takowe więc 22 Lutego, roku Pańskiego 1625, (w którymto dniu przypadało święto Katedry Piotrowéj w Rzymie), Kardynał Doria: wystawił ku czci publicznéj, a morowe powietrze w całéj sile jeszcze grasujące podówczas od tejże chwili od razu i zupełnie ustało. Palermitanie, na pamiątkę wdzięczności za tak miłosierne wstawienie się tej Świętéj za niemi, wybudowali wspaniałą kaplicę, w któréj złożono jéj zwłoki, i za jednę z głównych Patronek i miasta i całéj Sycylii ją obrali.

Cześć świętéj Rozalii, następnie i po całym katolickim rozeszła się świecie, gdy z upływem czasu, i inne miejsca doznawały skuteczności jej pośrednictwa, a szczególnie te miasta które posiadały cząstki jéj Relikwii. W roku 1743 wybuchło było straszne morowe powietrze w Mesynie, bardzo blizko Palermo leżącéj, a które z tém miastem ciągłe miała stosunki. Palermitanie uciekli się niezwłocznie do swojéj Patronki, odbyli procesyą po ulicach z jej Relikwiami, i miasto ich zarazą dotkniętém wcale nie było, równie jak i inne miasta włoskie, które téż święte szczątki posiadały i do opiek świętéj Rozali się udały. Prócz tego zaś, liczne za jéj wezwaniem dzieją się po dziś dzień cuda, w kościołach na górze Kwiskwina jak i Peligryńskiéj będących, to jest w tych dwóch miejscach, na których ta Święta wiodła życie tak pokutne i miłe Bogu.

Pożytek duchowny

Święta Rozalin, jak to sama na ścianach pieczary w któréj się zamknęła, wypisała, dla miłości Pana Jezusa, w kwiecie wieku i gdy świat najwyższe obiecywał jéj uciechy, poświęciła się na życie nadzwyczajnéj ostrości i pokuty. Oblicz się z sumieniem i obacz, na co ty zdobywasz się z miłości Jezusa, a pamiętaj że tylko te czyny policzone ci będą w wieczności, które z takiéj pobudki spełniasz.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś jest zbawieniem i ratunkiem naszym, prośby nasze racz miłościwie wysłuchać, abyśmy weseląc się z uroczystości błogosławionéj Rozalii dziewicy Twojéj, nabyli wzrostu w duchu pobożności, a za jéj wstawieniem się, wyzwoleni zostali od klęsk, który pa nas słuszny gniew Twój zsyła. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 747–749.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 706–707

Jak silna musiała być miłość św. Rozalii do Pana Jezusa, jeśli szukała odosobnienia i samotności, aby się tym łatwiej móc oddać modlitwie, rozpamiętywaniu i umartwieniom! Jakże słaba w porównaniu z świętą Rozalią musi być nasza miłość Boga, jeśli tak mało dla Niego czynimy i tak trudno nam ponieść dla Niego choćby najmniejszą ofiarę! Nie mamy tu na myśli umartwień i ofiarności, jaką jaśnieją Święci Pańscy, ale z jakąż trudnością nam przychodzi pełnienie najprostszych obowiązków chrześcijanina, walka z namiętnością, pożądliwościami ciała i jego pokusami, znoszenie przeciwności, wyrzeczenie się wygód i przyjemności życia! A czyż to wszystko nie jest drobnostką wobec tego, co Święci czynili dla Boga? My biedni chełpimy się, jeżeli nam się uda oprzeć pokuszeniu, uniknąć sposobności do grzechu, pomodlić się godzinkę, albo ponieść jaką maluczką ofiarę, a cóż to wszystko znaczy wobec olbrzymich poświęceń Świętych Pańskich, wobec bohaterskich ich zapasów i walk z szatanem, wobec niesłychanych umartwień, jakie sami na siebie nakładali! Jeśli oznaką miłości jest ofiarność i poświęcenie, natenczas od nich jedynie nauczyć się możemy, czym jest miłość i jaka jej potęga. Święty Tomasz a Kempis mówi: „Kto miłuje, jest wolny i niczym nie skrępowany. Miłość nie zna ani granic, ani miary, lecz przekracza granice i wyższa jest nad wszelką miarę. Miłość nie wie co ciężar, nie zna trudów i mozołów, gotowa czynić więcej niż może; miłość nie zna niepodobieństwa. Zdolna ona jest do wszystkiego, dokonywa wielu rzeczy i odważa się na niejedno, co człowieka bez miłości utrudza i zniechęca”.

Tags: św Rozalia Sycylijska „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna pokuta pustelnik zaraza relikwie miłość
2020-08-16

Św. Rocha, Wyznawcy, głównego Patrona od morowego powietrza

Żył około roku Pańskiego 1327.

(Żywot jego znajduje się u Bolandystów, pod dniem dzisiejszym.)

Święty Roch przyszedł na świat w Mąpelie (Montpellier) we Francyi, przy końcu trzynastego wieku. Ojciec jego jeden z najznakomitszych mieszkańców tego miasta, wzorowym był chrześcijaninem, również jak i matka która wielkie do przenajświętszéj Panny miała nabożeństwo. Do późnéj starości nie mieli dzieci, aż po wytrwałych i gorących modlitwach do Maryi, pocieszył ich Pan Bóg synkiem, który się urodził ze znamieniem czerwonego krzyża na piersiach.

Jeszcze go matka karmiła, kiedy zaczął pościć, we środy bowiem i w piątki, raz tylko na dzień ssał pokarm. W piątym roku życia już zadawał sobie różne umartwienia ciała. Kiedy miał lat dwanaście, poświęcił się całkiem Bogu i uczynkom miłosierdzia. Hojne ubogim rozdawał jałmużny, a chorym po ich mieszkaniach, sam z największą miłością usługiwał.

W dwudziestym roku życia, stracił rodziców, i stał się dziedzicem ogromnego majątku. Wtedy przypomniał sobie ostatnie polecenia swego ojca, który umierając tak do niego przemówił: „Synu mój, wedle możności twojéj wspieraj ubogich, i bądź przekonany, że jeśli wielkich dostatków jakie ci zostawiam, użyjesz na uczynki miłosierdzia, ściągniesz na siebie łaski Boskie i błogosławieństwo ludzkie.” Gdy prócz tego rozmyślał pewnego razu nad temi słowami Pana Jezusa: „Przedaj co masz i daj ubogim” 1, spieniężył większą część swoich majętności, małą ich cząstkę pozostawił do zarządu wujowi, wszystkie pieniądze rozdał ubogim, a sam pieszo, w odzieniu pielgrzyma, o żebranym chlebie, poszedł do Rzymu.

Przybywszy w Państwie kościelném do miasta Akwapendente, dowiedział się że tam morowe powietrze wybuchło. Udał się prosto do szpitala głównego, prosząc aby mu dozwolono dozierać chorych. Przez wzgląd na młody wiek jego, nie chciano go wystawiać na śmierć niechybną, lecz tak usilnie domagał się tego, że go nareszcie wpuszczono. Zbliżył się do wszystkich chorych, każdego ręką dotknął i przeżegnał, i bez wyjątku wszystkich jacy tylko byli powietrzem dotknięci, uzdrowił. W skutek tego, ludność otoczyła go czcią największą, jakby Anioła na ich ratunek z Nieba zesłanego. Lecz święty Roch dowiedziawszy się że morowe powietrze przeniosło się do Kazeny w Lombardyi, pospieszył tam, i podobnież od klęski téj mieszkańców wyratował. Gdy usłyszał że w Rzymie wybuchła zaraza, pobiegł znowu co prędzéj do tego miasta: najpierw uzdrowił Kardynała Brytanikusa, kładąc mu na czole znak krzyża, który już na zawsze widocznym cudownie pozostał,

W Rzymie przez lat trzy u tegoż Kardynała przemieszkiwał. Przez ten czas i to miasto i niektóre pobliższe uwolnił od zarazy, używając podobnież tylko znaku krzyża świętego. Po śmierci Kardynała opuścił Rzym, a niosąc za sobą wszędzie błogosławieństwo Boże i cudownie uzdrawiając dotkniętych morowém powietrzem, uwolnił od téj klęski wiele miast włoskich, a mianowicie Medyolan, Montferat, księstwa Mantuy, Modeny i Parmy.

Gdy miasto Plezancya, nadzwyczajnie silną zarazą dotkniętém zostało, udał się tam sługa Boży, zamknął się w szpitalu, wyleczył chorych według swego zwyczaju, a znużony trudem usnął. Wtedy usłyszał głos z Nieba w te słowa do niego przemawiający: „Rochu, dotąd z miłości ku mnie wieleś się natrudził, lecz teraz trzeba abyś poniósł wiele ciężkich cierpień, przez wzgląd na te które Ja poniosłem dla ciebie.” Po przebudzeniu się, dostał silnéj gorączki, i uczuł w lewéj pachwinie ból gwałtowny, prawie do niezniesienia. Była to właśnie choroba morowa, a że już wtedy nikt na nią nie zapadał, bo wszystkich Roch uzdrowił, więc go wygnano nie tylko ze szpitala, lecz i z miasta nawet. Dopełzał się tedy jak mógł do lasu sąsiedniego, i prosił Pana Jezusa, aby się nad nim zlitował. W tejże chwili otoczył go cudowny obłok, a tuż przy nim wytrysnęło źródło wody, dotąd płynące. Napił się z niego, obmył wrzód morowy, gdyż to była dżuma, i trochę ulgi doznał. Lecz nie miał siły wrócić do miasta, i tam przez długi bardzo czas leżał.

Tymczasem pewien pan mieszkający w téj okolicy, nazwiskiem Gotard, zauważał że jeden z jego psów myśliwskich, brał codziennie ze stołu bochenek chleba, i daleko go gdzieś zanosił. Poszedł w ślad za nim, i ujrzał że pies przychodził do Rocha leżącego w lesie, i składał u nóg jego bochenek, za co go Święty błogosławił. Pan ten, widokiem takim poruszony do litości, zamieszkał w chatce obok Rocha i dozierał go jak najtroskliwiéj. Pies już odtąd się nie okazywał, a święty Roch nakazał Gotardowi, aby wziąwszy jego ubranie pielgrzymskie, poszedł do miasta żebrać dla niego posiłku. Gotard poddał się téj ciężkiéj próbie, lecz w mieście doznał wiele obelg i zaledwie parę bochenków chleba mógł dostać. Roch zachęcił go do cierpliwego zniesienia tego upokorzenia, a sam powrócił do Plezancyi, i oddając mieszkańcom dobre za złe, znakiem krzyża uzdrawiał wszystkich dotkniętych powietrzem, które nanowo było wybuchło, i to nie tylko w szpitalu, lecz i po różnych domach.

Gdy dnia pewnego wracał do swojéj chatki w lesie, usłyszał taki rozkaz z Nieba: „Rochu uzdrowiłem cię: powracaj teraz do twojéj ojczyzny, i czyń pokutę, abyś był przypuszczony do społeczeństwa błogosławionych.” Święty z wielkiém weselem odebrał to zlecenie, gdyż i bez tego pilno mu było Włochy opuścić, ponieważ już tam sława jego świętości i darów cudownych, powszechną mu cześć zjednała. Pozostał jednak czas jeszcze pewien z Gotardem w chatce, aby go wyćwiczyć w życiu pustelniczém do którego go namówił. Potém pożegnawszy go serdecznie, wrócił do Francyi.

Duch Boży zaprowadził go do Mąpelie jego miasta rodzinnego, gdzie postanowił nie dać się poznać kim jest, gdyż już i tam sława jego doszła. Pod tę porę kraj cały dotknięty był klęską trwającéj od niejakiego czasu wojny, i miasto Mąpelie właśnie spodziewało się napadu nieprzyjacielskiego. Święty Roch przybywszy do pewnéj wioski która dawniéj była jego dziedzictwem, wszedł do kościoła w ubogiém i podartém odzieniu, gdzie go wzięli za szpiega nieprzyjacielskiego. Schwytano go więc i odprowadzono do Mąpelie, a własny stryj jego będąc Wielkorządcą tego miasta, nie poznawszy synowca, kazał go wtrącić do więzienia.

Trudno wypowiedzieć, ile tam wycierpiał, przebywając w piwnicy ciemnéj, wilgotnéj i napełnionéj dokuczliwém robactwem. Pomimo tego jednak, jeszcze i wielkie zadawał sobie umartwienia ciała, a po pewnym czasie objawił mu Pan Bóg że z tego więzienia weźmie go już do Nieba. Wtedy Roch poprosił strażnika aby mu sprowadził kapłana, który przybywszy zastał więzienie oświecone światłością niebieską, i promienie wytryskujące z oczów uwięzionego. Skoro nasz Święty wyspowiadał się i przyjął Komunią, niezwłocznie zachorował, a we śnie usłyszał głos z Nieba: „Za chwilę poniosę duszę twoję na łono Ojca Mojego. Lecz kochany mój Rochu, proś mnie jeszcze o co chcesz, a uczynię ci.” Święty podziękował Panu Jezusowi za taką łaskę, prosił o odpuszczenie grzechów, o przyjęcie duszy jego do Nieba i o zachowanie od morowego powietrza, albo o wyratowanie od niego tych, którzyby jego pośrednictwa wzywali. Pan Jezus oświadczył mu iż prośba jego zostanie wysłuchaną, a Roch położył się na ziemi, złożył ręce w krzyż na piersiach, podniósł oczy do Nieba, i spokojnie oddał ducha Bogu.

W tejże chwili znowu więzienie napełniło się światłością niebieską, która wybuchając przez szczeliny drzwi, sprowadziła zdziwionego tym cudem strażnika. Wszedłszy wewnątrz, znalazł ciało sługi Bożego na ziemi, a przy głowie jego i nogach zapalone lampy, wśród których leżała mała deseczka z takim napisem: „Ci którzy morowém powietrzem dotknięci, wzywać będą pośrednictwa Rocha, wyratowani zostaną z téj ciężkiéj choroby.”

Gdy na wieść tych cudów, wielu mieszkańców zbiegło się do więzienia, a między nimi byli i krewni Świętego, poznali go nareszcie. Z wielką więc czcią i wspaniałością, pochowano jego ciało. Późniéj zaś wuj jego wystawił na cześć świętego Rocha kościoł, do którego zwłoki jego przeniesione zostały. Umarł roku Pańskiego 1327.

Cześć jego rozpowszechniła się szczególnie od roku 1414, kiedy miasto Konstancya, gdzie odbywał się Sobór powszechny, dotknięte morowém powietrzem, po wezwaniu pośrednietwa tego sługi Bożego, od téj klęski uwolnioném zostało.

Pożytek duchowny

Pan Bóg, którego wyroki są zawsze dziełem Jego nieprzebranego miłosierdzia, gdy dotyka ludzi klęską morowego powietrza jako karą za grzechy nasze, czyni to przedewszystkiém dla tego, abyśmy wtedy żywiéj na śmierć pamiętając, lepiéj do niéj się przygotowali. Prosząc więc świętego Rocha, aby odwracał od nas klęskę morowego powietrza, proś go przedewszystkiém, aby nas od moru grzechowego na duszy i od śmierci wiecznéj, pośrednictwem swojém zachować raczył.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! Któryś błogosławionemu Rochowi, przez Anioła Twojego tablicę mu przynoszącego przyrzekł, że kto jego pośrednictwa wzywać będzie, żadném morowém powietrzem dotknięty nie zostanie: daj, pokornie prosimy, abyśmy pamiątkę jego pobożnie obchodząc, za jegoż modlitwami i zasługami, od zabójczéj zarazy i ciała i duszy uwolnieni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 687–689.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 648–649

Święty Roch jak najsłuszniej może nam służyć za wzór umartwienia, i to nawet pod trojakim względem, naśladował bowiem Chrystusa Pana co do ubóstwa, rozdzielając swe mienie między ubogich, postępował w czynnym posłuszeństwie, pełniąc posługi około rażonych powietrzem, a wreszcie był biernie posłusznym, przyjąwszy kielich gorzkich cierpień z rąk swego wuja. Abyśmy wszakże dokładniej mogli poznać wartość umartwienia, zważmy, że:

  1. Umartwienie napawa duszę radością o tyle, że oswobadza ją od zamiłowania świata, jako też od zmysłowych rozkoszy, a nadto przywraca jej rzeczywistą wolność i usuwa zawady tamujące drogę do Nieba. O ile serce staje się wolnym od umiłowania marności ziemskich, o tyle wstępuje w nie łaska Boża. Największą radością dla duszy zacnej i szlachetnej jest bez wątpienia wspierać ubogich jałmużną, zwłaszcza gdy sami przy tym odmawiamy sobie jakichś przyjemności; czujemy się nadto szczęśliwymi, gdy zdołamy smutek biedaków zamienić w radość, a ich serca napełnić ufnością ku Bogu i wdzięcznością za Jego świętą Opatrzność. Bez wątpienia jest też wielkim zadośćuczynieniem, pielęgnować z miłości ku Chrystusowi Panu chorych, dotkniętych niebezpieczną i wstrętną chorobą. Doświadczenie uczy, że osoby pełniące te cnoty miłosierdzia i poświęcenia, zawsze są wesołe, dobrej myśli, spokojne i zadowolone.
  2. Umartwienie zwiększa i doskonali w nas miłość Boga i bliźniego, wywiera bowiem zbawienny wpływ na serce, oczyszcza je z brudu ziemskiego i użyźnia rolę, na której kwiat miłości pięknie rośnie i zakwita. W przyrodzonym porządku rzeczy okazuje się to jak najdokładniej w przywiązaniu matki do dziecka, wzrastającym w miarę słabości, bólów lub chorób dziecięcia; w nadprzyrodzonym porządku natomiast okazuje się w miłości prawdziwego chrześcijanina do ukrzyżowanego Chrystusa. Miłość ta staje się tym ofiarniejszą i skorszą do czynów, im więcej rozpamiętywanie cierpień Zbawiciela budzi naszą litość i współczucie. Jeszcze skuteczniejsze od rozpamiętywania jest rzeczywiste znoszenie cierpień i bólów z wdzięczności za dobrowolne męki i cierpienia Jezusa. Im więcej tedy Roch święty uczuwał ciężar dobrowolnego ubóstwa, tym większą okazywał ofiarność, poświęcenie i wytrwałość w miłości dotkniętych zarazą i w osamotnieniu więziennym. Kogo przeto oziębłość i obojętność w wierze przejmuje obawą, ten niech się doświadcza dobrowolnym umartwieniem, a żar miłości tlący pod popiołem oziębłości wybije się na wierzch i ogrzeje go dobroczynnym ciepłem.

Footnotes:

1

Mat. XIX. 21.

Tags: św Roch „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna zaraza jałmużna ojciec miłość bliźniego umartwienie
2020-07-18

Św. Kamila z Lelis, Założyciela Zgromadzenia Kleryków Zakonnych do Obsługi Chorych

Żył około roku Pańskiego 1614.

(Żywot jego był napisany przez jednego z kapłanów jego Zgromadzenia, i znajduje się u Bolandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święty Kamill przyszedł na świat w miasteczku Bachianiko (Bachianico) w królestwie Neapolitańskiém roku Pańskiego 1550. Matka jego już sześćdziesięcioletnia kobieta nosząc go w swojém łonie, miała sen, że wydała na świat syna ze znamieniem krzyża na piersiach, za którym wiele dzieci postępowało, z podobnymże znakiem. Byłoto przepowiednią Zakonu który miał założyć.

Wszelako młodość Kamilla nie zapowiadała tego, czém miał być w przyszłości. Wstąpiwszy do wojska, wiódł życie bardzo nieprzykładne. Szczególnie namiętnie oddawał się grze w karty. Spotkawszy dnia pewnego dwóch kapucynów na ulicy, tak był uderzony ich świątobliwą powierzchownością, że uczynił ślub wstąpienia do Zakonu. Lecz po dniach kilku, wrócił do swego lekkomyślnego sposobu życia. Po niejakim czasie tenże ślub ponowił, będąc zaskoczony burzą na morzu trzy dni i trzy nocy trwającą, o czém znowu zapomniał, skoro na ląd wysiadł. Namiętności gry oddał się jeszcze zapamiętalej, i przyszło do tego, że przegrał całą swoję zbroję, potém płaszcz a w końcu i ostatnią koszulę. Zmuszony żebrać, tak się jednak tego wstydził, że wyciągając rękę po jałmużnę, czapką zasłaniał sobie twarz zarumienioną. Aby się więc od tego co jego pychę tak bardzo kosztowało uwolnić, najął się za pomocnika do mularzy pracujących przy klasztorze ojców Kapucynów, budującym się w miasteczku Siponto.

Razu pewnego Gwardyan tego klasztoru, wziął go na stronę, a znając jego przeszły sposób życia, upomniał go z wielką miłością, nakłaniając do szczeréj poprawy. Nazajutrz, Kamill z największą skruchą odbył spowiedź z całego życia, a po niéj upadł do nóg Gwardyana prosząc aby mu ułatwił wstąpienie do jego Zakonu. Przyjęty został do nowicyatu, w klasztorze Trywenckim, do którego wstąpił w święto Oczyszczenia Matki Boskiéj. Budowali się wszyscy jego pobożnością i cnotami zakonnemi, któremi od razu zajaśniał. Wszakże wystąpił przed końcem nowicyatu. Wkrótce potém wstąpił powtórnie, lecz z powodu ciężkiéj rany, która mu się otworzyła na nodze i goić się nie chciała, z wielkim wprawdzie żalem, lecz sami ojcowie zakonni wydalić go musieli.

Wtedy udał się święty Kamill do Rzymu, i poświęcił się na usługi ubogich, w największym tego miasta szpitalu. Tak się tam odznaczył miłością i troskliwością około chorych, że mu główny zarząd całego tego zakładu zwierzono. Najszczególniéj zajmował się konającymi, i Pan Bóg obdarzył go wysokim darem usposabiania każdego do dobréj śmierci.

Widząc jak chorzy niedbale są obsługiwani przez ludzi, którzy się temu dla zysku tylko poświęcają, powziął zamiar zawiązania stowarzyszenia któreby jedynie z miłości Pana Boga, temu rodzajowi usług się oddawało. Gdy zaś przewidując w tém wielkie trudności, wahał się w swoich świętych zamysłach, a gorąco modlił się przed krucyfiksem aby Pan Bóg wolę Swoję w téj mierze wskazać mu raczył, Pan Jezus z krzyża wyciągnął do niego ręce mówiąc: „Nie wahaj się: przyjdę ci w pomoc. To nie twoje, lecz Moje będzie dzieło.” Sługa Boży nabrawszy nowéj otuchy, wziął się do tego, a powodując się zdaniem swojego ojca duchownego, którym był święty Filip Nereusz, postanowił wprzód jeszcze przyjąć święcenia kapłańskie, aby nietylko w doczesnych, ale i to najbardziéj w duchownych potrzebach przychodzić w pomoc chorym. Wtedy był już nie młodym, a w naukach wcale niewykształconym. Pomimo jednak wielkiego upokorzenia na jakie go to narażało, chodził do szkółki wraz z małymi chłopakami, którzy z niego ciągle szydzili.

Nabywszy potrzebnych wiadomości, wyświęcony został na kapłana, i przeznaczony do obsługi kaplicy przenajświętszéj Maryi Panny cudownéj w Rzymie. Tam przybrał sobie za towarzyszy dwóch także kapłanów, i z nimi całe dnie przepędzał w wielkim szpitalu świętego Ducha, usługując chorym. Prześciełali im łóżka, zamiatali sale, opatrywali rany, przyrządzali i rozdawali przepisane przez lekarzy lekarstwa, a wszystko to czynili z taką troskliwością, z jaką pielęgnuje matka najukochańsze swoje dziecię. Lecz przedewszystkiém mieli na względzie potrzeby duszy chorych. Pocieszali ich w cierpieniach, zachęcali do cierpliwości przywodzili do częstego przyjmowania świętych Sakramentów, a najbardziéj nie odstępowali ich w chwili konania, usposabiając do tego stanowczego przejścia. W tej zaś najważniejszéj obsłudze kapłańskiéj, tak im Pan Bóg błogosławi, że jak to często widywał święty Filip Nereusz, Aniołowie poddawali im akty i modlitwy, które z chorymi odmawiali. W krótkim czasie liczba towarzyszy świętego Kamilla znacznie się zwiększyła. Wtedy przepisał im suknię zakonną, z krzyżem na piersiach, w czém sprawdziło się ono widzenie, które miała o nim matka, i nadał Ustawy, przez które stowarzyszeni zobowiązywali się służyć wszelkiego rodzaju chorym, nawet morowém zaraźliwém powietrzem dotkniętym. To dało początek zgromadzeniu Kleryków zakonnych do usługi chorych, zatwierdzonemu w samych swoich początkach, przez Papieża Sykstusa V roku Pańskiego 1586, a którego pierwszym przełożonym został święty Kamill.

Odtąd sługa Boży podwoił gorliwości. Nie ograniczał się na obsługiwaniu chorych w szpitalu świętego Ducha i w kilku innych, lecz wyszukiwał ich po najuboższych i najodleglejszych mieszkaniach, i tam zanosił im pożywienia i lekarstwa, do ostatniéj chwili śmierci najtroskliwiéj doglądał, i we wszelkie pomoce religijne zaopatrywał. Zdarzało się iż znalazłszy chorych na ulicy, na własnych barkach niósł ich do szpitala. Gdy przyszło do tego, że podczas panującego w Rzymie moru, wszystkie szpitale miejskie chorych już pomieścić nie mogły, święty Kamill, dom w którym mieszkał ze swoimi braćmi, zamienił na szpital, i ile tylko można było, umieścił w nim biednych zarazą dotkniętych. Rozdawał na nich co tylko posiadał. Zdarzało się téż że wśród zimy, sam chodził bez płaszcza, bo swój oddał ubogiemu. Razu pewnego, wydał był na nich wszystkie zapasy żywności w spiżarni klasztornéj będące. Jeden z braci zrobił mu uwagę, że i oni sami z tego powodu z głodu pomrzeć mogą. Na co Święty odpowiedział: „Ptaki niebieskie nie orzą i nie sieją, a Bóg je wyżywia, i nam więc sługom Swoim, nie da umrzeć z głodu.” Jakoż, tego samego dnia przybył do nich bogaty mieszkaniec Rzymu, hojnie klasztor zaopatrzył, przyrzekł że na potém zawsze o nich pamiętać będzie, i wiernie dotrzymał słowa.

W dozorze chorych był niezmordowany: żaden z najgorliwszych jego braci w tém mu nie wyrównał. Zwykle na klęczkach usługiwał słabym. Rana na nodze na którą w młodości cierpiał, skutkiem ciągłego zmęczenia, odnowiła się była i wielkie mu zadawała, szczególnie gdy chodził, cierpienia. Pomimo tego służył jak zawsze swoim ukochanym chorym, chociaż nieraz z powodu tego kalectwa upadał na ziemię. Dnia pewnego widząc to chorzy rzekli do niego: „Drogi nasz ojcze, miéj i nad sobą litość, i spocznij aby trochę.” — „Moje dzieci kochane, odpowiedział Święty, jestem waszym poddanym, powinienem ostatnich sił dobywać na wasze usługi.”

W przemowach jakie miewał do nich, a szczególnie gdy ich usposabiał do śmierci widząc mocno chorych, najwięcéj mówił o nieograniczonéj miłości Boga dla ludzi, i o ufności jaką szczególnie w stanowczéj chwili przejścia z tego świata na tamten, mieć powinniśmy w opiece przenajświętszéj Maryi Panny. Gdy téż na jakiém kazaniu nie było o tych dwóch rzeczach wzmianki, powiadał że jestto piękny pierścień, któremu braknie klejnotu.

Zakon jego, przez dwóch następnych Papieżów Grzegorza XV i Klemensa VIII zrównany z przywilejami Zakonów żebrzących, za jego życia jeszcze bardzo się rozszerzył. Założył klasztory swojéj Reguły w kilku miastach włoskich, a mianowicie w Medyolanie, w Bolonii, w Genui, we Florencyi, w Ferrarze, w Messynie, w Mantui i w niektórych innych. Wysyłał braci swoich do Węgier i do dalszych jeszcze krajów, kiedy tam panowało morowe powietrze. Odbywszy piątą generalną kapitułę, któréj przewodniczył roku Pańskiego 1613, zwiedziwszy prawie wszystkie swoje klasztory, gdzie jako ojciec i założyciel, utwierdził braci w ich świętém powołaniu, pożegnał ich z przeczuciem blizkiéj śmierci, i wróciwszy do Rzymu, ciężko zachorował. Przeszedł z kolei pięć długich i bolesnych chorób, które miłosierdziami Bożemi nazywał. Ucieszony zbliżeniem się chwili w któréj przejdzie do szczęśliwéj wieczności, z wielkiém uniesieniem ducha często powtarzał te słowa Psalmu Pańskiego: „Weseliłem się z tego co mi powiedziano: pójdziemy do domu Pańskiego” 1. Dzień swojéj śmierci przepowiedział: a gdy ten nadszedł, z uczuciem najwyższéj pobożności przyjął ostatnie Sakramenta święte. Pod wieczór, gdy już wiedział że idzie do Nieba, rozciągnął ręce jakby na krzyżu, ciągle wzywał przenajświętszych imion Jezusa i Maryi, polecał się świętemu Michałowi Archaniołowi, i spokojnie skonał, wymawiając te słowa z kościelnych modlitw przy konających: „Niech mi się okaże słodkie i świetne oblicze Chrystusa.” Zasnął w Panu dnia 14 Lipca roku 1614 mając lat sześćdziesiąt pięć.

Udzielił mu był Pan Bóg daru prorockiego. A także wielu chorych cudownie modlitwą, lub znakiem krzyża uzdrowił. Odgadywał najskrytsze tajniki serc ludzkich. Kilka razy na jego modlitwy wypróżnione śpiżarnie przy szpitalach, cudownie się napełniały, i gdy zabrakło dla chorych wina, modlitwą swoją wodę w wino zamieniał.

Po śmierci licznemi zasłynął cudami, w skutek czego w poczet Świętych wpisany został, przez Papieża Benedykta XIV.

Pożytek duchowny

Masz w życiu świętego Kamilla, które dopiéro przeczytałeś, dowód nieprzebranego miłosierdzia Bożego: gdy on po kilkakrotném przełamaniu swych dobrych postanowień, w końcu jednak, wielkim Świętym został. Niech cię to pobudzi do ufności w miłosierdzie Boże, i do podobnego zadosyćuczynienia sprawiedliwości Boskiéj za twoje niewierności, na jakie się zdobył dzisiejszy Święty.

Modlitwa (Kościelna)

Boże! któryś świętego Kamilla, szczególnym darem niesienia pomocy duszom na ostatnią chwilę konania, obdarzył; za jego prosimy zasługami, nas duchem Twojéj miłości obdarz, abyśmy w godzinie wyjścia naszego z tego świata, wroga duszy naszéj zwyciężyć i do niebieskiéj ojczyzny dojść mogli. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 596–598.

Footnotes:

1

Psal. CXXII. 1.

Tags: św Kamil de Lelis „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna nawrócenie św Nereusz wstyd zaraza śmierć
2020-07-03

Bł. Szymona z Lipnicy, z Zakonu Braci-Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1482.

(Żywot jego wyjęty jest z kronik klasztora OO. Bernardynów Krakowskich, gdzie był zakonnikiem.)

Święty Szymon urodził się na początku wieku XV w Lipnicy, małém miasteczku przy paśmie gór Karpackich o mil dziesięć od Krakowa położoném. Rodzice jego bylito poczciwi i bogobojni mieszczanie, i według ówczesnego zwyczaju, po chrześcijańsku wychowali synka swego. Dom gdzie on się urodził, za panowania Władysława IV, na uczczenie jego pamięci przerobiony został na kaplicę.

Szymon od najmłodszych lat stroniąc od lekkomyślnych zabaw, o ile mógł przepędzał czas na modlitwie, a szczególnie przed wizerunkami przenajświętszéj Maryi Panny, do któréj miał wielkie nabożeństwo. Często widywać go można było w poblizkim kościołku, przed Jéj ołtarzem jak aniołka klęczącego. Gdy podrósł, rodzice oddali go do szkółki w Lipnicy, a że okazywał nadzwyczajne zdolności i wielką w naukach pilność, posłali go do Akademii krakowskiéj świeżo wtenczas założonéj. Tam znowu, tak się młodzieniec odznaczył, iż po ukończonym zawodzie naukowym, otrzymał stopień Doktora.

Wtedy przybył właśnie do Krakowa święty Jan Kapistran, który wraz ze świętym Bernardynem Seneńskim, zaprowadził w Zakonach świętego Franciszka Serafickiego pierwotną ścisłość reguły. Na kazania tego wielkiego Apostoła, które głosił na rynku, mając przy sobie tłómacza (który na polski język przekładał to co po łacinie mówił Jan święty), gromadnie schodziła się nietylko ludność miejska, lecz i uczniowie Wszechnicy. Po jedném z kazań jego, wstąpiło od razu do zakonu ojców Bernardynów, których zakładał w Krakowie Jan Kapistran, stu trzydziestu, a niektórzy piszą trzechset uczniów i profesorów Akademii Jagielońskiéj, w których liczbie był i święty Szymon.

Przyjąwszy habit świętego Patryarchy Asyskiego, starał się od tejże chwili wstępować w jego ślady. Pokora, ubóstwo, najwyższe, posłuszeństwo, nieskalana czystość: oto były cnoty w których z dnia do dnia, coraz wyżéj postępował. A widząc, iż niezbędnym do nabycia takowych i ustalenia się w nich środkiem, były: modlitwa wytrwała i ostrość życia, ćwiczył się pilnie w bogomyślności i pokutnych czynach. Na wszystkie obowiązki zakonne pierwszy, do chóru nikomu nie dał się wyprzedzić, a niekiedy większą część nocy przebywał na modlitwie. Wierny nabożeństwu do Matki Boskiéj, które przyniósł jeszcze ze świata, miał zwyczaj codziennie odmawiać Jéj pacierze zwane Officium Parvum i koronkę. Wigilie Jéj uroczystości i czterdzieści dni przed Jéj Wniebowzięciem suszył, a w dniach Jéj święta, zwykłą włosiennicę którą nosił, na ostrzejszą zamieniał. Często téż za to, w objawieniach pokazywała mu się Bogarodzica, niebieską pociechą serce jego napełniając. Dla ćwiczenia się w pokorze, wypraszał zawsze aby mu najniższe w klasztorze posługi przeznaczano: zwykle on sam kloaki czyścił; a że zmysł powonienia miał nadzwyczaj czuły, naumyślnie wchodził aż na dno, aby się w tém umartwiać. Gdy z posłuszeństwa przychodziło mu sprawować urząd przełożonego, poczytywał to za jeden z najcięższych, za grzechy swoje, dopuszczonych od Boga krzyżów, i wzdychał za chwilą gdzie od tego bywał uwolniony. Prócz zwykłych zakonnych postów, inne jeszcze ścisłe i częste zachowywał; krwawe dyscypliny kilka razy odbywał w tygodniu, które trwały tyle, ile mu potrzeba było na odmówienie przy nich siedmiu Psalmów pokutnych. Kolczastym żelaznym paskiem na gołém ciele zawsze był przepasany. Gdy go bracia zakonni upominali, iż zbyt surowo z ciałem swojém postępując, odpoczynku mu nie daje, on wskazawszy na grób odpowiedział: „tu ono odpocznie, a teraz niech zarabia na nagrody niebieskie.”

Obdarzony znakomitą wymową, na kazalnicy wiele pracował, i mnóstwo dusz Panu Bogu pozyskał. Sława jego jako wielkiego kaznodziei i świętego zakonnika, pobudziła zazdrośnych przeciwko niemu. Oskarżyli go do władzy Dyecezalnéj, jakoby wprowadzał nowości w kościele Bożym, mając zwyczaj po każdém kazaniu, polecać ludowi trzykrotne wezwanie Imienia Jezusowego. Zawezwano go do władzy dla wytłómaczenia się. „Wszakże, odpowiedział Święty, Apostół Paweł Imię to roznosić kazał pomiędzy narody i króle i syny Izraelskie. Jan Ewangelista więcéj niż dwieście razy wymienił je w swojéj Ewangelii, a święty Bernard napisał: «suchym będzie pokarm dla duszy, jeśli tém Imieniem nie będzie okraszony,» i nakoniec w Piśmie Bożém stoi: że «każdy któryby wzywał imienia Pańskiego, zbawion będzie»”. 1 Te słów kilka dostatecznemi były na jego obronę. Szymon odszedł z pochwałą od władzy za gorliwość swoję o sławę imienią Jezusowego, a z gorącą modlitwą w sercu i na ustach za tych, którzy z zawiści ku niemu, chcieli mu zaszkodzić.

Po wieloletnich pracach około pożytku dusz wiernych w jego ojczyznie, święty Szymon żywo zapragnął wylać krew za Chrystusa. Otrzymawszy na to pozwolenie swoich przełożonych, w tym celu udał się do Ziemi. Świętéj pomiędzy pogany. Wszakże, Pan Bóg przyjął jego ofiarę, lecz mu nie w ten sposób dał położyć życie za Siebie. Sługa Boży zwiedziwszy najprzód groby Apostołów w Rzymie, a potém miejsca święte w Palestynie, powrócił zdrowo do Krakowa, a z naocznego przypatrzenia się miejscom, gdzie syn Boży za nas mękę i śmierć podjął, wyniósł jeszcze żywsze do tych tajemnic nabożeństwo. Odtąd każde kazanie jego, owszem każda rozmowa, rozbudzała w słuchaczu serdeczne do męki i śmierci Zbawiciela nabożeństwo. Także od téj pory przymnożył jeszcze różnych umartwień zewnętrznych, a szczególniéj w wewnętrznych się ćwiczył. Zachowywał już tak ścisłe milczenie, iż tylko z koniecznéj potrzeby parę słów, i to jak najkrócéj mówił, nietylko z klasztoru ale i z celi ile możności się nie wydalając. Dla trapienia ciała, różne wynajdywał sposoby. I tak: kładł się w miejscu gdzie bracia habity czyścili, i tam od robactwa ponosił istne męczeństwo. A znowu była w zabudowaniach klasztornych sucha studnia, gdzie lęgły się roje komarów; niekiedy zdjąwszy habit, tam większą część nocy na ich kąsanie wystawiał się.

Zostawszy magistrem nowicyuszów, ćwiczył ich w cnotach zakonnych, miewając do nich najzbawienniejsze nauki, a na sobie samym przedstawiając wzór najwyższéj doskonałości. Upominał ich, aby w kaznodziejstwie nie szukali czego innego jak pożytku słuchaczów, a więc strzegli się wytworności mowy, która dla prostaczków niedostępnemi czyni prawdy ogłaszane. Spytany razu pewnego, jakim sposobem najwłaściwiéj jest przygotowywać się na ambonę odrzekł: „módl się, pracuj, rozpaczaj,” to jest: proś Pana Boga o potrzebne do tego łaski, czytaj odpowiednie do przedmiotu o którym masz mówić dzieła, i nieufaj własnym wysiłkom, lecz zakładaj całą skuteczność słów twoich na pomocy Bóżéj.

Z nowicyuszami obchodząc się z największą miłością, gdy jednak ich przyjmował, tak dalece probował ich powołania, iż nakazywał każdemu deptać gołą nogą węgle rozpalone: a jeśli który zawahał się, wnet go wydalał z zakonu. Zdarzyło się iż jednemu z nich, w którym wielkiego ducha widział, dozwolił nawet wejść na palące się węgle, po których ten długo chodząc, doznał, jak powiadał, takiego wrażenia jakby po miękkiéj murawie stąpał. Pod jego przewodnictwem w nowicyacie, kszałcili się święty Jan Duklan, święty Władysław z Gielniowa, i błogosławiony Rafał z Proszowic. Prócz tego wielu innych wielkich sług Bożych, zostawało pod jego kierunkiem duchowném, a między innymi błogosławiony Michał Giedrojć, błogosławiony Stanisław Kazimiérczyk błogosławiony Izajasz Boner, i kilku im podobnych.

Za jego czasów nawiedził Pan Bóg Polskę a mianowicie Kraków, ciężkiém morowém powietrzem, pospolicie dżumą zwaném. Gdy wszyscy nad tą klęską boleli, Szymon widząc jak ona pobudzała ludzi do skruchy i pokuty, nazywał ją Jubileuszem wybranych, którego w końcu i sam dostąpił. Gdy bowiem wśród powszechnego popłochu uciekających z miasta przed morem, nawet niektórzy pasterze trzody swojéj odstąpili, Szymon podwajając gorliwości, dzień i noc obsługiwał zapowietrzonych, udzielając im ostatnie Sakramenta i doglądając ich, a szczególnie biedniejszych, gdy wszelkiego dozoru pozbawieni byli. Wśród takowych usług, w czasie kazania w oktawę Nawiedzenia przenajświętszéj Maryi Panny, będąc na ambonie, uczuł na lewéj łopatce zbierający się wrzód morowy. Pomimo tego, dopóki mógł chodzić służył umierającym. Nakoniec musiał się i sam położyć, a szóstego dnia choroby opatrzony świętemi Sakramentami, usnął w Panu odmawiając tę modlitwę: „Przyjdź o! słodki Zbawicielu, wywiedź moję duszę z więzów ciała, a zaprowadź ją na niebieskie gody. Pragnę rozstać się ze światem, a połączyć się z Tobą o! Chryste Jezu.”

Umarł 18 Lipca roku Pańskiego 1482. W lat zaś blizko dwieście od jego Śmierci, po wyprowadzeniu sprawy o cudach dokonanych przy jego grobie i za jego przyczyną, Papież Aleksander VIII cześć publiczną oddawać mu dozwolił.

Pożytek duchowny

Błogosławione byłyto czasy, gdzie po jedném kazaniu, dusze wybrane setkami opuszczały niebezpieczne światowe manowce, a poświęcały się w zakonie Panu Bogu na służbę, i w których, jakto widziałeś z Żywota dopiéro przeczytanego, tak wielu Świętych współcześnie krainę naszę zdobiło. Gdy w tak różnych pod tym względem żyjemy czasach, módl się gorąco aby Pan Bóg wskrzesić raczył lepsze.

Modlitwa (Kościelna)

Wszechmogący wieczny Boże, któryś błogosławionego Szymona Wyznawcę Twojego, szczególnemi łaskami w głoszeniu Ewangelii obdarzyć raczył; spraw miłościwie, abyśmy dusze nasze tąż nauką którą on głosił karmiąc, a co Tobie miłém jest spełniając, drogą sprawiedliwości do niebieskiéj ojczyzny szczęśliwie dojść mogli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 551–553.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 573

Święci Pańscy unikali świata i ludzi jak tylko mogli, bo milsze im było słodkie towarzystwo Pana Jezusa i Najświętszej Panny od wszystkich przyjemności i rozrywek światowych. Ale gdy bliźni potrzebował ich doczesnej lub duchownej pomocy, porzucali modlitwę, aby swą gorącą miłość ku Bogu okazać w czynnej miłości bliźniego. Ta też jest różnica między prawdziwą a udaną pobożnością. Prawdziwa pobożność zawsze i wszędzie szuka Boga i Jego chwały, fałszywa zaś najczęściej szuka siebie i swojej wygody, swojej próżności, swojego spokoju, swego zadowolenia.

Błogosławione to były czasy, gdzie po jednym kazaniu dusze wybrane opuszczały niebezpieczne światowe manowce, a poświęcały się w zakonie Panu Bogu na służbę, i w których, jak to widziałeś z żywotu dopiero przeczytanego, tak wielu Świętych współcześnie krainę naszą zdobiło. Gdy w tak różnych pod tym względem żyjemy czasach, módlmy się gorąco, aby Pan Bóg wskrzesić raczył lepsze.

Footnotes:

1

Joel II. 32.

Tags: św Szymon z Lipnicy „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna św Bernardyn ze Sieny św Jan Kapistran pokuta św Jan z Dukli bł Władysław z Gielniowa bł Rafał z Proszowic zaraza dżuma Officium parvum pobożność
2020-06-21

Św. Aloizego Gonzagi, Wyznawcy, Towarzystwa Jezusowego

Żył około roku Pańskiego 1591.

(Żywot jego był napisany przez księdza Aparyna z tegoż zakonu, a jemu współczesnego.)

Święty Aloizy pochodził z panującego domu Gonzagów, książąt Mantuańskich. Urodził się roku Pańskiego 1568, a był najstarszym synem na którego spadała korona książęca, Matka będąc nim brzemienną, tak ciężką odbywała słabość, iż lekarze ją odstąpili bez żadnéj nadziei. Po uczynionym ślubie pielgrzymki do Matki Boskiéj Loretańskiéj jeśli szczęśliwie porodzi, wydała na świat świętego Aloizego, który ochrzczony przed zupełném wyjściem na świat, pierwiéj niejako narodził się Niebu niż ziemi.

Pierwotną niewinność tak doskonale dochował przez całe życie, iż zdawało się jakby w łasce Bożéj od kolebki był utwierdzonym. Skoro przyszedł do rozumu, szczególnego nabożeństwa dawał oznaki. Modlitwa była ulubioném jego zajęciem, a ubogim wszystko co mógł rozdawał. Matkę Bożą czcił w szczególny sposób, w każdéj potrzebie do Niéj z największą udając się ufnością. Mając lat dziewięć, przed Jéj obrazem Zwiastowania uczynił ślub czystości, którąto cnotę ze szczególnéj łaski Boskiej dochował tak dalece nieskazitelną, że przez całe życie żadnéj przeciwko niéj ani w myślach ani w ciele nie doznawał walki. Zbogacony tym darem wyuczył się i nad innemi panować namiętnościami, i w końcu już żadnych, chociażby najlżejszych podniet do złego nie czuł. Nad zmysłami téż panował ciągle, a szczególnie nad wzrokiem, tak że posłany na dwór panującéj królowéj hiszpańskiéj Maryi Austryackiéj któréj przez lat kilka był paziem, widując ją codziennie nigdy na nią oczów nie podniósł. Co większa, piszą że nawet nie zatrzymywał wzroku na obliczu własnéj matki. Słusznie go téż przezwano człowiekiem bez ciała albo aniołem w ciele ludzkiém.

Do takiéj straży nad zmysłami, przydawał umartwienia ciała: trzy razy na tydzień suszył, używając wtedy bardzo mało chleba i wody, a prócz tego prawie ciągle pościł, gdyż nigdy na obiad nie spożywał pokarmu więcéj nad jednę uncyą. Często zadawał sobie krwawe biczowanie, niekiedy trzy razy dziennie. Nie mogąc dostać włosiennicy ani drucianego pasa, uplótł go sobie z ostrogów, i temi na gołe ciało się przepasywał. W łóżko pod prześcieradło kładł deski, aby bez ściągnienia uwagi drugich, sypiać mógł na tak twardém posłaniu, i łatwiéj ze snu się ocknąć, gdyż większą część nocy przepędzał zwykle na bogomyślności, a zimą nawet w nieogrzanym pokoju klęcząc lub leżąc krzyżem w jednéj koszuli na kamiennéj podłodze. Tak dalece starał się modlitwy swoje odprawiać z nieprzerwaną uwagą, że niekiedy cztery i pięć godzin je powtarzał z wielkiém wysileniem, aby przynajmniej jednę godzinę całą odbyć bez żadnego roztargnienia. Wytrwałość téż jego w tém ćwiczeniu, nagrodził mu Pan Bóg tak wielkiém skupieniem, że już późniéj w najdłuższych modlitwach najmniejszego nie doznawał oderwania myśli. Wszystkie jego władze umysłowe, jakby przez ciągłe zachwycenie, były bezustannie zatopione w Bogu. Razu pewnego gdy był cierpiący, lekarz polecił mu aby nie męczył głowy myśląc ciągle o Bogu. Święty chciał go usłuchać, lecz na to taki gwałt potrzebował sobie zadawać, iż o większe jeszcze cierpienie głowy się przyprawił.

Mając lat szesnaście zamyślał o wstąpieniu do zakonu, i aby rozpoznać w tém wolę Bożą, przymnożył pobożnych ćwiczeń i umartwień ciała, prosząc aby mu Pan Bóg wskazał do jakiego zgromadzenia ma wstąpić. Czytając listy ojców towarzystwa Jezusowego, pisywane z Indyi gdzie byli na misyach pomiędzy poganami, postanowił wstąpić do ich zakonu. A gdy jeszcze się wahał, przyjąwszy Komunią w téjże intencyi, prosił Matkę Boską aby mu wyraźniéj wskazała wolę Bożą, i otrzymał od niéj objawienie wskazujące mu właśnie to zgromadzenie o którém zamyślał. Aloizy z pierwszego razu nie uzyskał pozwolenia ojca, lecz ten po pewnym czasie widząc stateczność powołania synowskiego, dał mu swoje błogosławieństwo. Całe jednak trzy lata musiał wytrwale walczyć o to święty młodzieniec.

Zrzekłszy się na brata swego Rudolfa praw książęcych, wstąpił do towarzystwa ojców Jezuitów. Przywdział najprzód habit w Mantui, a potém udał się do Rzymu. Gdy odjeżdżał z domu jeden z dworzan rzekł do niego: „Wyobrażam sobie jak brat waszéj książęcéj mości, uszczęśliwionym być musi, że po tobie księstwo odziedzicza.” A. Aloizy mu na to: „Pewnie nie jest on szczęśliwszym ode mnie, który się téj marności dla królestwa niebieskiego wyrzekłem.” Od chwili wstąpienia do nowicyatu, darami coraz wyższemi, jeszcze go hojniéj Pan Bóg obsypywał. Odbywając nauki w kolegium rzymskiém, wielki w nich postęp uczynił, a współuczniowie jego przykładem jaki im dawał, najdzielniéj do Boga pociągani byli. Taka bowiem skromności świątobliwość w saméj już jego postawie jaśniała, że zbiegano się nieraz na miejsce gdzie miał przechodzić, aby się mu przypatrzeć tylko, jak wielkiemu Świętemu. Gdy go zaś wszyscy za takiego mieli, on w głębokiéj utwierdzony pokorze, za najlichszego się poczytywał, za ostatniego z ludzi chciał uchodzić i wszelkie jakie go kiedy spotkały upokorzenia, nie tylko chętnie lecz wesoło znosił. Gdy go razu pewnego spotkała dotkliwa miłości własnéj pokuta od przełożonego naznaczona, a drudzy się temu dziwili, odpowiedział: „Przecież przyszedłem do zakonu jako żelazo skrzywione; pokuta więc konieczna, aby mnie przez nią prostowano.” Gdy znowu niektórzy chcieli go powstrzymać od zbytecznych umartwień ciała, mówiąc że doskonałość zawisła na umartwieniu serca więcéj niż zmysłów, odpowiadał: „Te rzeczy trzeba czynić, i tamtych nie opuszczać” 1.

Przebywając w kolegium Medyolańskiém, miał sobie w objawieniu powiedziane, że mu tylko rok jeden do życia pozostaje. Od téj chwili już całkiem w Bogu zatopiony, o niczém inném jak o Bogu nie umiał mówić. W roku 1591 głód i powietrze morowe, jak w całych Włoszech, tak i w Rzymie grasowało. Święty Aloizy tam podówczas mieszkał. Ojcowie Jezuici otworzyli dla dotkniętych zarazą Szpital, i sami w nim obsługiwali chorych. Z początku, pomimo usilnych próśb jego, nie pozwolili Aloizemu tego poświęcenia się, znając iż w niém miary nie położy, i żadnych ostrożności nie zachowa. Przeznaczyli go tylko do żebrania po mieście jałmużny dla szpitala. Po niejakim jednak czasie pozwolili i jemu podzielać trudy jego braci, którzy zarażając się od słabych, byli przedmiotem pobożnéj jego zazdrości. Pan Bóg zaś który mu już koronę niebieską gotował, dopuścił na niego zarazę. Zapadł tak ciężko, iż siódmego dnia zdawał się dogorywać. Jednak po przyjęciu ostatnich Sakramentów świętych, tak mu się polepszyło, iż go nakłaniano aby prosił Boga o przedłużenie życia. Lecz on odrzekł: „Lepiéj jest być rozwiązanym i dostać się do Chrystusa”, a pamiętając na objawienie jakie był odebrał i że rok się skończył, z pewnością twierdził iż go Bóg powoła.

Kiedy go Prowincyał nawiedził, prosił go chory, aby mu dyscyplinować się pozwolił: „Nie masz siły ręki podjąć”, rzekł na toze łzami przełożony. – „Więc niech mnie kto inny biczuje” powiedział Aloizy, i póty nalegał, aż mu pod posłuszeństwem zakazano o tém myśleć. W dzień Bożego Ciała rzekł do braci: „Pomóżcie mi odmówić Te Deum laudamus, gdyż za ośm dni mam umrzeć.” Spełniono jego życzenie, a on od téj chwili przez następne dni ośm, trwał ciągle na modlitwie i jakby w bezustanném był zachwyceniu powtarzając często te słowa Pisma Bożego: Pragnienie mam rozwiązanym być i być z Chrystusem 2. W dzień oktawy Bożego Ciała, brat zakonny przy nim będący widząc że nie ma się gorzéj, rzekł do niego: „Widać że Bogu podobało się przydłużyć ci życia, bo oto już ośm dni od twojéj przepowiedni, a żyjesz.” On zaś twierdził iż umrze niezawodnie. Prosił więc ojca Rektora aby mu kazał dać przenajświętszy Sakrament, co gdy spełniono, a ojciec Prowincyał przyszedłszy zapytał: „Cóż porabiamy bracie Aloizy?” on odrzekł; – „Idziemy ojcze” – „A dokąd” spytał prowincyał: „Do nieba” powiedział wesoło Święty i przydał: „Mam nadzieję w miłosierdziu Boskiém iż dziś tam jeszcze będę.” Pod wieczór twarz jego zaczęła się mienić, pot rzęsisty na ciało jego występował i prosił aby go na ziemi położono, a ponieważ miał uderzenie do głowy, więc mu na nią chustę z wodą zimną przykładano. Po niejakim czasie domagał się aby już tego zaprzestali. Spytany dla czego, ledwo już mogąc przemówić rzekł: „Wszak Chrystus na krzyżu umierał z nienakrytą głową.” Poczém zaczął spokojnie konać, powtarzając ciągle coraz ciszéj imiona Jezusa i Maryi, aż nakoniec lekko westchnąwszy błogosławioną duszę Bogu oddał.

Umarł dnia 21 Czerwca, mając lat trzydzieści cztery, roku Pańskiego 1591.

Wkrótce po jego Śmierci święta Marya Magdalena de Pacys, ujrzała w objawieniu chwałę jakiéj święty, Aloizy w Niebie używał a jak się wyrażała tak wielką że jéj sobie nigdy wyobrazić nie mogła. Zabłysnął wkrótce licznemi i wielkiemi cudami. Po ich sprawdzeniu i przeprowadzeniu całéj sprawy jego kanonizacyi, Papież Benedykt XIII w poczet Świętych wpisał tego Anielskiego młodziana, i jako wysoki wzór niewinności i czystości przeznaczył za Patrona szczególnego dla młodzieży.

Pożytek duchowny

Widziałeś z żywotu świętego Aloizego, przez jakie to umartwienie ciała i mężne panowanie nad zmysłami, dochowuje się nieskazitelną święta cnota czystości. Pamiętaj że napróżno chciałby ją zachować ten, kto ciału we wszystkiém dogadza, a zmysłów nie trzyma na wodzy.

Modlitwa (kościelna)

Niebieskich darów najwyższy szafarzu Boże nasz, któryś w anielskim młodzieniaszku Aloizym świętym, przedziwną niewinność życia z podobnąż pokutą połączył; za jego zasługami i pośrednictwem daj prosimy, abyśmy takiéj niewinności nie umiejąc dochować, pokutę jego naśladować potrafili. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 510–512.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 504

Święta Magdalena de Pazzis ujrzawszy w zachwyceniu świętego Alojzego, rzekła: „Nigdy bym nie była sobie wyobraziła, iżby tyle było w Niebie jasności, gdym obaczyła św. Alojzego. To wielki Święty!”

Za przyczyną świętego Alojzego działo się wiele cudów, na jego wezwanie pierzchają duchy nieczyste.

Papież Benedykt XIII w bulli kanonizacyjnej ogłosił świętego Alojzego „patronem młodzieży”. Wzywanie tego Świętego o pośrednictwo u Boga u jego ołtarza, a do tego przystąpienie do Sakramentów świętych, połączone jest z odpustem. Papież Klemens XII udzielił w roku 1737 zupełnego odpustu tym, którzy co niedzielę odbywają nabożeństwo do świętego Alojzego. Nabożeństwo to tak należy urządzać: Przez sześć niedziel, jedną po drugiej, przystępować należy do Sakramentów świętych i odmawiać po sześć „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryja” i „Wierzę w Boga”, na pamiątkę sześciu lat, przez które święty Alojzy żył w zakonie i błogo w nim działał na chwałę Bożą. Owe sześć niedziel obrać można sobie do woli przed dniem 21 czerwca lub też po nim.

Z nabożeństwem tym należy połączyć prośby do Świętego, aby się wstawił za osobą proszącą do Boga w najgłówniejszych potrzebach żywota. Przy spowiedzi świętej osoba odbywająca to nabożeństwo winna spowiednikowi objawić cel spowiedzi, aby jej udzielił stosownych rad i polecił książki do czytania.

Od dwóchset przeszło lat miliony ludzi od młodości do późnej starości oddawały się temu nabożeństwu i znajdowały zupełne zadowolenie duszy.

Atoli, pomyśli niejeden, cóż na to powiedzą ludzie, że ja przez 6 niedziel mam chodzić do spowiedzi i Komunii świętej? Powiedzą niezawodnie, że mnie do tego zmuszają ciężkie grzechy. Na to zważać nie należy, ludzie mówią dużo. Zajmują się zwykle bliźnimi, ale gdy przyjdzie stanąć przed tronem Boga, któż stanie za ciebie? Zatem nie pytaj co mówią ludzie, tylko czyń, co ci sumienie wskazuje.

Footnotes:

1

Łuk. XI. 42

Tags: św Alojzy Gonzaga „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna wyznawca czystość zmysły skupienie zaraza młodzież św Maria Magdalena de Pazzis śmierć
2020-06-16

Św. Jana Franciszka Regis, z Towarzystwa Jezusowego

Żył około roku Pańskiego 1640.

(Żywot jego był napisany przez Ojca Dobentona, tegoż Zgromadzenia kapłana i towarzysza jego prac apostolskich.)

Święty Jan Franciszek przyszedł na świat w małéj wiosce Fąkuwert (Fon-courerte), w dyecezyi, Narboneńskiéj we Francyi, roku Pańskiego 1597, z rodziców zamożnych, szlacheckiego rodu i bardzo bogobojnych. Ojciec jego nazywał się Jan Reżi (Regis), matka Magdalena Dari. Wychowany był w kolegium Jezuickiém w mieście Bezier. Od lat najmłodszych odznaczał się wielką pobożnością, i szczególnym do Matki Bożéj i Anioła Stróża nabożeństwem. Gdy jeszcze był w szkołach, przewidzieć można było czém będzie na przyszłość. Pomiędzy uczniami założył Bractwo pobożne, do którego każdy z należących późniéj całe życie pamiętał, jak zbawienne dawał im wtedy młodziutki Franciszek nauki. Ukończywszy szkoły, zamyślał wstąpić do towarzystwa Jezusowego, lecz przez pewien czas to odwlekał. Zapadłszy w ciężką chorobę, z któréj prawie cudem był wyleczony, już się dłużéj nie wahał. Wstąpił do nowicyatu w Tuluzie, mając lat dziewiętnaście. Tam już wiódł życie tak świątobliwe i tak umartwione, że nazywano go Aniolem klasztoru w którym przebywał, i towarzysze jego mawiali, iż brat Franciszek najzawziętszym jest wrogiem swojego własnego ciała.

Po ukończeniu nauk teologieznych, i pełniąc przez lat kilka obowiązki profesora w szkołach Jezuickich, wyświęcony został na kapłana roku 1630. Byłto piętnasty rok pobytu jego w zgromadzeniu ojców Jezuitów, odbył więc powtórny nowicyat przepisany przez ich Regułę, poczém przeznaczony został na różne prace apostolskie, którym oddając się, wyrównał największym Świętym. Najprzód wysłany był do Tuluzy, o co sam prosił przełożonych gdyż tam panowało morowe powietrze. W mieście tém, z największém narażeniem się oddając usługi chorym i odbywając misyą, przebył kilka miesięcy, dopóki klęska ta nie ustała.

Ztamtąd wysłany został także na misyą do swego rodzinnego kraju. Zdarzyło się, iż dnia pewnego, gdy na własnych barkach niósł siennik dla biednego chorego, spotkany na ulicy przez pijanych żołnierzy, wyśmiany i znieważony został. Bracia jego rodzeni, zamożni panowie téj okolicy, robili mu z tego powodu wyrzuty, że przez takowe, jak je nazywali dziwaczne postępowanie, ściąga na ich ród cały niesławę. „Mylicie się moi drodzy, odrzekł im Franciszek, służyć ubogim chorym, jestto prawdziwym zaszczytem, a jeszcze większym gdy kogo z tego powodu obelga spotyka.” Przebywszy tam czas pewien, a najzbawienniéj wpłynąwszy na całą ludność przez swoję misyą, przeznaczony został na kaznodzieję do Montpellier. W mieście tém podobnież, pracom jego Pan Bóg pobłogosławił z których tém obfitsze zbierał owoce że było to w porze zimowéj, kiedy lud wiejski, wolniejszy od praicy, tém gromadniéj mógł zbierać się na jego nauki.

Ztamiąd wysłano go w góry Wiwaryjskie, gdzie na wycieczkach apostolskich całe trzy lata przebył. Zastał tam lud bardzo pod względem religijnym zaniedbany i w obyczająch zepsuty. Za jego niezmordowaną pracą, cała ta kraina inną przybrała postać. Nie tylko wykorzenił pomiędzy mieszkańcami, wszelkiego rodzaju, a bardzo rozpowszechnione, występki, lecz rozbudził w nich ducha pobożności, i wzwyczaił do częstego przystępowania do Sakramentów świętych. Pewna pani, wielkie w tych okolicach posiadająca włości, była luterką, lecz pomimo tego bardzo dobroczynną. Przez to téż właśnie nie dobry wpływ wywierała na wiernych, a powagą jakiéj używała, swoich współWyznawców utwierdzała w błędach. Święty Franciszek udał się do niéj, a gdy zdziwiona jego przybyciem zapytała go w jaki m celu do niéj przybywa, Święty wręcz jéj powiedział. „Przychodzę aby duszę twoję uratować.” — „Niechże mnie Bóg broni abym ją miała utracić” odrzekła ta pani. — „Trzeba więc zostać katoliczką” powiedział Franciszek. Na co znowu luterka: „To jest trzeba żebym się wyrzekła mojéj religii!” i po chwili przydała: „Rzecz dziwna, nigdym o tém nie myślała, lecz teraz doznaję jakiegoś wewnętrznego natchnienia, z którego sprawy zdać sobie nie mogę, a którego jednak odrzucić nie jestem w stanie. Chcę więc zostać katoliczką, wyucz mnie tego co potrzebném jest dla przejścia do waszego Kościoła.” Jakoż, wkrótce zrobiła wyznanie wiary, a za jéj przykładem wielu odszczepieńców na łono Kościoła wróciło.

Z prowincyi Wiwaryjskiéi do wielu innych miejsc, dla odbywania misyi, posyłali przełożeni Franciszka, a szczególnie w różne góry, gdzie lud więcéj zaniedbany i zdziczały prawie, szczególniejszéj potrzebował uprawy, i tak nadzwyczajnego, jakiém się on właśnie odznaczał, poświęcenia kapłańskiego. Wszędzie najobfitsze łaski zsyłał Pan Bóg na kraje które apostołował, gdyż jego naukom i wszelkiego rodzaju obsługom duchownym, dodawała najbardziéj siły i skuteczności świątobliwość jego życia, Kto na niego patrzał, pojąć nie mógł jak wystarczał tylu pracom, a oraz jak ciało jego nie upadało od nadzwyczajnych umartwień jakiemi je trapił. Zwykle jadał tylko trochę chleba i mleka, albo jarzyny gotowanéj bez żadnéj zaprawy. Często dzień cały zajęty w konfesyonale, na kazalnicy i przy łóżku chorych, w wieeczór dopiéro brał ten nędzny posiłek. Sypiał zwykle dwie albo trzy godziny tylko. Resztę nocy spędzał na odmawianiu pacierzy kapłańskich i innych modlitw, przy których codziennie biczował się do krwi. Pod sutanną nosił zawsze ostrą włosiennicę. Cały zaś dzień od rana do późnej nocy, poświęcał słuchaniu spowiedzi, miewaniu nauk, nawiedzaniu chorych i nauczaniu katechizmu dzieci. Lud téż czcił go jak Świętego, i garnął się do niego wielkiemi gromadami. Zdarzało się, iż po całodziennéj ciężkiéj pracy, gdy już miał wracać późno wieczorem do mieszkania, nadciągały nowe kompanie. Wtedy Święty zatrzymywał się, i nieraz do północy zajęty był dawaniem im nauk i słuchaniem spowiedzi.

Gdy w niektórych porach roku, Francjszek przebywał w klasztorze swojego Zakonu, i tam odbywał jakby ciągłą misyą. Wszędzie gdzie pewien czas się zatrzymywał, zakładał Bractwa miłosierne, urządzał spichrze i składy odzienia, i potrzebnych sprzętów przeznaczonych dla ubogich. Kilkakrotnie zdarzało się, iż podczas panującego głodu, gdy w składach jego zabrakło zupełnie zboża, na jego modlitwę napełniały się one cudownie; a w mieście Piui przez jednę zimę, trzy razy tym sposobem wypróżniony spichrz, trzy razy został nanowo napełniony.

Szczególną litość jego, obudzały także nieszczęsne kobiety nierządnemu życiu oddane. Nawrócił ich wielką liczbę, i założył dla nich dom przytułku, w którym wiodąc życie pokutne, ustalały się w poprawie. Razu pewnego, trzech rozpustników za to właśnie zawziętych na niego, umyśliło go zamordować, i w tym celu przybywszy do klasztoru, pod udanym pozorem wywoływali Franciszka, Braciszek będący przy furcie, z saméj powierzchowności przychodniów domyślając się złych z ich strony zamiarów, ostrzegł o tém Świętego. „Wiem po co przychodzą, rzekł on do niego, jednak wpuść ich do kościoła.” Sam zaś poszedł do nich, i oświadczając im iż wie że na życie jego czyhają, przydał: „Lecz mnie nie o moje życie chodzi, ale o wasze dusze, i wyszedłem do was, aby je uratować. Nie odmówcie mi przeto téj łaski.” To mówiąc rzucił się im na szyję, i ściskając ze łzami powtarzał tęż prośbę. Zbrodniarze ci tak tém wzruszeni zostali, że upadli mu do nóg, i jeden z nich zaraz, a dwaj drudzy nazajutrz, spowiedź z całego życia przed nim uczynili. Prócz tego zdarzenia, w kilku innych, podobnież z wielkiego niebezpieczeństwa, na które wiedząc nawet o niém narażał się dla dobra bliźniego, cudownie wybawionym został.

Przez trzy ostatnie lata życia swojego, pracował nasz Święty w mieście Piui i w departamencie Welejskim, gdzie wielu uwikłanych w kalwińskie błędy nawrócił. Gdy w Mątfokonie (Montfaucon) wybuchło morowe powietrze, uprosił znowu u przełożonych aby go do tego miasta posłano. Tam przepędził kilka miesięcy, wielu dotkniętych powietrzem znakiem krzyża uzdrowił, a odchodząc trzy razy przeżegnał miasto, zapowiadając iż w trzy dni klęska ta ustanie, co téż i nastąpiło.

W roku 1640 wśród zimy, odprawił ostatnią swoję misyą w małéj wiosce Luwerk (Louvere) na szczycie gór położonéj. W wigilią Bożego Narodzenia zapadł na zdrowiu, w skutek przeziębienia się w kościele. Nazajutrz miał jeszcze trzy kazania, i szedł do konfesyonału, kiedy omdlawszy upadł. Zaniesiono go. do mieszkania, bardzo chorego na zapalenie płuc. Gdy się choroba wzmogła, przyjął ostatnie Sakramenta święte, po których okazał mu się Pan Jezus i przenajświętsza Marya Panna. Wkrótce potém wzniósł oczy do Nieba i wyraźnym głosem powtórzywszy te słowa: „Jezu Chryste Zbawco mój! w ręce Twoje duszę moję oddaję”, zasnął spokojnie w Panu, mając lat czterdzieści trzy. W poczet Świętych wpisany został, za staraniem królów Francuzkiego i Hiszpańskiego, przez Klemensa XII, roku 1727.

Pożytek duchowny

Ile to pracy i trudów podjął święty Jan Franciszek dla miłości bliźniego! na ile w tym celu narażał się niebezpieczeństw! Porównaj z tém twoję obojętność w tym względzie, a zrób szczere postanowienie wierniéj odtąd spełniać uczynki miłości chrześcijańskiéj. Patrz czy przeciw téj onocie nie zawiniasz z tymi nawet, względem których ściśle i szczególnie cię ona obowiąznuje, i dla tego wymagać może od ciebie i pewnego poświęcenia.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Któryś błogosławionego Jana Franciszka wyznawcę Twojego, obdarzył przedziwną miłością bliźniego, i mężną wytrwałością w ponoszeniu ciężkich trudów dla ich zbawienia, spraw z miłosierdzia Twojego, abyśmy za jego przykładem i pośrednictwem, dostąpili nagrody życia wiecznego. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 495–497.

Nauka moralna

Na podstawie wydania z 1937 r., s. 496

Uznaj Czytelniku, jak wielkie znaczenie mieć musi dusza człowieka, kiedy św. Franciszek tyle sobie zadawał pracy i starań dla zbawienia bliźnich. Całe swoje życie wystawiał się na troski i umartwienia, aby własną duszę tak przygotować, iżby była godna oglądać Zbawiciela w Niebie. A ty co czynisz, aby duszę ratować od potępienia? Prawda, że nie każdy z nas może kazać i słuchać spowiedzi, ale czyż nie każdy może pielęgnować bliźnich w chorobie lub ubogim dawać jałmużnę?

Nie każdy z nas może odbywać misje, ale zato każdy może naśladować świętego Franciszka w jego łagodności, pokorze, czystości serca, a przede wszystkim w miłości i ufności w Bogu.

Najpewniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest cześć Sakramentu Ołtarza i częste przystępowanie do Stołu Pańskiego. Dokądkolwiek się udasz, jeśli na swej drodze znajdziesz kościół, nie omijaj go, ale wstępuj doń chętnie i tam przed wielkim ołtarzem uklęknij chociaż na chwilę, wzbudź w sobie szczerą pobożność i zmów modlitwę, tudzież rozważaj tajemnice tego świętego ołtarza. Wkrótce uczujesz, jak błogie uczucie wieje z serca twego, jak będzie się w nim wzmagać miłość do Jezusa Chrystusa, a pogarda dla znikomości świata doczesnego. Zaczerpnij tylko raz tego błogiego uczucia, a przekonasz się, jak ci słodko będzie żyć tak nadal aż do końca dni twoich.

Tags: św Jan Franciszek Regis „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna nawrócenie herezja ekumenizm zaraza
2020-05-20

Św. Bernardyna Seneńskiego, od którego zakon Ojców Bernardynów wziął swoje nazwisko

Żył około roku Pańskiego 1444.

(Żywot jego napisany był przez świętego Jana Kapistrana jego ucznia, i z tegoż zakonu kapłana.)

Święty Bernardyn, jeden z największych świeczników zakonu Braci-mniejszych świętego Franciszka Serafickiego, urodził się w małém miasteczku Massa, blizko Sienny we Włoszech położoném, roku Pańskiego 1380. Przyszedł na świat w samę uroczystość Narodzenia Matki Bożej, jakby na znak szczególnego nabożeństwa jakie miał do Niéj przez całe życie. Rodzice jego pochodzący ze znakomitéj rodziny Albizeskiów (Albiseschi), odumarli go w dziecinnych latach. Wychowany został przez ciotkę swoję Diannę, wielkiéj świątobliwości panią, która od lat najmłodszych wpoiła w serce jego miłość Boga i wielkie do przenajświętszéj Panny nabożeństwo. Dzieckiem jeszcze będąc, z upodobaniem przebywał w kościele, zajmował się przybieraniem ołtarzy, i z najpilniejszą uwagą przysłuchiwał się kazaniom, po których wróciwszy do domu, dokładną z nich zdawał sprawę i doskonale naśladował najlepszych kaznodziei, co zapowiadało w nim wysoki dar wymowy kościelnej, jakim późniéj zajaśniał. Codziennie widywano go klęczącego wieczorem przed cudownym obrazem Matki Bożéj, za miastem Sienna będącym. Skromnością obyczajów tak się odznaczał, że gdy już był młodzieńcem, nikt w obecności jego nie śmiał wymówić żadnego słowa cnotę czystości obrażającego, i zdarzało się że gdy lekkomyślni toczyli nieprzyzwoite rozmowy, za nadejściem Bernardyna, przerywali je mówiąc: „Milczmy, bo oto Bernardyn nadchodzi.”

Ukończywszy szkoły, obrał sobie w uniwersytecie wydział teologiczny, i w téj nauce tak wielki zrobił postęp, że świeckim jeszcze będąc, poczytywany był za jednego z najuczeńszych teologów. Przed wstąpieniem do Zakonu, wszedł do Bractwa przenajświętszéj Panny, założonego przy głównym szpitalu w Siennie, a do którego przyjmowano tylko osoby bardzo pobożne, i którego ustawy przepisywały nadzwyczaj ostry sposób życia, i wielkie dla ubogich chorych poświęcenie. Od téj już pory, rozpoczął święty Bernardyn ćwiczyć się w umartwieniach ciała: częste i ścisłe zachowywał posty, krwawe zadawał sobie biczowania, nosił włosiennicę, długie na modlitwie trawiąc godziny, dzień i noc z największą miłością obsługiwał chorych.

W roku 1400, straszne morowe powietrze wybuchło w Siennie. Szpital przy którym było bractwo do którego należał Bernardyn, przepełniony był zarażonemi, z których po ośmnastu na dzień umierało. To rozbudziło taki w obsługujących ten zakład popłoch, że gdy i z nich wielu padło, prawie wszyscy uciekli. Bernardyn nie tylko sam oddał się na usługi dotkniętych powietrzem i już ich ani na chwilę nie odstępował, lecz i dwunastu innych zachęcił przykładem swoim do podobnegoż poświęcenia, w skutek czego, gdy pilniejszy nastał około chorych dozór, i w zakładzie tym i w mieście całém wkrótce powietrze ustało. Chociaż nasz Święty dotknięty niém nie został, znużony atoli trudem jaki przez kilka miesięcy ponosił bez wypoczynku, zapadł na ciężką gorączkę, która go długo i bez nadziei życia w łóżku trzymała. Wyzdrowiał jednak zupełnie, a do sił przyszedłszy postanowił świat opuścić i wstąpić do Zakonu, — w czém go głównie utwierdziło widzenie w którém usłyszał głos z wizerunku Pana Jezusa ukrzyżowanego, w te słowa do niego przemawiający: „Bernardynie! widzisz mnie odartego z odzienia i do krzyża przybitego z miłości ku tobie: potrzeba więc abyś i ty, z miłości ku mnie, ogołocił się ze wszystkiego i wiódł życie ukrzyżowane.” Aby przeto odpowiedzieć tak miłościwemu wezwaniu, wstąpił do zakonu Braci - mniejszych, obierając sobie klasztor w którym wprowadzono reformę jak najściślejszą, według pierwotnego ducha synów ubogiego Patryarchy Franciszka Serafickiego.

Bernardyn, nie tylko od pierwszego dnia swojego nowicyatu, zajaśniał w Zakonie jak najwierniejszy naśladowca świętego Zakonodawcy Braci-mniejszych, lecz z czasem głównie przyczynił się do ustalenia téj reformy, od niego dopiéro właściwie swój wzrost i rozpowszechnienie biorącéj. Po wykonanych ślubach uroczystych, wyświęcony na kapłana, a jako już biegły teolog i nawet znany powszechnie z tego, na urząd kaznodziejski niezwłocznie wyniesiony został. Poddał się chętnie takowemu rozporządzeniu swoich przełożonych sługa Boży, lubo w zawodzie tym wielką miał trudność, z powodu nadzwyczaj niemiłego i ciągle silnie zachrypłego głosu. Uciekł się do przenajświętszéj Panny, któréj wszelkie łaski zawdzięczał, i prosił Ją, ponieważ wolą jest Bożą aby obowiązek kaznodziejski sprawował, żeby mu wyjednać raczyła zmianę głosu, lecz jeżeli to widokom Boga względem niego, to jest dobru jego własnéj duszy, nie sprzeciwia się. Matka Boża wysłuchała modlitwy tego wielkiego Swojego czciciela, który miał daru wymowy używać właśnie na głoszenie Jéj chwały, bo tém się głównie wsławił późniéj Bernardyn. Od téj chwili głos jego stał się nadzwyczaj dźwięczny i donośny, co niemało przyczyniało się do wielkich pożytków z jego prac apostolskich. Przytém bowiem, a także za przyczyną Matki Bożéj, obdarzył go Pan Bóg w wysokim stopniu, wszystkiemi przymiotami wielkiego kaznodziei.

Trudno téż wyrazić jak niezmierne pożytki przyniósł dla dusz wiernych, i jakie położył w Kościele zasługi, przez przeszło lat trzydzieści swojego kaznodziejskiego zawodu. Ogarnął nim całe Włochy, i we wszystkich znaczniejszych miastach miewał nauki, odbywał misye, dawał publiczne rekolekcye, wszędzie tysiące dusz pociągając do Boga, wyrywając z grzechów, nawracając z herezyi. Skoro czas pewien zabawił w jakiém mieście, w całéj ludności następowała najzbawienniejsza zmiana obyczajów: gry hazardowne, wówczas wszędzie zagęszczone, ustawały; niewiasty zarzucały zbytek w strojach, rozpustnicy szczerze się nawracali, najzaciętsze stronnictwa polityczne w wojnie z sobą zostające, broń składały i jednały się,

W kazaniach swoich i wielkiéj wartości pismach jakie pozostawił, przebija się przedewszystkiém szczególne jego nabożeństwo do przenajświętszego Imienia Jezus i do Matki Bożéj. Dotąd dzieła jego są najbogatszym skarbem pod tym względem, z którego czerpią wszyscy piszący o niezrównanych przywilejach przenajświętszéj Panny, a zwłaszcza o przywileju Jéj Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięcia, które to tajemnice, nasz Święty najgorliwiéj ogłaszał, uczenie wyświecał, i do ich czci wiernych najskuteczniéj zagrzewał.

Gorliwość jego nie ograniczała się na pracach około zbawienia dusz na świecie żyjących, nie pominął i braci swoich zakonnych. Zamianowany przez Papieża Eugeniusza IV Wikarym generalnym wszystkich klasztorów Braci-mniejszych we Włoszech, zajął się całém sercem rozszerzeniem reformy rozpoczętéj w klasztorze w Siennie, do którego był wstąpił. Jak dalece Pan Bóg pobłogosławił temu trudnemu jego zadaniu, miarkować można z tego, że gdy został zakonnikiem klasztorów ścisłéj téj reformy było we Włoszech tylko dwadzieścia, i w nich około dwóchset braci, a pod jego zarządem, doszła za jego życia jeszcze liczba takich klasztorów do blizko trzechset, i w nich było około sześciu tysięcy zakonników, od jego imienia Bernardynami nazwanych.

Wielu także cudami za życia jeszcze słynął. Razu pewnego, udając się z kazaniem do Mantuy, gdy potrzebował przeprawić się przez rzekę, a przewoźnicy wziąść go na prom nie chcieli, gdyż nie miał czém zapłacić, przepłynął na drugi brzeg rozesławszy na wodzie płaszcz swój, który nawet nie został przemoczony. Wielu chorych uzdrowił znakiem krzyża świętego, lub wezwaniem nad nimi Imienia Jezus, albo pomodliwszy się do Matki Bożéj. Gdy w czasie kazania, w którém mówiąc o wielkiéj chwale i przywilejach Bogarodzicielki, te słowa Pisma Bożego do Niéj stosował „/Ukazał się wielki znak na niebie/” 1, cały lud zgromadzony, ujrzał nad głową jego gwiazdę przedziwnéj jasności.

Ojciec święty Eugeniusz IV wyżéj wspomniony, chciał kilkakrotnie wynieść go na Biskupią godność: ofiarował mu z kolei biskupstwa Sieńskie, Feraryjskie i Urbińskie; pewnego razu nawet sam włożył mu Infułę na głowę. Lecz Święty Bernardyn rzuciwszy się do nóg Jego świątobliwości, ze łzami uprosił aby go pozostawił w jego stanie ubogiego zakonnika, w którym jak mu się zdawało, lepiéj służyć może Kościołowi, mając swobodę przenoszenia się z miejsca na miejsce ze swojemi pracami apostolskiemi.

Wśród niech zaskoczyła go śmierć święta, jak było świętém całe życie jego. Znajdował się w królestwie Neapolitańskiém, gdy w objawieniu okazał się mu święty Piotr Celestyn, i zapowiedział mu dzień zgonu. Przygotował się do téj chwili z najżywszą pobożnością, a oraz i z największym pokojem. Po przyjęciu Ostatnich Sakramentów świętych, prosił braci żeby go położyli na ziemi, aby mógł umierać podobnie jak jego święty ojciec Franciszek Seraficki. W gronie téż ich skonał spokojnie, w chwili gdy w chórze, zkąd dochodziły go głosy, śpiewano tę Antyfonę: „Ojcze…. oznajmiłem Imię Twe ludziom któreś mi dał… a teraz za nimi proszę… nie za świat, gdyż idę do Ciebie.” 2 Miał wieku lat sześćdziesiąt cztery, umarł 20 Maja, roku Pańskiego 1444.

Pan Bóg licznemi cudami, jakie zaszły przy jego grobie, świętość tego wielkiego sługi Swojego objawił, co skłoniło Papieża Mikołaja V do ogłoszenia jego kanonizacyi, w sześć lat po jego zejściu.

Pożytek duchowny

Naśladuj tego wielkiego Świętego w jego gorącém nabożeństwie do przenajświętszego Imienia Jezus i do Matki Bożéj, a przez to najłatwiéj uprosisz sobie łaski, abyś go naśladował i w cnotach jakiemi jaśniał, a szczególnie w cnocie czystości, z któréj tak on był znany, że jak to czytałeś dopiéro, sama jego obecność nakłaniała najlekkomyślniejszych do skromnego zachowania się. O! jak miłym stałbyś się Bogu, gdybyś i ty był takim.

Modlitwa (kościelna)

Panie Jezu Chryste! któryś błogosławionego Bernardyna wyznawcę Twojego, szczególną miłością przenajświętszego Imienia Twojego obdarzył; za jego zasługami i pośrednictwem prosimy, wlej w serca nasze ducha Twojéj miłości. Który żyjesz i królujesz i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 410–412.

Footnotes:

1

Apok. XII. 1

2

Jan XVII. 6.

Tags: św Bernardyn ze Sieny „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna wychowanie czystość zaraza Maryja imię Jezus Niepokalane Poczęcie Wniebowzięcie św Piotr Celestyn
2020-05-17

Św. Paschalisa Bajlon z Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka Serafickiego

Żył około roku Pańskiego 1592.

(Żywot jego napisany przez współczesnego mu zakonnika, znajduje się u Bollandystów pod dniem dzisiejszym.)

Święty Paschalis urodził się roku Pańskiego 1540 w Hiszpanii, w prowincyi Aragońskiéj, w małém miasteczku Torre-Hermoza. Ojciec jego nazywał się Bajlon. Z powodu iż Święty nasz, przyszedł na świat w sam dzień Wielkiéj Nocy, dano ma na żądanie rodziców imię Paschalisa, od wyrazu łacińskiego Pascha, Wielka Noc.

Skoro przyszedł do rozumu, zauważano w nim wielką pobożność. Ulubioną jego modlitwą, była modlitwa Pańska Ojcze nasz, którą często w dniu, małém jeszeze będąc dziecięciem, ukięknawszy i pochyliwszy się do ziemi z największém odmawiał skupieniem. Przebywając w kościele, zapominał o potrzebie brania posiłku, i nieraz matka musiała używać całéj swojéj powagi, aby przerwać jego pobożne ćwiczenia i skłonić go do wzięcia pokarmu.

Rodzice jego byli bardzo ubodzy; gdy więc miał lat siedem oddali go w służbę, do pewnego mieszczanina bardzo zacnego człowieka, który młodego tego chłopaczka, i przykładem i słowy do cnoty i pobożności zachęcał. Przeznaczył go do paszenia trzody, z czego Paschalis był bardzo zadowolony, gdyż mu to zapewniało samotność, w któréj już wtedy bardzo sobie podobał, aby tém swobodniéj mógł się oddawać modlitwie i obcowaniu z Bogiem. Używał téż szczęścia tego z wielkiém weselem duszy. Całe dnie spędzał na bogomyślności, nie tracąc z oczów powierzonéj mu trzódki a gdy z innymi spotykał się pastuszkami, rozmawiał z nimi tylko o Bogu, i lepiéj od nich w religii oświecony, uczył ich prawd świętych. Sam będąc ubogim, wspierał jednak drugich ujmując sobie posiłku jaki mu przynoszono z domu, i rozdając go biedniejszym. Lubo nie pobierał żadnych nauk, sam w nadzwyczaj krótkim czasie, wyuczył się czytać i pisać. Odtąd zawsze z książką w ręku szedł w pole, a nigdy nic innego prócz duchownych dzieł nie czytywał, i spisywał sobie różne pobożne myśli i natchnienia, albo święte postanowienia jakie czynił, usiłując coraz wyżéj w doskonałości chrześcijańskiéj postępować.

Widząc tak wielkie w nim zalety, gospodarz u którego służył, człowiek bardzo zamożny a bezdzietny, chciał go za syna przysposobić. Lecz Paschalis, mając już wtedy około lat dwudziestu, postanowił oddać się Panu Bogu na wyłączną w zakonie służbę, i pomimo nalegań swojego pana, który mu pożądany dla wielu innych zawód doczesny zapewniał, udał się do klasztoru ojców Bernardynów, będącego w okolicach miasta Montfort, z zamiarem wstąpienia do niego. W drodze spotkał jednego ze swoich znajomych, który mu silnie to odradzał. Święty chcąc dowieść prawdziwości swojego powołania, pobudzony do tego przez szczególne Ducha Świętego natchnienie, rzekł do niego: „Oto Pan Bóg uczyni cud, aby cię przekonać że błądzisz odwodząc mnie od życia zakonnego”, i to mówiąc uderzył trzy razy w ziemię na któréj stali, a w téjże chwili wytrysnęły z niéj trzy źródła żywéj wody, dotąd płynące.

Przyjęty do zakonu, i wyjednawszy u przełożonych aby go nie przeznaczali na kapłana lecz na prostego braciszka, po odbytym najprzykładniéj nowicyacie, wykonał śluby uroczyste, i zaraz wybrany został na Infirmiarza, to jest doglądającego chorych. Usługiwał im i doglądał ich z największą miłością, a słowami pokrzepiał i na duszy, obudzając w ich sercu akty poddania się woli Bożéj i cierpliwego znoszenia choroby.

Prócz tego, przełożeni jemu zwierzyli rozdawanie ubogim jałmużny przy furcie. Spełniał święty Paschalis i ten obowiązek w duchu Bożym. W każdym biednym widział samego Chrystusa Pana, i obchodził się z nim nietylko z miłością, lecz nawet z uszanowaniem, jakie w nim obudzało ubóstwo, przypominające mu ubogiego z miłości ku nam Jezusa. Sam większą część roku ograniczał się na jednéj porcyi posiłku, a często poszcząc o chlebie i wodzie, pozostałe pokarmy oddawał biednym, których przez czas ten gdy byli przy furcie, uczył katechizmu i odmawiał z nimi pacierze, dając im najzbawienniejsze nauki.

Gdy jeszcze był pastuszkiem, zdarzyło się iż znajdując się w polu, a w myśli słuchając Mszy świętéj, w chwili gdy upadł na ziemię, aby oddać cześć Hostyi przenajświętszéj podczas podniesienia, taż Hostya ukazała mu się w powietrzu, trzymana przez Aniołów. Od téj pory szczególne miał do przenajświętszego Sakramentu nabożeństwo. Co mu tylko zbywało czasu od obowiązków klasztornych, spędzał go w kościele: tam często wpadał w zachwycenie, i niekiedy widziano go o stóp kilka w górę wzniesionego na powietrzu. Matkę Bożą czcił i kochał jak najlepszą matkę swoję niebieską, i do tajemnicy Jéj Niepokalanego Poczęcia mając wielkie nabożeństwo, pobudzał do niego i drugich. Obdarzył go był Pan Bóg, tak wysokim darem nietylko bystrego pojęcia w rzeczach tyczących się religii, lecz oraz i wyjaśniania najgłębszych tajemnic wiary, że najznakomitsi Teologowie udawali się do niego dla zasięgnięcia jego zdania, w najzawilszych kwestyach. Dwóch uczonych Jezuitów, rozmawiało z nim razu pewnego, a nie wiedząc iż jest tylko prostym braciszkiem, wzięli go za jednego z najuczeńszych Teologów jego zakonu. Żadnych nauk nie pobierając, napisał prześliczne małe książeczki o doskonałościach Boga, o Trójcy przenajświętszéj, o Wcieleniu Syna Bożego, o sposobie odbywania modlitwy wewnętrznéj, o trzech stopniach doskonałości chrześcijańskiéj, o łasce, o Aniołach, i kilka innych tego rodzaju, a w których wszystkie te tajemnice z przedziwną prostotą, namaszczeniem i przystępnie wykłada. Wysłany przez przełożonych do Francyi w ważnych sprawach tyczących się całego zakonu, wszystko najpomyślniéj załatwił. W podróży téj, wpadł był w ręce heretyków, wojnę podówczas prowadzących. Zrazu chcieli oni obejść się z nim okrutnie, mając w ręku braciszka zakonu który nienawidzili. Lecz jego pokora, łagodność, i mądre odpowiedzi jakie im dawał na czynione mu zapytania co do artykułów wiary, złość ich rozbroiły i wyswobodziły go z téj niewoli.

Słynął za życia jeszcze różnemi cudami. Razu pewnego w jedném z miast sąsiednich klasztorowi w którym przebywał, wybuchło morowe powietrze. Święty dowiedziawszy się iż z miejsca tego wielu pouchodziło, a chorzy bez pomocy żadnéj zostawali, uzyskawszy na to pozwolenie przełożonego, udał się tamże dla obsługiwania; zarażonych. Przebywał wśród nich dość długo, a nietylko sam zarazie nie podległ, lecz wielką liczbę już nią dotkniętych znakiem krzyża świętego uzdrowił, i naukami jakie przez ten czas miewał do ludu, poskromiwszy w nim złe obyczaje, odwrócił tę klęskę od miasta, ktorą właśnie Pan Bóg karał mieszkańców za ich grzechy, i nią chciał ich do pokuty przywieść. W procesie jego kanonizacyi i to zdarzenie, i wielka liczba innych cudownych uzdrowień przez niego dokonanych, została dowiedzioną.

Posiadał także dar przepowiadania przyszłości, którego szczególnie używał dla ostrzeżenia różnych osób o zbliżającéj się śmierci, aby się zawczasu do niéj przygotowały. Tak między innemi, znajdując się pewnego dnia u zamożnego mieszkańca Walencyi, gdzie posłany był jako towarzysz z kapłanem jego zakonu udającym się tam za interesem klasztornym, gdy odchodzili, nakłonił gospodarza domu aby co rychléj wyspowiadał się i sporządził testament, gdyż niezadług oumrze. Jakoż tejże nocy człowiek ten tknięty apopleksyą, umarł. Podobne wielkie dobrodziejstwo wyrządził nasz Święty, mnóstwu innych osób, jak o tém także świadczą akta jego kanonizacji.

Lecz o ile ten sługa Boży, opływał w dary i łaski niebieskie, o tyle zły duch wysilał złość swoję na jego duszę. Nacierali na niego niekiedy szatani, a za każdą razą modlitwą, przez którą w takich razach uciekał się do Matki Bożój, odparci, i żadnéj co do duszy nie mogąc mu zadać szkody, nad ciałem się jego pastwili. Zdarzało się iż go tak dotkliwie zbili, że całe ciało miał sińcami pokryte. Niekiedy znowu chcąc go w złudzenie wprowadzić, okazywali się mu przybierając na siebie postać Świętych Pańskich, a nawet i saméj Matki Bożéj, jakoby się mu objawiających. Lecz Paschalis umiał rozróżnić fałszywe od prawdziwych widzenia, i za każdą razą znakiem krzyża święgo złudzenia szatańskie odpędzał.

Mając lat pięćdziesiąt dwa, gdy mieszkał w klasztorze w mieście Willa-Reale w Walencyi, przepowiedział zbliżający się dzień śmierci swojéj. Wkrótce potém zapadłszy na lekką gorączkę, przyjął z najżywszéj pobożności uczuciami, wszystkie Sakramenta święte, i zasnął w Panu dnia 15 Maja roku Pańskiego 1592. Gdy w trumnie był położony, ujrzano podczas Mszy świętéj, przy ciele jego odprawianéj, że w chwili Podniesienia dwa razy otwierał i spuszczał powieki, na znak cudowny iż i po śmierci cześć oddaje przenajświętszemu Sakramentowi Ołtarza.

Gdy licznemi grób jego zasłynął cudami, kanonizowany został przez Papieża Aleksandra VIII roku Pańskiego 1680.

Pożytek duchowny

Święty Paschalis, który szczególne miał za życia do przenajświętszego Sakramentu ołtarza nabożeństwo, jest dla tego szczególnym daru tegoż nabożeństwa Patronem. Proś go przeto z całego serca, aby i tobie tę łaskę wyjednał, abyś Boga i najdroższego naszego Zbawcę, w Sakramencie Jego największéj ku ludziom miłości obecnego, czcił i wielbił w sposób szczególny.

Modlitwa (kościelna)

Boże! któryś błogosławionego Paschalisa Wyznawcę Twojego, prawdziwą ku przenajświętszéj tajemnicy Ciała i Krwi Twojéj, miłością przyozdobił; spraw łaskawie, abyśmy podobnyż jak on z téj Boskiéj uczty posiłek dla duszy naszéj zaczerpywać godnymi się stali. Który żyjesz i królujesz i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 401–403.

Tags: św Paschalis Bajlon „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna Wielkanoc pasterz edukacja Eucharystia zaraza śmierć
2020-04-25

Św. Marka Ewangelisty

Żył około Roku Pańskiego 64.

(Szczegóły życia jego wyjęte są z pism: świętego Hieronima, świętego Klemensa Aleksandryjskiego, i świętego Izydora.)

Święty Marek był z rodu żydowskiego, pochodził z krainy Cyrenejskiéj w Pentopolis położonéj, i z pokolenia kapłańskiego. Żył za czasów pobytu Pana Jezusa na ziemi, lecz został nawrócony do wiary świętej przez świętego Piotra, dopiéro po zesłaniu Ducha Świętego. Z tego powodu ten książe Apostołów w pierwszym liście swoim nazywa go swoim synem. Jakoż był on towarzyszem jego pielgrzymek apostolskich, i ulubionym jego uczniem, przybył razem z nim do Rzymu, i podzielał z nim wszystkie trudy i niebezpieczeństwa na jakie obydwa wystawieni byli, zakładając tam Kościoł Chrystusowy.

Gdy święty Piotr, dla spraw swojego najwyższego Pasterstwa, wydalił się z Rzymu, wierni dość już podówczas liczni w tém mieście, coraz bardziéj przejmując się duchem nauki objawionéj, uprosili świętego Marka, aby im pozostawił opisaną historyą Ewangelii świętej. Uczynił on zadość ich żądaniu, i wtedy opierając się na tém co słyszał od świętego Piotra jużto w kazaniach jakie miewał, już w poufnych z nim rozmowach, ułożył jednę z czterech Ewangelii, powodowany do tego i kierowany w tém, wyjątkowém natchnieniem Ducha Świętego, jakie Pan Bóg udzielił tym tylko pisarzom, których pisma stanowią Biblią: czyli Nowy i Stary Testament. Święty Piotr przez objawienie został zawiadomionym o tém że święty Marek ułożył Ewangelią, a po odczytaniu takowéj po powrocie swoim do Rzymu, zatwierdził ją, i dozwolił, aby jej używano po kościołach. Jest ona wprawdzie jakby tylko powtórzeniem w krótszych słowach, Ewangelii świętego Mateusza, lecz prócz tego w kilku miejscach zamieścił w niéj święty Marek i nowe a wielkiéj wagi szczegóły. Zauważano, że żaden z Ewangelistów tak szczegółowo nie opisuje zaparcia się świętego Piotra, jak to czyni ten święty Ewangelista, snać dla tego że o tém wiele słyszał od samego Książęcia Apostołów, całe życie ten postępek gorzko opłakującego. Święty Marek napisał swoję Ewangelię po grecku, gdyż podówczas język ten nie tylko na Wschodzie, lecz i w Rzymie był bardzo upowszechniony, pomiędzy nawet osobami najmniéj wykształconemi.

Jest podanie, że święty Piotr wysłał był świętego Marka z Rzymu do Akwilei, że przebył on tam półtrzecia roku, i nawróciwszy wielką liczbę pogan, założył Dyecezyą, która w pierwszych wiekach chrześcijaństwa była jedną z najświetniejszych na Wschodzie. Gdy w roku czterdziestym dziewiątym po Chrystusie Panu, cesarz Klaudyusz wygnał wszystkich Żydów z Rzymu, święty Piotr wyprawił świętego Marka do Egiptu, aby tam znowu ogłaszał słowo Boże. Zaniósł on z sobą Ewangelią swoję, bo i w tym kraju, szczególnie w Aleksandryi, język grecki był w powszechném użyciu. Najprzód udał się do swojéj rodzinnéj krainy w Pentopolii, gdzie wiele uczynił cudów, co mu pomogło wielką liczbę dusz pozyskać Panu Jezusowi. Poganie oświeceni nauką objawioną, pogruchotali bożyszcza i powycinali lasy poświęcone złym duchom.

Ztamtąd przeszedł ten święty Apostoł do innych okolio Libii, w krainy zwane podówczas Marmoriką i Amoniacką, a wszędzie obfite prac swoich zbierając owoce, na tych apostolskich wycieczkach strawił lat dwanaście. Następnie dotarł do górnego i dolnego Egiptu, do obydwóch Tebaid: a Pan Bóg tak dalece pobłogosławił jego apostolstwu, że krainy te, gdzie od tylu wieków najzepsutsze gnieździło się pogaństwo, stały się błogosławioną tą ziemią, na któréj późniéj tak wielka liczba świętych pustelników żyła. Nakoniec udał się święty Marek i do saméj Aleksandryi, miasta największego podówczas po Rzymie. Tam podobnież tak wielu powołał do wiary, iż wkrótce założyć musiał wiele kościołów: to jest parafii, gdzie nowi chrześcijanie pobierali nauki, i do świętych Sakramentów uczęszczali. Wielu z nich nie poprzestając na spełnianiu przyka- zań nowego prawa, zapragnęło wykonywać najściśléj i rady Ewangeliczne. Powstały przeto liczne zgromadzenia, podobne do tych jakiemi późniéj były Zakony, w których osoby różnego stanu, wyrzekłszy się świata, bogomyślności i pokucie oddawały się wyłącznie. Nazywano ich z tego powodu Teurapetykami: to jest wyłącznie służbie Boga poświęconemi.

Takie uderzające owoce apostolskich prac tego Świętego, rozbudziły nareszcie na niego gniew zawziętszych przeciw wierze Chrystusowéj pogan. Wszyscy tacy, a było ich jednak wielu i to z liczby najmożniejszych mieszkańców Aleksandryi, powstali na świętego Marka, nazywając go Galilejczykiem który zamierza wytępić religią panującą. Wtedy święty Apostoł, chcąc w razie swojéj śmierci, nie pozostawić wiernych bez Pasterza, wyświęcił na Biskupa świętego Aniasza, który był prostym rzemieślnikiem, lecz pierwszy z nawróconych przez świętego Marka, odznaczał się z pomiędzy wszystkich wielką o chwałę Chrystusową gorliwością, i wysoką świątobliwością. On téż poczytywany jest za pierwszego Biskupa Aleksandryjskiego, gdyż święty Marek jest raczéj uważany, jako pierwszy Apostoł tego sławnego miasta.

Zaopatrzywszy tym sposobem Kościoł przez siebie założony w Pasterza, święty Marek zwiedził jeszcze swoje dzieci w Chrystusie w Pentopolii przez niego nawrócone. Przez lat dwa przebiegał te krainy, utwierdzając w wierze nowych chrześcijan, których liczba codzień wzrastała. Wróciwszy do Aleksandryi, przygotował się do złożenia Panu Jezusowi w ofierze własnego życia, co téż i wkrótce nastąpiło. Dnia pewnego, w którym poganie obchodzili uroczyście święto swojego bożka Serapina, lud z wielkiemi okrzykami domagał się, aby świętego Marka, jako głównego przeciwnika obrzędów pogańskich, zamordowano na ofiarę temuż bożyszczu. Wyśledzili go niezwłocznie, i zastali odprawiającego Mszę świętą. Porwali go od ołtarza, i uwiązawszy mu sznur u szyi, wlokąc po ulicach i wołając z szyderskiém okrucieństwem, iż trzeba wołu tego zwlec do miejsca zwanego Bukole, gdzie za miastem pasały się woły, wśród stromych skał i głębokich przepaści, aby go w nie wrzucić. Cały dzień pastwili się w ten sposób nad nim: po ulicach, po których go okrutnie włóczono, lała się krew jego, i pozostawały kawałki poszarpanego ciała. W ciągu téj męki, Święty głośno się modlił, i chwałę Bożą opiewał. Wieczorem wtrącono go do więzienia. W nocy okazał mu się Anioł i tak do niego przemówił: „Marku, sługo Boży! imię twoje zapisane jest w księdze żywota; policzony jesteś pomiędzy Apostołów. Aniołowie przyjmą ducha twojego w Niebie, a szczątki ciała twojego czczone będą na ziemi.” Nieco zaś późniéj stanął przed nim i sam Pan Jezus, pozdrawiając go temi słowy: „Marku Ewangelisto Mój, pokój z tobą.”

Nad rankiem znowu go porwali poganie, i jak dnia poprzedniego włóczyli po ulicach, aż w téj katuszy barbarzyńskiéj, oddał Bogu ducha, dnia 25 Marca roku Pańskiego 68.

Pohańcy chcieli spalić jego zwłoki, lecz burza tak straszna i nagła zerwała się w tejże chwili, że wielu z nich zginęło, a reszta uciekła. Później chrześcijanie ciało jego pochowali w jaskini, obok miejsca gdzie z nim zwykli byli zgromadzać się na modlitwy i na słuchanie jego nauk. W roku 316, wzniesiono na tém miejscu wspaniały kościoł, a około roku 870, ciało jego, dla uchronienia od zniewagi muzułmanów, uwiezione zostało do Wenecyi i umieszczone w głównym tego miasta kościele, pod wezwaniem tegoż świętego Ewangelisty wzniesionym.

W dniu dzisiejszym, odbywa Kościoł Boży uroczystą procesyą, przy któréj śpiewają się Litanie do Wszystkich Świętych. Ustanowione to zostało, jeszcze w roku Pańskim 590, za Papiestwa świętego Grzegorza Wielkiego, — gdy takie publiczne modły odbywano w Rzymie, na uproszenie u Pana Boga odwrócenia morowego powietrza które tam srodze panowało. Procesyi przewodniczył wtedy sam Papież, niosący w ręku obraz Matki Bożéj, malowany przez świętego Łukasza. Gdy się zbliżano do części miasta zwanéj wzgórzem Adryana, ujrzano w powietrzu Anioła, jaskrawy miecz wkładającego do pochwy: co oznaczało iż klęska panująca miała ustać w skutek tych publicznych modlitw. Jakoż od téj chwili morowe powietrze ustało.

Pożytek duchowny

Gdybyśmy, uczestnicząc w publicznych nabożeństwach, przynosili na nie należyte serc naszych usposobienie, i modlili się wszyscy z wiarą i ufnością, cudabyśmy u miłosierdzia Bożego za każdą razą wypraszali. Niech cię to pobudza do wielkiego skupienia ducha, gdy się znajdujesz na jakich kościelnych obrzędach, a w dniu dzisiejszym, łącząc się z całym Kościołem, albo wspólnie z drugimi albo sam, odmów Litanią do Wszystkich Świętych, prosząc Boga przez ich pośrednictwo, o odwrócenie od świta całego, klęsk tych na jakie złość ludzka zasługuje ciągle.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Którys błogosławionego Marka Ewangelistę Twojego, łaską ogłaszania Ewangelii świętéj zaszczycił; spraw prosimy, abyśmy zawsze i jego nauki trzymali się, i od wszelkich grożących nam klęsk jego pośrednictwem wybawieni byli. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 320–322.

Tags: św Marek „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik zaraza
2020-04-24

Św. Fidelisa Męczennika z zakonu braci-mniejszych kapucynów świętego Franciszka Serafickiego

Żył około Roku Pańskiego 1622.

(Żywot jego był napisany przez Ojoea Maksymiliana Kapucyna, i drukowany w Rzymie w roku jego kanonizacyi.)

Święty Fidelis narodził się roku Pańskiego 1577 w Singmeringen, małém miasteczku w księstwie Hohencolern położoném. Ojciec jego Jan Rey rodem Polak, a matka Genowefa z Rosembergów, ze szlachetnego pochodzili rodu, byli wzorowymi katolikami i bardzo pobożnie go wychowali. Gdy przy wydaniu jego na świat, była obawa iż nieżywym się narodzi, świątobliwa matka prosiła Pana Boga, aby raczéj jéj saméj życie odjął, byle dziecię mające się narodzić Chrztu świętego pozbawioném nie było. Pan Bóg w tejże chwili uśmierzył wszelkie jéj boleści, i najszczęśliwiéj wydała na świat synka, któremu dano imię Marek. Wyższe nauki pobierał w uniwersytecie Fryburskim w Szwajcaryi, gdzie otrzymał stopień Doktora obojga Praw, a obok wysokiego wykształcenia w tym zawodzie, taką odznaczał się pobożnością, iż go mędrcem chrześcijańskim przezwano. Przydany za ochmistrza, do trzech młodych paniczów najznakomitszego w jego kraju rodu, odbywających podróż po Europie, przedewszystkiém kształcił ich w zasadach wiary świętéj, i życiem swojém świątobliwém, był dla nich wzorem najwyższych cnót chrześcijańskich. Często przystępował do Sakramentów świętych, usługiwał chorym po szpitalach w miastach w których się zatrzymywali, długie codziennie odprawiał modlitwy i biednych hojnie wspierał, niekiedy wszystkie suknie swoje im rozdając.

Po powrocie z podróży téj, został Adwokatem w mieście Kolmarze w Alzacyi, a prawością swoją i znakomitą biegłością w nauce prawa, najliczniejszych pozyskał klientów. Zwykle chętniéj podejmował się prowadzenia spraw ubogich, od których nie tylko nie wymagał żadnego wynagrodzenia, lecz sam koszta ich procesów brał na siebie. Nigdy nie stawał w obronie spraw niemających za sobą słuszności, a w przemowach u kratek sądowych, nie tykając sławy przeciwników, nie używając najmniejszych wykrętów, samą siłą wymowy, a najbardziej trafném stosowaniem przepisów prawa, najskuteczniéj wpływał na wyroki sądowe. Starał się przytém jak najprędzéj sprawy ukończać, mawiał bowiem: „Wszelkie koszta sprawy, wynikające ze zwłoki i niedbałości Adwokata w jéj prowadzeniu, sąto długi, które on zaciąga względem swojego klienta.” W ogólności zaś o zawodzie Obrońców sądowych tak się wyrażał: „Obrona niewinnego, opieka nad wdowami i sierotami pokrzywdzonemi, jest najzaszczytniejszym obowiązkiem naszego stanu, i takowy nawet bez wynagrodzenia miło nam spełniać. Nasz zawód nie jest tylko zyskowném rzemiosłem: przedewszystkićm powinniśmy być stróżami prawa, i dopomagać sędziom do wymierzania ścisłéj sprawiedliwości.”

Zajęcia jego stanu, nie przeszkadzały mu do jak najwierniejszego zachowania oddawna przyjętego rodzaju życia, i odbywania wszystkich pobożnych ćwiczeń, przez które coraz większe łaski spływały na duszę jego. W nagrodę téż za to, obdarzył go Pan Bóg i najszacowniejszą łaską, po łasce powołania do Wiary, to jest łaską powołania do Zakonu. Widząc iż na świecie, na wielkie trudności narażona była dusza do wyższéj dążąca doskonałości, postanowił wstąpić do klasztoru. Wprzód jednak wyświęcony został na Dyakona, a uzyskawszy na to szczególne pozwolenie z Rzymu, niezwłocznie potém i na kapłana. Następnie odprawiwszy pierwszą Mszę świętą w kościele księży Kapucynów we Frejburgu, w uroczystość świętego Franciszka Serafickiego dnia 4-go Października 1612 roku, przyjął habit zakonny, przybierając imię Fidelisa. Po ukończonym nowicyacie, w którym stał się od pierwszéj chwili wzorem najwierniejszego naśladowcy wielkiego Patryarchy Asyskiego, majątek swój zapisawszy na fundusz do utrzymywania kleryków przy Seminaryum Dyecezalném, bogatą bibliotekę temuż zakładowi, a wszystkie ruchomości rozdawszy ubogim, wykonał śluby uroczyste. Testament przez który rozporządził tym sposobem całém swojém mieniem, tak kończył: „Podobnież ofiaruję i poświęcam przez tę moję ostatnią wolę, ciało moje i duszę moję jako całopalną żywą ofiarę serca skruszonego, na wieczną służbę Boskiego Majestatu, przenajświętszéj Maryi Panny Niepokalanie poczętéj i Serafickiego Ojca Franciszka; i jako nagi wyszedłem z łona matki mojej, podobnież ogołocony ze wszystkiego co ziemskie, nagi oddaję się w ręce Jezusa Chrystusa, Zbawcy mojego.”

Późniéj też często cieszył się z zamiany jaką uczynił mawiając: „Oddałem Bogu dobra doczesne, a Bóg za nie płaci mi królestwem niebieskiém.” Następujące zdanie podobnież powtarzał nie raz, i do niego życie swoje stosował: „Ponieważ Pan Bóg nie inaczéj przywrócił nam życie łaski, jak przez poniesienie śmierci, więc i my tego rodzaju życia dochować w sobie nie możemy inaczéj, jak przez zamarcie sobie samym.” A także i te słowa często miał na ustach: „Ponieważ nagrodą naszą ma być wieczne wesele w Niebie, nie powinniśmy obawiać się ciągłego cierpienia na ziemi.” Sam stosując się do tego, starał się cierpiéć ciągle i umartwiać się we wszystkiém. Do zwykłych ostrości Reguły, przydawał jeszcze dobrowolnych, o ile mu tylko na to przełożeni i spowiednik pozwalali. Ubóstwo zachowywał najwyższe: w celi prócz prostego tapczana, małego stoliczka i zydelka, nic zgoła więcéj nie miał, wszystkie posty zakonne o chlebie i wodzie przepędzał, ostremi włosiennicami, krwawém biczowaniem się, żelaznemi kolczastemi paskami, trapił ciało. Na modlitwie, prócz wspólnych pacierzy w chórze, spędzał wielką część nocy. Szczególne miał nabożeństwo do Matki Bożéj, któréj przypisywał wszystkie łaski jakie odbierał. Tak był pokornym, iż nie tylko przełożonych, ale każdego brata woli starał się ulegać.

Jak tylko ukończył nauki Teologiczne, przeznaczony został na kaznodzieję i spowiednika. Spełniał te obowiązki z wielką gorliwością, i niezmiernym dla dusz pożytkiem, a szczególnie w mieście Weltkirchen, gdzie był Gwardyanem klasztoru, i gdzie wielu kalwinów nawrócił. W témże mieście wybuchło morowe powietrze, najprzód w wojsku Austryackiém tam stojącém, a późniéj i w całéj okolicy. Święty Fidelis oddał się całkiem na usługi dotkniętych zarazą. Dnie całe i noce przepędzał przy nich, jużto po szpitalach, już po najuboższych mieszkaniach, niosąc im ratunek i co do ciała i co do duszy, i lecząc częstokroć cudownie i na duszy i na ciele.

Tak się był apostolską swoją gorliwością wsławił, że gdy Kongregacya rozszerzania wiary, założona przez Grzegorza XV w Rzymie, zawezwała Kapucynów na misyą do Szwajcaryi, gdzie szczególnie w Kantonie Gryzońskim, szerzyło się kacerstwo Kalwina, przełożeni jego uczynili go Prefektem, to jest przełożonym téj misyi. Z wielką radością podjął się tego Fidelis: mając sobie objawioném że go tam męczeńska korona czeka. Opuszczając téż Weltkirchen, pożegnał się ze wszystkimi, zapowiadając że już nie wróci. Przybywszy na miejsce, niezwłocznie pierwszemi swojemi kazaniami wielką liczbę heretyków nawrócił, a między innymi dwóch najznakomitszych tego kraju panów. Oburzało to do najwyższego stopnia przeciw niemu zawziętszych sekciarzy, którzy postanowili pozbyć się go jakimkolwiekbądź sposobem, chociażby przyszło do zadania mu śmierci. Ostrzegano go o tém kilkakrotnie, lecz Święty oświadczając, iż gotów jest oddać życie za wiarę, nie ustawał w apostolskiéj gorliwości. Aż nareszcie nadszedł był i dzień w którym miał tego w istocie dopełnić.

W dniu 24 Kwietnia 1622 roku, znajdując się w małém miasieczku Gruch, gdzie wielka liczba kacerzy schroniła się była przed ścigającymi ich Austryakami, wyspowiadał się, odprawił Mszę świętą i miał kazanie, przy końcu którego, wpadłszy w zachwycenie, miał sobie objawioném, iż dnia tegoż poniesie śmierć męczeńską. Około południa udał się ztamtąd do miasteczka Sewizu, mówiąc do swojego towarzysza: „Idę, bo tam czekają katolicy na moje kazanie, ale wiem dobrze co mnie tam spotka: bywaj zdrów i módl się za mnie.” W drodze pewien katolik ostrzegł go że heretycy czyhają już tam na niego: „Cóż robić, odrzekł Święty będę się starał postąpić tak jak wszyscy Męczennicy: jak oni poczytam sobie za największe szczęście umrzeć dla miłości Jezusa.” Za przybyciem jego do Sewizu, powtórnie ostrzegano go o grożącem niebezpieczeństwie. Pomimo tego miał długie kazanie, po którém heretycy wszcząwszy wielki hałas, rzucili się na niego, i jeden z nich ugodził go szablą w głowę. Święty upadł na ziemię, lecz wnet podniosłszy się ukląkł i wznosząc oczy i ręce do Nieba w te słowa jeszcze się odezwał: „Odpuść im Panie, bo nie wiedzą co czynią. Jezu zmiłuj się nade mną, Maryo wspieraj mnie,” a gdy to domawiał, drugi raz uderzony w głowę pałaszem i ciężką maczugą, padł nieżywy na ziemię z roztrzaskaną czaszką.

Część błogosławionych zwłok jego, złożona została w kościele ojców Kapucynów w Weltkirchen, a głowa i noga lewa którą pastwiąc się nad nim odcięli byli kacerze, w kościele katedralnym w Koirze. Licznemi cudami uświetnił Pan Bóg relikwie tego Męczennika, a 24 Kwietnia 1745 roku, Papież Benedykt XIV w poczet go Świętych zaliczył.

Pożytek duchowny

Święty Fidelis, który za życia z wielką miłością opiekował się sprawami pokrzywdzonych wdów i sierot, jest dziś w Niebie opiekunem ich w każdéj potrzebie, a szczególnie w najważniejszéj: zbawienia duszy. Wszyscy więc w tego rodzaju potrzebach naszych, uciekajmy się do niego, prosząc aby nam wyjednał łaskę wygrania tej wielkiéj sprawy, w któréj chodzi o szczęście wiekuiste lub więczną niedolę.

Modlitwa (kościelna)

Boże! Któryś błogosławionego Fidelisa, seraficznym ogniem naduszy gorejącego, w ogłaszaniu prawdziwéj wiary, palmą męczeńską i świetnemi cudami przyozdobić raczył, prosimy Cię przez jego zasługi i pośrednictwo, abyś nas łaską Twoją tak umacniał w wierze i miłości, iżbyśmy zasłużyli sobie być w służbie Twojéj wytrwałymi aż do śmierci. Przez Pana naszego i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 317–320.

Tags: św Fidelis „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna męczennik prawo ubóstwo zaraza
2020-04-15

Św. Lidwiny Dziewicy

Żyli około roku Pańskiego 1433.

(Żywot jéj był napisany przez współczesnego jéj Tomasza a Kempis.)

Święta Lidwina, którą i Ludmiłą nazywają szczególna Patronka osób długą i ciężką chorobą złożonych, urodziła się roku Pańskiego 1380 w Hollandyi, w miasteczku Schiedam. Ojciec jéj miał imię Piotr, a matka Petronella: pochodzili ze szlacheckiego rodu, byli wzorowymi katolikami, a niezamożni. Lidwina była dziewiątém ich dzieckiem. Od lat najmłodszych okazywała się bardzo bogobojną; miała szczególne nabożeństwo do przenajświętszej Panny, którą przez całe życie czciła i kochała jak swoję najdroższą Matkę niebieską. W siódmym roku życia uczyniła ślub czystości.

Zaledwie wychodziła z lat dziecinnych, gdy z powodu znakomitéj urody i starannego wychowania, kilku młodzieży z wyższego stanu, ubiegało się o jéj rękę. Rodzice chcieli ją zmusić do zamęścia, lecz odpowiedziała im stanowczo, że ziemskiego oblubieńca nigdy mieć nie będzie, i że jeśli nie przestaną nakłaniać ją do tego, wtedy uprosi sobie u Pana Boga tak szpetną powierzchowność, że dla wszystkich stanie się obrzydzeniem.. Rodzice więc zostawili ją. w pokoju.

Miała lat piętnaście, kiedy razu pewnego, gdy przypatrywała się ślizgającym się na lodzie towarzyszkom, jedna z nich obaliła ją mimo chęci na ziemię, w skutek czego złamała sobie żebro. Odtąd zaczął Pan Bóg próbować ją i uświęcać cierpieniami tak wielkiemi, ciągłemi i nadzwyczajnemi, że trudnoby dać temu wiarę, gdyby nie to że najpoważniejsze świadectwa, stwierdzają te szczegóły.

Od piętnastego roku wieku swojego do pięćdziesiątego trzeciego, życie jéj było jakby bezustannem ciężkiém konaniem, albo raczéj ciągłém męczeństwem. Jeden ze współczesnych jej historyków powiada, że w przeciągu lat trzydziestu, nie zjadła tyle chleba, ile człowiek zdrowy spożywa go przez dni kilka. Ciało jéj wkrótce zamieniło się od stóp do głowy jakby w jednę jadowitą ranę. Lekarstwa w miejscu ulgi, pomnażały jéj cierpienia. Nie mogła chodzić inaczéj jak tylko rękoma i kolanami czołgając się po ziemi, a w końcu i na to już sił nie miała. Trzydzieści lat zupełnie z łóżka nie wstawała, a w siedmiu ostatnich rażona paraliżem, już tylko w głowie i w lewéj ręce miała władzę. Wnętrzności poranione wydawały ciągle zepsutą ropę, którą wraz ze krwią wyrzucała ustami, nosem, uszami, a nawet ciekła ona i z oczu. W głowie doznawała bezprzestannie bolu takiego, jakby w nią ćwieki wbijano. Do tego przyłączyły się cierpienia kamienia i stwardnienie wątroby. W ranach lęgło się robactwo. A gdy tak na wszystkich członkach strasznych bolów doznawała, całe ciało paliła, jakby aż do szpiku kości bezustanna trawiąca gorączka; trapiła ją ciągła bezsenność, a od czasu do czasu miewała mdłości i duszności istnego konania.

Lecz co najstraszniejsze: obok takich okropnych cierpień na ciele, i na duszy słabą była. Przez cztery pierwsze lata upadła była zupełnie na duchu, poddała się smutkowi i prawie rozpaczy; ledwie że nie złorzeczyła chorobie i cierpieniom doznawanym. Wszakże, po upływie tych lat czterech, prawdziwie dla niéj nieszczęsnych, najzbawienniejsza zmiana zaszła co do jej duszy. Zesłał jéj Pan Bóg świątobliwego spowiednika, nazwiskiem Jan Pot, który starał się przywrócić jej spokój wewnętrzny. Rozbudził w sercu jéj żywą wiarę w tę prawdę: że im więcéj cierpień dopuszcza Pan Bóg na kogo na téj ziemi, tém obfiteze przeznacza mu nagrody w Niebie, i polecił jéj szczególnie jak najczęstsze, a pobożne, Męki Pańskiéj rozmyślanie.

Polubiła wielce to święte ćwiczenie Lidwina, i w niém znalazła źródło swojego uświątobliwienia. Z początku odbywała je codziennie razy kilka, a zczasem prawie bezustannie, rozdzielając tajemnice Męki Pańskiéj na siedem części, odpowiadających siedmiu godzinom kanonicznym. Łącząc do tego swoje zwykłe serdeczne do Matki Bożéj nabożeństwo, w krótkim czasie przedziwne na drodze doskonałości uczyniła postępy. Nie tylko cierpliwie i spokojnie znosiła swoje cierpienia, lecz się w nich święcie rozmiłowała, i patrząc na Jezusa tyle cierpiącego w męce i śmierci swojéj, pragnęła cierpieć coraz więcéj. W najsroższych boleściach powtarzała: „Jeszcze więcéj Panie mój, jeszcze więcej cierpień mi zeszlij, jeśli taka wola Twoja, tylko w miarę tego, przymnażaj i łaski Twojéj.” Pan Bóg też hojnie obsypywał niemi tę duszę, właśnie przez cierpienia nadzwyczajne jakich doznawała, do wysokiéj świątobliwości przeznaczoną. Nie tylko opływała już odtąd w niezachwiany spokój wewnętrzny, nie tylko objawiała w sobie najchętniejsze poddanie się woli Bożój w najcięższych chwilach, lecz opływała w wielkie duchowne pociechy. Z Aniołem Stróżem często rozmawiała, widząc go obok siebie, a nawet objawiał się jéj i Pan Jezus pocieszał, nauczał i zachęcał do wytrwałości, i takiemi cudownemi widzeniami pokrzepiał i uświęcał. Lecz najczęstsze widzenia miała Matki Bożéj, i z Nią bardzo długo rozmawiała, różne odbierając łaski. Chociaż więc ciało jéj nie przestawało doznawać mąk ledwie że nie piekielnych, dusza opływała w radości niebieskie,

W miarę odbieranych łask takowych, Lidwina robiła postęp we wszystkich cnotach chrześcijańskich, a szczególnie w pokorze, będącéj probierczym kamieniem wszelkiéj prawdziwéj cnoty. Jak rozmiłowała się w cierpieniach ciała, tak również przez miłość wzgardzonego Jezusa, pokochała upokorzenia. Poczytywała sobie za szczęście gdy ją jakowa najdotkliwsza spotykała obelga, albo oznaki pogardy ze strony osób z któremi miała stosunki. Najbliższą jéj towarzyszką, była pewna kobieta gwałtownego usposobienia i grubiańskich obyczajów. Obchodziła się z biedną chorą bez litości, a niekiedy do tego stopnia unosiła się, że jéj w twarz pluła. Święta, nie tylko nigdy nie uskarżała się na to, ale nawet nigdy jéj nie objawiła najmniejszej niechęci. Gdy na koniec inne osoby w domu spostrzegłszy jak towarzyszka Lidwiny nieludzko się z nią obchodzi, pytały ją jak mogła tak długo znosić to w milczeniu: — „Przecież to dla nas wielką jest zasługa, odrzekła, chętnie znosić takie małe przykrości z miłości Pana Jezusa, a przez to niekiedy łatwiéj i osoby które względem nas zawiniają, przywieść do obżałowania swojéj winy.”

Pokora jéj przedewszystkiém ukrywała przed ludźmi szczególne dary, jakiemi ją Pan Bóg coraz hojniéj zbogacał. Dostąpiła była między innemi i téj rzadkiéj łaski, że Pan Jezus wyrył na jéj rękach i nogach, znamiona przenajświętszych Blizn swoich. Lidwina uprosiła u Chrystusa Pana, aby one znikły, a tylko aby bolu od nich doznawała.

Wielką także odznaczaąła się miłością bliźniego, a ztąd litością dla ubogich i cierpiących. Po śmierci rodziców, mały mająteczek jaki po nich odziedziczyła, rozdała biednym. Sama żyła z jałmużny; a że bardzo mało potrzebowała na własne utrzymanie, gdy tymczasem z różnych stron, przysyłano jéj znaczne wsparcie, więc sama będąc biedną, wielu ubogich wspierała. Podczas morowego powietrza, którém szczególnie dotknięci byli ludzie niezamożni, przejęta litością nad nimi, zaofiarowała się Panu Bogu za nich: „Panie, powiedziała na modlitwie, tym biednym ludziom zdrowie niezbędném jest do utrzymania życia i własnego i całych rodzin; zgrzeszyli to prawda, lecz racz mnie nieużyteczną sługę Twoję karać za nich, a ich oszczędź w miłosierdziu Twojém.” Zaraza ustała, a Lidwina dostała trzech bardzo bolesnych wrzodów, z których dwa nadługo a jeden na całe życie jéj pozostał.

Obdarzył ją był Pan Bóg i darem czynienia cudów. Tomasz a Kempis opisujący jéj życie, przytacza wiele takowych, a których naocznym był świadkiem. Jeden z jéj braci, którego szczególnie kochała, umarł był pozostawiając w niedostatku liczną rodzinę, i wielu wierzycieli niezapłaconych, którzy niepokoili biednych spadkobierców. Lidwina serdecznie się nad nimi litowała, pragnęła przyjść im w pomoc, lecz w jakiż sposób mogła to uczynić kiedy nic nie posiadała? Złożyła więc całą swoję ufność w Bogu, pomodliła się na tę intencyą, i wziąwszy woreczek w którym był cały jéj majątek, składający się z ośmiu franków, to jest dwóch rubli, oddała go drugiemu bratu, polecając aby z niego wszystkich dłużników zaspokoił. Ten ją usłuchał, poszedł, popłacił wszystkie a dość znaczne długi zmarłego brata, a gdy ostatniego zaspokoił dłużnika, znalazł jeszcze w woreczku 40 franków, które i Lidwina niezwłocznie kazała rozdać biednym. Na pemiątkę tego cudu, przechowywano ten woreczek i nazwano go Sakiewką Bożą. Miała także i dar proroctwa i wiele przyszłych wypadków przepowiedziała.

Na jakiś czas przed śmiereią, objawił się jéj Pan Jezus, trzymający w ręku wieniec przeznaczony dla niéj w Niebie, lecz w którym brakło kilku kwiatów i powiedział: „Córko moja, potrzeba aby ten wieniec został już wykończony.” Jakoż w dni kilka potém napadli na mieszkanie jéj rabusie, i zabrawszy jéj nawet ubogą kołdrę którą się przykrywała, zbili ją ciężko. Zaraz po zajściu tego zdarzenia, przepowiedziała godzinę swojéj blizkiéj śmierci; w trzeci dzień świąt Wielkanocnych przyjęła ostatnie Sakramenta święte, przeprosiła wszystkich obecnych, i prosiła aby ją pozostawiono samę. Potém modląc się długo, wpadła w zachwycenie, i dnia 14-go Kwietnia roku Pańskiego 1433 poszła do Nieba, po tę już całkowitą i wykończoną koronę, którą jéj zapowiedział i okazał był Sam Pan Jezus.

Gdy ją przebierano dla włożenia na katafalk, spostrzeżono że miała na sobie ostrą włosiennicę, którą ciągle trapiła ciało, i bez tego na tyle cierpień wystawione.

Pożytek duchowny

Zbawienną naukę i wielką pociechę znaleźć powinny osoby złego zdrowia zażywające, w szczegółach życia świętéj Lidwiny. Naukę: aby z takiém jak ona poddaniem się woli Bożéj cierpienia swoje znosiły; pociechę: bo widzą w tém dowód że i najgorszy stan zdrowia, nie przeszkadza wcale do nabycia najwyższéj świątobliwości.

Modlitwa

Panie Jezu Chryste Boże nasz! Któryś ukazując błogosławionej Lidwinie wieniec chwały w Niebie dla niéj przeznaczony, zapowiedział jéj iż przez poniesienie nowych cierpień wysłuży go sobie tém świetniejszy; daj nam za jéj wstawieniem się i zasługami, z każdego cierpienia w duchu miłości Twojéj pokornie zniesionego, nagrodę wieczną sobie wysłużyć, Który żyjesz i królujesz i t. d.

Na tę intencyą Zdrowaś Marya.

Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna (1882), s. 293–295.

Tags: św Lidwina „Żywoty Świętych Pańskich” o. Prokopa Kapucyna dziewica cierpienie choroba Męka spowiedź Maryja stygmaty zaraza
2020-03-16

Modlitwa w czasie zaraźliwéj choroby

Dunin, Książka do nabożeństwa dla wszystkich katolików, 1853, Leszno, s. 717–718.

Smutek i trwoga przerażają nas zewsząd, o Boże! gdy tak nagle, a tak wielu przyjaciół i braci zabierasz z pośród nas przez zaraźliwą chorobę. Wszyscy wprawdzie umrzemy, bośmy grzesznicy, przeto wyrokowi śmierci na grzeszników wydanemu uledz musimy. Lecz gdy tak wielu, o Boże! razem zabierasz ludzi, gdy umarły tuż za umarłym wynoszony bywa, i wszyscy prawie jakby w cieniu śmierci chodzimy; gdy się codziennie na lamentujących i płączących braci patrzymy, i trwogą przerażeni sami, tylko wyglądamy zarazy, która i nas ma zgładzić z téj ziemi; ach Boże! jakżeto okropne życie wśród takiej trwogi! Ach! zmiłujże się, Ojcze niebieski, nad nami! Jeżeliśmy zgrzeszyli, patrz, oto się upokarzamy przed Tobą! otośmy gotowi czynić pokutę, a przez poprawę życia pragniemy zasłużyć na Twoję łaskę i przebaczenie. Użycz nam tylko Twojéj pomocy i czasu do prawdziwéj pokuty i poprawy życia, a wtedy ta chłosta i doświadczenie stanie się dla nas przestrogą, że się tém szczerzéj do śmierci sposobić będziemy. Zlitujże się, o Boże! i odwróć od nas ten ciężki bicz Twéj kary. Jeżeli to bydź może, weź ten kielich od nas, o Boże i Ojcze! Jeżeli zaś podług Twoich najmędrszych i najświętszych zamiarów postanowiłeś, aby ten smutny cios dłużéj trwał jeszcze, udzielże nam przynajmniéj cierpliwości, i dodaj odwagi! Ulżyj, pokrzep schorzałe siostry i braci; pociesz umierających, umocnij zdrowych, aby sobie nie przykrzyli w pielęgnowaniu i usłudze chorym, a przyspiesz godzinę wybawienia od tego złego, abyśmy Ci dzięki składać, wielbić Cię znowu, i w radości serc naszych służyć Ci mogli. Amen.

Tags: zaraza choroba modlitwa Dunin
Pozostałe wpisy
Creative Commons License
citatio.pl by Citatio.pl is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 Unported License.